Paris-Roubaix

Wielka bitwa

Dziesiątego kwietnia wyścig Paris-Roubaix wystartuje po raz 103. To już ponad 100 lat pełnych tragedii i triumfów, które rozegrały się na brukowanych drogach z XIX wieku. Ruszyliśmy tropem mitu najsłynniejszego z klasyków. Czuję się cokolwiek niedorzecznie, tak samotny w swoich rowerowych klamotach. Inne ulubione miejsca kibiców kolarskich są celem nieustających pielgrzymek płynących strumienami fanów. Setkami podjeżdżają latem na słynne przełęcze alpejskie, a kiedy ostatnie kilometry przed szczytem stają się coraz bardziej strome, pocieszają się, patrząc na wyblakłe imiona namalowane na asfalcie. W tych górach, kiedyś, Armstrong czy Pantani cierpieli podobnie. Ale tutaj?

Bretoński granit

Tawerna na skraju lasu obok Arenberg jest zamknięta. Prawdopodobnie „Chez Monique” jest otwarta w ogóle tylko raz w roku, w drugą niedzielę kwietnia, w dzień wyścigu. Śmieciarka wjeżdża na leśny parking, na którym stoję, zeskakuje z niej człowiek i opróżnia kontener wprost do brzucha swojego pojazdu. Przy wskakiwaniu na podest obok klapy patrzy na mnie współczująco. A może tylko mi się tak zdawało? Dukt z Arenberg jest poprowadzony idealnie na wprost przez las. Droga lekko opada, jak zwykle na 169. km od startu i 104 km przed metą. Obok bocznej drogi prowadzącej do Arenberg stoi zrujnowana, kopalniana wieża wydobywcza. To niemy świadek lepszych czasów, czasów, gdy była tu jeszcze dla ludzi praca. W ostatnich latach meldowano z Roubaix, że bezrobocie w rejonie północnego Pas de Calais spadło do „tylko 24%”, a w głosie brzmiała ulga. Miejscowości Arenberg nie widać stąd, z góry. Droga z bretońskiego granitu ma 2,4 km długości, zbudowano ją w XIX wieku w środku lasu, by móc trasportować węgiel do głównej trasy wiodącej w kierunku Lille. Koniec drogi niknie w bladym świetle, gdzie palce paproci przebijają opary, wznoszące się z ciężkiej, leśnej ściółki.

Szturm na kamienie

Są jednak dobre strony tego, że jestem tu sam. Tylko biegacz śmie zakłócać ciszę głośnym oddechem, gdy przebiega obok długim, mocnym krokiem, omijając kamienie, by chronić swoje kości. Czekam, aż mnie minie, ponieważ nie wygląda to elegancko, gdy lękliwie i ostrożnie zbliżam się do pierwszych, wielkich, błyszczących tłusto kamieni. Korpus skupia się w sobie, a nogom najwyraźniej brak wiary, by nacisnąć na pedały. Znane prawdy na temat jazdy po bruku przemykają mi przez głowę. Kamienie trzeba atakować frontalnie – wyrzucił z siebie Franco Ballerini po drugim zwycięstwie w 1998. Wrzucić wielką tarczę i patrzeć przed siebie, a nie do dołu – dodał Irlandczyk Sean Kelly, który wygrał w 1984 i 86 roku. Szukam na drodze szlaku bez przeszkód, ale taki nie istnieje. Próbuję zmusić rower do płynnej jazdy i zaraz chwytam za hamulce, gdy las zaczyna wibrować przed moimi nosem, jak gdybym znalazł się w klipie z MTV. W tym samym momencie przed oczami pojawia się masakra z 1998, kiedy punktualnie z dotarciem prowadzącego właśnie Laurenta Desbiensa przedpołudniowa mżawka zmieniła się w ulewny, ciągły deszcz. Szeregi walczących zaczęły się wówczas przerzedzać, jakby wpadli w zasadzkę, a gdzieś w lesie czyhał karabin maszynowy wyrzucający na oślep pociski w ruchomą masę. Niemal czuję, jak moje własne kości uderzają o wystające kamienie. Naprawdę słyszę trzask, jaki słyszeć musiał Johan Museeuw, gdy roztrzaskiwała się jego rzepka. Wyobrażam sobie pusty dźwięk uderzenia mojego kasku o głaz, podobny do tego, jaki musiał wówczas słyszeć Steffen Wesemann, zanim stracił przytomność i nastała ciemność. „Tranchee” może oznaczać po francusku zarówno leśną przesiekę, jak i rów, albo też okop. „Tranchee d’Arenberg” brzmi zwyczajnie i bezboleśnie. Podobnie prezentuje się dzisiaj las – cichy i przyjazny, prawie idylliczny. Wyścig kolarski po tej drodze przywodzi na myśl znów i znów drugie znaczenie – okop. W latach 1914 – 1918 niemieccy żołnierze brali stąd drewno do budowy umocnień w okolicach Verdun. Słonie ciągnęły wówczas kłody po granitowej ścieżce. Jednak ludzie z okolicy mają już dość kojarzenia jej z I wojną światową, z czasem, gdy ziemia na północy, między Sommą i Marną, nasiąkła krwią milionów Niemców i Francuzów. Odtąd to francuskie, uważane za ponure i zacofane, zagłębie węglowe nosi miano „L’Enfer du Nord”, piekła północy. A szalony wyścig utrwalał tę nazwę na przestrzeni kolejnych dziesięcioleci, aż do dzisiaj.

Wola cierpienia

Jednak „piekłem północy” wyścig jest tylko dla obcych. Dla paryżan, zaglądających na zacofaną północ od czasu do czasu. W przypadku tubylców Paris-Roubaix to „La Pascale”, „Wyścig Wielkanocny”. W pierwszych latach odbywał się stale w „Fete du Paque”, czyli niedzielę wielkanocną. Północ kwitła wówczas, na przełomie XIX i XX wieku kopalnie przeżywały swoje złote czasy, podobnie jak przemysł tekstylny w Roubaix. Wyścig stał się szybko dla ludzi świątecznym rytuałem, jedną z oznak wiosny. Z szafy wyciągało się lekkie ciuchy, a samemu kładło na trawie, na poboczu drogi, świeże powietrze, to, którego tak brakowało pod ziemią, czy przy tkackim warsztacie, owiewało twarze. Paris-Roubaix do dziś pozostał główną atrakcją regionu. Każdego roku w lesie obok Arenberg na przyjazd kolarzy czeka 30 000 kibiców. Mają nadzieję na wydarzenie, spektakl, tragedię i masakrę. Rzadko bywają rozczarowani. W końcu idzie się do „Monique” na brzegu lasu i napełnia trzewia schłodzonym piwem, opowiadając ciągle te same historie (za każdym razem odrobinę zmienione). Tak długo, aż stanie się obojętne, co naprawdę miało miejsce w lesie obok Arenberg. Dla miejscowych Paris-Roubaix to święto ludowe, zwyczajowy rytuał. Dla reszty świata to dziwaczny, krwisty, archaiczny spektakl, doskonale pasujący do tej okolicy, ponieważ jest tak podobny. Tutaj, w Arenberg, spotyka się wszystko, co sprawia, że wyścig i region stają się niemal tożsame – mity i kalki. Wszystko to sprawia, że Paris-Roubaix dla kolarzy i ich fanów jest z jednej strony niczym fantastyczna bajkowa opowieść, z drugiej zaś jak krwiożercza bestia, rzadko znająca litość. Las w Arenberg oznacza też przykrą selekcję dla kolarzy. Dla części tutaj kończy się wyścig, dla innych dopiero zaczyna. Kto przetrwa okopy, ten zazwyczaj znajduje się też w finale.

Czas kwiatów

W międzyczasie zdążyłem odrobinę zaprzyjaźnić się z kocimi łbami, po 2,4 km nauczyłem się, jak reagować na ich kąsanie. Zaryzykować i uwierzyć, by po prostu pedałować i luźniej trzymać kierownicę, a wzrok kierować daleko przed siebie, zamiast tuż przed rowerem wbijać go w ziemię. Dzięki temu widzę starą wieżę wydobywczą, której stalowa konstrukcja tylko dzięki rdzy ciągle się trzyma, za to baraki tuż obok mają wszystkie szyby powybijane. Przy bramie wjazdowej na teren, na ziemi, leżą tablice, które nigdy nie zostały postawione. Jean-Claude Valleys z Veloclub Roubaix zapewnia od lat, że Wallers-Arenberg mogłoby stać się atrakcją turystyczną. Chciałby leśną przecinkę ozdobić szyldami z anegdotami z historii wyścigu, a w kopalni urządzić muzeum górnictwa. Poza „chcieć” prezesowi towarzystwa „Amis de Paris-Roubaix” nie udało się jednak wyjść. W 1983 kręcono tu „Germinal”, ekranizację wielkiej powieści Emila Zoli. Zola był jeszcze jednym paryżaninem, który tu przywędrował. Dokładnie obserwował i opisał życie górników pracujących tu w latach 80. XIX wieku. Zjeżdżał z nimi do głebokiej na 500 m kopalni i w kucki przeciskał się przez niskie chodniki, gdzie w zapierającym dech upale kilofami wydobywali urobek, w ciągłym lęku, że spadające załomy skalne zmielą ich na proch. Tytuł „Germinal” oznacza siódmy miesiąc w kalendarzu jakobińskim, czas między 21 marca a 19 kwietnia, czyli dokładnie ten czas, kiedy odbywa się Paris-Roubaix. W Germinalu, co oznacza mniej więcej tyle co „czas kwiatów”, powstali w 1793 roku obywatele Paryża w proteście przeciwko tragicznym warunkom życiowym, podobnie jak górnicy w powieści Zoli przeciw nieludzkiej pracy. Jednak w Paryżu, podobnie jak w książce Zoli, prawie wszystkie zaangażowane w wydarzenia osoby straciły życie.

Ulubiona udręka

Oczywiście opowieści takie podobne są do mitu Roubaix, umacniają jego opinię jako matki wszystkich kolarskich batalii, w porównaniu z którym inne to tylko drobne utarczki. W pewnym momencie jednak, w środku lat 60., pojawiło się zagrożenie, że wyścig „złagodnieje”. Zbyt wiele odcinków brukowanych zostało zabetonowanych przez miejscowych, którzy nie mieli już ochoty więcej rujnować amortyzatorów w swoich Citroenach 2CV. Szczególnie na ostatnim etapie, między Mons-en-Pevole i Roubaix, wyścig stał się niemal zwyczajną imprezą szosową. Jean Stabliński, mistrz świata z tego regionu, i Albert Bouvet z Veloclubu Roubaix, przedsięwzięli na początku roku 1968 ekspedycję, by wyszukać nowe odcinki bruku. Odnaleziono je w okolicach Denain, 12 km, w tym 2,4 w lesie koło Arenberg. W ten sposób dyrektor wyścigu Jacques Goddet na Wielkanoc 1968 mógł przygotować najcięższy wyścig w historii. Do przejechania było 56,6 km bruków, więcej niż kiedykolwiek przedtem i potem. Najdłuższy odcinek, to też było wyjątkowe, miał długość 15 km, a zawodnicy w tym czasie nawet przez moment nie dotykali oponami asfaltu. W 1968 oczekiwany był więc najtrudniejszy i najbardziej żałroczny wyścig wszechczasów. Dla kogo miałby być lepszą trybuną, jak nie dla najbardziej zajadłego zawodnika wszechczasów? W 1968 Eddy Merckx miał dopiero 23 lata, na koncie niewiele poza mistrzostwami świata i wyścigiem Mediolan-San Remo w 1967 roku. Dla elity, takiej jak Rik Van Looy (zwycięzca Paris-Roubaix z 1965), młody Merckx był jak źdźbło w oku. Wraz z Paris-Roubaix’68 zmienił się jednak układ sił wśród dotąd dominujących belgijskich kolarzy. Rik Van Looy musiał haniebnie wycofać się z wyścigu, został jeszcze jedną ofiarą bezlitosnego Merckxa, który odcinek po odcinku zostawiał za sobą niczym trupy kolejnych przeciwników. Tylko Hermann Van Springel zdołał dotrzymać mu koła i dotrwać do velodromu w Roubaix. Nie był jednak godnym przeciwnikiem w sprincie. Rozpoczęła się era Kanibala. Zawracam, wjeżdżam z powrotem do lasu. Tylko raz droga ta była przejeżdżana w tym kierunku, od kopalni w Arenberg w kierunku północnym. To był rok 1999, sezon po masakrze. Ukłon w kierunku bezpieczeństwa. Już w 2000, kiedy Johan Museeuw, niczym feniks powstały z popiołów, zwyciężył, wyścig powrócił do starej formuły. Odwrotny kierunek jest łagodniejszy. Paris-Roubaix nie. Lekki podjazd sprawia, że bruk jest łatwiejszy do opanowania, szybko czuję się pewniej, przyspieszam. Ponad 5 km przejeżdżam po bruku i znów ląduję u „Monique”. To ok. 1/10 tego, co mają do przejechania zawodnicy i na krótki moment wydaje mi się, że wyścig wyhamował swą złość. Kiedy przejeżdżam pod zniszczonymi stalowymi mostami, rozpiętymi nad „tranchee”, wyobrażam sobie, że tam na górze stoją fotografowie, ignorujący ostrzegawcze tablice i na krótki moment słyszę huk silników śmigłowców telewizji, słyszę, jak ludzie stojący wzdłuż drogi klaszczą i krzyczą coś do mnie. Wrzucam ząbek więcej i wyobrażam sobie tę lekkość, czuję wiotkie porozumienie między kamieniami, rowerem i mną. Przy połączeniu przecinki z drogą główną szlaban zmusza mnie do zejścia z roweru. Wlokę się ze sztywnymi nogami do samochodu na parkingu. Bolą mnie nadgarstki i plecy. Jestem wykończony.

„Oczekuję respektu”

Żadne nazwisko nie jest tak ściśle złączone z Paris-Roubaix jak Rogera De Vlaemnicka. Flamandczyk ten czterokrotnie zwyciężył w wyścigu, do tego dochodzi jeszcze dziewięć miejsc w pierwszej dziesiątce. Rozmawiamy z „Monsieur-Paris-Roubaix” także o tym, dlaczego nie wygrał więcej razy. Panie Vlaeminck, co sprawiło, że właśnie ten ÇtrzęsącyČ wyścig miał dla Pana wyjątkowy czar? Paris-Roubaix nigdy nie był dla mnie czymś szczególnym. Chętniej jeździłem pod ciepłym słońcem Italii, po cudownych asfaltowych trasach i przede wszystkim wśród kibiców, którzy, w przeciwieństwie do Francuzów, nie zachowują się tak szowinistycznie. Co proszę? W czasie świętowania 100-lecia imprezy zostałem na przykład przez organizatorów najpierw pominięty. W końcu, przy prezentacji dotychczasowych zwycięzców, wymieniono mnie jako przedostatniego. Najpierw mi to specjalnie nie przeszkadzało, ale potem, kiedy Francuz Gilbert Duclos-Lassalle został powitany niemal jak specjalista od Paris-Roubaix, przestało mnie to bawić. Nie mam nic przeciwko niemu, ale jego dwa zwycięstwa zostały wyżej ocenione niż moje cztery i pozostałe z czołówki. Oczekuję respektu. Czy przygotowywał się Pan specjalnie do tego wyścigu? Właściwie nie, jeśli przyjąć, że startowałem na tydzień przedtem w Gent-Wevelgem, który miał wówczas równo 250 km, potem jeszcze dodatkowo dokręcałem za motocyklem 130 km do domu. Podobne metody dziś już nie są praktykowane. Paris-Roubaix można wygrać tylko dzięki ekstremalnemu treningowi i z absolutną wolą wygrania. Kto staje na starcie, by wylądować jak najbardziej z przodu, ten nigdy nie zwycięży. Chudy i lekki, taki, jak był Pan wówczas, to chyba nie jest najlepsza budowa ciała na bruki? Nie ma czegoś takiego jak typowa atletyczna sylwetka zawodnika starującego w Paris-Roubaix, z odpowiednią tłuszczową poduszką w dolnej części pleców. Proszę spojrzeć na listę zwycięzców – Rik Van Steenbergen czy Peter Post byli specjalistami od torowych sześciodniówek klasy światowej. Fausto Coppi, Louison Bobet, Felice Gimondi, Eddy Merckx czy Bernard Hinault wygrywali Tour de France, a podłoże ich sukcesów leżało w Alpach i Pirenejach. Powtarzam – wola i cel są decydujące. Wygrał Pan czterokrotnie, ale potem trafił jako pomocnik do teamu Francesco Mosera. W ten sposób tracąc szanse na kolejne zwycięstwa… …na podobny handel wymienny dziś bym się nie zdecydował. To, że Moser i ja w Paris-Roubaix mieliśmy te same cele, ale on był bossem, nie wpłynęło dobrze na przebieg wyścigu ani moją karierę. Co jednak miałem robić? Szef naszej ekipy przyszedł pewnego dnia i pokazał mi kontrakt Çin blancoČ, na którym sam mogłem wpisać sumę. Chodziło mu tylko o to, by Moser w końcu mógł wygrać Paris-Roubaix. I z takim specjalistą jak ja Moser wreszcie zwyciężył. Nie powinien więc wyścig Paris-Roubaix znaleźć się w muzeum? Absolutnie nie. Paris-Roubaix to pomnik kolarstwa, prawdziwa tradycja. Kto to sądzi inaczej, lepiej niech zostanie w domu.

Żyjące legendy

„Paris-Roubaix to przygoda” Sześciu zawodników, dwanaście zwycięstw. Oni naprawdę wiedzą, o czym mówią. Co jest tak szczególnego w wyścigu Paris-Roubaix, co sprawia, że stał się największym mitem w historii klasyków? Franco Ballerini Zwycięzca 1995 i 1998 Roubaix to przygoda, za każdym razem trafia się na zupełnie inne warunki. Każdego roku jest to walka z samym sobą. Dlaczego lubię ten wyścig? To tak, jakby spytać Lance’a Armstronga, dlaczego lubi L’Alpe d’Huez, albo Cipolliniego, czemu sprinty sprawiają mu przyjemność. Bruk po prostu mi pasował. Żeby tu wygrywać, potrzebna jest przede wszystkim niewiarygodna siła mentalna. Konieczna jest od pierwszego kilometra wola wygrania. Aby atakować kamienie, trzeba być silniejszym od nich. Jeśli nie jesteś w stanie, Roubaix jest okrutne, bezlitosne, nie wybacza. Jeśli nie jesteś tutaj od pierwszego brukowanego odcinka na czele, nie będziesz miał drugiej szansy. Do Paris-Roubaix trzeba się powoli przyzwyczajać. Zanim zwyciężysz, musisz nauczyć się przegrywać. Trzeba nauczyć się przezwyciężać strach, obojętnie, jakie panują warunki. Poza tym potrzebne jest szczęście. I najlepsza forma w twoim życiu. Walter Godefroot Zwycięzca 1969 Pięć czy sześć razy należałem do najlepszej piątki, a tylko raz wygrałem. Jeżeli przez pięć długich lat człowiek zalicza się do najlepszej piątki i tylko raz zwycięża, można powiedzieć, że miało się szczęście. To samo zawsze mówiłem np. Stefanowi Wesemannowi. Zwyciężyłem wówczas Merckxa, a mogłem z nim wygrać tylko wtedy, kiedy miałem naprawdę dobry dzień. Zdarzyło się to w trakcie mojej kariery tylko trzy czy cztery razy. Kiedy wygrałem Paris-Roubaix, miałem rzeczywiście świetny dzień. Tego dnia jechałem na jedwabnych oponach i wszyscy mówili, że jestem szalony. Gdy złapałem gumę, odpadłem z prowadzącej grupy i znów do niej wróciłem, De Vlaemick nie zauważył nawet, że mnie nie było. Spytał tylko, dlaczego tak długo nie wychodziłem na zmianę. Nie zwracałem specjalnej uwagi na Mercxa. De Vlaemick jechał, żeby z nim wygrać, ja jechałem swój wyścig. Dirk DeMol Zwycięzca 1988 Zwycięstwo w Paris-Roubaix było moim marzeniem, odkąd ścigałem się jako amator w juniorach. Naturalnie nie mogę powiedzieć, że jazda w Paris-Roubaix sprawia przyjemność, tutaj męczy się każdy. Czasami jednak zdarzają się takie wyścigi, kiedy wiesz, że zostały stworzone dla ciebie. Kiedy nie jesteś tu w formie, na pewno wjedziesz we wszystki dziury i rowy, a problemy, które masz, ulegną zwielokrotnieniu. Jedyny raz, kiedy nie miałem w Paris-Roubaix problemów, to ten, kiedy wygrałem. Tego dnia miałem formę mojego życia. Gdy ma się podobną, przelatuje się nad przeszkodami. W Paris-Roubaix trzeba finiszować przed każdym fragmentem bruku, gdy jest się z przodu. Dlatego też trzeba znać dokładnie wyścig, wiedzieć, że kolejne kocie łby zaczną się kilometr za następnym zakrętem. Nauka tego trwa lata. Eddy Merckx Zwycięzca 1968, 1970, 1973 Moje najważniejsze zwycięstwo miało miejsce w roku 1968, było jednocześnie pierwsze. Byłem bardzo młody i jechałem w koszulce mistrza świata, a wygranie podobnego wyścigu w koszulce mistrza to coś wyjątkowego. Poza tym w tamtym roku nie wygrałem jeszcze żadnego klasyka. W Paryż-Nicea musiałem się wycofać, w Mediolan-San Remo pobił mnie Altig, w wyścigu dookoła Flandrii Godefroot. Ciągle naciskano na mnie. W 1970 było już zupełnie inaczej. Miałem ugruntowaną pozycję, zwyciężyłem w Giro i trzykrotnie w Mediolan-San Remo. A jednak rok 1970 był dla mnie najgorszy, ponieważ pogoda była katastrofalna, a ja miałem trzy defekty. Mimo że na końcu miałem pięć minut przewagi, było to moje najciężej okupione zwycięstwo. Trudno jest tu wygrać, gdy nie zna się trasy. Szczęście również odgrywa wielką rolę. Większą, niż w każdym innym wyścigu. Sean Kelly Zwycięzca 1984, 1986 Moje zwycięstwa w Paris-Roubaix mają szczególne znaczenie w karierze. To największy klasyk, ale też najbardziej niewdzięczny. Pięciokrotnie brałem w nim udział, zanim w 1984 mogłem wygrać. Jeśli się nie pochodzi z Belgii i nie jest specjalistą od bruków, tak wiele potrzeba na to czasu. Najpierw trzeba się nauczyć, jak jechać po kamieniach, jak wchodzić w zakręty. Oczywiście trzeba teź mieć siłę. Najgorszy był mój czwarty start w 1983. Z własnej winy leżałem trzy razy, a potem zaplątałem się jeszcze w masową kraksę. Cztery upadki jednego dnia, coś podobnego jeszcze mi się nie zdarzyło. W końcu jednak skorzystałem z tej nauczki, bo rok później wygrałem. Francesco Moser Zwycięzca 1978, 1979, 1980 Moje najpiękniejsze zwycięstwo było jednocześnie pierwszym, w 1978 roku. Od dawna miałem je w zasięgu wzroku i po pięciu próbach w końcu się udało. Najbardziej cierpiałem w 1985. Przez długi czas sam uciekałem, bez jakiegokolwiek wsparcia. Dlatego też w końcówce zabrakło mi siły i straciłem możliwość kolejnej wygranej. Do tego wyścigu trzeba być w najlepszej formie, perfekcyjnie przygotowanym. Wygrać można tylko wtedy, gdy stale jest się na czele wyścigu. Defekty i upadki, trudne do uniknięcia, zazwyczaj też oznaczają wypadnięcie z rozgrywki. Po Giro d’Italia i rekordzie w jeździe godzinnej na czas, Paris-Roubaix miał w mojej karierze największe znaczenie.

top 3

Czytaj więcej

10 dni do Pucharu Świata w kolarstwie torowym Pruszków 2017

Czytaj więcej
Czytaj więcej

Przełaje – Masłońskie – galeria zdjęć

Czytaj więcej

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach