Olimpijczycy

„Chcesz wiedzieć, jak to jest? Zawiążę ci oczy czarną opaską, wsiądziesz na siodło z tyłu i pojedziemy dwadzieścia kilometrów.
Inaczej ci tego nie wytłumaczę, bo tego,
co czuje zawodnik, nie da się opisać.”
Andrzej Zając i Dariusz Flak opowiedzieli nam o ściganiu się na tandemach. Słowa: Miłosz Sajnog Zdjęcie: Paweł Gepert MR: Jesteście złotymi medalistami paraolimpiady, medal z tego samego kruszcu co olimpijski, a jednak o Was było mniej słychać…
Dariusz Flak: Szkoda, że takich imprez nie pokazuje się w telewizji, bo emocje są nie mniejsze niż na „normalnych” igrzyskach, a to, co się widzi, niesamowicie uczy pokory. Już sama ceremonia otwarcia robiła wrażenie. Znicz zapalał człowiek na wózku, który wciągał się na rękach na koronę stadionu. To było piorunujące wrażenie.
Andrzej Zając: Telewizja mogła pokazywać chociaż jakiś skrót na koniec dnia z tego, co działo się na igrzyskach. Widzowie mogliby zobaczyć, jaką pozytywną energię niosą, jaka jest wspaniała atmosfera i jakie są emocje. No i może doceniliby paraolimpijczyków. Choćby naszą tenisistkę stołową, która w Pekinie była wielką gwiazdą… MR: Mieliście jakieś założenia przed występem w Pekinie? Jechaliście po medal, czy raczej żeby w ogóle się pokazać?
DF: Musimy zacząć od tego, że kwalifikacje w sporcie niepełnosprawnych wyglądają inaczej. Polska miała określoną liczbę miejsc (na 91 zawodników) i to polski komitet paraolimpijski wybierał zawodników, którzy mają szanse na medale. To trochę inny system. Nam zaś zależało, żeby na Igrzyska pojechały dwa tandemy. To był nasz cel w tym roku.
AZ: Oczywiście, nasze występy i osiągnięcia na innych zawodach były ważne. Ale jak już udało się przekonać komitet, żeby pojechały dwa tandemy, zaczęła się wewnętrzna rywalizacja wśród załóg, kto pojedzie. No i trochę nas kosztowało, żeby się na to drugie miejsce obok załogi Kosikowski – Korc załapać. MR: Już na miejscu w Pekinie musieliście mieć jakieś założenia co do startu. Powiem wprost. Celowaliście w medal?
AZ: Bardzo liczyliśmy na wyścig na czas. Wcześniej zajęliśmy w tej konkurencji pierwsze miejsce na mistrzostwach Polski, dosłownie dwa tygodnie przed igrzyskami. Choć gdy poznaliśmy trasę, rundę, która miała 13 km, pojawiły się wątpliwości. Ale nastawialiśmy się na czasówkę. Na mecie kubeł zimnej wody na głowę. Kosikowski – Korc zdobyli brąz, więc radość w ekipie, a my na dziesiątym miejscu. Trochę nas to podłamało.
DF: Powiedziałem, że musimy napić się piwa po tej czasówce, bo nie da rady inaczej złapać oddechu. Tak mi jeszcze żadna czasówka nie dała w kość, a uważam się za niezłego czasowca. Pojechaliśmy więc z Andrzejem na piwo w Pekin. Żeby się nawodnić. Potem, już na mecie, ze złotem, jak szliśmy na antydoping i wpisywałem, co zażywałem, wpisałem też piwo. MR: Ale mieliście jeszcze wyścig ze startu wspólnego. Jak się okazało, szczęśliwy dla Was…
DF: Przed startem, gdy rozmawialiśmy z trenerem, powiedziałem, że niech się dzieje, co chce, ale od startu uciekamy. Nie mamy nic do stracenia. Rano w niedzielę poszliśmy do kościoła na mszę.
AZ: Wyścig był niebezpieczny, na tych 13 km było 20 zakrętów, a na ostatnich 2 km siedem. Masakra. Z tego 6 miało 90 stopni, a jeden 180! I to znaczna część w dół, przy dużej prędkości…
DF: Na mszy myślałem sobie, że jestem taki stary, a tak będę ryzykować. I wymyśliłem, że wezmę do kieszonki zdjęcie Papieża, które miałem w portfelu. Zrobiłem tak, żeby Andrzej nie widział, bo by jeszcze powiedział, że pękam „na robocie”. Wziąłem jeszcze zdjęcie żony i córki.
AZ: Po wyjściu z kościoła Darek mi powiedział, że dzisiaj będzie nam potrzebna ręka Boża. Zaraz po starcie, jak peleton wjechał na podjazd, na górze odjechaliśmy na lewą. Holender, który zdobył srebro na czas, puścił nas i byliśmy z przodu sami. MR: Nikt Was nie gonił?
DF: Obejrzałem się za siebie, byliśmy sami. Myślę sobie, co teraz z nami będzie, stówa do mety, ponad 30 stopni ciepła, przydałby się ktoś. Ale nie za mocny.
AZ: No i po 5 km takiej jazdy podjechał do nas Fin, akurat partner dla nas, bo byli na czas sekundę lepsi od nas. Więc tak sobie uciekamy we dwa tandemy, ale ciężko się robiło. I zaczęliśmy myśleć, że może jakiś mocniejszy by się jeszcze przydał. I jak na zawołanie podjechał Francuz, oni byli na czas na szóstej pozycji. I tak jechaliśmy przez kilka kółek w trzy ekipy, z przewagą około dwóch minut. MR: Szykowaliście się do jakiegoś rozstrzygnięcia?
DF: Nie, chcieliśmy tylko dojechać. Ja to się już modliłem, żeby ktoś za nas w Polsce różaniec może zmówił, żebyśmy tylko dojechali.
AZ: No, a gdzieś tak na piątym okrążeniu poszła informacja, że gonią nas Słowacy. To bardzo silna załoga, wicemistrzowie świata. Już więc wiedziałem, że jak nas dojdą, będziemy czwarci. Zaczęliśmy mocniej pracować. Na ostatnim podjeździe skoczył Francuz pod górę i nas zgubił!
DF: Ja już czułem kurcze. Ten podjazd wychodził nam najgorzej ze wszystkich, więc nawet nie mieliśmy jak walczyć. Mówię do Andrzeja, że mnie łapią kurcze, a Andrzej na to, że jego też. No to się zrobiło nieciekawie. Już się bałem, że Finowie też nas objadą. Ale na szczycie mówię do Finów moim angielskim „Come on my friend”. I tak pojechaliśmy po zmianach z Finami. Doszliśmy do Francuzów, ale oni nie chcieli współpracować. Ja krzyczałem na Fina, Fin na Francuzów. No i jakieś 3 km przed metą byliśmy na zmianie, na czele. Obejrzałem się, a tamci ze 20 m za nami. Krzyknąłem do Andrzeja drugie słowo podczas wyścigu – „Teraz!”.
AZ: I odjechaliśmy im całkiem.
DF: A że jechaliśmy po takim dywanie triathlonowym, pomyślałem, że w ten ostatni zakręt wejdziemy na pełnej szybkości, i niech się dzieje co chce.
AZ: Po wyścigu powiedziałem Darkowi, że prawie jechałem kolanem po tym dywanie, tak się złożyliśmy. Ale warto było. Ja przed metą to już kręciłem młynka rękami, a Darek wyciągnął zdjęcia córki i Papieża. I na zdjęciu, które poszło w świat, jest z tymi zdjęciami w dłoni, a ja za nim z tym moim młynkiem. MR: Co się działo na mecie?
DF: Najpierw spadliśmy z roweru, bo nie mieliśmy sił się wypiąć. Potem wszyscy nam gratulowali. I nasi koledzy, i ludzie z innych ekip. Każdy widział, ile włożyliśmy w ten wyścig. A jak mi zakładali medal, poczułem taki specyficzny ciężar.
AZ: A potem to chyba normalnie. Gratulacje, łzy szczęścia. Było również spotkanie w ambasadzie. Bankiet pełen ważnych gości. No i w Polsce witali nas na lotnisku, rodziny i media. Znajomi mieli transparent: „Flaka, Zająca nikt nie dogoni, cieszą się bliscy, cieszą się znajomi.” MR: Tandemy dość rzadko się spotyka, sportowe jeszcze rzadziej. Wasz rower to specjalna konstrukcja?
DF: Ramę robiliśmy na zamówienie w Czechach, w firmie Duratec, gdzie wszyscy robią ramy. Można powiedzieć, że jest dość dobra i sprawdzona. Na niej trenujemy i startujemy w zawodach. Na czasówki zmieniamy kierownicę na czasową, pełne koło, wkładamy kaski i jedziemy. Tandemów nie produkuje się seryjnie, powstają pojedyncze egzemplarze. To problem, bo rowery nie są przetestowane odpowiednio i często zawodzą. Dlatego zdecydowaliśmy się na czeską, sprawdzoną ramę.
AZ: Osprzęt mamy szosowy, co dodatkowo utrudnia sprawę. Nie ma specjalnego osprzętu do tandemów. Nasz zestaw z zawodnikami waży ok. 200 kg, a koła, napęd i hamulce mamy od normalnych szosówek, przewidzianych na 60–70 kg! Stąd potrzeba wielu regulacji i napraw. Mechanik też musi wiedzieć, o co chodzi, bo tu ważne są szczegóły. Peleton tandemów od środka wygląda tak samo jak peleton, jak wy to nazywacie, solówek?
AZ: Tak, chociaż trzeba pamiętać, że tandem jest dłuższy, a pilot odpowiedzialny za tego, kogo wiezie. Skoki, ucieczki, ranty są takie same. No i na szosówce jest więcej miejsca, tandem jest troszkę szerszy. Trzeba uważać, proste potrącenie zamienia się w kraksę…
DF: Taktyka i akcje są takie same. Oczywiście, to na mnie spoczywa odpowiedzialność. Trudne są zakręty. Tandem jest cięższy, szybszy, hamulce relatywnie słabsze. No i złożyć się w zakręt trzeba umieć. Zawodnik musi robić dokładnie to samo co pilot. Trzeba również pamiętać, że ma się długość dwóch rowerów i całkiem spory ogon.
AZ: Opowiedz, jak się czujesz, jak wsiadasz na solówkę…
DF: Jakbym miał pękniętą ramę w tandemie i zgubił tylne koło. Strasznie mi siedzenie lata (śmiech). MR: Mieszkacie w odległości ok. 200 km od siebie. Jak wygląda Wasz codzienny trening?
DF: Jak ci powiem, nie uwierzysz… MR: Śmiało…
DF: Pracuję 70 km od domu. Najczęściej robię to tak, że jadę samochodem do pracy, a wracam na rowerze. Następnego dnia jadę rowerem, a wracam samochodem. Ale ze dwa razy w tygodniu jadę tam i z powrotem na rowerze. Na inny trening nie mam czasu.
AZ: Obaj jesteśmy jeszcze ze starej, komunistycznej szkoły kolarstwa. Do treningu podchodzimy poważnie. To ważne, bo tutaj zaufanie do partnera oraz wspólna forma to podstawa. Sam, nawet w najlepszej formie, nie dam rady nic zrobić, tak samo Darek. Tu musi być szczyt formy w tym samym momencie. Dlatego jesteśmy w kontakcie i ustalamy, co i jak robimy. Ale żaden z nas nie może odpuścić treningu. Bo to wyjdzie bardzo szybko.
DF: I tak mamy dobrze, bo Andrzej jest zawodnikiem słabowidzącym i może jeździć na rowerze. A zupełnie niewidzący skazani są na trenażer. MR: Ciężko Wam było zgrać się jako para, na jednym rowerze?
AZ: Chyba już nie, bo każdy z nas wcześniej jeździł w parze. Szybko nam to poszło. Obaj byliśmy kolarzami i mamy podobne nawyki. Rozumiemy, co się dzieje, więc obeszło się bez większych problemów.
DF: Ciężko mi było przełamać się, żeby zostać pilotem. Zanim trafiłem do pary z Andrzejem, jeździłem już wcześniej z innym zawodnikiem, Henrykiem Groszkowskim. To jest raczej obawa o odpowiedzialność, zarówno za prowadzenie roweru, jak i za zawodnika. Bałem się na początku, że będę się musiał opiekować zawodnikiem również po wyścigu. Takie obawy ma wielu pilotów i trzeba je przełamać. Potem jest fantastycznie. MR: Nie dochodzi między Wami do jakichś kłótni? Jesteście na siebie niejako skazani. Nie krzyczycie na przykład na siebie podczas jazdy?
AZ: Ja bym raczej powiedział, że się uzupełniamy doskonale. Na przykład poprzedni pilot mi nie odpowiadał. Podchodził, moim zdaniem, do tandemu bez pełnego zaangażowania. A tu trzeba pracować, jak to w kolarstwie, ciężko. I jeszcze ta świadomość, że jak ja się będę obijał, to pilot niczego sam nie zrobi. A Darek również wie, że bez zaangażowania niczego nie osiągniemy.
DF: My się uzupełniamy. Jesteśmy idealnie zgrani. Jak stajemy w korby, to obaj, jednocześnie. Jak się składamy, to na raz. Inaczej nic by z tego nie było. I jeszcze jedno, uważam, że takie tandemy to świetna sprawa dla obu, pilota i zawodnika. Dla zawodników to często jedyna przyjemność i radość. A dla pilota to poczucie odpowiedzialności i rodzaj potrzeby. Ten sport powinien być popularyzowany, a klubów dla niewidzących powinno być więcej. Na świecie w ten sposób prowadzi się rehabilitację. MR: Załoga tandemu składa się z pilota, który jest pełnosprawny, oraz zawodnika, który jest niepełnosprawny. W Waszym przypadku obaj jesteście byłymi kolarzami szosowymi. Jak to się stało, że trafiliście do tandemów?
DF: Ja trafiłem z mastersów. Faktycznie, trenowałem kolarstwo, ale tak się złożyło, że któregoś dnia klub zabrał mi sprzęt, a ja rzuciłem rower na wiele lat. Aż przytyłem strasznie i wtedy pomyślałem, że dzięki rowerowi schudnę. I tak wróciłem na rower i zacząłem jeździć, a z czasem trenować. I wystartowałem w mistrzostwach mastersów. A kiedy już miałem mocną pozycję w peletonie, zaproponowano mi, żebym może pojeździł na tandemie, wtedy w parze z Henrykiem Groszkowskim. I tak się wciągnąłem.
AZ: Ja byłem zawodnikiem LKS Ziemia Opolska. Jeździłem w mistrzostwach Polski, startowałem w Tour de Pologne. Miałem wypadek na rowerze, straciłem oko, a drugie zostało mocno osłabione. Wtedy zostałem trenerem w klubie. Moim wychowankiem jest tegoroczny olimpijczyk Jacek Morajko. A tandemy to było naturalne, żeby jakoś się ścigać. Szukałem mocnego pilota i tak trafiłem na Darka. Razem zajęliśmy trzecie miejsce na czas w mistrzostwach Ameryki. No i zdobyliśmy złoty medal w Pekinie. MR: W Polsce temat osób niepełnosprawnych jest wciąż wstydliwy i zamiatany pod dywan. Co sądzicie Wy, mistrzowie paraolimpiady, na ten temat?
DF: Podam prosty przykład. Nagroda za medal olimpijski jest niższa w Polsce dla osób niepełnosprawnych niż dla pełnosprawnych. Chociaż w innych krajach takiego rozróżnienia nie ma. Świadczenie olimpijskie może nie być mi przyznane, bo jestem pełnosprawny, a medal zdobyłem na paraolimpiadzie. Stypendium olimpijskie nie dotyczy paraolimpijczyków. Tak można by długo wymieniać. A najciekawsze, że nawet tandem nie jest traktowany jak rower i nie wszystkie linie lotnicze chcą go przewozić.
AZ: Myślę, że teraz może będzie nam łatwiej. Mnie wyróżniono jeszcze nagrodą „Człowiek bez barier”. W mojej miejscowości widzę, że dostarczam ludziom jakiejś pozytywnej energii i wzruszeń. Rozpoznają mnie w sklepie czy w gminie. Ale do medalu było bardzo ciężko. Nasz sport pozostaje poza zainteresowaniem związku kolarstwa czy ministerstwa. Jest traktowany jak zabawa. Jakby to, co robimy, nie było poważne. Do tej pory z Darkiem włożyliśmy w kolarstwo bardzo wiele czasu i pieniędzy. Na osoby niepełnosprawne nie patrzy się jak na sportowców. Jesteśmy na marginesie, chociaż robimy wszystko, żeby się z niego wydostać. Oglądaliśmy zawody pływaków. W delfinie startował chłopak bez rąk. Płynął tylko ruchami ciała. Nawroty robił po uderzeniu głową w ścianę. Był trzeci. Mam bardzo słaby wzrok, ale jak to zobaczyłem, to miałem łzy w oczach. A takie obrazy nie trafiają do ludzi w Polsce, bo nie ma transmisji. Na takich imprezach widać, do jakich poświęceń jest zdolny człowiek. To uczy pokory. I takie przesłanie chcemy nieść światu. Andrzej Zając i Dariusz Flak składają podziękowania wszystkim, którzy przyczynili się do ich zwycięskiego występu w Pekinie, a w szczególności:
Mirosławowi Jurkowi – trenerowi kadry paraolimpijskiej
Jerzemu Stawińskiemu – mechanikowi kadry paraolimpijskiej
Stowarzyszeniu Kultury Fizycznej Sportu i Turystyki Niewidomych i Słabowidzących CROSS i OLIMP – prowadzącemu drużynę Mio Cross Team
Mio Technology – sponsorowi Mio Cross Team
Polskiemu Komitetowi Paraolimpijskiemu
Doktorowi Leszkowi Mosurowi – za opiekę medyczną nad Narodową Kadrą Kolarzy Tandemowych
Dariusz Flak – pilot
Rok urodzenia: 1969
Kariera: KS Błękitni Koziegłowy,
od 1999 CTC Częstochowa,
obecnie Mio Cross Team
Największe osiągnięcie: złoty medal Paraolimpiady 2008 w Pekinie Andrzej Zając – zawodnik
Rok urodzenia: 1965
Kariera: LKS Ziemia Opolska, Młodzieżowa Kadra Polski,
trener w Chio Nysa,
obecnie Mio Cross Team
Największe osiągnięcie: złoty medal Paraolimpiady 2008 w Pekinie

top 3

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach