Droga lodowcowa dla odwaznych…

Jedna z najwyżej położonych szos w Europie, a zarazem najbardziej na północ wysunięty podjazd przekraczający „magiczną” poziomicę 2700 m n.p.m.

Kaunertaler Gletscherstrasse

Wąska nitka asfaltu, zbudowana na przekór przyrodzie, pozwala dojechać na rowerze w bajkowy, nierealny świat skał, turni i wiecznego śniegu. Z soczystych, pachnących świeżością łąk w kilka godzin przenosimy się, przez wszystkie piętra roślinności, aż do wysokości, na której gołym okiem życia dostrzec nie sposób, gdzie horyzont kończy się na bieli lodowca bądź przepaścistej grani. Piękno i surowość tutejszego krajobrazu czynią tę wycieczkę ekscytującym przeżyciem.


Wąwóz

Miasteczko Prutz znajduje się na ruchliwej trasie tranzytowej, prowadzącej z Monachium do Mediolanu przez całorocznie otwartą przełęcz Maloja. Można tu dojechać z Landeck arterią poprowadzoną na półce skalnej wzdłuż kanionu z pięknymi widokami lub szutrowym traktem rowerowym po drugiej stronie rzeki, mniej widokowym, ale za to także mniej stresującym. W Prutz (0,0 km/864 m) odbijamy za oznakowaniami na dolinę „Kaunertal”. Szeroka rynna szybko zwęża się w skalisty wąwóz, zaś do naszych uszu dociera głośny szum potoku. Nawet w czasie upałów panuje tu przyjemny chłód, dający chwilową ulgę od spiekoty. Samochody pojawiają się sporadycznie, żeby nie powiedzieć wcale. Z mostku nad potokiem Fagge (3,0 km/978 m) jest dogodne zejście do wody, jednak nie polecam napełniania bidonu. Rzeczka jest zasilana z jeziora zaporowego i w nabranej cieczy pływa pełno drobnych odłamków skalnych tudzież innych zanieczyszczeń, które przez długi czas zgrzytają między zębami, przypominając o popełnionym błędzie. Po chwili (4,0 km/1 072 m) mijamy jedyne w dolinie rozstaje, w lewo odchodzi droga na Kauns. W tym miejscu znajduje się także pierwszy i ostatni camping na trasie. Jego właściciel umożliwił mi nieodpłatnie zostawienie ciężkich sakw z bagażem na wielodniową wyprawę, dzięki czemu mogłem rozkoszować się podjazdem na lekkim, 12-kilogramowym rowerze. Do pokonania zostało 1 821 m różnicy wzniesień, wliczając w to kilka krótkich zjazdów.

Miasteczko Feichten

Przez krótki czas rześki powiew świeżego powietrza mile pieści policzki i dłonie. Z uśmiechem na ustach odliczamy kolejne słupki odległościowe i przynajmniej przez chwilę mamy złudną nadzieję, że od teraz będzie lekko, łatwo i przyjemnie. Ten łagodny odcinek nie trwa jednak długo i kończy się znakiem ostrzegawczym „ostry podjazd 14%”, co w rzeczywistości oznacza pożegnanie się na długo z używaniem największej tarczy. Wyczerpująca sekcja o maksymalnym wzniosie aż 16% pojawia się na tej trasie tylko raz. Ta myśl dodaje otuchy w pokonywaniu kolejnych metrów. To znaczy ja o tym nie wiedziałem i jechałem z przeświadczeniem, że będę tak rzeźbił aż do końca…;)) Sklep spożywczy w miasteczku Feichten (12 km/1 340 m) jest ostatnią okazją na zakup prowiantu w przyzwoitej cenie. Znajduje się tu także bankomat RaiffeisenBank akceptujący karty Visa, poczta, informacja turystyczna oraz kilka ekskluzywnych hoteli i pensjonatów z restauracją na pokładzie. Za miejscowością znajduje się punkt poboru opłat, na którym zaoszczędzimy 19 euro (w odróżnieniu od kierowców samochodów osobowych).

Jezioro zaporowe

Długa, kilkukilometrowa prosta, teraz nieco nużąca, będzie w drodze powrotnej najprzyjemniejszym odcinkiem zjazdu. Gęsty las po raz ostatni daje schronienie przed palącym słońcem. Przyjemnie szemrzący potok staje się coraz bardziej szary. Oznacza to, że zbliżamy się do sztucznego jeziora, z którego wypływa. Z rozległej polany otwiera się widok na tamę, która wysoko w górze spina obie części doliny, tworząc 6-kilometrowej długości jezioro Gepatsch Stausee. Jest to najwyższa zapora w Europie, wzniesiona z naturalnych kamieni. Tama trzymająca w ryzach 140 milionów kubików górskiej wody jest jednym z elementów systemu ochrony mieszkańców doliny przed powodziami. Aby dostać się na jej krawędź (22 km/1 772 m), musimy na odcinku zaledwie jednego kilometra podjechać kolejne 130 m różnicy wysokości. Ponieważ nie było miejsca na szerokie łuki, szosa wznosi się ciasnymi serpentynami o wyjątkowo nieprzyjemnym nachyleniu. Pierwszy z zakrętów oznaczono numerem „29”. Rozpoczyna się odliczanie, 29, 28, 27, 26… Uprzedzę fakty – tabliczka z numerem „1” znajduje się na wysokości 2 741 m n.p.m., tuż przed samym lodowcem. Intensywny wysiłek wspinaczki osładza myśl, że za chwilę będzie 6 km sielankowej drogi wzdłuż jeziora, z przyjemnym chłodnym powiewem pyłu wodnego kilkunastu wodospadów. Zapora jest miejscem chętnie odwiedzanym przez turystów, idealnym do wykonywania pamiątkowych fotografii. W ciągu dnia działa tu bufet oraz sklep z kiczowatymi pamiątkami. Asfalt otacza jezioro z obu stron, ale tylko lewa nitka jest dopuszczona do publicznego ruchu i regularnie oczyszczana ze spadających z góry odłamków skalnych. Prawa strona oferuje kilka tuneli i pewien smaczek przygody, bowiem nawet na samym końcu może się okazać, że drogę zatarasowała lawina kamieni.

Ściana serpentyn

Za jeziorem czeka nas krótki stromy odcinek do schroniska górskiego Gepatschhaus (30 km/1 924 m), za nim długi i zaskakująco szybki zjazd na górską polanę. W roku 1894 postawiono tu kaplicę, w której przewodnicy górscy modlili się przed wejściem na lodowiec. Patrząc wprost przed siebie, widzimy pionowy klif skalny, w który droga wbija się serią wąskich serpentyn. Ten odcinek otrzymał w ubiegłym roku nową nawierzchnię asfaltową. Jazda jest wyjątkowo przyjemna, mimo narastającego nachylenia. Liczne zakręty sprawiają, że co chwilę zmieniamy kierunek jazdy, zaś poukładane nad sobą wstążki szosy dają wrażenie szybkiego zdobywania wysokości. Nasyciwszy się widokiem w dół doliny, zaczynamy dostrzegać piękno najbliższego otoczenia. Oko penetruje najpierw stary wysokogórski las, mocno zniszczony podmuchami fenu, po czym, przeciskając się przez skręcone surowym klimatem konary, wspina się po skałach, zatrzymując dłużej na płaszczyźnie lodowca, wciąż bardzo odległej i zdaje się nieuchwytnej.

Walka

Po pokonaniu czternastu agrafek (33 km/2 183 m) wkraczamy w świat rozległych hal wyścielających łagodne zbocza. Zieleń, która nas otacza, zupełnie nie pasuje do tego, co widzieliśmy z dołu. Skały, które tak dzielnie prezentowały się znad jeziora, są jednak jeszcze ponad naszymi głowami. Wygodniej jednak patrzeć na boki zamiast do góry. Po przeciwnej stronie doliny kaskadami śnieżnobiałych seraków opada lodowiec Gepatschferner. Jego jęzor wcina się tak głęboko, że teraz możemy nań spoglądać z góry. Pomyśleć, że te nad wyraz maleńkie kawałki lodu mają w rzeczywistości wielkość wielotonowych ciężarówek. Kolejne zakręty przenoszą nas coraz wyżej. Za jednym z nich lądujemy w suchej skalistej dolinie ze zwalającym z nóg widokiem na ogrom podjazdu, jaki nam jeszcze pozostał. Osiągnąwszy piętro turni, pożegnaliśmy się ostatecznie ze świeżością łąk górskich i refleksami świetlnymi tafli jeziora Weisssee. Otaczają nas tylko skały, spomiędzy których gdzieniegdzie wyzierają płaty topniejącego śniegu. Wysychający, cichy i zapomniany potok nie jest w stanie przełamać wrażenia surowości i niedostępności tutejszego krajobrazu. Droga pnie się niemiłosiernie stromo (14%), tak więc nie pozostaje nic innego, jak patrzeć na altimetr i odliczać ostatnie 200 m różnicy wzniesień. Każdy obrót korbą przybliża do celu o kilka metrów asfaltu i kilkadziesiąt centymetrów wysokości. Niosący się donośnym echem po skałach warkot silnika szalonego motocyklisty, przeraźliwy pisk opon samochodowych na zakrętach, gryząca woń palonych okładzin hamulcowych – to są niemiłe akcenty cywilizacyjne, które teraz jeszcze dotkliwiej dają się we znaki. Niczym nóż wrzynają się w ciszę i jeszcze przez długi czas tłuką po głowie, utrudniając i bez tego wymagający podjazd.

Lodowiec

Znienacka, zza ostatniego zakrętu, oznaczonego numerem „1”, wyłania się gmach restauracji, wybudowanej tuż nad lodowcem Wiesseeferner, na poziomie 2 750 m n.p.m. Szutrowa droga doprowadza bezpośrednio na spękaną, szaroniebieskawą płaszczyznę lodowca. Posiadacze kolcowanych opon mogą się pokusić o wjazd gładką jak stół trasą narciarską ponad poziomicę 3 000 m n.p.m. Sam żałuję, że nie miałem tego typu osprzętu przy sobie (niestety, jedna opona z kolcami waży blisko kilogram, a co dopiero komplet…). Pocieszam się, że wdrapywanie się na samą górę nie jest bezwzględnie konieczne, nawet z perspektywy dolnej stacji wyciągu morze lodowe wywiera przeogromne wrażenie, a głębokie, ziejące chłodem otchłanie labiryntów szczelin przyprawiają o dreszcz i nie pozwalają na zjechanie z ubitego traktu. A szkoda, bo lodowiec twardy jest i technicznie rzecz biorąc przejezdny…

Zjazd

Na wycieczkach rowerowych powrót tą samą drogą zawsze uważałem za pewnego rodzaju wadę, polegającą chociażby na odbieraniu sobie możliwości zobaczenia czegoś nowego, być może znacznie ciekawszego. W tym konkretnym przypadku jest jednak inaczej. Znajomość przebiegu szosy pozwala na pewne wchodzenie w zakręty i płynne operowanie prędkością pojazdu. Pierwsze kilometry dają teoretycznie nadzieję na rozwinięcie wysokich prędkości, aczkolwiek posypka szutrowa na serpentynach stwarza duże zagrożenie wywrotką, która w skalnej scenerii szosy i przy braku barierek może być bardzo niebezpieczna. Środkowa sekcja serpentyn wymaga ciągłej uwagi, ale czysta nawierzchnia powoduje, że jest to bardzo przyjemny i mało stresujący odcinek zjazdu. Dzięki dobrej widoczności dolnych partii drogi możemy poćwiczyć pokonywanie zakrętów w bardzo dużym przechyle, na granicy ocierania pedałami o asfalt. Nad jeziorem klocki hamulcowe otrzymują chwilę wytchnienia, im pewnie zjazd nie przypadł do gustu. Popołudniowe słońce malowniczo gra na wodospadach, co może być okazją do kolejnych zdjęć. Kiedy stawiałem rower przy barierce, by sięgnąć po aparat, odskoczyłem, oparzony w łydkę przez obręcz przedniego koła. Zazwyczaj na tak długich zjazdach hamuję pulsacyjnie, w tym przypadku zbyt ciasne zakręty uniemożliwiły oszczędne manipulowanie klamkami. Po minięciu tamy i ostatnich czterech serpentyn rozpoczyna się najbardziej dynamiczna część zjazdu. Rower może grawitacyjnie rozpędzać się tak długo, aż opór powietrza zrównoważy siłę ciążenia. Pamiętajmy, że w otaczającym lesie nie brakuje zwierzyny i zawsze może coś wyjść na drogę. Wtedy już nie będzie czasu na hamowanie. Po minięciu miasteczka Feichten zaskakuje stromy i kręty fragment szosy, wcinający się w wąską dolinę o charakterze kanionu. To znak, że dojeżdżamy do Prutz i nasza wycieczka dobiega końca.

Wyżej?

W okolicy znajduje się jeszcze kilka dróg, zarówno asfaltowych, jak i szutrowych, które prowadzą jeszcze wyżej, przekraczając poziomicę 2 800 m. Walory krajobrazowe tych podjazdów są co najmniej takie same jak w przypadku naszej trasy, jednak nachylenie i wynikające stąd wymagania kondycyjne znacznie większe. Jeden z wariantów wiedzie na najwyższy dostępny rowerowo wierzchołek w Alpach, zaś drugi forsuje masyw górski w najwyżej położonym w Europie tunelu. Więcej szczegółów następnym razem…:))

Położenie i dojazd

Prutz, pierwsza na trasie miejscowość, znajduje się w zachodniej Austrii, a dokładniej zachodnim Tyrolu. Oddalona jest o 13 km od Landeck (z magistralą i stacją kolejową) oraz 80 km od Insbrucku, największego miasta w regionie. Jedną z tańszych możliwości dostania się tutaj z rowerem jest przejazd koleją z Frankfurtu nad Odrą przez Niemcy do Mittenwald (na bilet wohenende). Koszt ok. 9 euro na osobę, jednak podróż trwa 13 godzin i zwykle zmusza do 5 przesiadek. Z Mittenwald do Landeck można przedostać się rowerem bądź austriacką koleją, która gęstymi serpentynami pokonuje alpejską przełęcz Seefelder Sattel. Za tę, nota bene widokową, przyjemność, trwającą niecałe dwie godziny, zapłacimy kolejne 18 euro.

Wyżywienie

0 km Prutz – sklep spożywczy, restauracje 12 km Feichten – sklep spożywczy, restauracje hotelowe, gościniec (gasthof) 21 km Jezioro zaporowe „Stausee Gepatsch” – bufet, napoje i przekąski 28 km Gepatschhaus – restauracja schroniskowa 39 km Lodowiec Wiessseeferner – restauracja

Wymagania

Bez wątpienia nie jest to łatwa wycieczka, trudno ją nawet porównać z jakąś górą w naszym pięknym kraju. Powiedzmy, że dwukrotne wjechanie z Zakopanego na Morskie Oko przez Cyrhlę nad Białką oddałoby w pewnym sensie charakter tej trasy, przynajmniej pod względem nachylenia drogi i osiąganej wysokości. Faktem jest, że pokonanie 2 km różnicy wzniesień przy kilkunastoprocentowych podjazdach wymaga kondycji co najmniej dobrej oraz dużej wytrzymałości organizmu na długotrwały wysiłek fizyczny. W nagrodę otrzymujemy niepowtarzalne alpejskie widoki, dużą satysfakcję z osiągnięcia celu i fantastyczny zjazd w drodze powrotnej…

Czas

Podczas ubiegłorocznego wyścigu TirolWest Trophy 41-kilometrowy odcinek z Landeck przez Prutz do lodowca Wiessseeferner najszybszy zawodnik pokonał w niecałe dwie godziny, zaś najwolniejszy wlókł się dwukrotnie dłużej. Mnie podjazd w turystycznym tempie zajął ponad sześć godzin. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że ok. 30% tego czasu stanowiło kadrowanie zdjęć i różnego rodzaju przekąski.

Pogoda

Nie dajmy się zwieść sielankowym obrazkom. Teoretyczny spadek temperatury wraz z wysokością to ok. 0,8°C. na każde 100 m wzniosu. Wyjaśniając bardziej obrazowo, jeśli na pierwszych metrach podjazdu pocimy się, narzekając na nieziemski skwar, na tarasie lodowcowej restauracji będziemy obstawiać zakłady, czy słupek rtęci dojdzie do kreski z cyferką „+10”. Na tej wysokości śnieg występuje przez ok. 300 dni w roku, zaś nawet podczas upałów temperatura w ciągu dnia rzadko kiedy przekracza +15°C. Na domiar złego prawie każde załamanie pogody kończy się zamiecią śnieżną, co przy zaledwie 10 dniach bezopadowych w miesiącu nie jest dobrą informacją. Mimo tego zdarza się kilka dni w miesiącu, kiedy warunki są idealne i wtedy można w pełni nacieszyć się niezwykłością tego miejsca.


Kaunertaler Gletscherstrasse – informacje „techniczne”

Początek podjazdu Prutz 864 m n.p.m Koniec podjazdu Lodowiec Wiessseeferner 2 750 m n.p.m. Nawierzchnia dobrej jakości asfalt Zakręty numerowane 29 Zakręty wszystkie 44 Długość podjazdu 41 km Suma wzniesień 1959 m Zjazdy łącznie 73 m Maksymalne nachylenie 16% Odcinki strome (5% i więcej) 16 km Odcinki płaskie (poniżej 2%) 14 km


Najbliżej położone przełęcze

Przełęcz Odległość od Prutz Na północy Pillerhöhe (1 558m) 8 km Na zachodzie Arlbergpass (1 793m) 50 km Na połódniu Reschenpass (1 508m) 35 km Na wschodzie Kühtai-Sattel (2 017m) 65 km

top 3

Czytaj więcej

Przełaje – Masłońskie – galeria zdjęć

Czytaj więcej

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach