Ladakh Expedition 2009

Indie północne, ponad 700 km wyłącznie po górach, 6 potężnych przełęczy powyżej 4500 m n.p.m., niesamowita kultura, niesamowici ludzie, zaskakująca życzliwość, szczery uśmiech goszczący nieustannie na twarzach

Tekst i zdjęcia: B. Marek Głosek, glosekm.republika.pl
W dzień wyjazdu kolejny raz sprawdzam zawartość sakw. Jadę na najtrudniejszą wyprawę swego życia i prawdę mówiąc, od tego będzie zależało moje przetrwanie. Zaledwie 12 kg bagażu plus rower. Etap 1. Aklimatyzacja Po 25 godzinach tułaczki na lotniskach i w samolotach moim oczom ukazuje się morze gór – Himalaje. Z lotu ptaka szczyty robią niesamowite wrażenie, wypełnione odcieniami bieli i błękitów, gdzieniegdzie tylko szarości i brązy, w dolinie Indusu trochę zieleni. Z lotniska biorę taxi do hotelu Siddharth, płacę 150 rupii. W Leh nie ma problemu ze znalezieniem hotelu, jest ich tu bez liku. Po krótkiej negocjacji ceny stanęło na kwocie 300 rupii za dobę. Aklimatyzację przewiduję na cztery dni. Ruszam poznawać Leh, stolicę Ladakhu. Szok kulturowy. Centrum miasta to jeden wielki plac targowy, po którym przechadzają się krowy. Każdy uprzejmie zaprasza do kramiku, aby wstąpić, choć na chwilę, tylko pooglądać. Zazwyczaj takie oglądanie kończy się drobnymi zakupami. Grzecznie, z uśmiechem na twarzy powinniśmy stanowczo się targować, sprzedający kilkukrotnie zawyżają ceny. W południe wchodzę do najbliższej „restauracji” na obiad, nazwy potraw w menu nic mi nie mówią, choć są pisane w języku angielskim. Zamawiam na wyczucie. Danie to makaron spaghetti wymieszany z surową kapustą, kawałkami pieczonego kurczaka i zielonym sosem. Smaczne i zarazem baaaardzo ostre. Resztę dnia spaceruję po zatłoczonych i zakurzonych uliczkach Leh, mijając co chwilę jakiegoś mnicha z uśmiechem na twarzy. To kraina tybetańskich mnichów, niezwykłych obrzędów i tajemniczych rytuałów. Jullay, jullay – słychać ze wszystkich stron, to słowo powitanie, ale również do widzenia, dziękuję, szczęśliwej drogi. Zawsze towarzyszy mu szeroki, pogodny uśmiech. Z nieba leje się żar, zwiedzanie ruin Leh Palace i Tsemo Gompa górującego nad miastem to niesamowite przeżycie – rozchodzące się z górnych komnat rytmiczne odgłosy bębna i śpiewanych mantr przez młodego mnicha. Poczułem namacalnie, że jestem w krainie mnichów, w Ladakhu zwanym Małym Tybetem. Wieczorem składam rower… Rano załatwiam w biurze turystycznym zezwolenie (permit) na wjazd do doliny Nubry i na przełęcz Khardung La. Na wysokości 3500 m n.p.m. stawiam pierwsze „kroki” na rowerze i nie wiem, jak zareaguje organizm na taki wysiłek. Po pierwszych przejechanych kilometrach obawy ustępują, czuję się fantastycznie. Dojeżdżam na 4200 m n.p.m. Widoki na Leh i przeciwległe pasmo górskie są fantastyczne. Przeplatające się szarości i brązy z zielenią, nad nimi górująca niesamowita biel ośnieżonych szczytów. Droga jest dość kręta i bardzo wąska, bez zabezpieczeń. W czasie zjazdu kątem oka zerkam na licznik, chwilami wskazania pokazują 55-56 km/h, zjazd z adrenaliną. Etap 2. Khardung La 5602 m n.p.m. (5377 m n.p.m.) Wyruszam wcześnie rano, mam do pokonania 2 tys. metrów w pionie. Wszechobecny pył wciskający się do oczu i ust. Powoli, ale systematycznie wznoszę się serpentynami ponad otaczające mnie szczyty gór. Na wysokości 4600 m mam chwilę wytchnienia – punkt kontrolny policji indyjskiej. Tu trzeba mieć permit do doliny Nubry. Nieziemskie widoki dodają energii na dalszą drogę. Serpentyny to pułapka dla rowerzysty, powyżej 4800 m n.p.m. namiotu na zboczu rozstawić się nie da, jedyna możliwość to piąć się do góry, ku przełęczy. Ostatnie parę godzin jazdy pod Khardung La nie są łatwe. To jazda po kamienistej, pełnej głębokich dziur drodze, po której miejscami spływają górskie strumienie. Na wysokości 5000 m w powietrzu jest 50% mniej tlenu jak na poziomie morza, a organizm ludzki nie regeneruje się. Łyk zmrożonej wody, do tego kawałek czekolady. Organizm domaga się tlenu, wysokość daje znać o sobie. Wydolność spada drastycznie, nogi robią się jak z waty, są chwile, że odmawiają posłuszeństwa. Palce u rąk stają się jak drewniane kołki. Ostatnie metry „szlaku” spowite chmurami, przełęcz wydaje się nieosiągalna. Jeszcze kilkanaście metrów. Jest cholernie zimno i wietrznie. Wreszcie Khardung La zdobyta! Jestem przemarznięty, wyczerpany, ale szczęśliwy. Nerwowo wodzę wzrokiem po przełęczy za jakimś pomieszczeniem, aby osłonić się od wiatru i śniegu. Zauważam kilkanaście metrów przed sobą dymiącą rurę, która wystaje z szopki. Szopka okazuje się posterunkiem wojskowym na przełęczy, stacjonuje tu kilku żołnierzy. Jullay, z niedowierzaniem, że ktoś o tej porze i na rowerze w tak trudnych warunkach wjechał na przełęcz. Zapraszają mnie do środka i robią miejsce przy piecyku, częstując gorącą herbatą i sokiem z pomarańczy dla wzmocnienia. Cały podjazd na Khardung La zajął mi w sumie ok. dziesięć i pół godziny, z tego siedem godzin i dziesięć minut w siodełku. Przed zjazdem ubieram nieprzemakalne spodnie z membraną, ciepłą opaskę oraz kask i tym razem na dłonie zakładam ocieplane rękawiczki. Tak wyposażony mogę rozpocząć zjazd do doliny Nubry. Po chwili nastaje zmrok i zaczyna się „szaleńczy” zjazd z czołówką na kasku w całkowitych ciemnościach. Dojeżdżam do osady na 4600 m n.p.m. Zjeżdżając do doliny Nubry, coraz częściej widzę zieleń. Dolina głęboko schowana wśród gór, tu zatrzymał się czas, tu kończy się świat. Etap 3. Leh-Manali Leh-Manali to jedna z najpiękniejszych i zarazem najtrudniejszych dróg świata. Została otwarta dla cudzoziemców dopiero w 1989. Poprowadzi mnie przez przełęcze: Tanglang La (5328 m n.p.m.), Lachlung La (5065 m n.p.m.), Nakeela (4950 m n.p.m.), Baralacha La (4982 m n.p.m.). Jest otwarta około cztery miesiące w roku, kiedy topnieją śniegi i przełęcze stają się przejezdne. Drogę na przełęcz Tanglang La rozpoczynam kilkudziesięciokilometrowym zjazdem z Leh, wzdłuż rzeki Indus w otoczeniu akcentów kultury tybetańskiej. W południe zaczynam wspinać się przepięknym wąwozem o pionowych ścianach, na dnie którego bystro płynie rzeka. Biwak mam na wysokości 3900 m n.p.m., w zagrodzie rodziny tybetańskiej, która wieczorem zaprasza mnie na herbatę. O poranku cała okolica pokryta jest białym puchem, w namiocie zaledwie +2°C. Po całodziennych zmaganiach zdobywam wierzchołek przełęczy. Kierowcy ciężarówek, którzy zatrzymują się na przełęczy, aby oddać cześć Buddzie, gratulują mi wytrwałości. Późnym wieczorem zatrzymuję się na noc na płaskowyżu (4800 m n.p.m.) przy namiotach pasterskich. Jest bardzo zimno, -3°C. Przed namiot wychodzi gospodarz, który zaprasza mnie do środka na poczęstunek. Herbata z mlekiem yaka smakuje wyśmienicie. Na środku mały piec, ogień podtrzymywany za pomocą wysuszonych odchodów yaka. W centralnym miejscu ołtarz tybetański. Z boku dokazuje dwójka dzieci, żona gospodarza przygotowuje posiłek – ryż z bardzo ostrym zielonym sosem, zaciąganym mlekiem yaka, chapati (rodzaj naleśnika z mąki, wody z odrobiną soli) oraz gorący napój. Chetsang zna tylko kilka zwrotów po angielsku, więc większa część rozmowy toczy się za pomocą rąk. Żona Chetsanga tylko się przysłuchuje. Miejscowe zwyczaje nie pozwalają na rozmowę z kobietą w towarzystwie jej męża. Rano budzą mnie dzwonki owiec. Chetsang z synem już od świtu zajmuje się wyczesywaniem runa owczego (tu się owiec nie strzyże). W oddali na stoku pasie się stado owiec i yaków, choć trudno dostrzec w okolicy jakąkolwiek roślinność. Zwijam namiot i zostaję zaproszony na śniadanie – herbata z mlekiem yaka i świeżo smażone chapati z miodem. W ramach rewanżu przekazuję mały podarunek w postaci kilkudziesięciu rupii. Mam wielki szacunek dla tych ludzi, którzy na co dzień muszą żyć w tak skrajnych warunkach. Płaskowyż Moray rozpościera się na długości kilkudziesięciu kilometrów, dziki i surowy o średniej wysokości ok. 4700 m n.p.m. Ostatnie kilkanaście kilometrów przed przełęczą Lachlung La (5065 m n.p.m.) to urokliwy wąwóz z pięknymi formacjami skalnymi, które wiatr i woda rzeźbiły przez tysiące lat. Na dnie wąwozu owce skubią mikroskopijne porosty. Przełęcz zdobywam późnym popołudniem. Na noc zatrzymuję się nad rzeką w dolinie na wysokości 4300 m n.p.m. Nieopodal koczują „nietykalni” – ludzie z kasty, która znajduje się najniżej w hierarchii społeczności indyjskiej. W nocy rzeka pokryła się taflą lodu, który muszę skuć, aby dostać się do wody. Organizm domaga się odpoczynku… Zjazd ze zdobytej z trudem przełęczy jest fantastyczny. Rozpościerające się dookoła morze rdzawoszarych gór z bielącymi się szczytami, niekończące się serpentyny – widok zapierający dech w piersi. Po dwóch godzinach zjazdu docieram do przepięknej doliny, w której wartko płynąca rzeka wyrzeźbiła głęboki na kilkadziesiąt metrów wąwóz o poszarpanym brzegu. Powoli zaczynam wspinać się drogą wzdłuż rzeki. Zatrzymuję się na campingu przy posterunku policyjnym. Przepiękna okolica z rozległą doliną otoczona wspaniałymi pagórkami sięgającymi pięciu tysięcy metrów. Słońce majestatycznie zmierza ku ośnieżonym szczytom, czas na wyciszenie i medytację. Camping opuszczam przed ósmą rano, nad górami wiszą ciemne chmury. Oj, będzie ciężko! Droga zaczyna ostro wspinać się po zboczu, coraz zimniej i coraz więcej śniegu na stokach. Miejscami droga zamienia się w trakt usłany głazami wielkości strusich jaj, wycięty w lodzie, po którym płyną strumienie. W południe jest bardzo zimno, zaledwie +2°C, na horyzoncie pojawiły się namioty tybetańskie. Wzbudzam ogólne zainteresowanie, momentalnie zbiera się garstka ciekawskich. Wchodzę do pierwszego namiotu, chwila odprężenia na ławie i zamawiam obiad. Ciężko ruszyć w dalszą drogę, w międzyczasie zaczął sypać śnieg. Kilkaset metrów przed przełęczą ciężarówki tworzą zator, droga zawężona zwałami śniegu skutecznie ogranicza ruch pojazdów. Na przełęcz Baralach La (4892 m n.p.m.) docieram w promieniach słońca, wśród morza ośnieżonych szczytów, czuję, jak wracają siły. Po kilkunastu minutach szaleńczego zjazdu wśród brył lodu zaczyna się śnieżyca, droga miejscami przypomina lodowisko, widoczność gwałtownie spada do kilku metrów. Śnieg wciska się pod kurtkę. Poniżej 3800 m n.p.m. z nieba leją się strugi deszczu, na stokach mchy ustępują miejsca krzewom, gdzieniegdzie zaczynają pojawiać się drzewa sosnowe i cedrowe. Droga miejscami przeistacza się w wartki strumień, a z butów wylewa mi się woda. Wyczerpany i przemarznięty dojeżdżam do miejscowości Darha na wysokości 3600 m n.p.m. Dopiero tu można znaleźć miejsce pod namiot lub skorzystać z lokalnej bazy noclegowej. Korzystam z „hoteliku” na zapleczu przydrożnego baru. Pokój dzielę z mnichem, który jest duchowym przewodnikiem pielgrzyma. Dolina tonie w chmurach. Cały czas pada deszcz. Rano zielona dolina skąpana jest w słońcu, stoki pokryte świeżym puchem. Jadę powoli, z czasem dolina zmienia charakter na głęboki wąwóz, którego zbocza pokrywają malowniczo położone wioski, a przy nich tarasowe pola pokryte soczystą zielenią. W południe droga zaczyna wspinać się po stoku, roślinność ustępuje miejsca mchom. Na drodze coraz częściej pojawiają się spadające głazy oraz lawiny błotno-kamienne. Strumienie rwą nawierzchnię, zostawiając półmetrowe dziury w drodze. Wieczorem w strugach deszczu, zakorkowaną przez ciężarówki drogą dojeżdżam do miejscowości Kokser, gdzie zatrzymuję się w przydrożnym barze. W dzień „budynek” (luźno ułożone kamienie w kształcie prostokąta przykryte plandeką) funkcjonuje jako bar, na noc zmienia się w przydrożny „hotel”, gdzie goście śpią na ławach. W nocy deszcz ustał. Po kilkunastu kilometrach podjazdu dolina została głęboko w dole, widoki zapierające dech w piersiach. Na wysokości 4100 m n.p.m. mija mnie karawana składająca się z ośmiu jucznych mułów. Prowadzi ją bosonogi Tybetańczyk. Ostatnie kilka kilometrów przed przełęczą to jeden wielki strumień płynący wartko między ścianami lodu i śniegu, szybciej się idzie jak jedzie. To pierwsza przełęcz na drodze Leh-Manali, która tętni życiem, niczym nasza Gubałówka. Tłumy korzystają z lokalnych atrakcji, z których największą popularnością cieszy się przejażdżka mułem lub osłem, lub skuterem śnieżnym. W powietrzu unosi się zapach grillowanej kukurydzy. Droga w dół to istny tor przeszkód, pierwsze kilka kilometrów wygląda jak pole orne po deszczu, na którym stoi kilkaset samochodów w korku. Rower oblepiony kilogramami błota. Skały i lód zaczyna wypierać kolor zielony. Tracę na wysokości, drogą wijącą się po zboczach gór dojeżdżam do wartko płynącej rzeki. Suche i bardzo zimne górskie powietrze powoli staje się coraz bardziej wilgotne i ciepłe. Dookoła słychać śpiewające ptaki, skrzeczące małpy, które często biegają po drodze. Wieczorem jestem już w Manali, to mój ostatni nocleg w Himalajach. Wyprawa powoli dobiega końca. Jullaj! PS W przygotowaniu wyprawy pomocną dłoń podały firmy: dobresklepyrowerowe.pl, zator.com.pl,
outdoorzy.pl.

top 3

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach