Co widzi ekipa?

Największy w Polsce cykl imprez rowerowych gromadzi w ciągu roku na starcie kilka tysięcy osób. Po drugiej stronie jest kilkunastu organizatorów cyklu, na barkach których spoczywa odpowiedzialność za utrzymanie i przeprowadzenie całej imprezy. Bike Maraton od kuchni wygląda właśnie tak!

Od papierka do trasy

„Pracę nad każdym cyklem zaczynamy właściwie jeszcze podczas trwania poprzedniego” – powiedział MR Grzegorz Golonko. „Już w tej chwili prowadzę zaawansowane rozmowy dotyczące kolejnego cyklu imprezy. Dogrywamy sponsorów, określamy miejsca, w których w przyszłym roku odbywać się będzie Bike Maraton. Od ostatniej imprezy prowadzimy rozliczenia i podsumowania oraz rozmowy. Jednym słowem – prawdziwą działalność marketingową. Kiedy mamy dograny sponsoring i określone miejsca, kolejną ważną dla mnie sprawą jest produkcja materiałów promocyjnych, folderów, banerów, bram i tych wszystkich materiałów, które wykorzystujemy następnie przez cały rok. W marcu rozpoczynamy pracę w terenie, zbiera się ekipa techniczna, w kwietniu uruchamiamy biuro BM i zaczynamy przyjmować zgłoszenia”. „Każda impreza wymaga przynajmniej dwudziestu dokumentów zatwierdzonych przez różnego rodzaju instancje i organizacje. Nawet najprzychylniej nastawiony samorząd nie załatwi wszystkich pozwoleń, bo niektóre zgody musi wydać policja lub starostwo” – mówi Maciek Grabek, którego częściej można spotkać z aktówką niż na rowerze (trzyma w niej owe cenne dokumenty). „Każdy papierek ma swój czas bezwładności, najczęściej jest to trzydzieści dni, które dokumenty muszą „urzędowo” leżeć na biurku i czekać na swoją kolej. Do tego dochodzą ustalenia ze służbami: policją, strażą pożarną, strażą graniczną i strażą miejską oraz z leśnikami. Większość pozwoleń staramy się załatwiać jak najwcześniej, przynajmniej z miesięcznym wyprzedzeniem. Często jednak dokumenty otrzymujemy w ostatniej chwili. Kosztuje to dużo nerwów, ale nie możemy sobie pozwolić na organizację tak dużych imprez na wariackich papierach”.

Po kocich łbach

Jeszcze przed złożeniem wszystkich podań i próśb o zezwolenia na trasach przyszłych maratonów pojawiają się wysłannicy BM. „Wszystkie ścieżki i dukty objeżdżane są kilkakrotnie, nie ma znaczenia, czy jesteśmy w jakimś miejscu pierwszy czy kolejny raz. Zawsze szukamy możliwości uatrakcyjnienia trasy” – informuje nas Patryk Biel. Ma wprawdzie przypisane kierownictwo organizacyjne, ale jest raczej „człowiekiem od wszystkiego”. Dodatkowych wytycznych dostarcza mu Maciej Modzelewski, na którego barkach spoczywa odpowiedzialność za techniczne przygotowanie imprezy. „Projekt trasy pochodzi najczęściej od osoby mieszkającej w okolicy, my tylko dostosowujemy ją do potrzeb BM, tak, aby była np. przejezdna. Faktycznie każda z tras przejeżdżana jest kilkakrotnie, ostateczną decyzję o przebiegu podejmuje Grzesiek, zresztą on ma w zwyczaju objechanie każdej trasy dzień przed wyścigiem. Ja odpowiadam za znakowanie, rozstawienie oraz zaopatrzenie bufetów. W miejscach nam znanych znakowanie nie stanowi problemu, w nowych, takich jak Puck w tamtym czy Purda w tym roku, zawsze zdarzają się problemy i zajmuje to więcej czasu. Znakowanie kończymy najczęściej w nocy, tak, aby mieć pewność, że tabliczki będą wisiały, chociaż czasami część i tak ginie. Dlatego cała trasa sprawdzana jest jeszcze tuż przed startem”.

Przed startem

Maciek Modzelewski jest chyba wzbudzającym najwięcej emocji członkiem ekipy G&G. Przede wszystkim dlatego, że ustawia na starcie zawodników, a jego decyzje zazwyczaj uznawane są za kontrowersyjne. „W internecie radzą mi, abym sobie kupił krople na uspokojenie, ale cudów i tak nie będzie. Dziewięćset osób nie da rady wystartować z jednego rzędu. Teraz, na wniosek samych uczestników, zrobiliśmy dwie strefy startowe, pierwszą dla ścisłej czołówki, która walczy o zwycięstwo w końcowej klasyfikacji. Nie wiesz nawet, ilu ludzi chce startować z tego właśnie miejsca” – śmieje się Maciek. On i jego ekipa mają najbardziej niewdzięczną rolę do odegrania w całej imprezie. „Dzień przed startem stawiamy całą Ôkonfekcję’” – mówi Maciek. „Bramy, balony, płotki i banery, a także namioty. Wszystko musi czekać na uczestników imprezy. Po zawodach z kolei wszystko trzeba zwinąć i spakować. Dlatego pierwsi zaczynamy pracę, a kończymy ostani. Ekipa pracująca nad każdą imprezą liczy sobie ok. pięćdziesięciu osób z G&G, razem z obstawą i służbami ratunkowymi to jakieś 150 osób. Nic więc dziwnego, że zawsze na start docieramy autobusem”.

Ladies first

Kiedy stoją już namioty biura zawodów, do akcji wkraczają dziewczyny wydające numery i przyjmujące zgłoszenia. To pewnie przewaga płci pięknej sprawia, że większość tych, którzy warczą na Maćka przed startem, w biurze wydaje się być wyjątkowo miła i ugodowa. „Nie mamy w naszej pracy większych problemów” – mówi Joanna Domino, od tego roku jest stałym pracownikiem G&G i organizuje pracę biura. „Czasami musimy tylko wyjaśniać, że potwierdzenie wpłaty wysłane w nocy przed zawodami faksem do Jeleniej Góry nie może znaleźć się rano w Kielcach… W biurze pracuje od ośmiu do dziesięciu osób, z tego trzech komputerowców odpowiedzialnych za informatyczną stronę maratonów. Dziewczyny wydają numery i odbierają zgłoszenia, oprócz tego wydajemy reklamówki, czipy i gadżety. Ja mam więcej pracy, bo oprócz imprez obsługuję biuro od momentu startu imprezy. Przez moje ręce przechodzi większość zgłoszeń, dowodów wpłat, wszelkie pisma i zamówienia. Dzięki pracy w bazie danych oraz przyjętemu systemowi zgłoszeń – jeden stały numer na wszystkich imprezach – sama obsługa zawodników na BM jest mniej męcząca niż w latach ubiegłych, a wprowadzenie czipów ułatwiło liczenie wyników”.

Polak głodny to zły

Kiedy impreza rusza i zawodnicy znajdują się na trasie, punkt ciężkości imprezy przenosi się na bufety i służby zabezpieczające. Bufet wydaje się najciekawszym miejscem, gdyż tu widać z bliska wszelkie słabości i dramaty, jakie wydarzyły się na trasie. „Kiedyś w bufecie jedzenie rozdawał sam Grzesiek. Potem mówił, że chciał zobaczyć, jak to jest z obsługą. Niektórych pewnie rozczaruję, ale nie jesteśmy w stanie podać jedzenia zawodnikowi jadącemu 40 km/h. Takie numery to w cyrku”… Kolejną newralgiczną grupą są służby zabezpieczające trasę. Policja i straż pożarna, straż graniczna i GOPR oraz ratownicy z ogólnopolskiej społecznej sieci ratownictwa. Ci ostani są na BM od pierwszej edycji i jeżdżą z maratonami po całym kraju. „Na każdej imprezie jest około 16 ratowników oraz lekarz i dwie karetki. Większość naszych interwencji ogranicza się do drobnych urazów, obtarć i stłuczeń. Nie oznacza to jednak, że nie mamy co robić, gdyż obstawiamy trasę zarówno pod względem medycznym, jak i bezpieczeństwa. Prawie w każdej edycji dochodzi również do groźniejszych urazów, złamań, wybić czy mocnych stłuczeń. Związane są one najczęściej z upadkami, do jakich dochodzi na zjazdach. Na szczęście nie musieliśmy jeszcze korzystać z całości naszego ekwipunku”. Kiedy impreza się kończy i po dekoracji ostatni uczestnicy odjeżdżają, organizatorzy są jeszcze w pracy. „Znaczna część ekipy pracuje tylko przy imprezach – mówi Grzesiek Golonko – zaledwie kilka osób zatrudniamy przez cały sezon, one stanowią trzon naszej ekipy i to na ich barkach spoczywa odpowiedzialność za przeprowadzenie każdej z edycji. Dla mnie i Maćka Grabka Bike Maraton trwa cały rok”.

top 3

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach