„Dolnośląskie Bieszczady”

„Cała naprzód ku wielkiej przygodzie, taka gratka nie zdarza się co dzień…” Budzik nastawiony na szóstą, budzę się jednak dwie godziny później. Ciemno jak w listopadzie, pada albo zaraz będzie padało. Pociąg do Świebodzic jest przed dziesiątą. Nie zdążymy, trzeba się było pakować wieczorem, następny 11:53. Bilety studenckie, dwie osoby i rowery 22 zł, nieźle. W pociągu trochę obawiamy się o rowery stojące przy drzwiach, które raz po raz same się otwierają… Na każdej stacji trzeba robić przejście i wszystkich przepraszać. Nieważne, gorzej, że rozpadało się na dobre… Po trzynastej jesteśmy w Świebodzicach.

Dzień pierwszy

Między Książem a zaporą Zaczyna się rozpogadzać. Ruszamy spod świebodzickiej stacji. Najpierw ul. Kolejową, zaraz potem w prawo Parkową, przecinamy park i bulwarem dla pieszych (ul. Krótka) jedziemy aż do końca, do poczty. Tam jest już czerwony szlak. Skręcamy w prawo (ul. Świdnicka, jednokierunkowa, radzimy chodnikiem, bo jest pod prąd) i przecinamy ruchliwą Strzegomską tak, żeby znaleźć się na Żeromskiego, która prowadzi do Rynku. Rynek, bardzo ładny, można sobie w kółko objechać kilka razy, a potem szukać na nowo szlaku. Trzeba się cofnąć w Żeromskiego i skręcić w Słowackiego, po kilkudziesięciu metrach znów pojawią się oznaczenia szlaku. Dalej nie ma już problemu, trasa jest dobrze oznakowana. Zjeżdżamy do rzeki i wzdłuż niej mkniemy. Po lewej piętrzą się imponujące skały (nie wiadomo skąd), rzeczka przyjemnie szumi. Trzeba tylko uważać na opony, ponieważ widać, że dużo się w tym miejscu pije piwa… Świebodzice cieszą oko przyjemną zabudową. Przejeżdżamy przez mostek, kawałek ulicą i znów jakiś lasek, tym razem pod górę. Pierwszy podjazd zawsze trochę „przydusza”. Rozmowa się urywa, na liczniku 7 km/h. Mijamy jakichś Anglików, rodzinki z dziećmi, robi się popołudniowo, niedzielnie, piknikowo. A my dalej pod górę. Borys szczęśliwy, bo mu się dobrze jedzie w nowych Adidasach SPD. Ja trochę mniej, bo kiepsko działa przednia przerzutka. Na piątym kilometrze kończy się lasek, zagęszcza atmosfera pikniku. Po lewej stado koni, pstrykają aparaty, dwóch dżentelmenów gra w golfa… Dojeżdżamy już do Książa. Zamek w niedzielę jest oblężony przez turystów.Szukamy kolegów, z którymi się tu umówiliśmy. Oni przyjechali samochodem, z Wrocławia trasą na Jelenią Górę, przez Świdnicę i Świebodzice. Samochód zostaje na parkingu (3 zł za dobę). Spotykamy się w punkcie widokowym, a właściwie pod nim. Chłopaki znaleźli miejsce na jakichś skałkach, trudno wtaszczyć tam rowery, ale nie ma zwiedzających. Jest widok na zamek. Wrażenie za każdym razem imponujące – duża bryła, głęboki wąwóz, strome zbocza, przestrzeń, kolory. Można spędzić tu dużo czasu. Są ogrody, Kaplica Grobowa, strzelanie z kuszy, piwo i jedzenie. Ogiery, które mijaliśmy, palmiarnia i bardzo ładne trasy spacerowe. Nas to wszystko raczej nie dotyczy, bo z rowerami trudno zwiedzać zamek i nie mamy już czasu. Na okolicznych ścieżkach odbywała się niedawno jedna z edycji pucharu Polski; jeździ się więc wspaniale, chociaż swobodę eksploracji ogranicza straż na koniach (są zaskakująco szybcy…). Warto objechać wszystko dookoła (czerwonym w dół, na pn-wsch, później zielonym w lewo). Wybieramy mało atrakcyjny, ale szybszy wariant. Trzeba wrócić w stronę ogierów i pojechać w dół brukowaną drogą (jak wszystkie auta). W ten sposób dojeżdżamy do trasy 35, jedziemy nią w prawo kilkadziesiąt metrów i zaraz w lewo w ścieżkę oznaczoną jako szlak niebiesko-żółty. Złapaliśmy Szlak Ułanów Legii Nadwiślańskiej. Jest płasko, jedziemy trochę zaśmieconą aleją, mijamy jeszcze kilu spacerowiczów i dojeżdżamy do skrzyżowania ze szlakiem zielonym (to ten, który okrąża zamek). Skręcamy w lewo i asfaltem prujemy do Lubiechowa. Tam dalej zielonym szlakiem przez tory i wąską dróżką wzdłuż lokalnej rzeczki. Przejeżdżamy pod mrocznym wiaduktem kolejowym, mijamy jakieś bajorka, znów droga asfaltowa, pętla autobusowa i wreszcie wjeżdżamy do lasu (uwaga na tłuste ślimaki!). Od razu kilkaset metrów łatwego podjazdu. Jest w miarę sucho, nie ma dużych kamieni, przyjemnie. Jak to zwykle bywa, po podjeździe trochę płasko, a potem w dół. Tu miły moment, zjeżdża się bowiem do Jeziorka Daisy, które pojawia się tak niespodziewanie i jest tak urocze, że przeważnie wydaje się na jego widok okrzyk entuzjazmu. Borys wydał. Wokół jeziorka są baszty. Wczuwamy się w atmosferę średniowiecznej grozy i tajemniczości, mimo że to tylko XIX-wieczna aranżacja wyrobiska wapienia. Nad wodą wisi huśtawka kusząca długością lotu, ale zniechęcająca lichą konstrukcją. Nie wypróbowaliśmy. Spod jeziorka trzeba podjechać kilkanaście metrów w stronę oznaczenia szlaku (stromo). Na rozwidleniu wybieramy ponownie barwy niebiesko-żółte (znów Szlak Ułanów). Za nami ok. 20 km trasy. Przed nami bardzo miły zjazd, trzeba tylko uważać na szlak, który po 200 m ucieka w prawo, dalej w dół. Relaks, ale na końcu jest polanka, a w trawie ukryte głębokie koleiny. Bruno, który jechał pierwszy, nadział się na nie i przeleciał przez kierownicę. Pedałujemy dalej, płasko, wyjeżdżamy na rozległą polanę, ścieżka jest wąska i pełna pokrzyw, można sobie wejść na ambonę. Znowu las, 300 m szybkiego zjazdu. Bruno znów gwintuje pierwszy i prawie zderza się z czterema sarnami, leniwie spędzającymi niedzielę na skrzyżowaniu Szlaku Ułanów ze szlakiem czerwonym, w który mamy skręcić (w prawo). Sarny na chwilę odwróciły uwagę od tego, co się pokazało przed nami… Oto piękna panorama Masywu Ślęży, trochę bliżej wieże Świdnicy. I znów w dół. Wpadamy do Witoszowa, przecinamy drogę asfaltową, szlak dobrze oznaczony, znów jesteśmy w lesie. Jakoś ponuro się zrobiło. Las jest gęsty, ciemny i mokry. Pół kilometra pedałowaniny pod górę, pod koniec dość ostro. Droga bardziej wymagająca technicznie, głównie przez błoto. Trzeba balansować ciałem w poszukiwaniu dobrej przyczepności. Gdzie my właściwie jedziemy? Plan jest taki – dalej czerwonym do Bystrzycy Górnej, tam zmiana na żółty, łukiem do zapory w Lubachowie i szukamy noclegu w Zagórzu Śląskim. Spójrzmy na mapę… Uuu, trzeba trochę przyspieszyć, za długo chyba jedliśmy kanapki w Książu, bo robi się wieczór, a przed nami większa część trasy. No i szykuje się ostre cross country’owe katowanie. Według mapy trasa będzie miała do końca podobny charakter… Borys zadowolony, bo chce się pochwalić latarką na LED-ach. Cóż, nie będziemy wracać. Kręcimy po błocku, nie szczędząc oddechów. Trudne te podjazdy. Nie ma szlaku… Wszystkim żal wracać, bo ostro pedałowaliśmy pod górę, więc postanawiamy iść „na szagę”. W sumie trudno się tu zgubić, bo zalesiony teren to tylko wąski pasek, wszędzie drogi i wsie (wiemy, że jesteśmy gdzieś na wysokości Modliszowa). Rzeczywiście, przedzieramy się przez krzaki na południe tylko parę minut i wychodzimy na ładną polanę skąpaną w słońcu. Od razu wszyscy uśmiechnięci. To co robimy? Przed nami gdzieś zielony szlak przechodzący przez Modliszów, z czerwonego lepiej zrezygnować, bo naprawdę późno. W oddali człowiek ze sztucerem. Długo mierzy nas wzrokiem, po czym wdrapuje się na ambonę. Nienawidzę myśliwych! Czas jechać. Przecinamy polanę w kierunku na południe, mijamy strzelca, ze wzniesienia widzimy wieś. No to w dół. Wjeżdżamy do Modliszowa. Jest zielony szlak, słońce już się chowa, pachnie dymem i dojrzałymi śliwkami. Mamy jednoznaczne skojarzenia. Tak wyglądają wioski w Bieszczadach. Zjadamy ostatnie ciastka, Borys zakłada swoją lampkę i puszczamy się asfaltem w kierunku Złotego Lasu. Niezły zjazd, ale jest ograniczenie do czterdziestu… W Złotym Lesie szlak ucieka z asfaltu i pewnie warto by nim pojechać do Zagórza, ale już nikt nie ma na to ochoty. Grzejemy dalej asfaltem w lewo, byle szybciej. Po pięciu minutach jesteśmy w Lubachowie, skręcamy w prawo, tu już płasko wzdłuż rzeki Bystrzycy, jest ciemno i duży ruch. Wrocławianie wracają do miasta po weekendzie nad zalewem. Ci, którzy zostają na dłużej, grillują i piją piwo w karczmach. Tylko my jeszcze nie wiemy, gdzie spędzimy noc. Zimno się zrobiło, oślepiają nas samochody. Żeby chociaż ułamek planu zrealizować, skręcamy na mostku w lewo i kierujemy się w stronę zapory, do której mieliśmy dziś dojechać. Trzeba trochę się pomęczyć przed samą budowlą (stromy podjazd serpentynami), ale warto, przynajmniej jakoś zaakcentowaliśmy koniec dnia. Szybciutko objeżdżamy Jezioro Bystrzyckie (jest płasko lub lekko z górki) i po 15 minutach dojeżdżamy do Zagórza. Wiemy, że nie ma tu problemu z noclegiem. Nad jeziorem jest camping i schronisko PTSM, poza tym agroturystyka i hotel, ale w ciemności wszystko wygląda inaczej i decydujemy się na to, co jest najbliżej – Ośrodek Wypoczynkowy „Gawra”. Cena trochę nas przygnębiła (25zł/os), no trudno. Za to obsługa bardzo miła, żadnych problemów z rowerami (wzięliśmy je do pokoju). W kuchni już byli po godzinach pracy, ale dostajemy herbatę i… jest basen!

Dzień drugi

Wielka sowa Pobudka o ósmej, śniadanie i ruszamy. Zapowiada się piękny dzień. Najpierw Zamek Grodno. Z centrum Zagórza odchodzi wyraźnie oznaczony szlak niebieski. Wjeżdżamy na Górę Choinę. Rezerwat, piękne stare olchy rzucają głęboki cień, ale my się pocimy, jest stromo. U stóp zamku rozczarowanie – w poniedziałki muzea są nieczynne… Cóż, obejrzymy zamek z dołu. Chcemy jeszcze raz znaleźć się nad zalewem, żeby zrobić parę zdjęć i obejrzeć wszystko w świetle dziennym. Kierujemy się więc w stronę Jeziora Bystrzyckiego. Dobrze widoczny drogowskaz pokazuje wspaniały zjazd, szybki i w paru miejscach techniczny. Jest kilka zakrętów, można w nie szybko wchodzić, tylko trzeba uważać na położoną wzdłuż ścieżki rurę wodną. Wylatujemy na restaurację Wodniak i camping (domki). Jest cicho, słychać tylko ptaki, nie wieje, słonko błyszczy w falach jeziora. Jedynie smród palonych śmieci nieco psuje nastrój (tak w Wodniaku utylizuje się odpadki). Niewątpliwą atrakcją jest rozwieszona nad wodą kładka, która zresztą jest w kiepskim stanie i nie można nawet po niej przejechać rowerem. Kilkaset metrów wyżej błyszczy w słońcu Zamek Grodno. Znów skojarzenie z Bieszczadami, tym razem oczywiście z Soliną. Kierujemy się w stronę zapory, a można to zrobić na dwa sposoby – albo przejść przez kładkę i w lewo asfaltem objechać całe jezioro, albo wybrać lewy brzeg i kamienistą ścieżkę. Polecam to drugie rozwiązanie. Droga jest płaska, ale prowadzi trawersem przez strome nieraz brzegi zalewu i trzeba uważać, żeby nie obsunąć się kilka metrów w dół. Dojeżdżamy do zapory (ok. 1 km) i podziwiamy… (aha, Era GSM nie ma tu zasięgu…). Zrobiła się jedenasta, trzeba na Wielką Sowę. Wracamy zatem tą samą drogą, żeby dotrzeć do niebieskiego szlaku prowadzącego na szczyt. W kilku miejscach trzeba przeprowadzać rowery, bo jest bardzo wąsko. Dla Bruna za wąsko… Pośliznął się na piachu, poleciał z rowerem dwa metry w dół. Zalane krwią i spuchnięte kolano wyeliminowało go skutecznie z dalszej jazdy. Niestety. Tomek pojechał asfaltem po auto, które zostawił w Książu i po niedługim czasie chłopcy byli już we Wrocławiu. Zostajemy we dwoje. Od Wodniaka przechodzimy przez kładkę, kawałek asfaltem w lewo i na rozwidleniu w prawo, tak, jak prowadzi niebieski szlak. Dojeżdżamy do kapliczki na rozstaju, przed nami Dział Michałkowski, trzeba go ominąć. W naszym przypadku obie drogi są dobre, ale… W lewo, przez Michałkową, jest dłuuugi podjazd, a na koniec nagroda – dynamiczny zjazd do Glinna. W prawo natomiast, przez Młyńską, trasa wiedzie doliną Młynówki. Jest więc płasko, jedynie pod koniec dość ostry, ale krótki podjazd. W obu przypadkach wąziutki asfalt, piękne wioseczki, bardziej już zresztą wypoczynkowe niż rolnicze, bo większość domów wykupiona przez „miastowych” (znów przypominają się Bieszczady). Nie jeżdżą tu prawie auta, w pewnym momencie spotykamy parę turystów spożywającą drugie śniadanie na samym środku drogi… W Młyńskiej jedno z gospodarstw jest, według szyldu zawieszonego na płocie, „Ostoją Kolarza”. Bardzo chcieliśmy dowiedzieć się więcej na temat tego miejsca, ale nikt poza psem nas nie przywitał, mimo wyraźnych oznak świadczących, że właściciel był w środku… Widocznie nie każdy kolarz może znaleźć tu schronienie. W Glinnie mijamy wrośnięty prawie w ziemię miejski autobus Ikarus (40 km). Za kościołem skręcamy w prawo (jesteśmy na niebieskim szlaku) i przed nami pół kilometra naprawdę stromego podjazdu szeroką na dwa metry asfaltówką. Pilnujemy miejsca, w którym szlak odchodzi od drogi w lewo, ale zanim nim podążymy, patrzymy sobie na Glinno z góry. Jesteśmy na 43. kilometrze. Odtąd nasz niebieski szlak nazywa się Sowią Drogą i rzeczywiście czujemy, że rozpoczyna się zasadniczy etap wjazdu na Wielką Sowę. Jedziemy pod górę trawiastą drogą, dość to uciążliwe, jesteśmy mokrzy. Na 44. kilometrze jest polanka, na której nie sposób nie zrobić sobie przerwy na jedzenie. Bardzo piękny stąd widok na Góry Kamienne, Wałbrzyskie i Masyw Ślęży. Po przerwie wjeżdżamy w las świerkowy, już nie tak stromo, potem płasko, a nawet lekko w dół. Znów polana, tym razem bardzo rozległa i znów ostro pod górę, po tej nieszczęsnej trawie. Wymagający podjazd, serce wali jak młotem. Tu spotykamy pierwszych dziś turystów, pojawia się też szczyt Wielkiej Sowy z charakterystyczną wieżą widokową. Teraz 500 m lekko z górki i… wyjeżdżamy na asfalt. Tak, to już Przełęcz Walimska (755 m n.p.m.) z parkingiem, bufetem, miejscem na ognisko, wiatami itp. Za 40 minut powinniśmy być na szczycie. Za przełęczą trasa zmienia charakter, robi się kamieniście, wystają korzenie, wjeżdżamy pod górę z trudem. Trawa była uciążliwa, ale łatwa, tu już trzeba dobrze jeździć. W paru miejscach podprowadzamy. Teren się otwiera, tym razem można zobaczyć Śnieżkę. Wszyscy przechodzący obok nas są zachwyceni trasą. Lecimy 600 m po płaskim, nawet lekko w dół, cały czas niebieskim szlakiem. Wreszcie pod górę, to już ostateczny atak na szczyt. Na początku lasu świerkowego raczej trzeba prowadzić, później można jechać, jest dość ciężko, ale jazda daje satysfakcję. Zauważamy sporo młodych świerczków. Coś się chyba zmieniło w powietrzu przez ostatnie lata. Łyse szczyty zatrutych gór znów porastają lasami. To spostrzeżenie dodaje nam dodatkowych sił i wjeżdżamy w końcu na szczyt. Tam, jak to na szczycie, pali się jakieś ognisko, kilka osób na wieży widokowej, chłodno i wietrznie. Zjadamy, co nam zostało i obmyślamy plan powrotu do Wrocławia. Możliwości jest kilka…

Wariant I:

emocjonujący i trudny technicznie Dalej jedziemy niebieskim szlakiem na pn-wsch. Na szczycie bardzo trudno go odnaleźć w labiryncie ścieżek pełnych kamieni, pozarastanych trawą i poprzecinanych leżącymi pniami świerków, których im niżej, tym więcej. Właściwie kierujemy się na azymut, oznaczeń szlaku nie ma co szukać. Pojawiają się po dość długim czasie niepewnego sprowadzania roweru. W lesie ścieżka nadaje się już do zjeżdżania i zaczyna się „hardcore”. Teraz wiem już, dlaczego tak dobrze wyrażał się o tym odcinku trasy nasz kolega dirtowiec… Jest stromo, kamieniście, są uskoki i zakręty. W paru miejscach sprowadzamy. Później napotykamy szlaki zielony i żółty, jedziemy kawałek wzdłuż nich (w dół) i na rozwidleniu wybieramy żółty (zielonym też można). Znów super zjazd, rynny po ściąganiu drewna, gałęzie, korzenie, duża prędkość. Cały ten odcinek jest dość ciemny i ponury, ale finisz w Kamionkach położonych w pięknej dolinie stanowi urocze zakończenie trasy. Dalej jedziemy asfaltem, odprężeni, kierując się na Dzierżoniów. Do końca będzie już lekko z górki. W Dzierżoniowie wsiadamy do autobusu pospiesznego do Wrocławia i po ok. godzinie jesteśmy w domu. Istnieje niestety ryzyko, że rowery nie zmieszczą się w zapełnionych lukach bagażowych, wtedy klops. Ale to raczej mało prawdopodobne.

Wariant II:

łatwy i przyjemny Jedziemy czerwonym szlakiem do przełęczy Jugowskiej, w lewo asfaltem do Kamionek i dalej jak w Wariancie I. Można też zjechać zielonym szlakiem, ale wtedy nie jest to już „wariant łatwy”.

Wariant III:

dla tych, którzy zostawili auto w Książu lub Wałbrzychu bądź lubią jeździć pociągiem. Zjeżdżamy żółtym do Walimia (trzeba cofnąć się kawałek trasą, którą przyjechaliśmy i nie skręcać w prawo za szlakiem niebieskim). Zjazd jest zróżnicowany, najpierw kamienie, trzeba trochę prowadzić, później bardzo długi, szybki zjazd do Walimia. Tam jest kompleks Riese, można zwiedzić lub od razu puścić się w dół na Jedlinę i póżniej dalej na Wałbrzych. Niestety, nie jest cały czas z górki i przed Wałbrzychem można dać sobie porządnie w kość na kilkukilometrowym podjeździe, ale ogólnie dość szybko można znaleźć się na stacji PKP lub parkingu.

Przewodnik

Gdzie spać? Poniżej przedstawiamy większe ośrodki wypoczynkowe w okolicach Zagórza, właściwie w każdej wiosce znajdzie się też gospodarstwa agroturystyczne z wolnymi pokojami.

  1. Hotel „BORYS” ** – Zagórze Śląskie, ul. Główna 26, 58-321 Jugowice, tel. 845 33 95, e-mail: >
  2. Ośrodek Wypoczynkowy „FREGATA” – Zagórze Śląskie (nad jeziorem), 58-321 Jugowice, tel. 850 99 25
  3. Ośrodek Wypoczynkowy „GAWRA” – ul. Główna 21, Zagórze Śląskie, 58-321 Jugowice, tel. 845 33 82
  4. Stanica Turystyczna „GWAREK” – ul. Główna 17, Zagórze Śląskie, 58-321 Jugowice, tel. 845 33 83
  5. Ośrodek Wypoczynkowy „POD LIPAMI” – ul. Drzymały 40, Zagórze Śląskie, 58-321 Jugowice, tel. 845 39 29
  6. Camping „PRZYSTAŃ SŁONECZNA” – Zagórze Ślaskie (nad jeziorem),
    58-321 Jugowice, tel. 845 33 25
  7. Kompleks Wypoczynkowy „WODNIAK” – Zagórze Śląskie (nad jeziorem), 58-321 Jugowice, tel. 845 33 91

Gdzie zjeść?

  1. Karczma „Nad Potokiem” w Michałkowej
    Szczególnie polecamy „fuczki”, placki podobne do ziemniaczanych, z kapustą kiszoną, oraz placek po cygańsku (na podwórzu: owca Malwina, koza i dwa owczarki podhalańskie).
  2. „Fregata” nad zalewem, 0,5 km od zapory.
    Atmosfera portowa, dobre niemieckie piwo mistrzowsko nalewane. Jedzenie smaczne, ale dość drogie. Polecamy opiekane ziemniaczki (tu na podwórku piękny nowofunland).

Co warto zobaczyć?

  1. Centrum Świebodzic
  2. Zamek Książ i Księżański Park Krajobrazowy
  3. Zamek Grodno
  4. Zaporę i elektrownię wodną na Bystrzycy
  5. Tajemnicze sztolnie kompleksu „Riese” (trasa właściwie ich nie obejmuje, ale warto nieco rozszerzyć program, by je zobaczyć).
  6. Kościółek w Michałkowej

top 3

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach