Irlandzki ATAK

Po pierwszych dwóch etapach wydawało się, że Tour de Pologne niczym nas w tym roku nie zaskoczy. Tymczasem takiej dawki ścigania nie było w naszym kraju już dawno

Tekst: Miłosz Sajnog, zdjęcia: Paweł Urbaniak, Robert Urbaniak, Łukasz Szrubkowski

Opisując tegoroczny wyścig, warto zwrócić uwagę na kilka nowych rzeczy. A zatem, pierwszy od wielu lat etap z finiszem pod górę bez rund, który ustawił wyścig i wykreował lidera. Bardzo ciekawa trasa, urozmaicona i trudna, która do końca dawała szansę na zmianę lidera, a co za tym idzie, duża nieprzewidywalność zwycięstwa. Pierwszy raz trasa wiodła poza granicami Polski, co dobrze rokuje na przyszłość i zapowiadane wydłużenie wyścigu. No i wreszcie, po raz kolejny, brak murowanego faworyta i długie wyczekiwanie na wyklarowanie sytuacji. Wszystko to sprawiło, że w tym roku otrzymaliśmy nową jakość naszego wyścigu, który oglądało się z zainteresowaniem i wypiekami na twarzy. Trasa Wcześniej o TdP zwykło się mówić, że to wyścig płaski z górskim klasykiem na koniec. Po przeniesieniu Tour poprowadzono przez centrum, a jego główna część rozegrała się na Śląsku i Podhalu. Zarówno Beskidy, jak i przeniesienie mety do Bukowiny Tatrzańskiej, otworzyło nowe możliwości, które wcześniej znane były raczej fanom Małopolskiego Wyścigu Górskiego. Trasa wokół Zameczku – zarówno w wariancie z metą w Cieszynie, jak i z Ustroniem i Równicą – okazała się widowiskowa i emocjonująca. Równie dobrze wypadł etap do Bukowiny Tatrzańskiej z robiącymi wrażenie premiami górskimi. Wszystkie obawy o wyścig biegnący środkiem Polski można było zatem uznać za bezpodstawne. Brak faworytów Zapowiedzi przed wyścigiem nie pozwalały wskazać murowanych kandydatów do zwycięstwa i to również staje się domeną naszego narodowego wyścigu. Owszem, przybył na czele nowego zespołu BMC Racing Team Alessandro Ballan, ale jego tegoroczna forma raczej nie wskazywała na sukces w Polsce. Z ekipy Lampre stawiano na Gregę Bole – młodego i wielce obiecującego Słoweńca. Liquigas postawił na Sylwestra Szmyda, którego każdy start prowokuje pytania – „czy w tym roku panie Sylwestrze?”. W ekipie Rabobanku na generalkę szykował się Bauke Mollema, o którym mówiono „chce tu wygrać”. Garmin desygnował do walki o zwycięstwo Thomasa Danielsona, a Team Radioshack Tiago Machado. Wszyscy pretendenci pasowali do profilu trasy, jednak ich ostateczna forma i nastawienie były zagadką. Wiadomo było tylko, że ze strony gospodarzy atakować będzie Marek Rutkiewicz, a jego największym przeciwnikiem będzie Szmyd. W tej sytuacji nawet najwięksi eksperci – w tym Ci wymieniani przez spikera – łamali sobie głowy i głosili prawdy „w górach zobaczymy”. Nam najbardziej w TdP podoba się to, że właściwie co roku wiadomo jest, który z etapów będzie kluczowy oraz które miejsce na tym etapie jest najważniejsze, i prawie zawsze dochodzi w nim do zaskakujących rozstrzygnięć. Wszyscy zatem tak naprawdę czekali na Równicę, czyli od dawna niewidziany na TdP finisz pod górę bez rund, który miał, i jak się ostatecznie okazało, rozstrzygnął wyścig na korzyść Daniela Martina. Martin, który w kluczowym dla całego Touru ataku znalazł się jako rozprowadzający, nie wierzył w zwycięstwo etapowe, a co dopiero w zdobycie koszulki lidera! Tymczasem u podstaw jego akcji i także późniejszego zwycięstwa leży taktyka przyjęta przez Garmina na tym etapie. Pierwszy atak nie puszcza Dzień wcześniej peleton pokonywał również rundy wokół Zameczku. Później na szerokiej dojazdówce do Ustronia zespół Euskaltel-Euskadi wymęczył dość mocno grupę zasadniczą, która ostatecznie porozbijała się i w Cieszynie większość zawodników była „podcięta”. Warto zauważyć, że na tym etapie prawdopodobnie wyścig przegrał Grega Bole, który miał być rozprowadzany przez Lorenzetto. Ostatecznie Włoch nie odpuścił i Bole był na etapie drugi… Tych kilka sekund być może zmieniłoby wynik wyścigu. Garmin, szykując taktykę na etap piąty, doskonale wiedział, że pętle na Zameczku podetną peleton, ale nie rozstrzygną wyścigu. Widać było to doskonale, kiedy uformowana ucieczka była konsekwentnie kasowana na podjazdach i zjazdach, a jedyny mocniejszy atak Szmyda nawet nie rozerwał porządnie grupy! Garmin mądrze ustawił się z przodu peletonu już po premiach i mocnym tempem podmęczył grupę na dojeździe pod Równicę. Kiedy podjazd się zaczynał, na czele nie było żadnego z polskich pretendentów, gdyż znajdowali się w końcu pierwszej grupki. Zatem kiedy do ataku startował Martin, w czołowej grupce nie było głównych konkurentów. Stąd duży efekt zaskoczenia. „Jestem nastawiony na atak, to jest moja filozofia ścigania – powiedział na mecie Martin – ale nie spodziewałem się, że pierwszy atak, który miał przygotować akcję Danielsona, będzie od razu zwycięski. Trenerzy zawsze podpowiadali mi, że pierwszy atak nie puszcza”. Za wcześnie, za późno Kolejnym kluczowym momentem wyścigu był atak Marka Rutkiewicza na etapie do Bukowiny Tatrzańskiej, który nasz zawodnik przeprowadził na przedostatnim podjeździe. Ten atak wywołał niemałe kontrowersje, bo… Właśnie, po raz kolejny mamy do czynienia z niezłym ruchem Rutkiewicza, który kończy się efektem nieadekwatnym do włożonych sił. Porównajmy trzech zawodników: Rutkiewicz, Szmyd i Mullema. Najwyżej w generalce zameldował się Mullema – trzecie miejsce i dziesięć sekund straty. Następnie Szmyd, szósty i strata 26 sekund, siódmy Rutkiewicz ze stratą 30 sekund. Podczas ataku, przy wjeździe na ostatnią rundę, Rutkiewicz miał jeszcze 36 sekund zapasu, a zatem, nie wliczając bonifikat za zwycięstwo, miał wygrany wyścig. Na dole, przed podjazdem, został praktycznie dogoniony i nie dał rady mocniej pojechać ostatniego podjazdu. Tyle sił miał za to Mullema, który, korzystając ze zmęczenia zarówno goniących kolarzy Garmina, w tym goniących Rutkiewicza, nadrobił jedynie siedem sekund do kolejnego Albasiniego oraz dziewięć do Rutkiewicza, Szmyda i reszty. Szmyd, w generalce szósty, nie przeprowadził ani jednego ataku (oprócz próby na Zameczku) i koncentrował się na przyjeżdżaniu jak najwyżej w grupie. Mimo to zanotował mniejszą stratę niż Rutkiewicz, z którym dość mocno pilnowali się przez cały wyścig. Szmyd przewagę nad Rutkiewiczem wypracował na Równicy, gdzie był trzeci i zebrał bonifikaty na mecie. Rutkiewicz, atakując w Bukowinie, wypracował największą przewagę z ucieczek na podjazdach. Martin miał na mecie jedynie 20 sekund, Mollema siedem, co świadczy o jego doskonałym przygotowaniu do TdP, a mimo to zanotował potencjalnie najgorszy wynik z pretendentów; sumując całość dokonań. Problemem Polaków na TdP wydaje się być zatem nie tyle przygotowanie, co taktyczne rozegranie wyścigu, zwłaszcza kluczowe momenty na najważniejszych etapach. Dodajmy jeszcze jedno, ekipa Garmina dość dobrze przygotowała się do etapu na Równicę i przeprowadziła tam specjalny rekonesans jeszcze w dniu startu. Atak Rutkiewicza był zaś niewątpliwie najładniejszą akcją tego wyścigu. Co dalej? Tegoroczny wyścig był jednocześnie zapowiedzią dalszych zmian. Wiemy, że trasa „centralna” pozostanie jeszcze na rok, następnie wyścig ma przenieść się na zachód. Bardzo dobrze ocenione zostało przejechanie do Czech i rozegranie rund w polskim i czeskim Cieszynie. To jednocześnie zapowiedź kolejnych „międzynarodowych” przymiarek TdP. Organizatorzy obiecują ciekawostki, takie jak możliwy start TdP we Włoszech, a konkretniej w prowincji Trentino, która w tym roku była promowana na trasie. Wyścig może być wydłużony, docelowo do dziesięciu dni, a w jego programie znajdzie się wtedy jazda na czas.

Etap I Sochaczew – Warszawa Rytm etapu wyznaczała ucieczka 4 zawodników, która wyklarowała się po kilku nieudanych próbach ataków, w tym Łukasza Bodnara z Teamu Poland Bank BGŻ. W odjeździe brali udział Michael Schar (BMC Racing Team), Laszlo Bodrogi (Team Katusha), Daniel Sesma (Euskaltel-Euskadi) oraz Błażej Janiaczyk (Team Poland Bank BGŻ). Peleton utrzymywał się w stosunkowo niedużej odległości, tracąc maksymalnie ok. 6 minut. Na 30 km przed wjazdem na rundę w Warszawie przewaga była już znacznie niższa (2:30) i wydawało się, że ucieczka nie dojedzie do granic miasta. Stało się jednak inaczej, uciekająca czwórka zwiększyła tempo i przez długi czas udawało jej się utrzymywać, a w pewnym momencie nawet zwiększyć przewagę. Przed jedyną premia górską na ostatnim okrążeniu pokazał się Łukasz Bodnar, doskakując wraz ze Stevem Huanardem (Skil-Shimano) do Bodrogiego i ostatecznie wygrywając na wzniesieniu, które dało mu prawo do założenia koszulki najlepszego górala. Kolejny ruch wykonał kolarz Cervelo Dominique Rollin, ale ostatni kilometr peleton pokonywał już w całości. Kraksa kilkaset metrów przed metą pokrzyżowała plany większości zawodników. W ocalałej grupie najmocniejszy był Guarnieri, który założył żółtą koszulkę lidera klasyfikacji generalnej oraz białą – lidera klasyfikacji punktowej.

Etap II Rawa Mazowiecka – Dąbrowa Górnicza 240-kilometrowy etap z Rawy Mazowieckiej do Dąbrowy Górniczej był najdłuższym etapem tegorocznego Tour de Pologne. Jak zawsze na takich maratońskich etapach liderzy pozostawali w cieniu, a pierwsze skrzypce grali zagończycy. Chociaż od startu prób było wiele, wszystkie akcje były kasowane w zarodku. W końcu uciec udało się trzem zawodnikom: Bartłomiejowi Matysiakowi z Polska BGŻ, Marcinowi Sapie (Lampre) oraz Gabrielowi Raschowi (Cervelo Test Team). Chwilę później doskoczył do nich Tom Stubbe (Omega Pharma Lotto). Największy dystans ucieczka wypracowała po przejechaniu pierwszego bufetu, na 118. kilometrze trasy odjechała od peletonu na jedenaście minut i dwadzieścia sekund. Już na rundach w Dąbrowie, kiedy peleton doszedł do ucieczki na czterdzieści sekund, Polacy pożegnali się z pozostałą dwójką i wypracowali trzysta metrów przewagi. Peleton skasował odjazd kilka kilometrów przed metą i do walki ruszyli sprinterzy. Jeszcze na trzysta metrów do mety wydawało się, że zwycięstwo Davisa będzie pewne. Wtedy z drugiego rzędu wyskoczył Andre Greipel. Jego zdecydowane wejście pozbawiło rywali szans, a Davis musiał uznać wyższość Niemca. Trzeci na mecie był Wouter Weylandt.

Etap III Sosnowiec – Katowice Najkrótszy etap tegorocznego wyścigu rozpoczął się mocnym tempem, które przez pierwsze kilometry dyktowali kolarze naszej reprezentacji. Peleton mocno rozciągnięty i cały czas gaszący kolejne ataki dojechał razem do pierwszej lotnej premii, zlokalizowanej zaledwie dziesięć kilometrów od startu. Zaraz po premii peleton zwolnił, co pozwoliło zawiązać pierwszą poważną akcję tego dnia. Do ataku skoczyli zawodnicy: Sebastian Rosseler (Team Radioshack) oraz Simon Geschke (Skil-Shimano). Peleton pozwolił dwójce na maksymalną przewagę w granicach minuty i trzydziestu sekund. Na rundach w Katowicach ucieczka skończyła się, ale z peletonu w dalszym ciągu atakowali zawodnicy, nazywani przez komentatora na mecie „zajączkami”. Do walki na górskiej premii III kategorii skoczyło trzech zawodników: Dominique Rollin (Cervelo Test Team), Danilo Napolitano (Katiusza) i Mirco Lorenzetto (Lampre), którzy w takiej kolejności punktowali na szczycie ronda z premią. Atak pozwolił im odjechać od peletonu na kilkaset metrów. Grupka rozegrała jeszcze lotną premię na szóstej rundzie i z przewagą około 20 sekund zmierzała do mety. Wtedy najdziwniejszą akcję wykonał Greipel, który chyba zdenerwowany brakiem reakcji peletonu skoczył do przodu w towarzystwie kolegi z drużyny Petera Velitsa. Być może liczyli na dociągnięcie peletonu, ale nagle znaleźli się w odjeździe przed zasadniczą grupą. Greipel od razu został z tyłu, jednak siły, jakie stracił na pogoń, uniemożliwiły mu zajęcie dobrego miejsca na mecie. Ostatnie metry do mety i długa prosta biegnąca w dół – tam rozegrał się bardzo szybki finisz, na którym najszybszy okazał się Hutarowicz. Davis pozostał liderem. Koszulkę najaktywniejszego obronił Janiaczyk, Sapa przestał być najlepszym góralem na rzecz Daniela Lloyda.

Etap IV Tychy – Cieszyn Etap z Tych do Cieszyna był pierwszym górskim etapem na tegorocznym TdP. Od samego startu peleton narzucił bardzo mocne tempo, które przez pierwszą godzinę utrzymywało się na poziomie ponad pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Po godzinie jazdy peleton pozwolił na odjazd, w którym znaleźli się Cameron Meyer (Garmin), Johnny Hoogerland (Vacansoleil) i Dominique Rollin (Cervelo Test Team). Trójka rozegrała między sobą pierwszą górską premię najwyższej kategorii, na której Rollin wyprzedził Hoogerlanda i Meyera. Sił starczyło mu jednak tylko na kolejny mały podjazd i wkrótce najlepszy góral wyścigu odpadł z czołowej grupy. Na kolejnych premiach wygrywał Hoogerland, który zachował najwięcej sił i samotnie, na czele, wjechał do Cieszyna. Jego kolega z ucieczki, Meyer, został złapany przed Cieszynem. Na pocieszenie wygrał z Hoogerlandem ostatni lotny finisz w Wiśle. Już w Cieszynie odważnie zaatakował Jarosław Marycz (Saxo Bank), do którego doskoczył Marco Marcato (Vacansoleil). Marcato chwilę współpracował z Polakiem, jednak na podjeździe pod ostatnią tego dnia górską premię III kategorii Włoch okazał się dużo silniejszy i Marycz został doścignięty przez peleton, w którym ładnie tasowali się Rutkiewicz i Szmyd. Marcato chwilę później przeżył największe rozczarowanie w życiu. Jadąc resztkami sił, wpadł na koniec rundy i podniósł ręce w geście triumfu, zapominając, że ma do przejechania jeszcze jedno okrążenie. Skonsternowany zawodnik chwilę później stanął w korbach i… dał się wyprzedzić peletonowi, który stanowiła grupa około osiemdziesięciu kolarzy. Na jej czele znaleźli się zawodnicy grupy Lampre, Mirco Lorenzetto i Grega Bole oraz Alessandro Ballan z BMC. Ta trójka rozegrała między sobą trudny finisz po brukowanym podjeździe. Na mecie Lorenzetto wyprzedził Bole i Ballana, i został nowym liderem wyścigu. Allan Davis stracił do lidera trzydzieści sekund.

Etap VI Oświęcim – Bukowina Tatrzańska Etap rozpoczął się uroczystością honorową w muzeum Auschwitz, podczas której delegacja peletonu złożyła wiązankę kwiatów, a peleton uczcił ofiary długą minutą ciszy. Po starcie ostrym peleton jechał mocnym tempem i nie pozwalał na żadne ucieczki. Później kolarze przejechali przez burzę z gradobiciem, która zwolniła tempo peletonu. Z okazji do odjazdu skorzystali najpierw Michaiło Czaiło (Katiusza), Javier Aramanedia Lorente i Gorak Izagirre (Euskaltel), Mathew Hayman (Sky) i walczący o utrzymanie koszulki najlepszego górala Johnny Hoogerland (Vacansoleil). Następnie dołączyła do nich trójka kontratakujących zawodników Alberto Losada (Caisse d’Epargne), Michał Gołaś (Vacansoleil) i Marcin Sapa (Lampre). Później na kolarzy czekały już tylko górskie premie, ciężkie podjazdy i bardzo szybkie, niebezpieczne i kręte zjazdy. Na pierwszej górskiej premii znów najszybszy był Hoogerland, a za nim Hayman, Gołaś, Losada i Sapa. Druga premia to znów zwycięstwo Hoogerlanda, tym razem przed Gołasiem, Sapą, Haymanem i Losadą. Na trzeciej znów Hoogerland, a za nim Izagirre, Losada, Gołaś i Aramendia. Na kolejnym podjeździe zaczęły się ataki w czołowej grupie, a na czwartej górskiej premii pierwszy był Izagirre, następnie Hoogerland, Sapa, Losada i Aramendia. Od wjazdu na małą rundę wokół Bukowiny Tatrzańskiej na czoło przesunęła się ekipa Garmin, która do walki wytypowała czterech zawodników. Odjazd został zlikwidowany. Do ataku ruszył Rutkiewicz, który najpierw mocno pojechał na zjeździe, a następnie ruszył pod górę z całych sił. Na szczycie ostatniej rundy Polak miał 36 sekund przewagi nad goniącymi go kolarzami Garmina. Później jednak rozpoczął się dramat. Najpierw skurcze, potem ataki kolejnych zawodników, którzy dowieźli do niego grupę z liderem. Niezdecydowanie zawodników w czołówce wykorzystał Bauke Mollema, który na trzy kilometry do mety mocnym atakiem urwał pozostałych kolarzy. Wjechał na metę z przewagą kilkunastu sekund, co jednak nie dało mu upragnionej koszulki lidera. Drugi na mecie zameldował się Michael Albasini (Columbia), a trzeci był Grega Bole (Lampre).

Etap V Jastrzębie-Zdrój – Ustroń Od samego startu w Jastrzębiu-Zdroju peleton jechał mocnym tempem. Pierwszy lotny finisz w Skoczowie rozegrano jeszcze w grupie, najszybciej finiszował Alexander Kristoff (BMC) przed Manuele Mori (Lampre) i Dominique Rollinem (Cervelo Test Team). Przed Ustroniem zaatakowała trójka zawodników, Maciej Bodnar (Liquigas), Ben Swift (SKY) i Borut Bozic (Vacansoleil). Trójka uzyskała przewagę nad peletonem trzech minut i pięćdziesięciu sekund. W grupie zasadniczej tempo dyktowała broniąca lidera grupa Lampre. W takim porządku kolarze wjechali na rundę, której zwieńczeniem była górska premia na Zameczku. Uciekinierzy rozegrali ją trzykrotnie. Na pierwszej Bozic wyprzedził Swifta i Bodnara, a z peletonu najszybsi byli Sapa i Johnny Hoogerland (Vacansoleil), który walczył o utrzymanie koszulki najlepszego górala. Na drugiej kolejność była identyczna. Na trzecim podjeździe pierwszy był Bodnar przed Bozicem i Swiftem. Dwa ostatnie miejsca zajęli kontratakujący z peletonu Hoogerland i Taciak, który rozpoczął akcję z Martinem Reimerem, ale zgubił towarzysza na podjeździe. Na zjazdach peleton zlikwidował odjazd, a na podjeździe zaatakował na chwilę Sylwester Szmyd. Po piątej górskiej premii, na której najlepszy był Marek Rutkiewicz, podzielony peleton zjechał do Ustronia. Ostatni podjazd pod Równicę należał do kolarzy Garmina, którzy przesiali czołówkę i umożliwili atak Martinowi, który oprócz zwycięstwa etapowego został również nowym liderem wyścigu.

Etap VII Nowy Targ – Kraków Ostatni etap tegorocznego wyścigu nie był wcale etapem pokoju. Z przodu toczono bój o odjazd, w jednym z pierwszych uciekała grupa niemal wszystkich kandydatów do zwycięstwa. Ostatecznie z peletonu wyrwał się Jacek Morajko (Polska BGŻ), Ruiz Madrazo (Caisse d’Epargne) oraz Roy Curvers (Skil Shimano). Trójka najdalej oddaliła się na pięć minut od peletonu. Rozegrała między sobą obie premie górskie i oba lotne finisze. Już na rundach podzielona ucieczka była wchłaniana przez peleton, który prowadziła z szaleńczą prędkością Columbia. Długi finisz w tryskającej spod kół wodzie wygrał mocnym atakiem Andre Greipel.#

Nasze typy
Daniel „Dan” Martin
– zaimponował wszystkim odwagą oraz bezkompromisowością swojego ataku. Niewymieniany jako faworyt zrobił to, co do niego należało. Irlandczyk jest określany jako największy talent wśród młodych górali. Jeżeli poprawi jazdę na czas, może stać się głównym pretendentem do wygrywania wielkich tourów. Na TdP pokazał zdecydowanie i waleczność.

Johnny Hoogerland – „Jeżeli Johnny wbije sobie coś do głowy, to nie odpuści” – tak określił kolegę z zespołu Michał Gołaś. Hoogerland zapragnął posiąść koszulkę najlepszego górala i stoczył o nią pojedynek godny prawdziwego opętańca. Dość powiedzieć, że na mecie w Bukowinie Tatrzańskiej trzeba go było oderwać od roweru, bo nie był w stanie puścić kierownicy. Przy okazji wywalczył jeszcze koszulkę najaktywniejszego zawodnika.

Bouke Mollema – jeden z chcących, od początku mówiło się, że przyjechał po wygraną i że bardzo jej pragnie. Przez cały wyścig jechał spokojnie i wysoko, czekając na swoją szansę. Jego atak na ostatnim górskim etapie był książkowy. Holendrowi zabrakło kilku sekund, aby wygrać wyścig. Zaimponował walecznością i psychiką godną wielkiego mistrza. Marcin Sapa – im dłużej Sapa jeździ we Włoszech, tym bardziej nam się podoba. Przez chwilę był najlepszym góralem wyścigu. Potem zrobił sobie dzień przerwy, a następnie zapowiedział atak i pojechał w odjazd po górach. Bardzo pracowity, gonił odjazdy, atakował pod górę. Mocny punkt swojego zespołu.
Marco „Gapa” Marcato – wszystkim było go szkoda, ale pomylić rundy to niecodzienne zjawisko w Polsce. Włoch po wspaniałym ataku w Cieszynie jechał po zwycięstwo, ale postanowił skończyć wyścig jedną rundę wcześniej. Wszyscy byli zdziwieni. Na pamiątkę ma idealne zdjęcie z kreski…
Mirco „Egoista” Lorenzetto – miał rozprowadzać Gregę Bole w Cieszynie, ale postanowił wygrać etap i zostać liderem. Potem jako lider postanowił odpaść od peletonu. Bole stracił cenne sekundy bonifikaty, a cała grupa Lampre szanse na wygraną wyścigu. Bole robił na mecie dobrą minę do złej gry, ale przegrał osiem sekund. Mirco może uczyć się od Szmyda, jak być dobrym pomocnikiem, a Szmyd od niego, jak zadbać o siebie.
Danilo „Bad Boy” Napolitano – zapragnął sławy Cavendisha i też postanowił zaszaleć na finiszu. Dzięki liźnięciu koła leżała w Warszawie większa część peletonu, a sprinterzy oddali jeden etap pomocnikom. Najbardziej wdzięczny może być Napolitano Jarek Marycz, bo wszedł do piątki. Team Katiuszy po tym zdarzeniu już raczej nie zaistniał.

Andre „Konsekwencja” Greipel – „Finisz był trudny, ale kolarstwo to nie miejsce dla tych, którzy boją się upadków”. „Postanowiłem odpuścić, bo bałem się upadku na finiszu, a życie jest najważniejsze” – to dwa oblicza tego samego kolarza. Zastanawiamy się, czy nie ma ich dwóch albo przynajmniej dwóch osobowości…
Nominacja drużynowa dla Saxo Bank – wiemy, że w tym zespole jechał Jarosław Marycz. Oprócz niego trudno nam było jednak zauważyć, czy taki zespół jechał w TdP, a jeżeli tak, to po co. Ponoć w tym zespole jeździ wielu dobrych zawodników. Ponoć robi dużą różnicę….

top 3

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach