Fuksem w Chinach

Klęska naszych sportowców w Atenach ma kilka wymiarów. Jednym jest wiele niespełnionych nadziei i wiele niezdobytych medali. Innym – problem organizacji całej sportowej machiny w Polsce. Jeszcze innym, kwestia związków sportowych. Dostało się PZKol-owi, dostało prezesowi Walkiewiczowi. Nie był to zbyt dobry rok. Nieporozumienia na linii kolarze – prezes, oskarżenia o ręczne sterowanie kadrą, rezygnacja niezłego całkiem trenera, który już szykuje swoją nową grupę zawodową. Nawet zorganizowanie Mistrzostw Europy MTB zakończyło się małym skandalem na całkiem dużą „skalę”, kwotę 200 tysięcy złotych. Najlepszym polskim kolarzem została kobieta i to z tak abstrakcyjnej dyscypliny jak MTB. W dodatku dziennikarze wyciągnęli prezesowi, że na ścianie w jego gabinecie wiszą zdjęcia z czasów głębokiego PRL-u. A to, że są również zdjęcia z Buzkiem i Kwaśniewskim, na nikim nie zrobiło wrażenia. Nam i tak najbardziej podobała się szabla…

Prezes Walkiewicz jest człowiekiem twardym i zdecydowanym. Nie ukrywa, że ma przeciwników i że jest kontrowersyjny. Prezes wie również, jakie ma atuty w rękach. Wie, jakich nie ma. Zdaje sobie sprawę, że o warunkach, jakimi dysponują jego koledzy z innych krajów, może tylko pomarzyć. Ze współczynnikiem finansowania sportu w wysokości 0,07% budżetu państwa możemy zająć na świecie takie właśnie, zaszczytne miejsce. Prezes wie, że wynik robią jednostki wybitne, a tych ostatnich ani na lekarstwo. Wie, że potrzeba trenerów, lekarzy, psychologów i biomechaników. Wie również, że nie ma to pieniędzy i długo jeszcze nie będzie. Dlatego właśnie robi swoje, czyli to, co uważa za słuszne. Pozostali członkowie zarządu myślą, jak uzdrowić kolarstwo. Politycy myślą, jak znaleźć pieniądze. Działacze kombinują, jak się wkręcić do polityków. Nad wszystkim czuwa Polska Konfederacja Sportu, twór dziwny i skomplikowany. Zarówno w nazwie, jak i w treści…

Młodych, zdolnych, najlepiej menadżerów

Zawołanie, że w polskim sporcie przyszedł czas na fachowców i menadżerów, jest tyle słuszne co absurdalne. Przecież każdy wie, że lepiej mieć fachowca niż patałacha. Są tylko dwa problemy… Skąd wytrzasnąć w Polsce fachowców od kolarstwa i gdzie znaleźć dla nich pieniądze? Każdy, kto rozwiąże ten problem, zostanie zbawcą polskiego peletonu. Zwróćmy jednak uwagę… Team Action sprowadza sobie menadżera zza granicy, bo wie, że w Polsce takiego nie znajdzie. Po drugie, sponsor Action ma na to pieniądze. Po trzecie, pieniędzy tych nie ma PZKol i ich nie znajdzie. Po czwarte, mówimy cały czas o kasie na szkolenie młodzieży, na którą nikt nie da nawet złamanej złotówki. A przecież takiego menadżera trzeba jeszcze opłacić (w końcu fachowiec). I na to przede wszystkim nie ma pieniędzy.

Tymczasem powstaje tor…

…na który skierowany jest całkowity wysiłek prezesa Walkiewicza. Wiadomość pewna. Tor powstanie i zostanie uruchomiony w przyszłym roku. Pieniądze na tę inwestycję zostały „zaklepane” i już uruchomione. Pewne jest, że będzie to tor z wykopem, cacko jednym słowem. Znajdzie tam siedzibę również PZKol. To także pocieszające, ponieważ teraz trudno ją znaleźć, gdyż nazwę związku przysłania szyld „naprawa obuwia”… Pytanie, czy tor będzie lekarstwem na całe zło polskiego kolarstwa? Pewnie nie. Natomiast będzie dowodem zaangażowania Wojciecha Walkiewicza w naprawę polskiego kolarstwa. I jednego możemy być pewni, przez następne kilkadziesiąt lat żaden prezes nie zbuduje takiego obiektu. Plany związane z torem są znaczne. Ma być centrum szkoleniowym, miejscem spotkań i treningów. Rozgrywane tam będą imprezy największej światowej rangi. Będzie tam również muzeum kolarstwa i całe mnóstwo innych rzeczy. Tor po prostu będzie piękny. Jego miesięczne utrzymanie kształtuje się na wysokości 200 tys. zł. Budowa pochłonie 60 mln zł. Koszty utrzymania ma pokryć gmina, koszt budowy – państwo. Na tor łatwiej będzie ściągnąć telewizję i sponsorów, zwłaszcza że pokazywanie zawodów torowych jest łatwiejsze niż relacjonowanie szosowych czy MTB. Może to być koło zamachowe polskiego kolarstwa. Może, choć wcale nie musi.

Alternatywa?

Koszt budowy toru to piętnastokrotny roczny budżet PZKol-u. Właśnie tak. Związek dostaje rocznie na swoją działalność 4 mln złotych. Na wszystko. Gdyby więc pieniądze na budowę wpakować w szkolenia, ich poziom zdecydowanie by się podniósł. Wracamy tylko do punktu wyjścia. Łatwiej znaleźć pieniądze na coś z betonu, niż na „szkolenia zawodników”. Właśnie to wykorzystał prezes Walkiewicz. Można również zadać pytanie, dlaczego przez sto lat nie zbudowano w Polsce krytego toru? Ale to pytanie raczej bez sensu. Nie zbudowano ani porządnej hali, ani stadionu, ani basenu. Kiedy jednak przywołujemy budżet związku, powiedzmy również o kosztach. Prezes Walkiewicz pełni funkcję prezesa społecznie. Nie bierze nic za swoje prezesowanie. A zatem wszystkie gadki o pieniądzach wpadających do jego kieszeni można włożyć między bajki. Kasa nie wpada, przynajmniej ta oficjalna, bo jej nie ma. Tymczasem roczne szkolenie zawodnika, aby prezentował jako taki poziom, zamyka się w kwocie 100 tys. zł. Proste działanie wykaże, że za państwowy budżet możemy wyszkolić rocznie 40 zawodników. A przecież nie doliczyliśmy jeszcze ani jednego fachowca! Oczywiście, należy posiłkować się sponsorami. Problem w tym, że oni inwestują w sport dla wyniku. Trener Piątek nie dostaje pieniędzy na juniorów. Proste. Płacimy tylko dobrym, a to znaczy wyszkolonym. I żaden menadżer tego nie zmieni, bo takie są odwieczne prawa natury. A zatem, zwiększając budżet PZKol-u nawet o 100%, dojdziemy do 80 zawodników. Niby dużo, a jednak śmiesznie mało. Dlatego cały proces odbywa się w klubach, w dobrych dobrze, w złych źle. A głównym sponsorem najczęściej są rodzice… W Polsce obserwujemy dziwną prawidłowość. Trudno dorobić się na sporcie. Ale żeby zostać dobrym sportowcem, trzeba być przynajmniej zamożnym! Klubów tymczasem jest również mniej, tak jak jeżdżących w nich zawodników.

Bez zmian

W chwili obecnej wiadomo, że władze PZKol-u się nie zmienią. No, może nie w takim stopniu, w jakim duża część kibiców by tego chciała. Prezes Walkiewicz nie miał nawet konkurenta i jak podkreślał, wybory nie były żadną rywalizacją. Z drugiej strony, nikomu nie chce się brać na głowę dokończenia budowy toru w Pruszkowie. Potencjalni kandydaci na prezesów wolą poczekać jeszcze jedną kadencję. Nie widać również zmian na dole. Można powiedzieć, że działaczom w okręgach taka sytuacja się podoba. Kolarstwo rozwija się albo dzięki pasjonatom, albo dzięki mechanizmom komercji, albo dzięki rodzicom. Grunt, że na dole można czasami zrobić bankiet albo wpaść na jakiś wyścig. Chociaż nie jest tak do końca… W mijającym właśnie roku związek zdecydował się na czyn heroiczny i postanowił zablokować, tak, właśnie zablokować maratony MTB. Rozesłane zostały nawet pisma do urzędów marszałkowskich, żeby nie udzielać zgody na organizowanie tych imprez. Ale imprezy się odbyły i nawet wyraźny sprzeciw prezesa Walkiewicza nic nie dał. Organizatorzy natomiast mają się dogadać z PZKol-em co do kolejnych lat. Pewnie skończy się na jakiejś działce od łebka.

Medal – fuksem

Zdobycie medalu olimpijskiego jest wielkim marzeniem prezesa Wlakiewicza i całej rzeszy kibiców. Właśnie ten medal możemy w Pekinie zdobyć, co wydaje się bardzo absurdalnym scenariuszem, ale możliwym do zrealizowania. Nie zmieniając dosłownie nic. Brzmi to dziwnie, ale tak właśnie jest i pewnie będzie. Rozwój kolarstwa torowego w oparciu o nowy obiekt w Pruszkowie spowoduje, że nasi młodzi dziś zawodnicy za cztery lata będą na wyższym poziomie. Będą też starsi i bardziej doświadczeni. Do sprinterów powinni dołączyć startujący w innych konkurencjach, bo wreszcie będzie gdzie trenować. Starsze będą również nasze dziewczyny z MTB. A jeżeli uda się zrealizować kolejny, czteroletni cykl przygotowań, ich forma nie powinna być gorsza niż w Atenach. Biorąc pod uwagę liczbę konkurencji na torze i mocny skład kobiecego MTB, „trafienie” medalu jest możliwe. Będzie to jednocześnie najgorsze, co się może w polskim kolarstwie wydarzyć. Niedofinansowana i lekko niesprawna struktura zdobędzie bowiem potwierdzenie swojej skuteczności. Wszelkie zmiany zostaną odłożone. Nie przybędzie również pieniędzy. Na pewno wszyscy jednak będziemy wtedy bić brawo. tekst: Miłosz Sajnog, zdjęcia: Kazimierz Jurewicz

Wojciech Walkiewicz

Człowiek-dynamit, wulkan niespożytej energii, dla jednych zaledwie kontrowersyjny, dla innych po prostu dyktator. Optymista i wizjoner, jedyny kandydat na prezesa Polskiego Związku Kolarskiego. Skazany na wygraną. Rozpoczął trzecią kadencję i dziewiąty rok urzędowania. Zobowiązał się, że czwarty raz nie będzie kandydował. Miesiąc przed spodziewaną reelekcją udzielił nam wywiadu. MR: Panie Prezesie, co się dzieje z polskim kolarstwem szosowym? WW: Jeżli macie na myśli wyniki polskich szosowców na Olimpiadzie w Atenach, był to tylko przysłowiowy „gwóźdź do trumny”. Podobną sytuację mieliśmy przecież po Sydney. Tak słabe wyniki to nie jest sprawa incydentalna, lecz efekt braku jakiejkolwiek długofalowej polityki państwa w sprawie rozwoju polskiego sportu w ogóle, nie tylko kolarstwa. Aktualne krajowe wydatki na sport to 0,07% budżetu. Przypomnę tylko, że kiedyś było to około 1%. W dawniejszych czasach rządy dostrzegały prestiżowe znaczenie sportu. Wiedziano, że zwiększenie wydatków na szkolenie młodzieży automatycznie zmniejszało wydatki np. na służbę zdrowia. MR: Czy do Grecji, Pana zdaniem, wysłano właściwych ludzi? WW: Panowie, to nie tak. Na moim biurku nie leży lista nazwisk i nie wybieram z niej składu na Olimpiadę. Przed przystąpieniem do formowania reprezentacji Związek rozesłał pisma do 18 najlepszych polskich kolarzy z pytaniem, czy chcą startować, czy zostaną na ten czas zwolnieni z zakontraktowanych imprez, a wreszcie, czy wezmą na siebie odpowiedzialność za przygotowanie się i trafienie z formą na Igrzyska. Kolejnym regulaminowym warunkiem było wzięcie udziału w Mistrzostwach Polski na szosie. I tak np. Dariusz Baranowski, na którego liczyliśmy, nie odpowiedział na żadne pismo, nie przyjechał też na MP. Osobiście najbardziej żałuję, że do Grecji nie pojechał Przemek Niemiec, gdyż uważam go za świetnego zawodnika. W tej chwili następuje pokoleniowa zmiana warty. Starsi kolarze, jak Zamana, Brożyna, Piątek, będą powoli ustępowali miejsca młodym. MR: Właśnie, skoro mówimy o młodzieży. Istnieją i działają Szkoły Mistrzostwa Sportowego, a ich uczniowie i absolwenci odnoszą całkiem poważne sukcesy w kraju i za granicą. Co się z nimi dzieje dalej? WW: Tu jest właśnie największa dziura szkoleniowa. Grupy zawodowe nie zawsze wyręczają PZKol w szkoleniu elity. Najczęściej zatrudniają już uformowanego zawodnika, który od pierwszego dnia będzie skutecznie wykonywał powierzone mu przez dyrektorów zadania. Chodzi przecież o dostarczanie wyników sponsorom. Powstaje w ten sposób błędne koło. Są też inne, bardziej prozaiczne przyczyny, dla których obiecujący junior nie przechodzi wyżej. Brak odpowiedniej kadry instruktorskiej sprawia, że młodzież zostaje wyeksploatowana. Pojawia sią uczucie znużenia treningiem, znika entuzjazm i chęć do pracy. Nie bez znaczenia są tu również warunki domowe. Rodziców nie zawsze stać na zapewnienie sprzętu, a czasem nawet wyżywienia na odpowiednim poziomie. MR: Więc co Pan, jako prezes narodowej federacji, zamierza uczynić, aby pojawili się wreszcie profesjonalni szkoleniowcy? WW: A cóż ja mogę zrobić, jeżli państwo polskie nie jest zainteresowane kształceniem kadr instruktorskich? MR: Panie Prezesie, brzmi to jak oficjalne oświadczenie… WW: Bo tak jest! W całym polskim sporcie jest jakieś nieporozumienie. Jak ma pracować trener, który nie ma na paliwo? Co czeka trenera w wieku, kiedy normalny człowiek przechodzi na emeryturę? Czy zdajecie sobie sprawę, że instruktorom nie przysługuje emerytura nauczycielska, bo trener nie ma Karty Nauczyciela? Jak więc wychowywać mistrzów świata, mistrzów olimpijskich i zarobić na emeryturę rzędu 1000 zł, czy może lepiej poszukać sobie innego zajęcia? Rachunek jest prosty – trzeba z czegoś żyć. Bardzo często jako idealny przykład poważnego traktowania sportu podaję drogę Australii. Tam na potrzeby australijskich kolarzy pracuje 54 pracowników naukowych. Profesorowie i doktorzy zatrudnieni w instytucie w Canberze analizują wszystkie aspekty medyczne, fizjologiczne i sprzętowe, super precyzyjnie wyznaczają indywidualne plany treningowe, parametry sprzętowe itd. Mój budżet roczny to 4 mln zł. Oni łożą na to setki milionów. MR: To może inaczej, co można zrobić, aby za 4 lata w Pekinie przypomnieć światu, że Polska to ojczyzna Królaka, Kierzkowskiego, Jankiewicza i Piaseckiego? WW: W tej chwili wszyscy członkowie zarządu pracują nad swymi projektami uzdrowienia naszego kolarstwa, ale ja to widzę tak… Zbierzemy młodzież zawieszoną między smsem a zawodostwem i zorganizujemy w roku trzy zgrupowania rocznika 19-22, z nich wybierzemy skład na mistrzostwa świata do lat 23. Powstanie w ten sposób reprezentacja narodowa. Sprawdzeni na MŚ pojadą na Olimpiadę. MR: A co z pozostałymi dyscyplinami kolarskimi? Czy zgodzi sie Pan, że, jakby nie patrzeć, najlepszym polskim kolarzem jest obecnie… Maja Włoszczowska? WW: Trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Moim zdaniem właśnie z zawodniczkami LOTTO można wiązać największe medalowe nadzieje. Dodatkowym ich atutem jest wiek. Nie zapominajmy jednak o naszych trialowcach i torowcach. Szczególnie z torowcami wiążę duże nadzieje. Kwiatkowski i Zieliński to aktualnie absolutna światowa czołówka. Również 19-letnia Magda Sara wyrasta na niekwestionowaną gwiazdę wśród zawodniczek jeżdżących na torze. Od przyszłego roku będą mogli trenować na pięknym, nowo oddanym obiekcie… MR: No właśnie, na temat toru kolarskiego w Pruszkowie wiemy już, że ma być wyjątkowy, światowy, i… kosmicznie drogi. WW: W przyszłym roku na świecie będą dokładnie trzy tory kolarskie wyznaczające najnowsze trendy architektoniczne dla tego rodzaju obiektów: Los Angeles, Pekin i Pruszków. Naszą ambicją jest, by polski tor był najpiękniejszy. MR: Chodzą plotki, że budowa toru stoi… WW: W momencie podjęcia decyzji o budowie koszt został oszacowany na 44 mln zł. Ponieważ, jak wiecie, rząd zmienił stawki VAT na materiały budowlane, podniósł się też koszt inwestycji. MR: Ile zatem wyniesie końcowa wartość inwestycji? WW: Jakieś 60 mln zł. MR: Kto jest właścicielem? WW: Jedynym właścicielem obiektu jest PZKol. MR: Czyli budując tak potężny, wielofunkcyjny obiekt, niejako wyręcza Pan państwo? WW: Uzgodniliśmy już w tej rozmowie, że na państwo nie bardzo można liczyć. Jestem zwolennikiem inicjatyw społecznych. Uważam, że chcieć to móc. Podziwiam działaczy społecznych, podziwiam Jerzego Owsiaka. Nie będę stał w miejscu i czekał na lepsze czasy. Uznałem, że Polska potrzebuje takiego obiektu. Aby doprowadzić do budowy, porozumiałem się z władzami Pruszkowa, które przekazały na ten cel grunt w wieczystą dzierżawę. Projekt autorstwa prof. Wojciecha Zabłockiego również powstał niejako w czynie społecznym. Firma hotelarska postawi na naszym terenie, na własny koszt, hotel, którego 15% powierzchni będzie do użytku związkowego. MR: Kiedy rozpoczną się treningi w Pruszkowie? WW: Myślę, że mogą panowie przyjechać jesienią przyszłego roku i obejrzeć, jak intensywnie ten obiekt żyje. MR: Życzymy rychłego zakończenia budowy i dziękujemy za rozmowę.

Dossier:

Wiek: 66 lat Funkcje: wiceprezydent Europejskiej Federacji Kolarskiej, wiceprzewodniczący Polskiej Konfederacji Sportu, od 1996 r. zajmuje stanowisko prezesa Polskiego Związku Kolarskiego, w tej chwili dobiegła końca jego druga kadencja, 20 listopada został prezesem po raz trzeci. Krótki życiorys: W latach 1965-1973 był szefem wyszkolenia polskiej kadry narodowej. Po tragicznej śmierci Henryka Łasaka w styczniu 1973 objął funkcję trenera polskiej kadry narodowej. Współtwórca sukcesów polskich kolarzy na MŚ w Barcelonie, w 1973 i rok później w Montrealu, gdzie nasi zajęli: 1., 2., 4. i 11. miejsce. Pod koniec 1974 r., z powodu konfliktów w federacji, opuszcza szeregi PZKol. Następnie trener Polonii Warszawa, trener kadry kolarzy meksykańskich, brazylijskich, ma na koncie również epizod szkoleniowy w Izraelu. Wielki come back Walkiewicza to rok 1996. Skutecznie przypomniał o sobie w środowisku i od razu objął stanowisko prezesa Polskiego Związku Kolarskiego.

Ślepy tor

Zostaliśmy zaproszeni na Walny Zjazd Polskiego Związku Kolarskiego, na którym (po raz kolejny) wybrano prezesa Walkiewicza. Widząc z bliska, jak wyglądały wybory, wypadało się tylko dziwić, że delegaci nie zdecydowali, by pełnił tę funkcję dożywotnio.

Dyskusja

Najistotniejszym punktem porządku obrad był wybór nowego prezesa PZKol, jednak fakt, że był tylko jeden kandydat, spowodował, że trudno było mówić o woli dyskusji. Z szumnie zapowiadanych deklaracji startu nowych osób, spoza dotychczasowych układów, nic nie wyszło. A szkoda. Formuła obrad nie przewidywała także możliwości zgłoszenia nowej osoby w ich trakcie, całość więc zupełnie nie miała dramaturgii i była boleśnie przewidywalna. Wypowiedzi krytyczne pod adresem ustępujących władz nie wnosiły niczego nowego, a krytykującym prezesa zdarzało się nawet przepraszać za to, co powiedzieli… Nikt się zresztą niczego innego nie spodziewał, bo kto by podcinał gałąź, na której siedzi. Popadnięcie w niełaskę Walkiewicza może być bardzo niebezpieczne. Pieniądze wprawdzie niewielkie, ale lepsze to niż nic. Obficie za to narzekano na tych, którzy się wychylają, mając na myśli przede wszystkim organizatorów niezależnych imprez. Szermowano przy tym hasłem – „tam nie było sędziów PZKol!”. I jakoś nikt przy tym nie chciał dostrzec istoty problemu, czyli faktu znajdowania się na bocznym torze. O tym jednak później.

Skansen

Gdyby ktoś dziś chciał nakręcić film o tym, jak wyglądały niegdyś zebrania sprawozdawczo-odbiorcze różnych światłych instytucji spod znaku sierpa i młota, miałby podczas zjazdu idealną okazję. Było klasycznie, nie zabrakło ani jednego punktu – wręczania odznaczeń, przemówień, nominacji do rozlicznych komisji, bankietu i prezentu na drogę. Wnętrze także stosowne i jakże odpowiednie – pusty budynek PKOl-u, niewykorzystany w 90%, ale za to z interesującymi szklanymi podłogami (bo jak wiadomo najważniejszym zadaniem PKOl-u jest wynajmowanie powierzchni biurowych). Bardzo zgrabnie wpasował się w całość ksiądz kapelan, zaproszony do pobłogosławienia dzieła. I to był właściwie jedyny znak nowych czasów. Zresztą przedstawiciel kościoła z poczuciem humoru, zgrabnie, spuentował żywy obraz – „Teraz będą o was mówić, że nie dość, że jesteście czerwoni, to i czarni”. A ci, co mogliby coś sensownego zaproponować, siedzieli cicho, bo i tak wiedzieli, że niczego nie wskórają. Po co walczyć z wiatrakami?

Marketing

Magiczne zaklęcie – „marketing” – było na ustach wszystkich. Zupełnie jakby wymawianie go miało siłę sprawczą. „Zintensyfikowanie działań marketingowych” powinno było stać się receptą na zmiany w polskim kolarstwie. Ale co to znaczy? Skoro każda osoba, która ma jakiś pomysł na zarabianie pieniędzy, jest od razu przez działaczy kolarskich wyklinana? Z jednej strony narzeka się na brak sponsorów, z drugiej ostrzega tych, którzy takowych znajdują. Trener Szerszyński stracił funkcję, a Piątek dostał ostrzeżenie. Lang i Tour de Pologne oraz Skoda Grand Prix także są „be”, bo wyścigi istnieją i mają się nieźle! O zgrozo, pokazuje je nawet czasami telewizja. Tak być nie może! Rekord świata bije przy tym sam PZKol, który ustami prezesa przekazuje informację, że niemożliwe jest znalezienie sponsora dla całego związku. Może warto się zastanowić, dlaczego tak się dzieje, skoro inne związki takich sponsorów mają?

Mantra

Słowem, jakie było odmieniane przez wszystkie możliwe przypadki, okazał się tor, jako dyscyplina i jako fizyczny obiekt w Pruszkowie. Ten betonowo-drewniany pomnik na cześć prezesa Walkiewicza ma być antidotum na wszystkie bolączki. W roku 2006 zaplanowano tam już rozegranie Mistrzostw Europy, choć dotychczasowy stopień zaawansowania prac pozwala wątpić w taką możliwość. Nowoczesny tor jest w Polsce potrzebny, co do tego nie ma wątpliwości, jednak budowla przesłania swoim rosnącym cieniem wszystkie pozostałe dyscypliny kolarskie w kraju nad Wisłą. Wpatrzeni w molocha działacze jakoś nie chcą dostrzec, że może i tor jest drewniany, co jednak nie znaczy, że latający… I choćby dlatego wszystkich spraw nie załatwi. Będą mogli na nim trenować wyłącznie mieszkający w pobliżu! Ograniczona liczba użytkowników będzie stanowiła znikomy procent uprawiających kolarstwo w Polsce. Budujemy obiekt dla garstki, podczas gdy za te same pieniądze można by było wyposażyć setki młodych, zdolnych w sprzęt i zapewnić im opiekę trenerską. Sami odcinamy się od szerokiego zaplecza, stawiając na dyscyplinę hermetyczną, w której nie dość, że jeździ się w kółko, co już samo w sobie potrafi obrzydzić ją przeciętnemu człowiekowi, to jeszcze używa się wąsko wyspecjalizowanego sprzętu. Żaden z największych producentów rowerów nie ma w swojej ofercie roweru torowego, bo kto miałby go kupić? Kto więc miałby sponsorować tor? Producenci boazerii?! Warto tylko przypomnieć, że choć na torze można, teoretycznie, zdobyć naprawdę wiele medali, przepisy sprawiają, że eksponowanie logo firm jest tam możliwe w bardzo ograniczonym stopniu, ten argument reklamowy także więc odpada. Może gdyby działacze wyszli na świeże powietrze, zobaczyliby w końcu, w którym kierunku rozwija się obecnie kolarstwo i przestali widzieć we wszystkim, co nowe, zagrożenie. Ale czy to możliwe?

Maratony

Z okazji zjazdu wydany został specjalny folderek, w którym wymieniono wszystkie sukcesy i medale zdobyte w ciągu ostatnich czterech lat prezesury Walkiewicza (znalazły się tam też wyrażone nadzieje na przyszłość…). Większa część umieszczonych w folderze zdjęć to oczywiście… tor i zawodnicy na nim jeżdżący, a rekord został pobity w opisie sezonu 2004. Wymieniono wszystkie miejsca juniorów na torze, a zapomniano o srebrze Majki Włoszczowskiej na Mistrzostwach Europy MTB. No bo przecież ona, podobnie jak inne dziewczyny z Lotto – PZU SA, jeździ w terenie, a tam wzrok działaczy nie sięga… Tysiące startujące w maratonach także są tylko solą w oku PZKol-u, bo, o zgrozo, najliczniejszy polski cykl imprez tego typu obywa się bez błogoslawieństwa ze strony związku i, co gorsza, działa świetnie! Ba, okazuje się nawet, że do sprawnego przeprowadzenia zawodów nie są potrzebni sędziowie PZKol (pobierający diety), a starczy elektronika. Działacze nie widzą też tego, co dzieje się na ulicach, gdzie sprzęt na grubych kołach jest w natarciu, a jazda miejska obok freeride’u są najdynamiczniej rozwijającymi się dyscyplinami. Może dlatego, że pozostają poza zainteresowaniem związku? Zamiast zastanowić się nad tym, jak sprawić, by kolarstwo stało się naprawdę popularne, rzuca się kłody pod nogi organizatorom imprez, niczego nie proponując w zamian. Może by tak wrócić do pracy u podstaw?

Głos ludu

Tam, gdzie naprawdę coś się dzieje, PZKol-u nie ma. Powstaje więc pytanie, czy w ogóle jest potrzebny. Najlepiej mają się dyscypliny, którymi związek się nie interesuje, a zamiast długofalowego planu mamy myślenie od wyborów do wyborów i narzekania. Efekt zjazdu to lista postulatów, prawie takich samych jak cztery lata temu, a nie konkretny plan. Żeby jednak nie było, że dziennikarze się tylko czepiają… Mamy propozycję! Po pierwsze, proponujemy współpracę ze wszystkimi organizatorami imprez rowerowych i oczywiście pomoc organizacyjną. Sport amatorski to przecież zaplecze zawodostwa i naturalną rzeczą jest przechodzenie najlepszych do klubów! Tylko oparcie w szerokim zapleczu jest gwarancją sukcesu, także w zdobywaniu sponsorów. Po drugie, proponujemy zajęcie się szkoleniem (PZKol zna problem). Chodzi przede wszystkim o kształcienie trenerów, bo jeden Andrzej Piątek wiosny nie czyni. Po trzecie wreszcie, postulujemy zauważenie w końcu ludzi jeżdżących na rowerach i wzięcie sobie do serca prostego faktu, że to oni są najważniejsi, a nie działacze i medale. Powinno pomóc. Czego sobie i Państwu życzę.

top 3

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach