Ostatni taki wyścig

Tegoroczny Tour de Pologne był naszym zdaniem najlepszym wyścigiem na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat. Emocje, jakie w tym roku obserwowaliśmy na trasie, rzadko można oglądać w naszym kraju. Walka od pierwszego do ostatniego kilometra, dramatyczne zwroty akcji, ucieczki i pościgi, taktyczne szachy i szalone ataki. Wszystko to zobaczyliśmy w 61. TdP.

Tegoroczny wyścig wyglądał jak połączenie trzech różnych imprez w jednym. Najpierw oglądaliśmy szybkie i nerwowe etapy płaskie. Później dramatyczne etapy górskie. Na koniec zaś górski klasyk zakończony czasówką. Dodatkowo każda z części miała swoich bohaterów i inną dramaturgię. Główni aktorzy zamieniali się miejscami i do końca nie było wiadomo, który z nich wygra. Wszystko zaczęło się tradycyjnie od startu w Gdańsku. Pierwsze etapy, płaskie, pociągnięte długimi prostymi w odkrytym terenie, narażały kolarzy na boczne porywy wiatru, który zmieniał się w „boczny sprzyjający” i popychał peleton do przodu z ogromną prędkością. „Zaczną się ranty” – kwitował Czesław Lang. „Mają dużo szczęścia, że nie pada, za dobrze im – wzdychali sędziowie, patrząc na średnie prędkości. A te miejscami porażały. Do Bydgoszczy peleton zbliżał się ze średnią prędkością ponad 48 km/h. Ale to nic, tego dnia w ciągu pierwszej godziny kolarze pokonali aż 52 km. Peletonowi przewodziły polskie ekipy, które od początku narzucały tempo. Action ATI, obecne cały czas na przedzie, rwało peleton. W ucieczki angażowali się Kazimierz Stafiej i Bogdan Bondariew. Kontratakowali kolarze CCC, którzy na pierwszych etapach chcieli rozpoznać przeciwników i dowieźć swojego lidera – Romanika – w góry bez strat.

Ręka, wiatr i niespodziewany sukces

Już pierwszy etap skończył się sensacyjnie. Na finiszu w Gdyni Lewandowski z ATI został sfaulowany przez Łotysza – Nauduzsa. „Prowadziłem jeszcze 40 – 50 m od mety i byłem pewny zwycięstwa. Andris po prostu złapał mnie za koszulkę i odepchnął, spychając na dalsze miejsce”. Lewandowski nie ukrywał, że ATI ma wielką ochotę wygrać tegoroczny TdP. „Naszym liderem jest Brożyna i będziemy jechali właśnie na niego. Nie zamierzaliśmy oszczędzać się na tym etapie. Znamy wyścig i wiemy, że kto nie jest aktywny od początku, ten na koniec nie będzie się liczył. Dlatego właśnie taka aktywność z naszej strony” – powiedział nam Lewandowski na mecie. Sędziowie postanowili nałożyć karę na Łotysza. „Zawodników na finiszu obowiązuje regulamin sprintu – tłumaczył decyzję sędzia Jerzy Klinik – nie mają prawa gwałtownie zmieniać kierunku jazdy oraz odrywać rąk od kierownicy. Oczywiście zachowanie na finiszu jest interpretowane w zależności od sytuacji. Tu jednak mieliśmy wszystko, i oderwanie ręki, i wsparcie się na przeciwniku, i wybicie go z rytmu”. Drugi etap również zakończył się sensacyjnie. Na metę w Olsztynie z pięciominutową przewagą przyjechała dwójka kolarzy: Mariusz Sapa (Knauf Mikomax) i Daniel Majewski (PSB Kreisel). „Dowiozłem nowego lidera” – powiedział Sapa. „Nie wierzyłem, że uda nam się dojechać do mety” – wykrztusił Majewski. „Zrobiłem to dla rodziców, którzy zawsze we mnie wierzyli” – dodał zawodnik, który miał w karierze ostry zakręt na początku tego roku. Pytani o brak pościgu szefowie polskich drużyn uśmiechali się skromnie – jak tu gonić Polaków? Trzeci etap kończył się w Bydgoszczy i znowu sensacja. Szybki etap i szybki finisz Marcina Lewandowskiego, z tym tylko, że „Lewy” za wcześnie podniósł ręce i na właściwej kresce wyprzedził go Allan Devis. Zaraz na początku etapu wycofał się lider Majewski, który ucieczkę przypłacił nocną kroplówką, pobytem w szpitalu i rostrojem organizmu. Przyjdzie mu zapłacić za ten wyczyn – komentowali niektórzy zaraz po zwycięstwie i mieli jak widać rację. Żółty trykot włożył na siebie Mariusz Sapa, który wcześniej prowadził w klasyfikacji punktowej Kredyt Banku. „Nie mamy już miejsca na kolejnego robaka w samochodzie (maskotka gigant, którą nagradzany był kolarz)” – komentowali w Knaufie, z ulgą i radością przyjmując żółtą koszulkę. Grupa Knauf Mikomax pokazała lwi pazur, dowożąc lidera aż do etapu Piechowice – Karpacz. Niebieskie trykoty zawsze były z przodu i starały się dowieźć lidera bez większych strat. Udało się to na mecie w Kaliszu, gdzie podium opanowali obcokrajowcy w składzie: Baldato, Sabido i Davis. Ekipa Knaufa namęczyła się jednak strasznie, starając gasić kolejne ataki i kontrolować powtarzające się ucieczki. Na rundach Marcin Sapa mógł jechać już spokojnie i szykować się do następnego etapu z metą w Karkonoszach.

Miało się wyjaśnić, ale się nie wyjaśniło

Na cichego gwiazdora wyścigu wyrastał tymczasem Devis, który został najwszechstronniejszym kolarzem wyścigu. „Wjeżdżamy jutro w góry – mówił w rozmowie z nami Allan – a ja bardzo słabo jeżdżę w górach, jutro nie będzie mój dzień”. Jednak na mecie w Szklarskiej był czwarty i wjechał na czele grupy pościgowej, w której znajdował się również Sapa. Knauf obronił, ku zdumieniu wielu, koszulkę lidera również na tym etapie, najtrudniejszym w całym wyścigu. W Szklarskiej najlepszym był Nocentini. Odbierając nagrodę za wygrany etap, został bezlitośnie wygwizdany przez tłumnie zgromadzoną na mecie publiczność. Rinaldo wiózł się bowiem na kole uciekającego przez trzy rundy Rutkiewicza i Brada Florenta. Na nasze pytanie, czy nie było mu przykro z tego powodu i czy uważa swoje zachowanie za właściwe Rinaldo odparł – „Miałem dużą stratę na wcześniejszych etapach, więc w klasyfikacji generalnej i tak się nie liczę. Nie chciałem pomagać w ucieczce, gdyż moim zadaniem była na tym etapie pomoc Sosence. Ondrej został daleko z tyłu, a ja pracując w tej grupie działałbym na jego szkodę. Nie jest mi również przykro, takie właśnie jest kolarstwo, a ja cieszę się, że wygrałem”. Marcin Sapa na mecie wyglądał dość świeżo. „Na tym etapie było ciężko. Zdarzały się ataki, a przewaga ucieczek sięgała pięciu minut. Naszym zadaniem było dojechać ze stratą nie większą niż 1 minuta i ten cel osiągnęliśmy. Drużyna dowiozła mnie w dobrej formie do Szklarskiej, a na rundach jechałem już sam. Nie staraliśmy się zlikwidować ucieczki, a jedynie kontrolować przewagę. Zrealizowaliśmy nasz cel i jutro dalej będziemy bronić wyniku”.

Po co ten etap? Właśnie po to!

Na kolejnym etapie ważyły się w latach ubiegłych losy wyścigu. Czasami nazywany był górskim klasykiem, bowiem tu właśnie można było wygrać wyścig, zdobywając przewagę na niedzielną, popołudniową czasówkę. Tak właśnie planował pewnie Marek Rutkiewicz, uciekając na zjazdach szaleńczo w dół, poganiając motor z sędzią i dobijając do 100 km/h! Pierwszy na mecie Rutkiewicz pozbawił Sapę trykotu lidera. „Pisz o zwycięstwach” – napominał Piotr Bieliński na mecie. „Jutro damy radę utrzymać przewagę, a Marek jest dobry na czasówce” – przewidywał Piotr Kosmala, dyrektor sportowy Action. „Dowieźliśmy Romanika w dobrej formie i teraz wyścig się zaczyna” – powiedział Andrzej Sypytkowski z Hoop CCC. Do niedzielnego, porannego i krótkiego etapu szykował się również Ondrej Sosenka. Obejrzał prognozy pogody, założył gumy na deszcz i natarł koło cytrynami, tak jak każe stary, sprawdzony sposób. W niedzielę, w ulewnym deszczu, Sosenka zjeżdżał po zakrętach do Sosnówki tak samo, jak Rutkiewicz w sobotę. Na nic zdała się walka kolarzy Action, nie zdołał Bondariew utrzymać peletonu w ryzach. Wszystkie grupy pojechały na rozerwanie bloku Action. Najpierw do Sosenki dojechał Przydział i wtedy zaczęli odjeżdżać. Potem na miejsce Przydziała weszli Pellizotti i Sabido. Milaneza Maia miała aż pięciu kolarzy w pierwszej dwudziestce, ich zielone stroje pokazywały się w grupie pościgowej i w peletonie. Rutkiewicz, który został sam z przodu, nie mógł nic poradzić. Ślizgał się na mokrej nawierzchni, zakręty „kończył” poboczem. Nie tylko on miał problemy. Tego dnia na karkonoskich drogach leżało wielu znakomitych kolarzy. Upadli, dochodząc grupę po defekcie, Przydział z Romanikiem. Ten pierwszy jechał po południu ze złamaną ręką, drugi skończył wyścig w szpitalu. Zaledwie 61-kilometrowy etap ustawił wyścig przed czasówką. Właśnie dlatego mówi się, że o zwycięstwie w TdP decyduje klasyk, raz dłuższy, raz krótszy. No i sama czasówka, popis jednego już kolarza, Sosenki. Nie dał mu rady Rutkiewicz, siódmy na mecie, nie dał rady Sabido, dopiero czwarty, nie dał rady również Pellizotti, piąty. Król Orlinka wrócił tu po swoje. Zabrał Sabido żółtą koszulkę, wbił w ziemię rywali i, jak sam to określił, wygrał wyścig głową a nie mięśniami. Kiedy stał na podium, zebrał zasłużone brawa. Tylko siedemdziesięciu sześciu kolarzy dojechało do mety wyścigu. Dla połowy trudy TdP były zbyt ciężkie. Deszcz, który zmył kolarzy w niedzielę, miał jeszcze jedną ofiarę. Dwa dni po TdP zrezygnował z funkcji trener polskich szosowców, znakomity kolarz, Zbigniew Spruch.

A wygranych było kilku…

Na tegorocznym tourze było tak naprawdę kilku zwycięzców. Pierwszym jest niewątpliwie Ondrej Sosenka, dla którego było to największe osiągnięcie tego roku. Czech, który liczył na dobry rok na zachodzie, jest chyba rozczarowany mijającym sezonem, w którym raczej nie błyszczał. Udało mu się jednak wygrać w Karpaczu, gdzie, jak stwierdził, ma wielu polskich i czeskich kibiców, oraz porozumieć się z krajową federacją kolarską, z którą był przez pewien czas skłócony. Sukces na Orlinku ma się w przypadku Sosenki zwrócić w postaci dobrego kolejnego kontraktu. Sam zawodnik nie wyklucza ścigania się w przyszłym roku w grupie Iles Baleares lub w jednej z niemieckich drużyn. W każdym razie celem Sosenki jest Pro Tour. Nie zmienia to faktu, że spoglądają na niego i polskie grupy zawodowe. Kolejnym wygranym jest niewątpliwie Marek Rutkiewicz, który nastawiał się na TdP i pokazał się w nim z bardzo dobrej strony. Rutkiewicz ma dopiero 24 lata i jest obecnie jednym z lepiej zapowiadających się polskich kolarzy. Finiszując samotnie na Orlinku, udowodnił, że jego kariera nie została złamana, a on sam jest w dobrej, choć niewątpliwie nie szczytowej, formie. Marek utarł również trochę nosa swemu ostatniemu pracodawcy (RAGT), który nie odniósł w Polsce żadnych sukcesów. Kolejni wygrani to młodzi polscy kolarze, którzy błyszczeli na tegorocznym TdP. Majewski, Niemiec, Mazur, no i oczywiście Rutkiewicz, pokazali się z dobrej sportowej strony, mocno wbijając się w czołówkę polskiego kolarstwa. Warto tu jednak zwrócić uwagę na jedną rzecz. Wszyscy ci zawodnicy mają za sobą epizod zagraniczny i przeszli przez tamtejszą szkołę zawodową, co odbija się na ich postawie. Zauważalny jest natomiast brak młodych kolarzy wyszkolonych w „polskiej” szkole, zupełnie jakby ta nigdy nie istniała. Zwrócił na to uwagę Czesław Lang, zwróciliśmy i my. Zapewniamy, że do tematu młodych polskich kolarzy i pomysłu Czesława Langa na szkolenie na pewno na łamach MR wrócimy. Wypada również wspomnieć o zawodniku, który ma według nas przyszłość, i choć nie jest Polakiem a Australijczykiem, wzbudził naszą ciekawość. Allan Devis, bo o nim tu mowa, nie bywał często bohaterem komentarzy, wręcz w nich nie istniał. Chcemy jednak podkreślić, że zdobywca tytułu najwszechstronniejszego kolarza był świetny zarówno na finiszu, jak i w górach, na czasówce zaś był w piątce. W dodatku jest byłym torowcem… Sylwetka Allana również zagości na naszych łamach. No i ostatni z wygranych, Czesław Lang, który odniósł kolejny już organizacyjny sukces. Dyrektor wyścigu zasłużenie zbierał gratulacje i podziękowania. Podziwiamy w panu Czesławie niezmordowaną energię i zapał do organizacji wyścigów. Podziwiamy jego profesjonalizm i zdolności organizacyjne. Składamy podziękowania za wspaniały wyścig. W przyszłym roku zobaczymy na nim śmietankę światowego kolarstwa.

Ondrej Sosenka dla MR

Ondrej, czy zaplanowałeś sobie zwycięstwo na ostatnim etapie? Tak, bardzo chciałem tu wygrać i musiałem ustalić plan. Pojechałem ten wyścig głową a nie siłą. Jedyną szansą było właśnie szukanie zwycięstwa w czasówce. Nie miałem wsparcia w postaci ekipy, tak jak inni, gdyż najlepsi nasi zawodnicy ścigają się obecnie w USA. Jechałem wyścig praktycznie sam i jak mówiłem, musiałem pojechać go bardziej taktycznie. Dlatego zależało mi na złej pogodzie. Oglądałem prognozy i bardzo chciałem, żeby padało. Przygotowałem rower specjalnie pod brzydką pogodę, natarłem koła cytrynami i udało mi się dojechać, najpierw w ucieczce przed południem, a potem wygrać czasówkę. Jak wyglądała walka na etapie przedpołudniowym? Zaplanowałem sobie, że odskoczę. Inne grupy szarpały peletonem aż do zjazdów. Wtedy odjechaliśmy z Piotrem Przydziałem i chyba zrobiliśmy tu prawdziwe ściganie jako jedyni tego dnia. Potem kiedy Piotr odpadł, specjalnie poczekałem na Pellizottiego i Sabido, bo myślałem, że pojedziemy razem. Sabido nie chciał jednak współpracować i wiózł nam się na kole cały czas. Dał chyba dwie zmiany. Dlatego cieszę się, że również z nim wygrałem na czasówce. Wygrana w TdP to Twój największy sukces tego roku? Tak, cały sezon miałem mniej udany niż myślałem i bardzo chciałem tu wygrać. Mam wielu kibiców w Polsce i w Czechach. Wiem, że mi kibicowali, dlatego dałem z siebie wszystko, żeby ich nie zawieść. Wygrana tutaj bardzo dobrze postrzegana jest w Europie, a ja chciałbym podpisać w przyszłym roku dobry kontrakt w Pro Tour. To jest teraz mój priorytet. Byłeś typowany na zwycięzcę przez wielu uczestników. Kogo najbardziej się obawiałeś? Polskich drużyn, Action i CCC. Są bardzo silne i mocno pracowały przez cały wyścig. Ja zaś jechałem sam, bez wsparcia drużyny (ostatnie etapy jechało tyko trzech zawodników Aqua Sapone – przyp. red.). Myślałem też, że lepiej pojadą kolarze Iles Baleares, ale oni nie pokazali się z dobrej strony.

Czesław Lang dla MR

Jak pan ocenia tegoroczny wyścig? Od strony sportowej był to jeden z najlepszych wyścigów w historii. Walka trwała przez cały czas, a kibice mieli zapewnione emocje. Zwycięstwo Sosenki na ostatnim etapie, wspaniała dramaturgia wyścigu. Myślę, że było w nim wszystko, co interesuje kibiców. Wzrosła również średnia prędkość, co zmusza nas do wprowadzenia korekt w plany na przyszły rok. Średnia tegoroczna była jedną z najwyższych w całej historii Tour de Pologne. A to świadczy o poziomie zawodów. W przyszłym roku TdP należeć będzie do serii Pro Tour, jak zmieni się wyścig? Wyścigi tej serii nie mogą ze sobą kolidować, dlatego TdP rozpocznie się tydzień później. Potrwa tradycyjnie siedem dni, a zakończenie będzie również w Karpaczu. To przesunięcie w kalendarzu spowoduje, że nasz narodowy Tour stanie się jeszcze trudniejszym. Możliwe, że zasłynie jako najbardziej deszczowy wyścig. Będzie zatem znacznie cięższy, ale w związku z tym również bardziej prestiżowy. Zmieni się ranga wyścigu… Tak, seria Pro Tour obejmuje 35 najlepszych wyścigów. Obowiązek startów w niej ma 20 ekip, które zgłosiły akces do PT. Jako organizatorzy będziemy mieli od trzech do sześciu dzikich kart dla drużyn z Polski. Zwiększy się zatem liczba zespołów i zawodników. Budżet wyścigu wzrośnie o około 50%. Będzie to lepszy i większy wyścig.

top 3

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach