Ameryka Południowa na rowerze

AUCANQUILCHA 2006


Na spotkanie Andów Wyprawa Aucanquilcha była próbą samotnego pokonania na rowerze granicy 6000 m n.p.m. To suchy fakt. W rzeczywistości była próbą spełnienia marzeń o wielkiej przygodzie w pięknej scenerii Andów. Była wyzwaniem, któremu poświęciłem pół roku przygotowań. Nie wszystko wyszło dokładnie tak, jak planowałem. Pierwszym powodem była pogoda. Niestety, w tym roku w Andach były największe od 40 lat opady. Regularne burze zaczynały się o 16-17 i często trwa-ły do nocy. Drugim powodem był po prostu pech. Zamknięta przez kilka dni, zasypana przez la-wi-nę droga (poniekąd wynik pogody) i „dachowanie” przyjaciół – mojej grupy wsparcia na końcowym etapie. Na szczęście nikomu nic poważnego się nie stało. Ale po kolei. Argentyna Rowerowa eskapada zaczęła się w argentyńskiej Mendozie. Zasko-czył mnie ogrom przestrzeni i praktycznie bezludne setki kilometrów. A miała to być „cywilizowana” część wyprawy. Pierwszym celem była przełęcz Agua Negra – 4779 m n.p.m. Ostatni nocleg spędziłem na wysokości 3600 m. Niestety, nie byłem jeszcze wystarczająco zaaklimatyzowany. Ten błąd okupiłem potwornym bólem głowy podczas podjazdu. W końcu późnym popołudniem, po ośmiu godzinach, dotarłem na przełęcz. Ku mojemu zaskoczeniu zostałem tam przywitany po polsku! A przynajmniej tak mi się wydaje… Zmęczenie i wysokość nieźle zamieszały mi w głowie. To grupa Słowaków zgotowała mi sympatyczne powitanie. To nie podjazd okazał się jednak najtrudniejszym i najbardziej wyczerpującym wydarzeniem tej części wyprawy. Najgorszy był zjazd! Dziwne? Nie w Andach. Na początek, wspólnie ze świeżo poznanym Szwajcarem, postanowiliśmy skorzystać ze skrótu, który pozwalał na szybkie „zbicie” dokuczającej nam wysokości. Gnaliśmy po skalnych szutrach 40 km/h. Bez sakw nigdy bym się na to nie odważył, a co dopiero z nimi. Slalom między kamieniami, piach, ciągłe poślizgi, w tym zupełnie niekontrolowane, gdy oba koła traciły przyczepność. To była jazda! Gdy to wspominam, wciąż mam gęsią skórkę… Po trzech godzinach znaleźliśmy odpowiednie miejsce na nocleg. Chcąc dobrze wypocząć, postanowiliśmy ruszyć dopiero około południa. Kolejny dzień miał być praktycznie dniem odpoczynku – spokojny zjazd, ok. 2500 przewyższenia w zapasie, trochę ponad 100 km. Nic bardziej mylnego. Nie doceniliśmy wiatru. Obaj coś o nim niedobrego słyszeliśmy, ale nie byliśmy w stanie wyobrazić sobie jego potęgi. W najgorszych miejscach, morderczym wysiłkiem, udawało się nam jechać 12-13 km/h. Wiatr był wszechobecny, wdzierał się wszędzie, za każdy załom doliny, z furią atakował w jej zwężeniach. Bez cywilizacji, bez wody… Po kilku dniach wspólnej jazdy, ze względu na inne plany, pożegnałem Patricka i autobusem przejechałem z La Sereny do Calamy. Tak rozpoczął się pustynno-górski etap wyprawy. Na kilka dni moją bazą wypadową stało się San Pedro de Atacama – położona w samym sercu pustyni oaza. Podstawowym problemem w tym regionie była oczywiście woda pitna, praktycznie niedostępna, naturalnie ze względu na salary i zanieczyszczenia (arszenik). Jedynym sposobem było zabranie solidnego zapasu ze sobą. Czasami jednak nawet 89 l nie wystarczało. Drugiego dnia rajdu dookoła salaru Atacama boleśnie się o tym przekonałem. Zniszczona przez strumienie droga zatrzymała mnie na pustyni dłużej, niż się spodziewałem. Do San Pedro wróciłem tuż przed północą, bez wody, po pokonaniu blisko 180 km, delikatnie mówiąc – wyczerpany. Po tej lekcji na kolejny etap – podjazd na Paso Jama – wybrałem się z dokładnym rozpoznaniem. Od strażników parku dowiedziałem się, że na 160-kilometrowym odcinku do granicy jest tylko jeden strumień z wodą zdatną do picia. Aby do niego dotrzeć, należało pokonać blisko 100 km i przełęcz znacznie przekraczającą 5000 m. Zdobyte doświadczenie, dobre przygotowanie i rozpoznanie terenu nie wystarczyło, by osiągnąć zamierzone cele. Zabrakło odrobiny szczęścia. Moja przygoda skończyła się drugiego dnia, gdy na 4800 m zatrzymała mnie kilkugodzinna śnieżyca. Brak wody i zbyt duża wówczas wysokość na nocleg zmusiły mnie do odwrotu. Ale jaki to był odwrót! Kilkadziesiąt kilometrów ostrego zjazdu i przyjazny wiatr dały okazję do niecodziennych przygód: wyprzedzania TIR-ów i pobicia rekordu prędkości – 91,6 km/h na obładowanym sakwami rowerze! W niecałe półtorej godziny przemknęła mi przed oczami trasa, którą mozolnie pokonywałem przez poprzednie dwa dni… Gejzery El Tatio Niepowodzenia tylko zaostrzyły mój apetyt na rowerową wspinaczkę. Trasa wiodła przez tereny przekraczające 4400 m n.p.m. I tam pogoda mnie nie rozpieszczała. Najpierw grad, później deszcz zamieniały jazdę w piekło. Fatalnymi i tak drogami płynęły strumienie, przekształcając je w błotniste koryta. Przejechanie 50 km zajęło mi kilkanaście godzin. Wraz ze zmierzchem dotarłem do El Tatio. Po porannym podziwianiu gejzerów, poganiany kończącymi się zapasami wody i żywności, ruszyłem w kierunku Chiu Chiu. Po raz kolejny zjazd w kierunku oceanu okazał się ogromnym wyzwaniem. Na niewiele się zdało blisko 2000 m przewyższenia. Bywało, że na płaskich odcinkach z najwyższym trudem jechałem 10 km/h. „Wmordęwind” nigdy nie należy do przyjemnych rzeczy, ale tam był prawdziwym koszmarem. Ileż bym dał, by odwrócić jego kierunek… Dwa dni później wiatr zrekompensował mi te trudy. W końcu jego siła działała na moją korzyść! Czułem się, jakbym sterował żaglowcem, a nie jechał rowerem. Gdy pewnego wieczoru rozbijałem namiot w opuszczonym obozowisku, przekonałem się, że mam towarzystwo. Niestety, dość niebezpieczne. Pod większością kamieni znalazłem skorpiony, które szybko budziły się z letargu. Przed snem dokładnie sprawdziłem zamknięcie namiotu… Pod wulkanem W końcu dotarłem na pogranicze chilijsko-boliwijskie, do miej-sco-wości zwanej Ollague. W tej położonej na wysokości 3660 m n.p.m. metropolii o dwóch ulicach spędziłem kilka dni w oczekiwaniu na wsparcie wspinaczkowe. Codzienne burze nie wróżyły łatwego podjazdu na główny cel wyprawy – wulkan Aucanquilcha (6176 m n.p.m.). W dodatku rekonesans potwierdził obawy – droga w dolnym odcinku była w fatalnym stanie. Praktycznie stała się korytem rzecznym. Po kilku dniach nerwowego oczekiwania dostałem wiadomość, że grupa wsparcia ze względu na nieprzejezdną drogę dotrze do mnie ze znacznym opóźnieniem. Czasu było coraz mniej, a pogoda znacznie się poprawiła. Nie mogłem zmarnować takiej okazji. Zdecydowałem się zaatakować Aucanquilchę sam. Koszmarna droga, 16 l wody i rozrzedzone powietrze tylko miejscami pozwalały na jazdę. Godzinami musiałem pchać objuczony rower. Ku mojemu zaskoczeniu na wysokości ok. 5000 m telefon znalazł zasięg. Z wielką przyjemnością przeczytałem kilkanaście wiadomości. To prawie tak, jakbym miał towarzystwo! Kilka tygodni samotnych wojaży zaczynało mi już solidnie doskwierać. Po trzech dniach dotarłem do Campamento Aucanquilcha – ruin górniczej wioski na wysokości 5300 m. Nocleg na takiej wysokości był dla mnie wielką niewiadomą. Poprzedniej nocy, znacznie niżej, woda w butelkach całkowicie zamarzła. Tu spodziewałem się jeszcze gorszych warunków. Tej nocy było jeszcze zimniej. Z ulgą powitałem poranek. Na to, by wjechać na rowerze wyżej, nie było szans – masy śniegu zasypały drogę. Postanowiłem przynajmniej wejść na szczyt. Niestety, nie miałem żadnego sprzętu, który mógłby mi to ułatwić. Mimo wszystko chciałem spróbować. Już w trasie dostałem wiadomość, że przyjaciele wypożyczyli samochód i już do mnie jadą. W końcu dobre wiadomości! Raźno ruszyłem dalej. Szybko się przekonałem, że rowerowe buty nie nadają się do zdobywania górskich szczytów. Dotarłem do miejsca, gdzie stok pokryty był już całkowicie przez zmrożony śnieg. Dalsza droga była bardzo ryzykowna. Ambicja kazała mi iść dalej, ale rozsądek podpowiadał, że przecież wkrótce dołączą do mnie przyjaciele z tak potrzebnym sprzętem. Schodząc, odebrałem kolejną wiadomość – zostało im tylko kilkadziesiąt kilometrów. Umówiliśmy się na spotkanie za kilka godzin. Zostawiając obozowisko, na nieobciążonym sakwami rowerze, uradowany niedalekim spotkaniem z przyjaciółmi ruszyłem do Ollague. Po kilku godzinach zjazdu dotarłem do celu. Szybko straciłem dobry humor. Od kierownika hotelu dowiedziałem się, że grupa wsparcia miała wypadek. Szybko dodał, że nic im się nie stało. Tak zrządził los. Pechowa seria trwała jeszcze kilka dni. Odwołany autobus, kradzież telefonu i odwołany samolot „uświetniły” ostatnie dni wyprawy. Epilog Przeżyłem piękną przygodę w bardzo trudnych warunkach pustyni Atacama i Andów. Jechałem w deszczu, śniegu, gradzie, wyżej niż europejskie szczyty, przy wietrze zabijającym wszelką nadzieję, po najgorszych drogach, które dodatkowo strumienie zamieniły w zwały piachu i kamieni. Budziłem się wśród gejzerów, zasypiałem w otoczeniu wulkanów. Zlany potem gnałem po salarze, by dygotać z zimna podczas śnieżycy kilkadziesiąt kilometrów dalej. Wyprzedzałem TIR-y, pędząc ponad 90 km/h i pchałem godzinami rower po rumowiskach. Każdy dzień był niewiadomą, warunki zmieniały się jak w kalejdoskopie. Poznałem jak cenny jest łyk wody na najsuchszej pustyni świata, jak ważny jest każdy oddech na wysokości 5000 m. Wszystko z rowerem i bagażem ważącymi blisko 50 kg oraz wodą, której często trzeba było zabierać ponad 15 l. Czy było warto? Tego pytania sobie nie zadaję. To niezapomniane chwile, sześć tygodni największej przygody życia. Zdobyłem doświadczenie, które pozwoli przeżyć jeszcze więcej. I postanowiłem tam wrócić. Bo to przecież moja góra. Stopień trudności, liczne przygody i chęć zamienienia z kimś choćby kilku słów przekonały mnie, że w następną taką podróż nie powinienem wybierać się samotnie. Tekst i zdjęcia: Czarek Matulewicz Podziękowania Pragnę podziękować wszystkim ludziom, którzy pomogli mi w organizacji tej wyprawy. I tym, którzy wspierali mnie w czasie jej trwania. W przygotowaniach szczególną rolę odegrali Sponsorzy: firma Eco-trip, Internetowy Sklep Rowerowy www.otbike.pl i Sklep Podróżnika oraz Patroni Medialni: Magazyn Rowerowy, Onet.pl, Podróże.pl, BikeWorld.pl, Wrower.pl, Geozeta.pl i Kalendarz Polskich Wypraw Rowerowych XXI Wieku. To była także Wasza wyprawa! Dziękuję bardzo!

top 3

Czytaj więcej

Przełaje – Masłońskie – galeria zdjęć

Czytaj więcej

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach