Państwowe Grupy Rowerowe

Państwowe Gospodarstwa Rolne stały się synonimem socjalistycznej gospodarki rynkowej PRL-u i symbolem niewydolności systemu. Kiedy wydawało się, że czasy PGR-ów bezpowrotnie minęły, nastąpił ich niespodziewany comeback. W kolarskim peletonie narodziły się „Państwowe Grupy Rowerowe”, których głównymi sponsorami są korporacje narodowe, a niekiedy nawet państwa Tekst: Wolfgang Brylla
 Założono, że kolarskie PGR-y będą spełniać rolę odskoczni dla krajowych diamentów i dawać im szansę na rozpoczęcie międzynarodowej kariery. Z pomocą rządowych pieniędzy oraz najprężniejszych krajowych koncernów zbudowane miały zostać ekipy, w których szkolono by i szlifowano rodzime talenty. Cel godny pochwały. Teoria jednak swoje, a praktyka swoje. Czy jesteśmy świadkami narodzin całkowicie nowej ery? Czy upaństwowienie ekip to tylko przejściowy trend, o którym za jakiś czas zdążymy zapomnieć? U zarania dziejów#  Kolarskim cyrkiem zawsze rządził pieniądz. Kto dysponował grubym portfelem, mógł sobie pozwolić na podpisanie kontraktu z renomowanym kolarzem. Kto był właścicielem firmy, lokował nieco grosza w drużynie i umieszczał na jej koszulce swoje logo. Reklama jest dźwignią handlu, a najlepszą reklamą jest oczywiście czas antenowy. Dla stacji telewizyjnych od samego początku najważniejszym wyścigiem był Tour de France. Grande Boucle przynosiła zawodnikom sławę, sponsorom dochody. Do 1930 roku bohaterowie Touru reprezentowali barwy prywatnych, nierzadko nawet jednoosobowych ekip. Później aż do 1961 roku – oraz z małym intermezzo w latach 1967–1968 – do boju wyruszały drużyny narodowe. Organizatorzy szybko odczuli jednak na własnej kieszeni, że brak prywatnych partnerów negatywnie odbija się na wyścigu, przede wszystkim w kwestii ekonomicznej. Jeśli Tour chciał zarabiać, musiał dopuścić do imprezy stajnie zawodowe. W latach 60. i 70. odnotowano wielki boom. Co chwila niczym grzyby po deszczu wyrastały nowe zespoły, jak Raleigh, Gitane (producenci rowerów), Renault czy Peugeot (branża samochodowa) itd. Sponsorzy walili drzwiami i oknami. Doszło do prywatyzacji międzynarodowego peletonu. Kolarstwo stało się jedną z pierwszych skomercjalizowanych dyscyplin sportu. Z taksówki na rower#  Komercjalizacja przyniosła ze sobą jeden zasadniczy problem – większość pieniędzy inwestowano w grupy zawodowe, co było zresztą zrozumiałe. Sponsor chce sukcesów, sponsor wymaga, gwiazdy można sobie kupić. Skąd jednak te gwiazdy miałyby się brać? Należało stworzyć dla adeptów kolarstwa odpowiednią bazę. Najczęściej małe, regionalne kluby, odpowiedzialne za rozwój kolarskiej młodzieży, dotowane miały być przez samorządy oraz mniejsze, lokalne przedsiębiorstwa.  Na podobny pomysł wpadło dwóch zapalonych patriotów, Basków. W pierwszej połowie lat 90. dwóch… taksówkarzy, mających za sobą kolarską przeszłość, zdecydowało się założyć w Bilbao klub kolarski Euskadi, w którym trenować mogliby tylko Baskowie. Pomysłodawcy przewidywali, że wraz z upływem czasu zespół zmieniłby się w profesjonalną ekipę z prawdziwego zdarzenia. Wtedy wychowankowie zostaliby w strukturach klubu i musieliby się tylko przesiąść z amatorstwa na zawodowstwo. Trzynaście lat temu do klubu dołączył jako sponsor gigant telekomunikacyjny Euskaltel. W prawie dwudziestoletniej historii Euskadi zatrudniło tylko jednego (!) kolarza, który nie jest powiązany z Krajem Basków. Mistrz olimpijski z Pekinu (2008) Samuel Sanchez pochodzi z Asturii. Z kolei Wenezuelczyk Unai Etxebarria oraz Francuzi Thierry Elissalde i Romain Sicard mają jak najbardziej baskijskie korzenie. Przywiązanie do autonomii idzie tak daleko, że drużyna ściga się na rowerach rodzimego producenta – Orbei. Udziały w teamie ma baskijski rząd, który jest akcjonariuszem Euskaltelu. Narodowa flaga powiewa dumnie nad pomarańczową ekipą.  Za przykładem baskijskiego, pierwszego kolarskiego PGR-u poszły inne drużyny. W Holandii oraz Niemczech próbowano zbudować ekipy, które stawiałyby tylko na swojaków. Szybko pojawiły się jednak problemy, bo zarówno Rabobank, jak i Telekom, uznały, że chcąc osiągać wyniki, nie wystarczy koncentrować się wyłącznie na holenderskich, względnie niemieckich kolarzach. Otwarto furtkę „zagraniczniakom”. Do Rabobanku trafili m.in. Rosjanin Wiaczesław Jekimow oraz Duńczyk Rolf Sorensen, a do Telekomu jego rodacy Bjarne Riis, Brian Holm czy Włoch Giovanni Lombardi. W latach 90., czyli w okresie koniunktury, na PGR-y nie było miejsca. Jak trwoga, to do rządu#  Fortuna kołem się toczy i paradoksalnie to w dobie światowego kryzysu gospodarczego koncepcja państwowych drużyn wróciła jak bumerang. Prywatni sponsorzy mieli poważniejsze problemy na głowie niż zajmowanie się teamami. Oliwy do ognia dolały liczne afery dopingowe, niektóre miały dość nieoczekiwane konsekwencje. Zamieszana w słynną Operację Puerto była prawie cała drużyna Liberty Seguros. Na jej fundamentach Aleksander Winokurow powołał do życia ekipę Astana (od nazwy stolicy Kazachstanu – ojczyzny „Wino” – 700-tysięcznej Astany). W stolicy mieści się siedziba krajowego związku kolarskiego, z którym Winokurow od dawna utrzymywał znakomite kontakty. Przydały się one w momencie, gdy grupa Liberty Seguros została rozwiązana. Zwycięzca Vuelty a Espana (2006) zwrócił się do federacji z prośbą o zastrzyk finansowy. Krajowy związek nie tylko sięgnął głęboko po swoje „oszczędności”, ale załatwił też wsparcie rządowe. Minister sportu i turystyki Temiszan Dosmukanbetow obiecał zrefundować część etatu oraz zwerbował osiem najważniejszych państwowych przedsiębiorstw. Wśród sponsorów Astany znalazły się m.in. linie lotnicze Air Astana, państwowe koleje Kasachstan Temir Scholy oraz koncern paliwowy KazMunayGas. Filarami ekipy zostali kolarze z ojczyzny Winokurowa lub z innych byłych krajów zza żelaznej kurtyny.  Mimo sporych finansowych subwencji na przełomie 2007 i 2008 roku „PGR Astana” zmagał się z poważnymi problemami natury ekonomicznej. W kasie drużyny nie było pieniędzy na wypłacenie pracownikom pensji, a po wpadce dopingowej Winokurowa na miesiąc nawet zawieszono działalność teamu. Wydawało się, że Astana już się nie podniesie z kolan, lecz udało się zakontraktować Alberto Contadora oraz Lance’a Armstronga. Wraz z nowymi gwiazdami dokonano zmian wewnątrz ekipy. Podziękowano kilku Kazachom, zespół się umiędzynarodowił. Następnie, wraz z powrotem Winokurowa i odejściem armii zaciężnej menadżera Johana Bruyneela, przypuszczano, że Astana ponownie postawi na swojaków. Nic bardziej mylnego. W 27-osobowym składzie na sezon 2011 znaleźć można jedynie jedenastu Kazachów. Nam strzelać nie kazano#  Przykład Astany, jej „wejście smoka” w światowy peleton, podziałał inspirująco na innych. W trakcie Tour de France 2008 na oficjalnej konferencji prasowej Andrej Tczmil przedstawił swój najnowszy projekt o nazwie Russian Global Cycling. Były znakomity kolarz, który zasiadał wówczas na fotelu ministra sportu Mołdawii, przyznał, że zarząd zespołu kierował się powódkami politycznymi. „Powstanie tej ekipy jest decyzją polityczną” – mówił. Grupa Katiusza mogła liczyć na poważne zaplecze finansowe. Pomoc teamowi obiecał Władimir Putin. Premier Rosji wiedział, na kogo można wpłynąć i kto jest w stanie zainwestować w zespół. Ostatecznie zdecydowały się trzy państwowe molochy gazowe: Gazprom, Itera i Rostechnologie. Itera już wcześniej miała do czynienia z kolarstwem, sponsorując własny klub. Dwaj pozostali sponsorzy woleli łożyć pieniądze na piłkę nożną. „Nareszcie rosyjskie kolarstwo wkroczyło do profesjonalnego królestwa. Katiusza to poważny projekt, którego celem jest rozwijanie kolarstwa w Rosji, tworzenie możliwości dla młodych zawodników i sławienie naszej ojczystej ziemi” – mówił prezydent Itery Igori Makarow.  Zamierzeniem pomysłodawców Katiuszy było powiązanie dumy narodu rosyjskiego, tradycji i nowoczesności. Na straży takiego porządku miał stać budżet aż 30 mln euro rocznie! Zespół Katiusza (nazwa nawiązuje do radzieckiej wyrzutni rakietowej z II wojny światowej) przejął licencję Tinkoff Credit Systems, która należała do Olega Tinkowa. Magnat na rynku restauracyjnym oraz browarniczym wycofał się jednak ze współpracy, ponieważ nie mógł dojść z Tczmilem do porozumienia. „Dla niego kolarstwo to biznes, dla mnie jest pasją” – tłumaczył Tinkow. Nie podobało mu się, że chociaż Katiusza awizowana była jako projekt rangi państwowej, o jej sile stanowić mieli w przeważającej części kolarze zagraniczni. W sezonie 2009 na 29 zawodników tylko czternastu było narodowości rosyjskiej. Liczba ta urosła w kolejnym sezonie (19), ale też kadra się powiększyła (33). Dziś w Katiuszy ściga się szesnastu Rosjan na dwudziestu dziewięciu zawodników. Pierwsze skrzypce grają jednak Hiszpanie Joaquin Rodriguez, Daniel Moreno czy Włosi Filippo Pozzato, Luca Paolini oraz były doper Danilo Di Luca, który zapowiedział, że jest gotów występować za darmo! Rosjanie – Aleksander Kołobniew, Władimir Karpiec czy Władimir Gusiew – funkcjonują raczej jako tło. Jak na razie do pierwszego zespołu z młodzieżowej sekcji Katiusza-Itera awansował tylko jeden zawodnik, ale sytuacja w przyszłości ma się zmienić. Pukając do nieba bram#  W Anglii za tworzenie teamu brytyjskiego wziął się Dave Brailsford. Słynny trener zna się na rzeczy, jest w końcu ojcem sukcesów brytyjskich torowców. Doświadczenia zebrane na welodromie chciał przełożyć na szosę. Po raz pierwszy o narodowej ekipie przebąkiwano w połowie 2008 lutego w kontekście… walki z otyłością. Jedna trzecia społeczeństwa Wielkiej Brytanii jest po prostu za gruba. Nie ma się zresztą czemu dziwić, jeśli w skład klasycznego angielskiego śniadania wchodzą: jajko sadzone, kiełbaski, bekon oraz fasola…  Brailsford wyszedł z inicjatywą włączenia kolarstwa do programu nauczania w szkołach. „Uczniowie uczą się pływać, grają w nogę. Dlaczego nie mieliby jeździć na rowerze? Kombinacja jazdy na rowerze i rozsądnej diety gwarantuje dobre rezultaty w walce z nadwagą”. Pomysł podchwycili brytyjski związek kolarski oraz największa brytyjska platforma cyfrowa British Sky Broadcoasting (BSkyB). Po rozmowach z Brailsfordem postanowiono przeznaczyć do końca 2013 roku 30 mln funtów na własną ekipę. „Realizujemy projekt, by wygrać Tour. Jeszcze nigdy na samym szczycie nie stał Brytyjczyk. Pora to zmienić” – oznajmił Brailsford.  SkyTeam zadebiutował w peletonie w sezonie 2010, ale w jego szeregach znajdowało się zaledwie dwunastu reprezentantów Korony Brytyjskiej. Podstawę brytyjskiego zespołu stanowili nie-Brytyjczycy, którzy mieli go wzmocnić, ale zabieg się nie powiódł. W sezonie 2011 Brailsford ma do dyspozycji piętnastu rodaków. „Musimy zmodyfikować strategię. Wiadomo, że Tour jest bardzo ważny, ale nie możemy zapominać o pozostałych wyścigach. Tour jest jak Wimbledon. Cały naród patrzy przez dwa, trzy tygodnie w telewizor. Nie o to nam chodzi” – argumentował niedawno Brailsford. W przeciwieństwie do Euskaltel-Euskadi czy Katiuszy SkyTeam nie może liczyć na własnych wychowanków. Pieniędzy wystarczyło jedynie na pierwszy, zawodowy garnitur drużyny, pomijając „oddział” młodzieżowy. Na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie (2012) przekonamy się, czy projekt zdał egzamin. Medale na torze Brytyjczycy mają murowane. Ciekawe, jak poradzą sobie na szosie? Made in Luxembourg#  Kiedyś etykietka „Made in West Germany” świadczyła o jakości. Wszystko wskazuje na to, że teraz oznaką kolarskiej jakości będzie „Made in Luxembourg”. W tym małym, zaledwie półmilionowym księstwie zorganizowano drużynę, która ma otworzyć nowy rozdział w historii kolarstwa. Po kilku miesiącach prasowych spekulacji w styczniu przedstawiono team Leopard-Trek, wcześniej znany po prostu jako Team Luxembourg. Jego liderzy są powszechnie znani: bracia Schleck, Fabian Cancellara czy Jens Voigt. W odróżnieniu jednak od innych kolarskich PGR-ów menadżer Brian Nygaard, który nauki pobierał u boku Riisa w Saxo Banku, nie twierdzi, że jego główną intencją jest rozpropagowanie kolarstwa w Luksemburgu. W Wielkim Księstwie kolarstwa nie trzeba popularyzować, młodzież garnie się na rowery. Z Luksemburga wywodzą się nie tylko Schleckowie, ale też np. Kim Kirchen. Nygaard i dyrektor sportowy Kim Andersen od początku podkreślali, że celem ekipy jest wygrana w Tour de France, czyli doprowadzenie Andy’ego Schlecka do wiktorii na Polach Elizejskich.  Głównym sponsorem został makler nieruchomości, prawdziwy król luksemburskiego rynku budowlanego, Flavio Becca. Pan Becca nie jest osobą incognito na sportowej scenie. Wcześniej objął mecenat m.in. nad piłkarską drużyną F91 Düdelingen. „Becca jest miłośnikiem kolarstwa, wielkim fanem tego sportu. Spotkaliśmy się dzięki Andersenowi. Chcieliśmy powołać do życia całkiem nową strategię, całkowicie zerwać z tradycją” – powiedział Nygaard. Amerykański producent rowerów Trek został współsponsorem, tak samo jak i koncern samochodowy Mercedes Benz, dostawca prądu Enovos i skandynawska firma odzieżowa Craft. „Nasza ekipa jest podobnie zbudowana jak Garmin-Cervelo czy HTC-High Road. Luksemburski rząd nie jest naszym sponsorem. Nie dostajemy żadnych pieniędzy z narodowego budżetu” – oznajmił Andy Schleck. Na skrzydłach Pegaza#  Mniej szczęścia niż Luksemburczycy miał menadżer Chris White. Jego szeroko zakrojona kampania promocyjna nie przyniosła rezultatów. Australijska drużyna Pegasus, która została stworzona na bazie Fly V Australia, nie otrzymała od UCI licencji ProTeams. Międzynarodowa Unia Kolarska za powód podała niekompletną dokumentację. White starał się więc o status ekipy prokontynentalnej. Również nadaremnie. Przedwcześnie ogłosił, że budżet roczny wyniesie 12,5 mln euro. Zdążył nawet podpisać umowy m.in. z Robbie McEwenem, Christianem Kneesem czy Jackiem Morajko. Kiedy z UCI przyszła odpowiedź negatywna, kontrakty trzeba było odkręcać. McEwen zawędrował do RadioShack, Knees do SkyTeamu, a „Moraj” do CCC Polsat Polkowice.  Pegasus jest idealnym przykładem porywania się z motyką na słońce. Zanim jeszcze White rozmawiał z działaczami UCI, wszem i wobec ogłosił, że w sezonie 2011 na trasie pojawią się jego cztery zespoły: elita, ekipa kontynentalna (Virgin Blue), młodzieżowa (Virgin Blue-RBS Morgan) oraz sekcja kobiet. Ba, ustalił nawet kalendarz startowy, licząc na występ w Giro d’Italia oraz TdF. Wyszło jak wyszło, co nie powstrzymało jednak „kangurów” przed snuciem innych planów.  Były trener australijskiej federacji Shayne Bannan stanął na czele GreenEDGE Project. Bannan zarzeka się, że nie popełni błędów White’a i zawczasu zaprezentuje swoich sponsorów prywatnych. Według pierwszych informacji państwo oraz krajowy związek nie będą uczestniczyć w projekcie. Budżet ma opiewać na sumę 10-16 mln euro. W 75% team składać się będzie z australijskich kolarzy. Być może Bannan zaangażuje świeżo upieczonych mistrzów Australii Jacka Bobridge’a (szosa) oraz Camerona Meyera (na czas). Obaj związani są umowami z Garmin-Cervelo. „Kluczowa myśl projektu to zrównoważony rozwój. Oczywiście chodzi o zwycięstwa i budowanie pozytywnego wizerunku, ale również o stworzenie wartościowego dziedzictwa, trwałego przez sześć, osiem, dziesięć, dwanaście lat…” – twierdzi Bannan, który chce z GreenEDGE Project wystartować w „Wielkiej Pętli”. Polski PGR, czyli cena czyni cuda#  Czy Polskę stać na kolarski PGR? Pewnie, że stać. Nawet się taki po cichu wykrystalizował, bo CCC Polsat Polkowice zgromadził przed sezonem 2011 praktycznie całą śmietankę krajowego kolarstwa. Do „cycków” przeszli Jacek Morajko, Marek Rutkiewicz, Mariusz Witecki, Błażej Janiaczyk. Doskoczyli do nich mistrz Polski U23 Paweł Charucki czy torowiec Rafał Ratajczyk. Rdzeń „polsatowców” pozostał bez zmian, czyli Łukasz Bodnar, Tomasz Marczyński, Dariusz Batek oraz Adrian Honkisz. Jak na nasze warunki w Polkowicach zmontowano drużynę marzeń. Wszystko dzięki pieniądzom Dariusza Miłka – szefa sieci sklepów obuwniczych CCC (Cena Czyni Cuda). Dariusz Miłek w kwietniu br. ma szansę zostać wybrany na nowego prezesa Polskiego Związku Kolarskiego. Gdyby tak się stało, byłby najważniejszą osobą w polskim peletonie. Jedną ręką pociągałby za sznurki w CCC Polsat, w drugiej dzierżyłby władzę, kierując naszym kolarstwem.  Z 18-osobowego składu tylko dwóch kolarzy legitymuje się innym paszportem niż polski. Pod tym względem – i zważywszy na kolor koszulek – CCC Polsat blisko do Euskaltelu-Euskadi. Jest tylko jedno zasadnicze „ale”… Czy polski CCC Polsat jest drużyną skonstruowaną na sezon, dwa, trzy, czy może to projekt długodystansowy, perspektywiczny? Niestety większość kontraktów kończy się w 2011. Istnieje więc obawa, że zaledwie po jednym sezonie team Piotra Wadeckiego się rozsypie. Tak samo jak Państwowe Gospodarstwa Rolne po transformacji ustrojowej. Sami swoi?#  Kapitał finansowy Astany, Katiuszy, SkyTeamu czy Leopard-Trek wywodzi się z firm krajowych, niejednokrotnie nawet państwowych. Ale kapitał ludzki to już międzynarodowa mieszanka. Bo łatwiej jest kupić gwiazdy niż je wychować… Nic więc dziwnego, że w PGR-ach więcej jest obcokrajowców niż „swoich”. Tylko Euskaltel-Euskadi wyłamuje się z tego grona. Baskom jednak od początku na sercu leżał nie tyle sukces ekonomiczny, co sportowy i wychowawczy. Dlatego drużyna przetrwała najdłużej i trzyma się świetnie. Z doświadczeń innych można wysnuć wniosek, że kolarskie PGR-y mają sens, tylko jeśli myśli się dwutorowo. Z jednej strony trzeba upowszechniać kolarstwo i pompować pieniądze w szkolenie młodzieży, a z drugiej strony inwestować w drużynę zawodową, ścigającą się na najwyższym poziomie, bo tego wymagają sponsorzy. Wtedy będzie i wilk syty, i owca cała. Dziś znakomita większość PGR-ów przypomina niestety wilka. Najczęściej kierownictwu zależy wyłącznie na szybkich efektach, a budowanie podstaw, czyli rozwój talentów, schodzi na dalszy plan. Nie chcemy źle wróżyć, ale grupy narodowe takiego typu szybciej znikną z peletonu, niż się w nim pojawiły. Niech będzie to przestroga dla CCC Polsat…

top 3

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach