Dość tych bzdur!

Spotykamy się na kilka dni przed wyścigiem, który miała wygrać. Ostatnie dni były dla niej wyjątkowo trudne. Medialny szum związany z olimpijskimi kwalifikacjami, kontuzja, przyjazd do Polski w błysku fleszy. Zamiast o sukcesach rozmawiamy o tym, co niesie ze sobą porażka…

Tekst: Miłosz Sajnog, Zdjęcia: Zbyszek Kordys


Najpierw pojawiła się informacja, że masz kontuzję, potem, że są prowadzone badania, a potem, że raczej nie pojedziesz na Igrzyska. Wszyscy w Polsce byli w szoku. Jak wyglądały te chwile z Twojej perspektywy?

Nie pamiętam samego upadku. Podcięło mi rower na zjeździe i zarzuciło. Już wiedziałam, że lecę i byłam przekonana, że się wybronię. Potem wydawało mi się, że zeskoczę na nogi i nic nie będzie. Ale ścieżka szła zboczem i zeskoczyłam ze ścieżki na kamienie, poleciałam do strumyka. Przez godzinę siedziałam i czekałam, aż mnie wyciągną, bo nie mogłam się ruszyć z bólu.

Potem opublikowałaś zdjęcie stopy ze szpitala i stała się to najsłynniejsza stopa w Polsce, przynajmniej przez dwa dni. Liczyłaś, że to pójdzie we wszystkich mediach?

Znajomi przekazali mi, że gdzieś pojawiły się idiotyczne komentarze, że symuluję kontuzję, żeby się usprawiedliwić przed słabym występem w Londynie. Wtedy nie wytrzymałam i na portalu społecznościowym opublikowałam zdjęcie stopy. Spodziewałam się, że mogą je przechwycić media, ale nie sądziłam, że aż na taką skalę.

Ale to trochę masochizm robić takie zdjęcie, nie uważasz?

Po Canberze nie wiedziałam, jak wyglądam. Kiedy leżałam w szpitalu, pielęgniarka pytała się, czy zrobiłam sobie zdjęcie. Pomyślałam, że chyba sobie kobieta ze mnie żartuje. Ona jednak powiedziała, że warto. Jak już człowiek wydobrzeje, to sam jest ciekaw, jak wyglądał. W Australii pozwoliłam zrobić sobie zdjęcie już po tym, jak dostałam sterydy, więc nie wiem, jak źle było zaraz po wypadku. Od tamtej pory zawsze gdy się mniej lub bardziej uszkodzę, dokumentuję obrażenia. Na początku to może masochizm, ale potem to naprawdę fascynujące, jak nasz organizm potrafi się odbudować.

Twój przylot do Polski to ogromne zainteresowanie mediów. Liczyłaś się z czymś takim?

Kiedy lądowaliśmy na lotnisku w Katowicach, piloci mi powiedzieli, że czekają kamery. Chciało mi się tylko płakać, więc to nie była szczęśliwa chwila. Był szok. Potem pod kliniką był cały trawnik mediów i to mnie już zastanowiło. Z jednej strony żal ogromny, z drugiej to mnie nawet trochę rozbawiło. Dziewczyna ze złamaną nogą przyjeżdża do szpitala, a tam kamery, światła… Brakowało tylko czerwonego dywanu. Ale to może środki przeciwbólowe wywoływały rozbawienie.

Potem była diagnoza, która potwierdzała przypuszczenia, że z Londynu nici…

Najpierw myślałam, że może coś się jeszcze uda uratować w tym roku, ale potem stało się jasne, że nic. Teraz myślę o przyszłości i rehabilitacji. Doktor Ficek powiedział mi, że taka kontuzja bardzo często wynika z ogólnego przeciążenia organizmu, tak bywa na przykład u piłkarzy. Co ciekawe, może mieć dość dobry wpływ na rozwój zawodnika, bo jest czas na popracowanie nad tymi grupami mięśni, na których wcześniej nie można się było koncentrować. Dlatego zawodnicy z takich urazów nierzadko wychodzą silniejsi. Chociaż ja wolałabym taką przerwę miesiąc później.

Jaką miałaś formę przed kontuzją? Możesz to określić?

Jeździmy z miernikami mocy, więc wszystko jest bardzo wymierne. Przed urazem miałam wyniki lepsze niż w ubiegłym roku.

Teraz kanapa i Igrzyska w telewizji. Straszny stan.

Na jedną łzę radości z polskiego medalu przypada dziesięć smutku, że mnie tam nie ma. Jadę wprawdzie do Londynu kibicować naszym i być może komentować MTB dla telewizji polskiej, ale to nie to samo. W sumie cztery lata poszły na nic. Muszę na nowo przemyśleć swoją karierę i ją zaplanować.

Twoje najbliższe plany raczej nie są sportowe?

Sześć tygodni będę w gipsie, następne sześć w ortezie. Po drodze mam mieć zabieg chirurgiczny, który zaplanowaliśmy po moim powrocie z Londynu. Właściwie komentowanie MTB to będzie chyba mój jedyny kontakt z poważnym ściganiem w tym roku. Orteza może pozwoli mi na lekkie treningi na trenażerze, ale to raczej pod kątem rehabilitacji. Na starty nie mam co liczyć. Zamierzam jak najwcześniej wrócić do treningów, znaleźć jakieś cele na zimę. Myślę o przełajach albo o amatorskich zawodach biegowych na nartach. W roli kibica wystąpię też na swojej imprezie w Jeleniej Górze.

Twoja motywacja na przyszły sezon wzrośnie?

Możliwe, że tak. Po tym sezonie będę czuła głód sukcesów, a co za tym idzie, większą motywację.

To nie pierwsza kontuzja w Twojej karierze, ale najpoważniejsza. Nie boisz się blokady psychicznej?

Nie wiem, po wcześniejszych kontuzjach nie miałam jakiegoś bloku psychicznego. Trzy tygodnie po Canberze już szalałam na zjazdach. W tym roku, po upadku w Londynie na zjazdach, byłam trochę wolniejsza, ale kilka treningów i wszystko wróciło do normy. Jeżeli dojdzie do blokady, pozostanie ćwiczyć tak długo, aż się odblokuję. Ale to jest niewiadoma.

Potem rozpoczęła się dyskusja między innymi z Ryszardem Szurkowskim, byłym prezesem grupy Halls, w której jeździłaś. I wzięłaś aktywny udział w tej dyskusji…

Ryszard Szurkowski jest z pewnością bardziej znany jako kolarz niż Maja Włoszczowska i każda jego opinia będzie wzięta pod uwagę szybciej niż moja.

Ja Ryszarda Szurkowskiego bardzo cenię za jego osiągnięcia sportowe, jednak w tym przypadku trochę się pospieszył, bo przez ostatnie dwa lata nie widział ani jak trenuję, ani jak się przygotowuję. Na MTB raczej się nie zna, o tyle, że nie ścigał się w tej konkurencji i nie wie, jak to wygląda i jak się przez ostatnie lata zmieniło. Taka surowa krytyka musiała spotkać się z moją odpowiedzią. Jeżeli słyszę bzdury i nieprawdę, będę reagować. Nieważne, kto to mówi i jakie ma nazwisko.

Ryszard Szurkowski powtórzył w swojej wypowiedzi słowa, które padły z ust Twojego poprzedniego trenera Andrzeja Piątka. Mówił o zmianie metody treningowej, zbyt małej liczbie startów, niesprawdzonych metodach…

Andrzej Piątek od momentu naszego rozejścia jest nieprzychylnie nastawiony do całej naszej grupy i szuka każdego pretekstu, żeby się przyczepić do tego, co robimy. I cokolwiek robimy, nawet jeśli całkowicie zgadza się to z jego wizją, i tak będzie krytykował. Przygotowania do Igrzysk może i były niesprawdzoną metodą, ale niesprawdzoną przez niego. Marek Galiński ma kilkanaście lat doświadczenia własnego i zawodników, których prowadzi. Dokładnie tym samym tokiem przygotowań szliśmy w ubiegłym roku przed mistrzostwami świata. A zdaje się, że tam byłam druga i to po defekcie…

Przez chwilę wzięłaś udział w pyskówce w mediach, wcześniej milczałaś na ten temat.

Trener Piątek wykorzystuje każdą okazję do gier medialnych. Kiedy się rozstaliśmy, obiecaliśmy sobie, że nie będziemy rozstrzygać sporów w mediach. Tymczasem on zaczął zachowywać się bardzo nie fair. Nawet gdy już okazało się, że Paula Gorycka jedzie na Igrzyska, zamiast zająć się jej przygotowaniem do startu, znowu zaczął wojnę w mediach. A do tego Ryszard Szurkowski mówi, że gdyby kózka nie skakała… No, to już było zbyt dużo. Dla mnie cała ta sprawa to strata czasu, bo dyskusja, czy to w środowisku, czy w mediach, zabierała zbyt wiele sił, a ja miałam jeździć na rowerze, a nie dyskutować.

To co się zmieniło?

Kiedy tak siedzisz na kanapie i nie możesz trenować, nie możesz startować, to masz czas na przemyślenia i masz w końcu możliwość zareagować.

Widzę, że w mediach jest tylko Andrzej Piątek i jego punkt widzenia, który nie odpowiada prawdzie. I ciągłe ataki na PZKOl, na mnie, na Marka Galińskiego. Dość tego! Kiedy słyszę, że on ma za mało czasu, żeby przygotować Paulę do Igrzysk, zaraz włącza mi się sygnał alarmowy: „halo, przecież rezerwowa z definicji ma być w każdej chwili gotowa na zastąpienie podstawowego zawodnika. A trener Piątek sam się dopominał, by Paula rezerwową została”. Jaki trener klubowy jedzie na Igrzyska? Nie jedzie trener Marka Konwy, nie jedzie konsultant Piotra Brzózki. To jest czysta manipulacja. Trener Piątek o tym wszystkim wie i nikt nie działa przeciw niemu. Co gorsza, ilekroć prezes Skarul wyciąga rękę do trenera Piątka, dostaje nóż w plecy. Ale najbardziej boli mnie to, że przecież Andrzej Piątek był trenerem kadry i mógłby przynajmniej w sprawach fachowych bzdur nie gadać.

A na to wszystko padła Twoja zapowiedź, że wszystko powiesz…

No i na to czekasz? (śmiech)

Oczywiście, wszyscy czekamy.

To jest trochę nadinterpretacja mediów, bo sprawa urosła do takich rozmiarów, że wszyscy spodziewają się nie wiadomo czego. Tymczasem ja nadal zastanawiam się, co mi z tego przyjdzie. Znowu pojawi się dyskusja i awantura? Znowu środowisko się podzieli?

Jak pokazały Igrzyska Olimpijskie, nasze podejście było lepsze. Ola była siódma, Paula 22. Wyniki mówią same za siebie.

Odnosimy wrażenie, że ani władze kolarskie, ani grupa CCC, ani zawodnicy nie wiedzą, co mają zrobić z tą sprawą. Zarzuty trenera Piątka nie spotykają się z żadnym komentarzem i dzisiaj znaczna część opinii publicznej uważa, że jest on faktycznie skrzywdzony. Brak reakcji z Twojej strony czy ze strony koleżanek z grupy jest zastanawiający.

Ja mam wrażenie, że prezes Skarul chce być dobry dla wszystkich. Ilekroć jest ruch w stronę Andrzeja Piątka, kończy się to źle dla PZKol-u, co mnie martwi. Nie sądzę również, żebym była od tego, żeby walczyć z trenerem Piątkiem. Poza tym przypomnę, że to nie tylko ja skończyłam z nim współpracę. Najpierw byli to wszyscy chłopcy z obsługi, potem cztery zawodniczki. A tak naprawdę współpracę zakończył PZKol oraz klub. Denerwują mnie bzdury, jakie się pojawiają w mediach i to, że często dziennikarze nawet nie weryfikują informacji, jakie otrzymują. Ale szkoda mi czasu i energii na reagowanie. Nam nie jest potrzebna pyskówka. Przykro mi patrzeć na całą sytuację. Moglibyśmy wszyscy sobie nawzajem pomagać, ale wyraźnie trenerowi Piątkowi to nie pasuje. Niewątpliwie mocno rozpropagował kolarstwo górskie w Polsce, ale teraz sam to wszystko niszczy. Ale skończmy może ten temat…

Nie boisz się, że zaraz po Igrzyskach rozpocznie się rozliczanie polskich reprezentantów, w tym Twojej osoby? Że padną konkretne kwoty, konkretne zarzuty? I cała ta karuzela rozkręci się na poważnie?

Dla mnie Projekt Londyn oznaczał tylko tyle, że ciążyła na mnie większa odpowiedzialność. Tak naprawdę nie zmieniło się nic. Dzięki połączeniu środków reprezentacji oraz mojej grupy CCC Polkowice zawsze byliśmy zabezpieczeni w stu procentach. Ale być może w innych związkach program uratował kilku zawodników. Wiem też, że często wyglądało to tak, że z pieniędzy jednego zawodnika przygotowywała się cała kadra… Idea programu może i była dobra, ale system kulał. Mieliśmy dla przykładu do wykorzystania zespół wsparcia, który tak naprawdę nie wspierał, a kontrolował i często utrudniał przygotowania.

Marek Galiński jest obecnie również na pierwszej linii frontu walki o polskie MTB. Jak wyglądała Wasza współpraca?

Marka mi szkoda, bo niejako niechcący wciągnęłam go w to zamieszanie. Kiedy skończyłam współpracę z Andrzejem Piątkiem, poprosiłam Marka o pomoc i mieliśmy współpracować… właściwie po cichu. Marek miał wszystko poukładane, miał swój klub, kadrę męską i szkołę kolarską. Wtedy padła moja propozycja i Marek się zgodził. Potem prezes Skarul zaproponował mu kadrę kobiet i znów „Diabeł” się zgodził. On koncentruje się na pracy, wszyscy powinni być mu wdzięczni za to, co robi dla polskiego kolarstwa. Natomiast nie jest typem brylującym w mediach i dlatego w tej konfrontacji przegrywa. Jeżeli zostanę w Polsce, Marek Galiński będzie jednym z powodów, dla których to zrobię.

Od dobrego roku co chwila musisz się tłumaczyć, że jesteś zawodnikiem i że masz sukcesy. Jak się z tym czujesz?

Tracę ogromną energię na to i tracę również siły psychiczne, żeby udowadniać fakty oczywiste. Spotykam twierdzenia, że mam za sobą najgorszy sezon. Wygrałam edycję Pucharu Świata, byłam w nim trzecia, raz jestem piąta i siódma, i słyszę, że mam słaby sezon. Przecież nie miałam nigdy takich wyników w Pucharze! Jestem tam w piątce i gdyby nie kontuzja, walczyłabym o wygranie Pucharu Świata. Do tego zrobiono atmosferę, że Włoszczowska ma kupę kasy, bo ma program. I są ludzie, którzy przez to się do mnie uprzedzają. Każde zgrupowanie to dyskusje, co kto napisał, co kto powiedział, co nowego Andrzej wymyślił o nas. Staramy się odcinać i skupić na pracy, ale ta nagonka jest tak duża, że nie zawsze się da. Presja jest ogromna i przyznam, że jestem tym piekielnie zmęczona. Czasem się zastanawiam, czy nie lepiej nie mieć tych superwarunków, inwestować własne pieniądze i mieć spokój, jeżdżąc za granicą. Nie ukrywam, że ta atmosfera powoduje, że zaczynam poważniej rozmawiać z grupami zagranicznymi.

Nie było Cię na mistrzostwach Polski, gdzie właściwie doszło do pewnego rodzaju sądu nad polskim MTB. Nie lepiej było przyjechać do Kielc i tam dać odpór tym wszystkim twierdzeniom?

Może i pokusa była, ale wątpliwości nie. Dla mnie priorytetem w tym roku były Igrzyska Olimpijskie i jeśli start w mistrzostwach był nie po drodze, bez wahania z niego zrezygnowałam. Pierwotnie był on w planach. Problem pojawił się w momencie, kiedy po mistrzostwach Europy byłam chora i ta choroba mi się przeciągała i straciłam w sumie dwa tygodnie. Przygotowania olimpijskie zaczęły się z opóźnieniem. Gdybym pojechała do Kielc, straciłabym dobry tydzień treningów, które były dla mnie ważne. Wyścig w Davos pokazał, że przygotowania szły w dobrą stronę, bo tam byłam już druga w mocno obsadzonym wyścigu. Mistrzostw było mi szkoda, bo zawsze miałam koszulę i trochę mi żal, że ją straciłam. Ale zdecydowanie ważniejsze były Igrzyska. Gdybym w Londynie przegrała, nikt by nie patrzył, że zostałam mistrzynią Polski. A swoją drogą… Z tego, co słyszałam o atmosferze w Kielcach (dziewczyny były wyzywane na trasie, konferencja prasowa była parodią dziennikarstwa), wnioskuję, iż niczego nie straciłam i dobrze, że w tym spektaklu nie uczestniczyłam.

Ale w mediach poszło, że Ty i Ola boicie się Pauli Goryckiej. Czy nowa grupa trenera Piątka to dla Was konkurencja?

Szkoda mi to komentować. Dla mnie konkurencją jest Julie Bresset i Catherine Pendrel, a nie Paula Gorycka. Wolałabym rozmawiać o tych pierwszych. Przez wojenkę medialną czuję się wręcz deprecjonowana, bo jak czytam, że moją główną rywalką jest Paula, to się zastanawiam, o co chodzi. Jeśli już mamy patrzeć na polskie podwórko, to znacznie groźniejsze są dla mnie Ola Dawidowicz i Ania Szafraniec. Ola już się odbudowała po dwóch latach chorób, Ania jest po kontuzji i jak dojdzie do siebie, to zapewne też wróci na wysoki poziom. Jak Paula kiedyś zbliży się do światowej czołówki, wówczas porozmawiamy o rywalizacji. Potencjał dziewczyna z pewnością ma, ale na razie musi się jeszcze dużo uczyć.

Chodzą słuchy o Twoim przejściu do innego zespołu. Ani nie zaprzeczasz, ani nie potwierdzasz. Słyszeliśmy nazwę Rabobank…

Trwają rozmowy z kilkoma ekipami i do momentu podpisania umowy nie mogę nic powiedzieć. Mam kilka propozycji, ale trzeba przyznać, że lepiej niż w CCC Polkowice nigdzie nie będzie. Wielki komfort przygotowań, profesjonalna, oddana obsługa, duże wsparcie klubu i głównego sponsora, Pana Dariusza Miłka, po wypadku. Trudno chcieć więcej. Z drugiej strony zmiany potrafią zadziałać bardzo korzystnie, a odpoczynek od polskiego piekiełka z pewnością mi się przyda. Może będę wówczas mogła udzielać wywiadów o kolarstwie a nie polityce. To jest trudna decyzja i na razie jestem mocno rozdarta.

top 3

Czytaj więcej

10 dni do Pucharu Świata w kolarstwie torowym Pruszków 2017

Czytaj więcej
Czytaj więcej

Przełaje – Masłońskie – galeria zdjęć

Czytaj więcej

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach