Kobieta na rowerze!

La femme au velo

Zaczęło się bardzo dawno temu i to poniekąd w atmosferze skandalu obyczajowego. Kroniki Warszawskiego Towarzystwa Cyklistów wspominają zorganizowane 21 czerwca 1886 roku na pl. Ujazdowskim wyścigi na welocypedach. W ośmiu biegach udział wzięło 12 jeźdźców i, uwaga, dwie damy! Prasa relacjonowała: […] Piąty wyścig stanowił great attraction widowiska – na trycyklach zasiadły bowiem panie: Herżman – żona fabrykanta welocypedów oraz p. NN – żona inżyniera z Piotrkowa. Podczas gdy p.H. wystąpiła w amazonce, pani NN przywdziała ubiór męski. Pani H. w minut 2 sekund 55 objechała arenę raz dookoła, znacznie wyprzedzając przeciwniczkę, za co otrzymała medal srebrny. […] Dziś ta notka oprócz radosnego wzruszenia na pewno u wielu wzbudzi ciekawość, co najmniej z kilku powodów. Nie wiemy choćby, dlaczego żona inżyniera nie podała (bądź nie wymagano tego od niej) imienia i nazwiska. Zastanawia też podkreślenie przez dziennikarza okoliczności, że przywdziała ubiór męski, i dlaczego w ogóle ubiorom autor relacji poświęca taką uwagę. Wreszcie, nie wiemy dlaczego za zwycięstwo w wyścigu pani Herzman otrzymuje medal srebrny, a nie złoty. Bo złoty mógł otrzymać jedynie mężczyzna? Przyznaję, to tylko spekulacja, bo dziś tego raczej nie rozstrzygniemy. Aby się lepiej zorientować w specyfice tamtych czasów, początków cyklizmu na ziemiach Królestwa Polskiego, przytoczę jeszcze jedną notkę dotyczącą działalności sekcji turystycznej WTC. […] Pierwsza wycieczka odbyła się do Płocka. Wędrowano 13 godzin. Jej uczestnicy narzekali na dzikość mieszkańców tego miasteczka i okolic, którzy w cyklistach upatrywali antychrystów. To zdanie pochodzi z 18 lipca 1886 r. Widać wyraźnie, że pojawianie się welocypedu było wówczas sensacją samą w sobie, zatem łatwo sobie wyobrazić szok kulturowy wywołany u ludności widokiem kobiety, ani chybi sufrażystki, na żelaznym wehikule z piekła rodem. Nie wiemy, być może NN, żona inżyniera, postanowiła się zakamuflować pod elementami męskiej garderoby, aby, broń Boże, pospólstwo z kłonicą w herbie nie wzięło jej za damę. Jaką więc odwagą cywilną musiała się w owym czasie wykazywać dama dosiadająca welocypedu w stroju adekwatnym do płci! W dzisiejszych czasach nie byłoby lepszego odpowiednika tamtej odwagi jak ostentacyjne przechadzanie się w seksownej mini po ulicach Teheranu… Myliłby się, kto wyobrażałby sobie wielkie zaangażowanie Pań w sprawy sportu w owych latach, o sporcie „kołowym” nawet nie wspominając. Były to jednostki, zbuntowane, wyzwolone z obyczajowych pęt, ambitne, gotowe do rywalizacji z mężczyznami na wielu męskich polach. Nie na wyrost użyłem słowa sufrażystka. Fin de siecle był przecież początkiem wielkich ruchów feministycznych, początkiem wymarszu kobiet z domów w stronę nauki, sztuki i polityki, a także początkiem odradzającego się sportu olimpijskiego. Ikoną kobiecego awansu społecznego tamtych lat po wsze czasy pozostanie Maria Skłodowska-Curie, która w przeciwieństwie do Mikołaja Kopernika naprawdę była kobietą. Była też wielką entuzjastką kolarstwa. Wraz z mężem udała się w podróż poślubną po Francji na rowerach! […] Od wsi do wsi i od miasteczka do miasteczka, wędrując na swych rowerach, zwiedzają oni malownicze okolice Ile-de-France. Wzięli ze sobą jak najmniej ubrania, tylko najniezbędniejsze, i nie zrażają się prześladującym ich wciąż deszczem, bo mają wielkie gumowe peleryny […] – wspomina Ewa Curie w książce „Maria Curie” (Warszawa, 1948). Szczęśliwie już w owych czasach pojawiła się środowiskowa przychylność, początkowo krępowana przez cyklistów-mężczyzn, którzy niejednokrotnie nakłaniali kobiety do jazdy na rowerze. A że ówcześni cykliści rekrutowali się najczęściej z inteligencji, owa siła przekonywania bywała skuteczna. Pisał lekarz WTC, dr med. Franciszek Neugebauer w marcu 1890 roku, w dziele „Kilka słów o higienicznym znaczeniu sportu kołowego” – […] Nie mogę przy tej sposobności pominąć milczeniem płci pięknej, której w naszych gorączkowych czasach liczne cierpienia nerwowe dostały się w udziale, cierpienia, na które otoczenie chorej nie zwraca najczęściej żadnej uwagi. Należy jak najgoręcej zachęcać nasze panie do jazdy na kołowcach. Skutek będzie jeden i ten sam, czy będą jeździć na dwu- lub trzykołowcu. Jazdy pań na trycyklach nikt nie może nazwać nieprzyzwoitą, szczególniej jeśli wyjazdy odbywają się poza miasto (a to dobre! – od red.). Dlaczegóż nie pozwolić płci słabszej korzystać zarówno z nami z owego leczenia, aby zdobyć najważniejsze dary ziemskie: zdrowie i humor […] Słowo pisane, które w Polszcze zawsze miało charakter poniekąd urzędowy, legitymizowało obyczajowo widok kobiety na rowerze, a autorytet doktora medycyny nadawał tekstowi bardzo silne wzmocnienie. Zupełnie jak dziś! La femme au VTT Minęło sto kilkanaście lat, do lamusa odeszły trycykle. Nikt nie jeździ na ciężkich welocypedach, na rower nie ubieramy się w eleganckie fraki i krępujące ruchy wojskowe, policyjne i pocztowe mundury. Ani tym bardziej w amazonki. Technologia daje nam nie tylko nowoczesną, lekką odzież, w której każda dziewczyna będzie wyglądać zjawiskowo, ale także specjalne serie rowerów dopasowanych geometrią do budowy kobiecego ciała. Wystarczy wymienić serie Trek WSD (Women Specific Design), Author ASL (Author Sport Lady) czy przepiękne rowery i ubiory z serii „Contessa” Scotta, górskie (z francuska VTT) i szosowe. Ale, mimo wielkich ilości wszelakiego rynkowego dobra, wciąż miewamy problemy z nakłonieniem niektórych naszych pań, znajomych i koleżanek, aby razem z nami dosiadały bicykli i w pocie czoła zdobywały „najcenniejsze ziemskie dary”. Czy w ogóle należy je nakłaniać? Nie lepiej jeśli same zapragną tego, czego dla nich chcemy? Sprytne, tylko jak tego dokonać… Z człowiekiem można wszystko, tylko trzeba widelcem! Tak głosił znany ongiś we Wrocławiu napis na murze. Wiadomo, podstępem czy perswazją, kijem czy marchewką udawało się niektórym fanatycznym bikerom namówić na przejażdżkę niejedną pannę. Tymczasem w wielu przypadkach była to pierwsza i zarazem ostatnia przejażdżka, a wspomnienia z niej umysł kasował w trybie natychmiastowym. Co zrobić, aby w świadomości bliskiej nam kobiety rower nie zakodował się jako brudny grat w mieszkaniu, kradnąca wspólny czas zabawka faceta? Jakich tricków użyć, aby rower stał się JEJ suwerennym sposobem na dolce vita, zdrowie i aktywność? Jest na to garść pomysłów, które zastosujesz, drogi bikerze, w zależności od tego, kim jest dla Ciebie kandydatka na cyklistkę. A Wy, drogie Panie, czytające ten tekst, poprawcie mnie, najlepiej w listach do redakcji, jeśli się pomylę i pogubię. Żona vs narzeczona Dlaczego nadobna versus luba? Ano będzie to taki umowny, roboczy podział na złe żony i dobre narzeczone. Nie ja jestem jego autorem, co to, to nie. Autorem jest życie, a wręcz sama kobieta! Oto pewien mądry historyczny wpis w ankiecie zamieszczonej w roczniku „Cyklista” (warszawski „Cyklista” i lwowskie „Koło” były pierwszymi i jedynymi polskimi czasopismami rowerowymi, wychodzącymi od roku 1895). Wpis ów, poczyniony ręką artystki, brzmiał: Panny na wydaniu protegują sport kołowy, mężatki – nienawidzą. A dlaczego? Bo jednym daje, a drugim odbiera mężów. Święta prawda! Na wyprawie rowerowej czy turystycznym zlocie, na wędrownym obozie czy podczas kolarskiego wyścigu można przecież poznać swoją drugą połowę i nierzadko połączyć życiowe drogi świętym sakramentem. Świadczą o tym nagle zbiegające się linie życiowe pięknych hostess i wspaniałych kolarzy. Dowód wprost, że rower umie nas połączyć. Ale umie też dzielić. Wymykając się regularnie, co tydzień, na rower solo, niestety sprawiamy, że wyobraźnia żon zaczyna pracować na naszą niekorzyść. Gorzej, jeśli przeciw nam jest także kobieca intuicja, z którą się nie dyskutuje, bo jest skuteczna jak policyjny wariograf. Jeśli Twoja żona nie wie, co robisz, kiedy cię nie ma w domu, bo podobno poszedłeś na rower, to na pewno będzie zła. Zawsze możesz wziąć ze sobą cyfrówkę i przywieźć ukochanej jakieś dobre alibi.jpg. Kwiatów nie przywoź, bo od razu pomyśli, że coś przeskrobałeś. A ponad wszystko staraj się odbierać telefon, kiedy dzwoni ona. I najważniejsze, zawsze z treningu wracaj spocony i zmęczony 🙂 Możesz też kilka razy przyprowadzić do domu kolegów, niech zła żona zobaczy, że nie jesteś sam, taki „nienormalny kalesoniarz”. Zostawmy złe żony, zobaczmy, co słychać u dobrych narzeczonych. Zakochane pary szukające wspólnych sposobów spędzania czasu także bardzo chętnie widzą rower w charakterze spoiwa związku. Bywa tak, że jedno chce dopasować swoje upodobania do drugiego mimo zupełnego braku rowerowej wiedzy i doświadczenia. Tu dobry nauczyciel będzie musiał wykazać się cierpliwością, wyrozumiałością i dbaniem o sprzęt swojej pani. Zwykle także będzie ponosił podwojone koszty utrzymania parku maszyn. A park maszyn to także hardware w postaci odpowiednich ubiorów, a to sprawa niebagatelna. Zrozumcie i zapamiętajcie, że każda prawdziwa kobieta chce możliwie jak najlepiej wyglądać. Niejedną prędzej zachęci do jazdy stylowy ubiór a la Contessa niż najlżejszy najbardziej wyrafinowany technicznie karbonowy bolid z 30 biegami. Z tego powodu lepiej powstrzymać w sobie typowe męskie zapędy inwestycyjne i zamiast entuzjastycznie oznajmiać – „kochanie, kupiłem ci SPD 959 i stery Chrisa Kinga” – można zapytać, w jakim kolorze kasku będzie się najlepiej czuła. Podrzucić podstępem katalog firmy odzieżowej i westchnąć od niechcenia, jakie tam w środku fajne są dziewczyny. Jeśli to dobra firma, po kilku dniach zawartość katalogu i ofertę Twoja dziewczyna będzie znała na pamięć. Bo jest też taki aspekt, że nie wolno pozwolić jej zmoknąć i przemarznąć, przynajmniej na początku wspólnych wypraw. Nie ma innego wyjścia, rower musi się kojarzyć pozytywnie. Przygotowanie sprzętu Gwarantuję, że jeśli w rowerze Twojej, Czytelniku, kobiety pojawią się jakieś niedomagania, np. łańcuch będzie zgrzytał, biegi będą wchodzić za ciężko, a amortyzator odmówi współpracy, kobieta sama cię o tym poinformuje, nawet czasami specjalnie wyolbrzymiając problem. Nie wmówisz jej, że cantilevery mają prawo piszczeć, dyski ocierać i że to normalne, że kierownica jest trochę krzywa. One są naprawdę dużo czulsze od nas. Wkurzają je wszystkie dziwne dźwięki, jakie wydaje rower, denerwuje najmniejszy ślad rdzy. Brudny rower napawa je obrzydzeniem. Każdy biker choć raz w życiu usłyszał na temat swojej wypasionej maszyny: „zabieraj mi ten brudny złom z przedpokoju!”. Mówi się także, że kobiety lepiej od mężczyzn znoszą ból, ale nie testujmy tego na sobie… Dlatego chwyty kierownicy na dzień dobry muszą być miękkie, siodełko wygodne, a geometria ramy dopasowana do wzrostu i proporcji. Sprężyna w RST miękka, a powietrza w Rebie nie za dużo. Oponom też można dać odetchnąć i nie wbijać do nich tyle luftu, ile zwykle jest w Hutchinsonach Marka Galińskiego. Sama-Zaś-Jazda Jak już wspomniałem, rower powinien kojarzyć się pozytywnie i przyjemnie. Początkującej kobiecie należy zapewnić maksymalne bezpieczeństwo, zresztą tak samo jak każdemu początkującemu cykliście. Z tą różnicą, że w obronie swojej dziewczyny każdy biker zrobi znacznie więcej niż w obronie jakiegokolwiek kolegi. Tym bardziej na początku warto unikać komunikacyjnego stresu, miejskiego, pełnego agresji ruchu ulicznego. Nie ma co angażować się w spory z bandytami w samochodach, kiedy wiadomo, że nie wszyscy ewakuują się na czas. Dla Prawa o Ruchu Drogowym każdy rowerzysta jest prowadzącym, ale uważam, że jadąc z mniej doświadczoną dziewczyną, to ja nieco bardziej niż ona zawiaduję wycieczką. To ode mnie zależy wybór trasy i sposób, w jaki pokonamy kolejne trudne skrzyżowanie. To ja będę winny, jeśli jakaś przykrość spotka moją kobietę, kiedy ja jestem obok. PS Wszystkie wykorzystane przeze mnie cytaty zebrał i umieścił w dziele „100 lat Warszawskie-go Towarzystwa Cyklistów” (Warszawa 1986) naj-większy polski dziennikarz sportowy i wielki miłośnik kolarstwa red. Bogdan Tuszyński. Tekst: Bolek Traczewski

top 3

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach