Maja Włoszczowska

Jestem zalatana

Maja Włoszczowska skończyła właśnie najlepszy sezon w swojej karierze. Regularnie wchodziła do trójki najlepszych zawodniczek MTB na największych światowych imprezach. Wicemistrzostwo Świata i Europy zdobyte w tym sezonie czyni z niej najbardziej utytułowanego polskiego kolarza roku.

Zacznijmy od Twojego olimpijskiego występu. Czy nie uważasz, że start Wam trochę nie wyszedł? Wiem, o co ci chodzi, redaktor Góra powiedział, że poszła ucieczka… Ależ nie, nie sugerujemy się redaktorem Górą. Po prostu czołówka odskoczyła, a Wy zostałyście… Dla mnie był to jeden z lepszych startów w ogóle. Po rundzie startowej byłam czwarta, jak na mnie wysoko. Dziewczyny też były z przodu. Rozumiem, że gdyby chodziło tu o trasę, na której nie można się wyprzedzać, ale na olimpijskiej było szeroko prawie przez cały czas. To raczej wrażenie spowodowane taktyką Kanadyjek. One ruszają bardzo mocno do przodu, słabną, a potem kolejne zawodniczki je dochodzą. Jak później wyglądał wyścig? Zacznijmy od tego, że dla mnie start na Igrzyskach był bardzo udany i uważam go za sukces. Wiem, że była bardzo duża presja medalowa. Jeszcze w dniu wylotu dziennikarze traktowali nas jak jedną z ostatnich szans Polaków na podium. Tymczasem dla mnie szóste czy piąte miejsce na Igrzyskach to rewelacja. Parcie na medal było jednak i jest strasznie silne. Przed wyścigiem czułam się kiepsko. Już tydzień wcześniej byłam w dużym stresie, dwie noce praktycznie nie spałam. Na szczęście dzień przed wyścigiem znacznie się uspokoiłam, co nie oznacza, że nerwy do końca puściły… Sam wyścig był bardzo ciężki. Na metę przyjechałam skrajnie wyczerpana. W czasie jazdy czułam, jakbym miała ukryte pokłady energii, ale nie mogłam do nich dotrzeć. Myślę, że zapłaciłam za brak doświadczenia. Marek Galiński, który był już trzeci raz na Igrzyskach, mówił, że ten wyścig trzeba potraktować tak samo jak każdy inny. Są ci sami rywale, podobna trasa. Trudno to jednak zrobić… Może potrzebny wam psycholog? Zgodnie z nową polską normą, jak komuś nie idzie, to się wzywa psychologa i sportowiec ma zaraz zostać mistrzem świata. To trochę nie tak. W naszej grupie był kiedyś psycholog, ale nie dał rady. Kolarze go zamęczyli (śmiech). Problem jest taki, że musiałby to być bardzo dobry fachowiec, znający się na sporcie. Był wprawdzie w polskiej kadrze psycholog, ale nie sądzę, żeby jego rady, kiedy kompletnie się nie znamy i widzimy pierwszy raz, coś dały. Wtedy lepiej porozmawiać z trenerem, kolegami z drużyny, z kimś bliskim. Ja przecież wiem, co lekarz powie – nie denerwuj się, nie martw, wygrasz. Praca z psychologiem musi był stała i systematyczna. Wtedy daje efekty. A jakie były nastroje po wyścigu? Panowało przygnębienie, poczucie klęski? Myślę, że zarówno dla mnie, jak Ani i Magdy, była to przede wszystkim wielka ulga. Igrzyska były dla nas ogromnym stresem, który w jednym momencie – przekroczenia linii mety – minął. Euforii oczywiście nie było, bo tak jak wszyscy miałyśmy cichą nadzieję na medal, ale najważniejsze, że było już „po”. Potem krótki okres spokoju i Mistrzostwa Świata… Nie wiem czy spokoju. Może presja zniknęła, wszyscy mówili, żeby do Les Gets nie jechać, że nie ma to sensu. Postanowiliśmy jednak pojechać, a przecież wcześniej były jeszcze Mistrzostwa Polski. Nie jest to wielkie obciążenie psychiczne, gdy wiadomo, że o medal walczymy między sobą, ale trzeba było wystartować. Zaraz po zawodach, z marszu, polecieliśmy do Francji. Ponieważ były drobne kłopoty z wylotem, noclegami itp. właściwie tylko raz pojechaliśmy rundę i zaraz były sztafety. Jechałaś już na psychicznym luzie, bo nikt się Wami nie interesował? Luz psychiczny rzeczywiście był. Wszyscy właściwie jechaliśmy bez obciążeń. Wiadomo, że gdy startuje się i broni tytułu, człowiek jest pod presją. My zaś nie myśleliśmy w takich kategoriach i startowaliśmy na luzie. Zrobiłam najlepszy czas wśród kobiet jadących sztafety, wtedy pomyślałam sobie, że będzie dobrze. W dniu wyścigu ze startu wspólnego padało, a Ty niespecjalnie lubisz taką pogodę… To prawda, w nocy usłyszałam, że pada, i pomyślałam sobie – „O matko, leje, co to będzie?” Nie chodzi o to, że podczas startu będę mokra czy brudna, z tym akurat nie ma problemu. Błota jednak nie lubię, bo się w nim taplam i grzęznę. Cierpi na tym również technika jazdy, ponieważ jadę wolniej. Kiedy stałam na starcie, myślałam – „co ja tu robię”. Potem znowu, zaraz po starcie, zaatakowały Kanadyjki, poszły mocno do przodu, ja zostałam z tyłu. Ale gdy zaczęłam jechać, poczułam, że mam ogromne zapasy energii i że tego dnia mogę wygrać z każdym. Nawet kiedy doszła mnie na trasie Kanadyjka i trener zaczął krzyczeć, że mogę z nią wygrać, pomyślałam sobie – „po co krzyczy, przecież wiem, że z nią wygram”. Tego dnia byłam bardzo silna. Nie przeszkadzało mi nawet, że faktycznie leżałam w błocie, i że miałam trochę problemów na trasie. Jechałam do przodu! Wróciłaś do Polski i nagle zostałaś dostrzeżona przez media, zrobiło się o Tobie głośno. Pojawił się nowy wizerunek Mai Włoszczowskiej, jako ładnego dodatku do roweru… Nie masz racji, chociaż faktycznie dziennikarze patrzą na mnie czasami po prostu jak na ładną dziewczynę, która „przy okazji” się ściga. Swoje zrobił plebiscyt na najseksowniejszą sportsmenkę, który wygrałam, wcale o tym nie wiedząc… Zawsze podkreślam, że moje życie to ciężka praca, zdobywanie każdego dnia nowego szczytu, budowanie formy, zawody, treningi. Przecież moje sukcesy nie wzięły się z sufitu, nikt mi nie dał tytułu za nic! Ale to chyba niezbyt obchodzi dziennikarzy. Wolałabym, aby skupili się nie na urodzie, a na moich wynikach sportowych. Nikt nie mówi o pracy, o tym, że 250 dni w roku jestem na zgrupowaniach czy zawodach! Właśnie, jesteś typem sportowca, który planuje swoją karierę, swoje życie. Oprócz sportu studiujesz matematykę finansową. Niewielu sportowców decyduje się na studia podczas aktywności startowej… Na studia trafiłam zgodnie z założeniami w 2002 roku, po właściwie kiepskim sezonie, po którym myślałam, że już nie będę się zawodowo ścigać, a rower pozostanie hobby. Wtedy trener Piątek złożył mi propozycję wstąpienia do grupy Lotto-PZU. Wtedy moja kariera nabrała tempa i rower wrócił na pierwsze miejsce. Teraz studia są właściwie dodatkiem do treningów. Nie chcę ich jednak zawieszać ani przerywać. W sporcie zawsze są pewne niewiadome i każdy sportowiec musi się liczyć z tym, że jego kariera może w każdej chwili zostać przerwana. Matematyka finansowa ma przyszłość, więc będę miała atrakcyjny zawód. Myślałam, czy nie zamienić PWr na AWF, ponieważ gdy wycofam się z wyścigów, chcę pozostać w sporcie, np. jako organizator imprez. Tak czy inaczej, wiedza o finansach zawsze się przyda. Krążą słuchy, że przechodzisz do biznesu. Mówi się o coraz większych sumach pieniędzy. Trenera Piątka stać będzie jeszcze na zatrudnienie Mai Włoszczowskiej w nowym sezonie? Muszę wyjaśnić kilka spraw. Po pierwsze, możliwe, że przechodzę do biznesu, ale najpierw będę do tego dokładała. I nie będą to złote góry. Po drugie, nie możesz o tym pisać, bo to jeszcze nic pewnego. Faktycznie, pojawiły się intratne propozycje z zagranicy. Zwłaszcza Orbea chciała mnie widzieć w swoim teamie. Nie mogę jednak mówić o pieniądzach, bo zakazują tego wszystkie umowy. W każdym razie moja gaża wzrośnie. Z grupą Lotto-PZU nie zamierzam się jednak rozstawać. Przede wszystkim grupa daje mi oparcie, mam w niej doskonałego trenera, masażystę, mechanika i ekipę. Nie muszę sama organizować przygotowań do sezonu, startów i wszystkiego, co jest z tym związane. Przecież jestem jeszcze bardzo młodą zawodniczką! Nie jestem w pełni ukształtowana. Żeby jeździć na zachodzie, trzeba wziąć sobie na głowę wszystkie sprawy organizacyjne, a ja nie mam na to czasu. Obecna sytuacja jest dla mnie komfortowa i tak niech pozostanie. Nie wykluczam oczywiście startów na zachodzie w kolejnej fazie kariery. Teraz jednak zostaję w Polsce. Czy masz jakieś propozycje reklamowe? Kto ma prawa do twojego wizerunku? W tej chwili prawa ma grupa i tak będzie do końca roku. Kontrakt zabrania mi reklamowania ich konkurentów. Nie znaczy to, że nie mogę reklamować czy promować innych wyrobów. Nie mam jednak żadnych propozycji. Przed Igrzyskami pojawiły się różne agencje, które składały nam oferty, ale były one niekorzystne. Firmy te nie bardzo chciały nas promować, ale za to brać pieniądze za ewentualne kontrakty. Może problem leży właśnie w wylansowaniu Was? Masz swojego agenta? W tej chwili nie mam i nie myślałam o tym do tej pory. Zaczęłam jednak poważnie się zastanawiać. Mam teraz miesiąc wolny i powinnam się roztrenować oraz odpoczywać, a nie mam czasu. Myślę, że mam go mniej niż podczas sezonu! Spotkania, sesje zdjęciowe, wywiady. Powoli przestaję nad tym panować. W przyszłym roku ktoś w rodzaju agenta powinien się pojawić. Teraz tymi sprawami zajmuje się trener. A może nie ma w Polsce zapotrzebowania na silną, mądrą, piękną młodą kobietę, która odnosi sukcesy w sporcie? Może nie potrzebujemy takich osób w naszym życiu? Myślę, że zapotrzebowanie na takie osoby powinno być. Mamy kilka propozycji spotkań w szkołach czy na uczelniach, ale nie za dużo. A przecież ja, czy moje koleżanki z grupy, możemy być w jakiś sposób pozytywnym wzorem. Może tę niszę wypełnia Otylia Jędrzejczak, może to trochę polska zawiść, a może przyczyną jest fakt, że żadna z nas nie zdobyła medalu… W każdym razie nie jesteśmy w pełni wykorzystywane wizerunkowo. Mówiłaś o stresie. Masz jakiś sposób radzenia sobie z nim? Nie, nie mam niczego szczególnego. Żadnych medytacji, liczenia do pięciu czy ćwiczeń oddechowych. Lubię posłuchać muzyki. Dobrze jest też porozmawiać z kimś z drużyny. Najczęściej jest to trener, który nas zna i wie, co się z nami dzieje. Funkcję pokoju zwierzeń pełni często pokój masażysty, tam zawsze ktoś jest i wtedy można pogadać. Czasami muszę zadzwonić do mamy. Kiedy jestem w Polsce, uwielbiam spotykać się z przyjaciółmi i z nimi rozmawiać. Oni spełniają funkcję terapeutyczną. Czy masz jakiś azyl? Miejsce, w którym możesz się schować przed światem? Azyl mam, nie mam tylko czasu z niego korzystać. Kiedy jesteś na zgrupowaniach i zawodach, marzysz o pokoju jednoosobowym. Trener to wie i stara się załatwiać. Mam dom w Jeleniej Górze i właśnie kupiłam nowe meble do pokoju, ale szczerze mówiąc rzadko tam bywam. We Wrocławiu wynajmuję mieszkanie, które dzielę z przyjaciółkami. Nie mam czasu na samotność. Przy okazji plebiscytu media wyciągnęły twoje życie prywatne. Okazało się, że jesteś sama… Może to trochę dlatego, że wytwarzam wokół siebie aurę pośpiechu i braku czasu? Mam wielu znajomych i kolegów. Wielu chce mnie gdzieś wyciągnąć. Ale sam widzisz, że na rozmowę ze mną umawiałeś się przez tydzień! Nie ma mężczyzny, który by to wytrzymał, a ja nie mogę być ograniczana. Oczywiście, fajnie byłoby mieć kogoś bliskiego, żeby się przytulić, jak ci nie idzie, albo cieszyć się razem po zawodach. Ale układ ja tu, on 1000 km dalej, byłby męczący. Telefony i SMS-y? Taki związek to nie związek. Myślę, że moje życie i w tym obszarze się ułoży. Jak nie teraz, to później. A jak radzą sobie z tym inne zawodniczki, znasz światową czołówkę. Jak one dają sobie radę ze związkami? Układ zawodniczka – trener? Jest kilka przykładów świadczących o tym, że taki układ jest dobry. Wiele zawodniczek wiąże się ze swoimi trenerami albo może raczej ich mężczyźni się w trenerów zamieniają. Jeżdżą razem na zawody, otrzymują wsparcie. Tak funkcjonują Niemki czy Amerykanki. Jedna z nich jeździła teraz przez pół roku po zawodach w Europie, żeby zebrać punkty. Towarzyszył jej chłopak-trener. Pół roku mieszkali w przyczepie kempingowej, na obcym kontynencie… To już ekstremum! Ale układ zawodniczka – trener jest niezły. Problem w tym, że mamy w Polsce jednego trenera MTB, więc nie ma o czym mówić… Kiedy przychodziłaś do Lotto, nie wszyscy byli z tego faktu zadowoleni, teraz wyrastasz na liderkę tej grupy. Nie ma wewnętrznych tarć? Szczerze mówiąc nie ma. Twierdzę tak z całą odpowiedzialnością, nie dlatego, że ktoś mi kazał, tylko dlatego, że tak jest. Wiem, że Ania Szafraniec miała mieszane uczucia, kiedy przyszłyśmy z Magdą do grupy. Wcale się jej nie dziwię. Przecież przybyły jej konkurentki. W międzyczasie jednak tyle się zmieniło. Ja nauczyłam się wygrywać, ona nauczyła się przegrywać. Nie znaczy to, że nie chce wygrywać, czy że jest mniej ambitna. Każda z nas chce być pierwsza, każda jest ambitna, każda chce wygrać. Ale wszystkie się dogadujemy. Wiemy, że taki jest sport, że raz ja będę pierwsza, innym razem kto inny. Mogę powiedzieć, że bałam się sukcesów, bałam się reakcji w grupie, ale jest dobrze. Nie jesteśmy wielkimi przyjaciółkami, ale żyjemy w zgodzie, zdrowo ze sobą rywalizując. A na imprezach międzynarodowych bardziej się wspieramy, niż rywalizujemy. Tam mamy z kim walczyć… Tak właśnie powinno być.

top 3

Czytaj więcej

10 dni do Pucharu Świata w kolarstwie torowym Pruszków 2017

Czytaj więcej
Czytaj więcej

Przełaje – Masłońskie – galeria zdjęć

Czytaj więcej

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach