Marczyński Show!

Veni, vidi, vici. Tak w największym skrócie można opisać sukces Tomasza Marczyńskiego na tegorocznych mistrzostwach Polski. Popularny „Maniek” przyjechał do Złotoryi w roli jednego z wielu faworytów. Dolny Śląsk opuścił w glorii dwukrotnego mistrza krajuTekst i zdjęcia: Wolfgang BryllaW tym roku Złotoryja – miasto, które sławę zdobyło w czasach średniowiecza, kiedy odkryto w nim pokłady złota – obchodzi 800-lecie swojego istnienia. Przedstawiciele Dolnośląskiego Związku Kolarskiego z Bogdanem Rzepką na czele wpadli więc na pomysł, by z tej okazji szosowy czempionat zorganizować właśnie nad Kaczawą. Złotoryja nie jest debiutantem, jeśli chodzi o kolarskie imprezy. Wielokrotnie na rynku kończyły się etapy wyścigu Szlakiem Grodów Piastowskich. Oprócz tego mieszkańcy Złotoryi już w 2008 roku mieli sposobność przyglądania się „na żywo” rywalizacji krajowej czołówki. Trzy lata temu na prawie 22-kilometrowej pętli wokół miasta rozegrano mistrzostwa Polski, które padły łupem Marcina Sapy. „Saper” pokonał wówczas w wyścigu ze startu wspólnego Bartłomieja Matysiaka oraz Macieja Bodnara. W czasówce triumfował z kolei Łukasz Bodnar. Cała czwórka również w tym roku pojawiła się na starcie MP. Łzy i radość Bujak Tradycyjnie pierwszy dzień mistrzostw zarezerwowany był dla indywidualnej jazdy na czas. Najpierw na trasę wyruszyły kobiety oraz orliczki, które miały do pokonania 18-kilometrową rundę. Rok temu w Łopusznie niedaleko Kielc po koszulkę z orłem na piersi sięgnęła nasza mistrzyni świata w MTB Maja Włoszczowska. Reprezentantka drużyny CCC Polkowice, która tydzień wcześniej zdobyła złoto na krajowych mistrzostwach MTB, i tym razem nie pozostawiła przeciwniczkom żadnych złudzeń. Na pagórkowatej trasie Włoszczowska wykręciła najlepszy czas i wyprzedziła Eugenię Bujak (Zagłębie Sosnowiec) oraz Annę Harkowską (Warmia i Mazury Olsztyn). Od razu na mecie doszło do pierwszego poważnego zamieszania. Przed „czasówką” sędziowie postanowili, że wyścig odbędzie się w kategorii OPEN. Tym samym Bujak, startująca jeszcze jako orliczka, mogła się cieszyć z wywalczonego srebra. Po kilku godzinach jury jednak zmieniło swoją decyzję, uznając, że medale zostaną przyznane oddzielnie: osobno dla elity kobiet, osobno dla zawodniczek U23. Po licznych protestach trenerów z Sosnowca oraz innych opiekunów jury zostało zmuszone do rewizji „rewizji” i powrotu do zasad, które zostały przedstawione na odprawie technicznej. Humor załamanej i smutnej Eugenii Bujak wyraźnie się poprawił. Ostatecznie otrzymała ona zarówno srebrny medal elity, jak i złoty orliczek. W kategorii poniżej 23. roku życia na drugim miejscu wylądowała Katarzyna Pawłowska (Jedynka Limaro Kórnik), a na trzecim Paula Gorycka (CCC Polkowice), która szybko wykurowała się po złamaniu kości strzałkowej, jakiego doznała na kwietniowym Pucharze Świata MTB w Pietermaritzburgu. Po kobietach do boju wyruszyli młodzieżowcy. Najszybciej z ponad 30-kilometrowym odcinkiem uporał się niespodziewanie Kamil Gradek (Cartusia Kartuzy). Obrońca tytułu Kornel Sójka (KTK Kalisz) uplasował się dopiero na piątej pozycji, tracąc do Gradka 30 sekund. Srebrny krążek zawisł na szyi Pawła Brylowskiego (ALKS Stal Grudziądz), brąz powędrował do Łukasza Wiśniowskiego z TKK Pacific Toruń. Pierwsze uderzenie „Mańka” Elita mężczyzn walczyła na dwóch 21,8-kilometrowych okrążeniach. Pretendentów do złotego medalu było dwóch. Najwięcej szans dawano Łukaszowi Bodnarowi oraz Jarosławowi Maryczowi. Kolarz duńskiej ekipy Saxo Bank-SunGard – czasowy mistrz Polski z Łopuszna – spóźnił się jednak na rampę, a na trasie nie był w stanie nadgonić straconych cennych sekund. Organizatorzy MP kilkakrotnie przekładali godzinę startu. W tym całym bałaganie Marycz się nie połapał: „Nie przywiozłem z sobą tabunu ludzi, którzy by mnie o wszystkim informowali. Popełniłem błąd. To jest wyłącznie moja wina” – tłumaczył Marycz, który był czternasty. Starszy z Bodnarów – młodszy Maciej przyjechał tylko na „wspólny” – zgarnął srebrny medal. Najlepszym czasem na półmetku mógł się pochwalić Marczyński. Będący ostatnio na fali „krakus” (wygrał m.in. wyścig w czeskich Lidicach oraz Małopolski Wyścig Górski) wytrzymał narzucone przez siebie mocne tempo, o 21 sekund pokonując „Bodka”. Pluć w brodę może sobie Wojciech Ziółkowski. Zawodnik BDC Teamu pewnie zmierzał po drugie miejsce na podium, ale w końcówce ewidentnie osłabł i spadł na trzecią lokatę. Supremację CCC Polsat oraz BDC Teamu odzwierciedla klasyfikacja generalna „czasówki”. Pierwszych sześć miejsc zajęli kolarze Piotra Wadeckiego lub Dariusza Banaszka. Wyścig tandemów Do programu MP włączono w tym roku „czasówkę” dla osób niewidomych i niedowidzących ścigających się na tandemach. W tej dyscyplinie wśród mężczyzn zwyciężyła para Artur Korc – Krzysztof Kosikowski (Warmia i Mazury Olsztyn), a wyścig kobiet zdominowały Aleksandra Wnuczek i Iwona Podkościelna (KKT Hetman Lublin). Duet Wnuczek – Podkościelna triumfował również we „wspólnym” na dystansie 43,6 kilometra. „Dobrze nam się dzisiaj jechało. Lubimy takie górskie trasy bardziej niż płaskie. Walczymy o kwalifikacje na paraolimpiadę w Londynie. Jesteśmy dobrej myśli, że weźmiemy w niej udział” – mówiła Wnuczek. W wyścigu mężczyzn na pierwszej pętli uciekli Piotr Czopek oraz Piotr Łożyński (Warmia i Mazury Olsztyn). Na kresce ich przewaga wyniosła ponad trzy minuty. Kiedy na podium wchodził niewidomy Łożyński – „maszyna”, jak siebie sam określa – kibice zgromadzeni na Rynku przywitali go gromkimi brawami: „Lubimy góry. Na ostatnim podjeździe pedałowaliśmy spokojnie. Wiedzieliśmy, że mamy spory zapas i nie musimy się szarpać. Doping kibiców dodawał nam cały czas skrzydeł” – powiedział Łożyński. Drugie miejsce zajęli Arkadiusz Garczarek – Przemysław Wegner (Razem Poznań), trzeci byli Michał Ładosz – Marcin Polak (KKT Hetman Lublin). „Szosowa” Anna W trzeci dzień mistrzostw przyszła kolej na wyścigi orlików oraz kobiet. Niestety, pogoda nie rozpieściła ani kolarzy, ani fanów. Przez całą noc padało, przed południem kilka razy nastąpiło mocne oberwanie chmury. W takich niesprzyjających warunkach atmosferycznych z prawie 50-osobowego peletonu odskoczyły Paula Gorycka (CCC Polkowice) oraz specjalistka w jeździe po torze Małgorzata Wojtyra (Elektro Bud BOGO Szczecin). Już jednak w momencie odjazdu było wiadomo, że ich ucieczka jest skazana na pożarcie. Na zawodniczki czekało pięć pętli (łącznie 109 km) przez Jerzmanice, Pielgrzymkę, Wojcieszyn oraz Uniejowice. Niecały kilometr przed Rynkiem rozpoczynał się 200-metrowy stromy podjazd po bruku na ulicy, nomen omen, Stromej. Choć Gorycka i Wojtyra zgodnie współpracowały, ich trzyminutowa przewaga zaczęła topnieć. Na ostatniej rundzie ucieczka została skasowana, a na kontrę zdecydowała się Anna Szafraniec (CCC Polkowice), za którą nikt nie pognał. Główne faworytki, jak Włoszczowska, Paulina Brzeźna-Bentkowska (LKS Atom Boxmet Dzierżoniów) czy dwukrotna mistrzyni kraju Małgorzata Jasińska (Michela Fanini Rox) pilnowały się wzajemnie, co wykorzystała Szafraniec. Brzeźna, która w czasówce otarła się o podium, odjechała na ostatnim kilometrze, pozostawiając za plecami Włoszczowską: „Szkoda, że nie przyszła cała grupa, wtedy byłam przekonana, że tę grupę wygram. Pozostała mi walka o srebro. Przyspieszyłam na kostce i tylko popatrzyłam się za siebie, czy czasami Maja nie trzyma mi koła. Na szczęście nie trzymała” – komentowała przebieg rywalizacji Brzeźna. Za Włoszczowską na mecie zameldowała się na czwartej pozycji Pawłowska, która tym samym zdobyła tytuł mistrzyni Polski orliczek. Triumf Torunia Nie od dziś wiadomo, że Leszek Szyszkowski – trener TKK Pacific Toruń – potrafi wychować kolarską młodzież. To z jego kuźni talentów wywodzą się Gawroński czy Paweł Charucki (CCC Polsat Polkowice), który rok temu wygrał w Masłowie. W Złotoryi liderami Pacificu byli Dariusz Głuszak, Łukasz Owsian oraz Wiśniowski. „Czarnym koniem” okazał się jednak zaledwie 19-letni Marek Kulas, który w sprincie z trzyosobowej grupki pokonał Owsiana oraz Karola Domagalskiego. „Cała nasza drużyna jechała dzisiaj niezwykle aktywnie. Każdy z nas mógł zwyciężyć. Mnie się akurat poszczęściło w ostatniej fazie wyścigu” – mówił Kulas, który swój triumf świętował razem z ojcem, również Markiem. Senior dynastii Kulasów sam był kiedyś doskonałym zawodnikiem. W 1986 roku przesądził na swoją korzyść Tour de Pologne, cztery lata później w Karpaczu zdobył brązowy medal MP za Zenonem Jaskułą oraz Markiem Szerszyńskim. Zanim jednak Kulas junior przywdział biało-czerwony trykot, musiał się zmierzyć z 174-kilometrową trasą (osiem okrążeń). Na czwartej rundzie zaatakował Domagalski, za którym podążył Szymon Strzeduła (TC Chrobry Głogów). Po tym, jak zostali doścignięci, uformowała się kolejna 11-osobowa ucieczka, w której znów jechał niestrudzony Domagalski. „Nieźle się dzisiaj napracowałem. Byłem sam jak palec. Musiałem się przeciwstawić zawodnikom z Torunia oraz Kartuz, którzy mieli przewagę liczebną. Dobrze, że zachowałem trochę sił na finisz i zdobyłem brąz. Jestem zadowolony z mojego rezultatu” – ocenił swój start Domagalski, reprezentujący na co dzień amatorską sekcję hiszpańskiej ekipy Caja Rural. Ostatnia runda i finałowa brukowa „ścianka” przyniosły decydujące rozstrzygnięcia. Z czteroosobowej czołówki odpadł Piotr Kirpsza (Aktio Group Mostostal). Około 300 m przed metą szczęścia raz jeszcze szukał Domagalski, ale przeciwko dwójce z Pacificu nie miał większych szans. „Odetchnąłem z ulgą, kiedy zobaczyłem, że z lewej strony na prowadzenie wychodzi mój kumpel z klubu, a nie Karol. Cieszę się, że stanęliśmy na dwóch najwyższych miejscach podium” – dodał Owsian. Dublet Marczyńskiego Wszyscy zadawali sobie przed „wspólnym” elity mężczyzn jedno zasadnicze pytanie – czy Marczyński jest w stanie ustrzelić dublet? Ostatnim zawodnikiem, który został w jednym roku podwójnym mistrzem Polski, był Piotr Wadecki, czyli obecny dyrektor sportowy Marczyńskiego. Nie było cienia wątpliwości, że były kolarz włoskiego zespołu Ceramica Flaminia znajduje się w fantastycznej formie, ale czy podoła? „Wiedziałem, że jestem w naprawdę dobrej kondycji i że mogę po czasówce, która nie jest przecież moją domeną, wygrać również wspólny. Tak też się stało. Jest naprawdę super!” – nie krył radości Marczyński. Na ostatnich metrach wyprzedził kolegę z grupy Tomasza Smolenia oraz Macieja Paterskiego (Liquigas-Cannondale), który razem z Maciej Bodnarem i Sylwestrem Szmydem startują w Tour de France. Mimo zmęczenia po obozie wysokogórskim „Patera” zdołał się zmobilizować: „Łatwo nie było. Cały wyścig kontrolowany był przez CCC Polsat Polkowice. Jechałem spokojnie i oszczędzałem siły na ostatni podjazd”. „Cycki” wystawiły do MP całą polską frakcję. Sześciu zawodników znalazło się w 16-osobowej ucieczce, w której pedałowali też Dariusz Baranowski (BDC Team), Michał Gołaś (Vacansoleil-DCM), Michał Kwiatkowski (RadioShack) oraz Marycz. Na drugim kółku oderwali się „Ryba”, „Kwiatek” oraz mistrz Polski z ubiegłego roku Jacek Morajko (CCC Polsat Polkowice). Początkowo peleton pozwolił im „kręcić”, ale kiedy różnica wynosiła około ośmiu minut, do roboty wziął się Gołaś. „Goły” – jeden z najaktywniejszych kolarzy MP – za wszelką cenę chciał dogonić uciekających, by w końcu założyć upragnioną koszulkę: „To był jeden z lepszych dni w tym roku. Nie oszczędzałem się od samego startu. Trafiłem z formą” – mówił Gołaś. Niestety, marzenia o czempionacie będzie musiał przełożyć na przyszły rok. W Złotoryi Gołaś był czwarty. Trójka śmiałków została złapana na ostatnim z dziesięciu okrążeń. Tuż przed metą kilkunastoosobowy peleton porwał się na kilka mniejszych grupek. Marczyński przechytrzył swoich konkurentów, zdobywając drugi w karierze tytuł mistrza Polski we wspólnym. W 2007 roku wygrywał już w Kielcach. Co dalej? Szosowe mistrzostwa Polski w Złotoryi już za nami. Jak wypadły? Pomijając wszelkie kwestie sportowe i koncentrując się wyłącznie na organizacyjnych, można wyciągnąć tylko jeden wniosek – wiele rzeczy należy polepszyć. Błądzić jest rzeczą ludzką i takie drobne faux pas, jak potknięcia w sprawozdaniach sędziowskich, należy wybaczyć. Na wielki minus zasłużyła sobie, na co organizator nie miał większego wpływu, złotoryjska policja. Policjanci są od pomagania, nie od przeszkadzania. Niestety, niejednokrotnie zdążyliśmy się przekonać, że w Polsce jest inaczej. Mimo naszej akredytacji funkcjonariusze z wielką łaską i po kilkuminutowej dyskusji wpuszczali samochód mediów na trasę. „Organizator nic nam nie mówił” – można było od nich usłyszeć. Jasne, organizatorzy nie mają nic innego do roboty, jak dzwonić do każdego posterunkowego i informować ich o przejeździe dziennikarzy… Do czego więc służą akredytacje? Zdaniem policjantów do niczego. Czego życzyć mistrzostwom Polski na przyszłość? Większego zainteresowania mediów, sprawniejszego przepływu danych oraz nieco „lotniejszych” służb policyjnych. Bo kolarze poradzą sobie w każdej sytuacji. O nich nie musimy się martwić.

top 3

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach