Jazda godzinna

Historia
rekordu godzinnego

Kiedy 19 lipca 2005 r. w dalekiej Moskwie Ondrej Sosenka poprawił rekord świata w jeździe godzinnej na torze, informacja o wydarzeniu z trudem przebiła się w wiadomościach agencji prasowych. Również kolarski światek, pochłonięty jazdą Lance’a Armstronga po 7. zwycięstwo w Tour de France, bez emocji przyjął wyczyn szerzej nieznanego Czecha. A przecież próba ta, nazywana „rekordem rekordów” czy też „wyścigiem prawdy”, to jedno z najbardziej morderczych wyzwań rowerowych, o historii sięgającej samych początków nowoczesnej rywalizacji sportowej. Podobnie jak wiele innych dyscyplin rekord przejechanego dystansu na rowerze w ciągu godziny narodził się w Anglii i był pokłosiem współzawodnictwa między studentami tamtejszych uczelni. Pierwsze wiarygodne zapiski dotyczą niejakiego F. L. Doodsa, który 25 marca 1876 r. ścieżkami lokalnego parku w Cambridge pokonał na charakterystycznym bicyklu z wielkim przednim i małym tylnym kołem odległość 25,598 km. Wynik ten w krótkim czasie wielokrotnie poprawiono, co wiązało się z burzliwym rozwojem konstrukcji roweru, którego budowa szybko zbliżała się do kształtu odpowiadającego rowerowi współczesnemu. Już na nowocześniejszym sprzęcie Anglik H. E. Laurie przejechał dystans 33,913 km (1888 r.), natomiast trzy lata później włoski cyklista Braida – 35,100 km. Wszystkie te rekordy nie miały jednak oficjalnej „pieczątki” międzynarodowych władz, a że rywalizacja cieszyła się dużym zainteresowaniem, na „kolarskie salony” postanowił wprowadzić ją Henri Desgrange. Przyszły inicjator Tour de France 25 maja 1893 r. na torze Buffalo w Paryżu pokonał 35,325 km, zostając oficjalnym rekordzistą w jeździe godzinnej. „To coś, co będzie wyzwaniem dla innych” – oznajmił po udanej próbie Desgrange, chyba nie przypuszczając, że już w następnym roku jego rodak Jules Dubois poprawi wynik o blisko 3 km (38,220 km). Europa, Europa! Ameryka? Rywalizacja rowerowa od zarania była ściśle związana ze Starym Kontynentem, dlatego wielką sensację wzbudziły wieści, jakie w 1898 r. nadeszły z dalekich Stanów Zjednoczonych, gdzie niejaki Willie W. Hamilton przekroczył w Denver granicę 40 km. Rezultat 40,781 km był ostatnim rekordem w XIX stuleciu, a jednocześnie pierwszym, przy którym zastosowano specjalną strategię. Hamilton doszedł do wniosku, że próbę podejmie w nocy i pojedzie tempem nadawanym przez lampę poruszającą się ze stałą prędkością po owalu toru. Dodatkowy atut stanowiło położenie Denver na wysokości 1600 m n.p.m., a co za tym idzie zmniejszenie oporu aerodynamicznego dzięki rozrzedzonemu powietrzu. Władze kolarskie długo debatowały, czy uznać rekord Amerykanina, w końcu został zatwierdzony, przy czym do regulaminu wprowadzono punkt zakazujący „używania pilotów świetlnych i dźwiękowych”. Osiągnięcie Hamiltona przetrwało 7 lat. Rywalizacja powróciła do Europy, na tor Buffalo, gdzie widzom jeszcze raz przyszło oklaskiwać nowego rekordzistę, późniejszego dwukrotnego zwycięzcę Tour de France, Luciena Petit-Bretona (41,110 km). W latach 1907-1914 doszło do niezwykle zaciętego pojedynku między Francuzem Marcelem Berthetem a Szwajcarem Oscarem Eggiem. Berthet trzykrotnie ustanawiał rekord, za każdym razem w krótkim odstępie poprawiany przez Helweta. Ostatni wynik Egga (44,247 km) utrzymał się nie tylko przez okres I wojny światowej, ale aż do 1933 r.. Bliski jego wymazania z tabel był wówczas mało znany Holender Piet Van Hout, któremu początkowo zmierzono 44,588 km, jednak rezultat, po dokładnych pomiarach toru w Roermond, skorygowano na 43,843 km i dopiero 28 września 1933 r. Francuz Maurice Richard w belgijskim Sint-Truiden wykręcił 44,777 km; zostając nowym „królem godziny”. Co ciekawe, ten urodzony paryżanin podczas przygotowań korzystał z porad nikogo innego jak samego starego mistrza, Oscara Egga. Viva Italia! W 1935 r., po otwarciu w Mediolanie nowoczesnego toru Vigorelii, roz-poczęła się nowa era w historii „rekordu rekordów”. Uważany za magiczny, welodrom stał się miejscem bicia rekordów przez następne 23 lata. Pierwszy dokonał tego włoski cyklista Giuseppe Olmo (45,090 km), a jeszcze przed II wojną światową za sprawą Francuza Maurice’a Archambauda został doprowadzony do 45,840 km. Już wówczas trudno było planować śrubowanie wyniku bez zadbania o zaplecze organizacyjno-finansowe i opiekę medyczną, dopracowania techniki i pozycji na rowerze, właściwego dobrania sprzętu i przełożeń oraz przede wszystkim bez przygotowania szczytowej formy psychofizycznej. Historia sportu nie raz jednak pokazała, iż wielcy atleci obalają wszelkie schematy. Do takich bez wątpienia należał Fausto Coppi. Dobrze zapowiadający się kolarz, który w wieku zaledwie 21 lat po raz pierwszy triumfował na trasie Giro d’Italia (1940 r.), krótko potem został wcielony do armii, trafiając do pułku piechoty stacjonującej w Tortonie. Coppi, ogarnięty obsesją poprawienia rekordu, w jeździe godzinnej musiał się śpieszyć, ponieważ jego jednostkę czekał wkrótce przerzut na kontynent afrykański. Mimo złego odżywiania i nieregularnych treningów 7 listopada 1942 r. przyszły „il Campionissimo” przybył na tor Vigorelii, gdzie o drugiej po południu wystartował. Brak doświadczenia w tego rodzaju próbie sprawił, że jechał zmiennym rytmem, na półmetku do osiągnięcia Archambauda brakowało mu 61 m, dodatkowo w koncentracji przeszkadzały ogłaszane nad Mediolanem alarmy przeciwlotnicze. Ostatnie okrążenia były dla Włocha katorgą, to zyskiwał, to tracił przewagę. Ostatecznie sportowa determinacja zatriumfowała – stary rekord został poprawiony o 31 metrów! Po wszystkim kompletnie wyczerpany Coppi poprzysiągł już nigdy nie porywać się na podobny wyczyn. I słowa dotrzymał. Ciąg dalszy w numerze 6(36)/2006

top 3

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach