Pożegnanie z latem

Siedzę przed komputerem, stukając jednym palcem w klawiaturę. Lewy bark, do pół łokcia, mam sinogranatowy. Prawe kolano stłuczone, a mały palec lewej dłoni porusza się tylko na centymetr (nieźle, jeszcze wczoraj nie ruszał się wcale).

Na opuchnięte zadrapania oraz czarną ziemię wbitą głęboko pod paznokcie nie zwracam uwagi, trochę to uszlachetnia i może od biedy uchodzić za stylowe. Paradoksalnie, jestem zadowolony jak nigdy. Nie tylko udało mi się wygrać z dystansem, czasem, trudnym terenem, ale też osiągnąć postawiony sobie cel – GIGA na trudnej trasie. Do Krakowa jechałem szczególnie umotywowany. Porażka w Świeradowie Zdroju, może nie totalna, ale jednak, nie dawała mi spokoju od kilku tygodni. Wzmocniony jednak kondycyjnie i wsparty duchowo, przybyłem w nocy z piątku na sobotę do Krakowa, aby stawić czoła szóstej edycji BikeMaratonu 2004. Pomny niemiłych przeżyć w Świeradowie, gdzie przez kolejki do rejestracji, zagubionych bikerów szukających linii startowej, amatorów zimnego piwa i karkówki itp. o mało nie spóźniłem się na start, na krakowskich Błoniach zameldowałem się już o 9.00. Po półgodzinie stałem się szczęśliwym posiadaczem chipa i torby z gadżetami i spokojnie mogłem oddać się eksploracji okolicy, w której znalazłem się po raz pierwszy w życiu. Byłem dobrej myśli. Wzorcowo przygotowana mapka przejazdu zapowiadała coś więcej niż tylko pedałowanie po dziurawej murawie… Tak jak się spodziewałem, kiedy o 10.15 przybyłem na start, przede mną tłoczyły się już ze trzy setki zawodników. Czterdzieści pięć minut oczekiwania skracałem sobie obserwacją otaczających mnie rowerów i ich osprzętu oraz zawieraniem nowych znajomości. Zajęty rozmową z sąsiadami, a także z powodu chyba już tradycyjnego, fatalnego nagłośnienia, nie usłyszałem sygnału do startu. Dopiero odcinająca się na zieleni trawy, mknąca przed siebie sylwetka lidera uświadomiła mi, że wyścig się zaczął. Szybko rozpędziłem rower na szerokim, trawiastym trakcie. Po kilkuset metrach męczącej telepaniny wyjechaliśmy wreszcie na asfalt. Średnia prędkość od razu wzrosła o dobre 10 km/h. Dookoła rozległ się huczący wizg setek rozpędzających się opon, od razu podnosząc u mnie poziom adrenaliny. Rozpędzony do prawie 40 km/h przeskakiwałem dwoma kołami na wysokości 30 cm przez metalowe ograniczniki prędkości! Mądre to nie było ani też bezpieczne. Ale taką pierwotną czerpałem z tego radość, że nie mogłem się powstrzymać. Po dojechaniu do podjazdu zredukowałem bieg jedynie na tyle, abym mógł kręcić. Po raz kolejny doceniłem zalety SPD przy wspinaczce. W walce pomagała mi też szeroka asfaltowa droga, jednak nawet tutaj musiałem od czasu do czasu jechać zygzakiem ze względu na tłok i wrodzoną nieśmiałość, nie pozwalającą mi wywrzaskiwać co chwila: „Lewa moja!”. Na szczęście wystarczał widok zaciśniętych szczęk zawodników, którzy zostawali w tyle, jak małe fiaty na trasie katowickiej. Wiedziałem, że długo tak nie pociągnę i trzeba będzie stonować, aby dojechać do mety, ale zależało mi przede wszystkim na kwalifikacji do drugiej pętli. Odcinek od zoo do pierwszego bufetu wykorzystałem na poprawianie i utrwalanie zdobytej z takim entuzjazmem pozycji. Przyznam z pokorą, że nie szło mi to już tak dobrze jak na pierwszym podjeździe, ale nie było tragedii. Wprawdzie zostałem wyminięty przez kilka rozpędzonych pociągów, których marki z powodu impetu nawet nie zarejestrowałem (być może były no-name), ale przy okazji moich rozpaczliwych prób wskoczenia w biegu do wagonu udało mi się przegonić jeszcze kilkunastu mniej zdeterminowanych zawodników. Dzięki świetnie poprowadzonemu pierwszemu odcinkowi trasy peleton rozciągnął się już znacznie, co spowodowało, że nie zaobserwowałem ani jednego zatoru, zjawiska tak charakterystycznego dla poprzednich zawodów w edycji. Przemykając gładko w górę i w dół po szutrowych i asfaltowych drogach, powoli wpasowywałem się w grupę, z którą, jak przypuszczałem, miałem przejechać kolejne kilkadziesiąt kilometrów. Chcąc zyskać jak największą przewagę na nieuchronny moment, gdy przyjdzie osłabienie i trzeba będzie zwolnić tempo, nie skorzystałem z pierwszego bufetu. Zaraz za nim zaczynał się zupełnie inny w swoim charakterze odcinek trasy. Prowadził głównie dość wąskimi leśnymi szlakami, niepozwalającymi na łatwe wyprzedzanie i rezygnacja z bufetu, a tym samym zyskanie przez to kilku dodatkowych minut, wydawała się dobrym ruchem. Rzut oka na licznik upewnił mnie, że tempo jazdy niepokojąco spadło. Winne było gliniasto-ziemiste podłoże, które lekko wilgotne działało jak klej. Dla mnie, przyzwyczajonego głównie do jazdy po suchych ubitych duktach, było to szczególnie nieprzyjemne. Wrażenie niedopompowanych kół było tak silne, że w pewnym momencie zamarzył mi się choćby luźny piasek. Na trudną dla mnie nawierzchnię zaczęły się nakładać dość uciążliwe, nie tyle ze względu na przewyższenia, co na stromiznę, krótkie podjazdy. Ponieważ dysponowałem jeszcze relatywnie dużą siłą, część z nich próbowałem podjechać, szanując każde 20 sekund, jakie można było zaoszczędzić. Nie zawsze udawało mi się jednak znaleźć zrozumienie dla moich wygórowanych ambicji u bikerów wygodnie podążających z buta środkiem traktu. Raz nawet, gdy poprosiłem o przejazd, któryś z kolegów osadził mnie cytatem z klasyka: „Za motocyklistą jest dużo miejsca!”. W pierwszej chwili nie za bardzo zrozumiałem, o co chodzi, ale dałem za wygraną, myśląc: „Na zjeździe odrobię”… Jak na zawołanie pojawił się zjazd. Już od początku wydał się duży i trochę zastanawiające było to, że stali nad nim ludzie, pokazując sobie palcami coś w dole. Podjechałem do krawędzi i… skamieniałem. Korony 20-metrowych drzew szumiały na wysokości mojej twarzy, a z mroku u stóp wyłaniała się błotnista rynna, wielka jak dinozaur, którego skręcony ogon znikał gdzieś z prawej strony. Zawahałem się i już chciałem zejść z roweru, gdy za plecami usłyszałem zbliżającego się kolejnego zawodnika. Nie chcąc tarasować przejazdu, puściłem klamki. Zjeżdżałem… Pierwsze dwadzieścia metrów szło dobrze. Balansem ciała wyminąłem idącego, a w zasadzie ślizgającego się środkiem jaru rowerzystę, stawiając rower prawie w poprzek, ale nie tracąc równowagi. Kilka korzeni, znowu balans. Niedobrze. Zacząłem nabierać niebezpiecznej prędkości, co spowodowało, że nie widziałem dobrze szczegółów terenu i przestraszyłem się, że zaraz wjadę w jakąś dziurę lub korzeń. Nacisnąłem klamki. Poślizg. Puściłem i poleciałem bez kontroli na jakąś małą hopkę… Znowu heble i leżę. Rower na mnie. Kolano boli niemiłosiernie, zęby też, bo uderzyłem brodą w ziemię… Obróciłem się i zobaczyłem, jak z góry nadjeżdża ktoś prosto na mnie. Niczym krab, tyłem, na czworaka, w ostatniej chwili uciekłem spod kół. Uff… Horror! Znowu wskoczyłem na rower. Ale natychmiast ześlizgnęła mi się noga. Nie mogąc się wpiąć, chwilę jechałem, próbując złapać równowagę i, o zgrozo, poczułem, że znowu nie panuję nad kierownicą. Tym razem wylądowałem na barku, zapierając się w glinie lewą dłonią. Szybki unik i po raz kolejny rozpaczliwie uciekłem z drogi w ostatniej chwili. Próbując się podnieść, usłyszałem gdzieś za sobą – „Spokojnie, spokojnie, podnieś się, ja poczekam”. Jakiś litościwy biker wreszcie ręką zatrzymał ruch kolarzy… Po drugim upadku ledwo się podniosłem, obiecując sobie daleko idącą ostrożność przy pokonywaniu reszty zjazdu. Puściłem wszystkich przodem i po raz trzeci podjąłem próbę pokonania krakowskiego gada (czyli zjazdu do Kochanowa). Udałoby się, gdyby nie „over the bar” numer 3, jaki wykonałem, gdy przepuszczona przeze mnie grupka trzech bikerów, jak na komendę, wywróciła się tuż przed moim nosem, praktycznie na samym dnie wąwozu. Tym razem wystarczyło tylko wydłubać glinę z otworów kasku, co starannie zrobiłem i jak oparzony, nie oglądając się za siebie, pognałem w las… Po zjeździe dochodziłem do siebie dobre 5 kilometrów, bo z tego odcinka niewiele pamiętam. Zwolniłem znacząco. Z jednej strony zaczynałem już odczuwać lekkie zmęczenie i dokuczały stłuczenia, z drugiej nabrałem urazu do wszelkich trudniejszych elementów na trasie. Przejazd przez każde błoto lub kałużę celebrowałem, jakby to był Czarny Dunajec, a w zakręty wchodziłem z prędkością 8 km/h. Otrząsnąłem się dopiero przy przejeździe przez autostradę, a w zasadzie dojeżdżając do otaczającej ją siatki, gdy relatywnie rozpędzony, zjeżdżając z jakiegoś niedużego pagórka, o mało nie wpadłem do zarośniętego wąwozu, w którego dole huczała rzeka… jak się okazało, samochodów. Udało mi się wykręcić przed słabo widocznym ogrodzeniem i wjechać na estakadę, na której ktoś podał mi niezbyt budującą informację: 396. Dopiero?! Tyle wyprzedzania, trzy wywrotki, maksymalna jazda przez pierwsze 20 km i koniec czwartej setki? To załamuje. Informowanie zawodników o miejscach poza pierwszą setką powinno być zakazane! Niestety, tym razem już nie dało się nic odkręcić. Liczba dźwięczała w uszach. Szybka kontrola czasu upewniła mnie, że o ile nie nastąpi jakaś katastrofa, jeśli utrzymam przyzwoite tempo, istnieją realne szanse na dotarcie do rozjazdu w narzuconym limicie 3 godzin i 15 minut. Po napełnieniu w bufecie (który jakoś zaraz się pojawił) bidonu świeżym powerem i zjedzeniu kilku arbuzów (jak mogłem wcześniej bez nich się obywać?), zapominając całkowicie o obolałym barku, znowu nacisnąłem mocniej na pedały, przekonując się, jak dużo znaczy dobra motywacja. Już po kilku minutach na jakimś asfaltowym podjeździe dogoniłem sporą grupę zawodników zataczających się z prawa na lewą niczym lokalni krótkodystansowcy, jakich czasami spotykam w „terenie”. Łatwość, z jaką zostawiłem ich w tyle, pozwoliła mi na honorowe przyjmowanie komentarzy w stylu – „Co, wywrotka była?” albo „Ooo! ten to miał glebę…”, a także szczególnie entuzjastycznego dopingu przez mijanych kibiców, którzy wpatrywali się we mnie z wyjątkowym przerażeniem. Na szczęście nadzwyczajne zainteresowanie moją osobą trwało tylko do czasu wykruszenia się oblepiającego mnie od stóp do głów błota pochodzącego z pechowego wąwozu. Po półgodzinie miejsce czarnej mazi zastąpiła szlachetna, szara patyna wbitego w skórę kurzu, z którą czułem się znacznie lepiej… Ostatni odcinek od bufetu do rozjazdu przejechałem niemalże z rozpędu, gnany bardziej ambicją niż realnymi zasobami energii w mięśniach. Przed oczami miałem tylko upływające minuty. Jedynie gdzieś po drodze, na podjeździe wiodącym w górę ciemnego, dużego wąwozu (może był to Wąwóz Półrzeczki?) przyszła refleksja, że jeśli wjadę na drugą pętlę, może być ciężko. Myśl jednak szybko gdzieś znikła, wyparta przez „tu i teraz”. Jeszcze tylko przejazd pod górę kamienistą rozpadliną, gdzie wędrujące szlakiem turystycznym małżeństwo krzyknęło za mną – „Ciśnij, ciśnij dobrze!” i na horyzoncie zamajaczył niebieski parasol, a zaraz obok…Tak! Wielka czerwona strzałka z napisem GIGA. Udało się. Naprawdę się udało. Na rozjeździe zameldowałem się po ok. 2 godzinach i 50 minutach od startu, czyli mniej więcej 20-25 minut przed zamknięciem wjazdu. Po krótkim naładowaniu baterii w bufecie i zachęceniu kolegi z numerem 139 do wjechania na dystans GIGA, wyruszyłem w dalszą drogę. Tym razem nie dałem się pokonać wąwozowi. Dla lepszej kontroli wypiąłem jedynie buty i wolniutko, delikatnie, niczym kot ześlizgnąłem się na sam dół raz czy dwa podpierając się lekko nogą. Niemniej przyrzekłem sobie solidną pracę nad techniką zjazdów przed kolejnym sezonem. Tylko gdzie te zjazdy ćwiczyć? Gdzieś na 70. kilometrze, w okolicy piętrzącego się na dobre 40 m malowniczego wapiennego ostańca, poczułem nieodpartą chęć kilkuminutowego odpoczynku. Przeraziłem się nie na żarty. Zjadłem natychmiast dwa batony zbożowe, którymi przezornie wypchałem sobie kieszenie i pociągnąłem solidny łyk z bidonu, czekając cierpliwie na przypływ mocy. Przypływ jednak nie nadchodził… Co więcej, kolano i bark bolały coraz bardziej. Zacząłem się zastanawiać, czym się mój wyścig zakończy, gdy wtem, na stromym pagórku za skałą, pojawiło się zbawienie! Zbawienie miało kask rowerowy na głowie, siedziało na trawie ze smętną miną i pytało każdego przejeżdżającego bikera, czy nie ma przypadkiem skuwacza do łańcucha. Ja miałem! Nie czekając ani chwili, wręczyłem rowerzyście narzędzie, samemu rzucając się z lubością na trawę. Miałem nadzieję, że będzie skuwał ten łańcuch do rana, a przynajmniej ze 30 minut…. Niestety dla mnie, miał wysokie umiejętności i już po kilku minutach łańcuch był porządnie spięty. Rzucając mi w biegu kowadełko, zawodnik wystrzelił przed siebie tak szybko, że nawet nie dojrzałem numeru. Nie zdziwiłem się jego energii, na pomoc czekał ponoć dobre 20 minut, więc sobie wypoczął… Ja też musiałem już ruszać. Na szczęście nadjechał jeszcze „139” i widząc mnie leżącego na trawie zatrzymał się na krótką konwersację o urokach drugiej pętli. Rozmowa podniosła mnie na duchu na tyle, że bez dalszych postojów dojechaliśmy razem do przedostatniego bufetu (którego w zasadzie mogłoby w ogóle nie być, bo zostały dla nas jedynie pokruszone ciastka i resztki wody mineralnej). Udając trochę entuzjazm, spałaszowaliśmy wszelkie pozostałości. W jednej z mijanych wsi stała (zauważona przeze mnie jeszcze na pierwszej pętli) dwójka chłopców w wieku może 10 lat, natarczywie domagająca się od przejeżdżających kolarzy bidonu. Widocznie zwykłe wyłudzanie nie przynosiło oczekiwanych skutków, bo tym razem ze strony dzieciaków posypały się w moim kierunku kamienie! Chyba za wolno jechałem i byłem dobrym celem, bo kilka z nich trafiło w obręcze, jeden w ramę. Może dobrze, że byłem tak obolały i zdeterminowany, że nie miałem ochoty na nic innego, jak tylko dojechanie do mety, bo nie wiadomo, jak skończyłaby się ta historia… W ostatnim bufecie znowu spotkaliśmy się ze „139”. Ponieważ stoły właśnie ładowano na ciężarówkę, po sympatycznej wymianie zdań z obsługą, która jak zwykle świetnie wykonała swoje zadania, podrałowaliśmy raźno dalej, wspierając się snuciem opowieści, czego napijemy się po dotarciu na metę. Maratony MTB można podzielić, niczym dzieła literackie, na trzy podstawowe rodzaje: lirykę, epikę i dramat. O ile na przykład fraszkę, jaką była Jastrzębia Góra, można zaliczyć do liryki, Świeradów Zdrój do dramatu (nie wiem tylko, czy jako komedię czy tragedię), to Kraków pozostanie w mojej pamięci jako dzieło epickie. Trudne, wymagające wszechstronnego przygotowania i inteligencji. Czyżby król tegorocznych BikeMaratonów? Pozdrawiam wszystkich i dziękuję. PS. Trudny, wymagający technicznie i kondycyjnie maraton. Jeden z najdłuższych w tegorocznych edycjach (giga 101 km, mega 71 km). Trasa niezwykle atrakcyjna turystycznie. Teren tylko miejscami podmokły. Podłoże bardzo trudne i zróżnicowane: ubita ziemia, glina, kamienie, cegły, śmieci doły i inne nierówności. Liczne, niebezpieczne odcinki asfaltowe o bardzo nasilonym ruchu drogowym. Niektóre etapy wąskie, utrudniające wyprzedzanie. Atrakcje specjalne: zjazd do Kochanowa. Trasa wybitnie dobrze oznakowana. Najlepsza ze wszystkich edycji mapka przejazdu. Obsługa organizacyjna: punkty medyczne, pomoc na trasie – bez zarzutu. Niestety, słabo zorganizowane wydawanie posiłków regeneracyjnych, braki w bufetach (szczególnie druga pętla), kolejka po chipy.

top 3

Czytaj więcej

10 dni do Pucharu Świata w kolarstwie torowym Pruszków 2017

Czytaj więcej
Czytaj więcej

Przełaje – Masłońskie – galeria zdjęć

Czytaj więcej

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach