Pracuję na swoje konto

Paweł Charucki w ubiegłym sezonie niespodziewanie został mistrzem Polski młodzieżowców. Zwycięstwo odniesione po długiej ucieczce zamknęło usta krytykom, którzy twierdzą, że wszystko zawdzięcza ojcu. Rower sam nie jedzie – z tym przesłaniem Paweł szuka sobie miejsca w dorosłym peletonie

Tekst: Miłosz Sajnog, Zdjęcia: Łukasz Rajchert, makijaż i fryzury: Marcin Zaguła MR: Spotykamy się między wyścigami, przyjechałeś z Rund um Frankfurt i wybierasz się do Czeskich Lidic. Co jeszcze czeka Cię w tym roku?

PCh: Z ważnych wyścigów chciałbym pojechać na Long Leake oraz wyścig Solidarności i Olimpijczyków. Najważniejsze będą jednak mistrzostwa Polski. W ubiegłym roku zostałem mistrzem Polski młodzieżowców i można powiedzieć, że bronię wyniku. Ale ten sezon jestem w elicie, a to całkiem inne ściganie… Trasa jest dłuższa, zawodników więcej. Na pewno będą jakieś zadania do wykonania, ustalone przez dyrektora sportowego. Również przed wyścigiem będzie ostateczne ustalanie, na kogo jedziemy, bo to zawsze zależy od formy w konkretnym dniu. A gdybyś miał wskazać lidera grupy, czy jest ktoś taki? Wśród sprinterów jest nim Andre Schultze, który ma do pomocy Błażeja Janiaczyka i Tomasza Smolenia. W górach Marek Rutkiewicz, Jacek Morajko i Adrian Honkisz. Mamy również zawodników do uciekania i robienia akcji z małych grupek – Bartłomiej Matysiak, Sylwester Janiszewski czy ja… Mariusz Witecki i Tomasz Kiendyś „rządzą” w szatni, czyli pilnują młodych zawodników. Ja mam najmniej do powiedzenia, bo jestem najmłodszy i raczej się nie wychylam. Ekipa jest zgrana i coraz lepiej się rozumiemy. Czy zespół ma wobec Ciebie jakieś plany? Rozmawiasz o tym z Piotrem Wadeckim? Na razie zebrałem kilka pochwał i szefowie są ze mnie zadowoleni, otwarcie mi mówią, że widzą postęp po wyścigach za granicą. Mam nadzieję, że widzą we mnie przyszłość, bo młodzieżowców jest niewielu, a i grup niezbyt wiele. Przyszedłem do grupy jako mistrz Polski i myślę, że po tegorocznych mistrzostwach będę wiedział więcej. To będzie kluczowy wyścig w tym sezonie. Nie chciałeś szukać szansy na zachodzie? Ścigałem się w ekipie Pacifik Norda we Włoszech. Miałem szczęście, że była to polsko-włoska ekipa i łatwo było się wewnątrz dogadać. Tam jest bardzo trudno i ściganie jest na wyższym poziomie niż w Polsce. Myślę, że nie byłem jeszcze na to gotowy. Mógłbym sobie nie poradzić. Kontrakt z CCC to dla mnie najlepsze wyjście i bardzo dobry wybór. Dałeś sobie jakiś czas na ściganie w Polsce, a potem będziesz szukał lepszej drużyny w innym kraju? Ten rok to pierwszy rok prawdziwego kolarstwa. Różnice są bardzo duże. Dopiero tutaj mogę porównać, jak wygląda ściganie się z najlepszymi zawodnikami. Sam siebie zaskoczyłem, że dość dobrze mi idzie. W zeszłym roku miałem upadek na Tour de l’Avenir, miesiąc pauzy, potem złamany nadgarstek i kolejny miesiąc wolny. Więc czas przygotowań był ograniczony. Ale w tym sezonie dobrze mi idzie. Wybiegając dalej… W wieku 25, 26 lat trzeba będzie już myśleć o najlepszych grupach na świecie. Choć nasza drużyna będzie oczywiście dążyć do tego, żeby znaleźć się w ekipach ProTour, więc po co będzie odchodzić? Lepiej ścigać się w polskiej drużynie. Jesteś również objęty paszportem biologicznym, czymś całkowicie nowym jak na polskie warunki. Jak ten system działa? Tak żartem, to nie ma życia bez internetu (śmiech). ADAMS wymaga sieci i laptopa. Rozpisany jest każdy dzień i każda godzina. I nie można o tym zapomnieć, bo kontrola może się zdarzyć od 6 do 23 każdego dnia. I jest jedna godzina „sztywna”, gdy trzeba być w tym samym miejscu przez 60 minut, podczas których może zdarzyć się kontrola. Mnie kontrolowano już pięć razy, w domu również. To system na pewno skuteczny, bo coraz mniej jest dopingu, ale dość uciążliwy. Dziwne, że tak często byłeś losowany… Paszport jest przepustką do najlepszych wyścigów. W roku trzeba przejść minimum trzy kontrole, żeby stworzyć obraz krwi. Reszta zależy od losowania. Osobiście cieszę się z tych kontroli, bo łatwiej będzie dostać kontrakt w poważnej drużynie, mając historię w postaci paszportu. To jest przepustka do poważnego ścigania. Chciałeś być kolarzem od dziecka? To pytanie zadaje mi mnóstwo osób. Ciągnęło mnie do piłki nożnej. Grałem w Parasolu Wrocław. Ale pewnego dnia tato wziął mnie na wyścig i spodobało mi się. Przez pewien czas grałem w piłkę i jeździłem, a kiedy trzeba było się na coś zdecydować, wybrałem właśnie kolarstwo. Tato mnie bardzo wspierał i jestem mu wdzięczny. Do orlika to było takie sobie ściganie, potem zaczęły się typowe problemy młodzieżowca. Mało klubów, ciężkie wyścigi, kwestia obciążeń. Na trzy, cztery miesiące przestałem się ścigać całkowicie, nie trenowałem… Później tato mnie wyratował. Pomógł ze sprzętem, finansowo. I dzisiaj jestem w tym miejscu, w którym jestem… Odbył z Tobą typową męską rozmowę jak ojciec z synem? Podał mi rękę. Wiadomo, że taki okres może trwać, dopóki są pieniądze. Miło było pograć w piłkę czy poimprezować… Nie chciało mi się iść do pracy i w końcu pieniądze się skończyły. Wtedy ojciec faktycznie mi pomógł, również finansowo, co pozwoliło mi się rozwijać. Kolejną osobą, która mi pomogła, był trener Zbigniew Ludwiniak. Wciągnął mnie do Legii Warszawa, gdzie były już pieniądze, sprzęt i możliwości rozwoju. Ojciec przedstawiał Ci obraz kolarstwa… Zawsze mówił, że jest ciężko. Mówił też, że jakbym chciał być pianistą czy piłkarzem, również mi pomoże. Myślę, że ściganie mam w genach i dlatego jest mi łatwiej. A czujesz presję ze strony ojca, jego sukcesów? Tego, że jest znaczącą postacią polskiego kolarstwa? Zawsze czułem tę presję. Zawsze mnie pytano, czy będę wygrywał, czy będę tak dobry jak tato… Presja zawsze była gdzieś z tyłu głowy. Ale od kiedy przyszedłem do Legii Warszawa i zacząłem myśleć, co mam zrobić, co powinienem zrobić, żeby wygrywać, presja stała się mniejsza. Oczywiście, zawsze gdzieś będzie ta świadomość, ale też zawsze wiem, że mogę na ojca liczyć i że mi pomoże. A spotkałeś się z komentarzami, że wszystko osiągnąłeś dzięki ojcu? No, oczywiście. Czasami w cztery oczy, czasami za plecami. Słyszałem to od wielu osób. „On jest w grupie, bo tato, on ma to czy to”. I na początku sam namawiałem ojca, żeby zasponsorował coś. Ale te ostatnie drużyny same mnie chciały, a ja zacząłem pracować na swoje konto. I teraz komentarzy jest mniej. Kiedy byłem juniorem, często mówiono, że moje sukcesy to zasługa roweru, i faktycznie, miałem jeden z najlepszy rowerów w Polsce. Ale już mistrzostwo Polski zdobyłem na jednym z najsłabszych rowerów, jakie miałem. Bo sam rower przecież nie jedzie i tylko ciężka praca prowadzi do sukcesu. Tego nauczyłem się od trenera Leszka Szyszkowskiego. Twój ojciec to również jeden z najlepszych w Polsce strategów i taktyków kolarstwa, który doskonale „czyta” ściganie? Czy przed wyścigami dzwoni do Ciebie i mówi, to będzie taki a taki wyścig i powinieneś go pojechać właśnie tak? Od pięciu lat właściwie ojciec pełni funkcję mojego menadżera, trenera i taktyka. Widuję się z nim bardzo rzadko, większość czasu spędzam na wyścigach, ale zawsze mi pomaga. Ustala treningi, Łukaszowi Bodnarowi też to zresztą robi. W trakcie wyścigu oczywiście pierwszeństwo ma dyrektor sportowy i to on decyduje, co mam pojechać, ale ojciec zawsze mi doradza, jak i co mogę zrobić. Ma niesamowitą wiedzę na temat ścigania. Teraz ojciec jest menadżerem, to on ustala kontrakty i negocjuje z klubami. To wielka pomoc. A taktyka na mistrzostwach Polski w ubiegłym roku to pomysł taty czy Twój? Długo o tym rozmawialiśmy. Ojciec wiedział, że jestem mocny, ale kazał mi czekać na najlepszych. My z Leszkiem Szyszkowskim ułożyliśmy to inaczej. Trener wolał, żeby z przodu jechał ktoś mocny. Ojciec potem się z nami zgodził, zwłaszcza kiedy okazało się, że Piotr Gawroński i Michał Kwiatkowski mają zostać z tyłu i jechać bardziej asekuracyjnie. No i potem to już uciekanie przez cały wyścig i na końcu udało mi się wygrać. A wszyscy wiedzą, że bardzo ciężko jest tak jechać. Sam byłem trochę zszokowany, że się udało. Do setnego kilometra jechaliśmy w czterech i byłem już przekonany, że grupa nas dojdzie, a ja będę za chwilę umierał ze zmęczenia. Tymczasem dopiero po stu kilometrach mnie odblokowało i zacząłem walczyć. Kolejny kryzys miałem na 30 km do mety, gdy już jechałem sam, przeżywałem takie chwile, że nie chciałbym już do nich wracać… Zwłaszcza że przed mistrzostwami Polski wróciłem z Baby Giro, gdzie jechaliśmy dziesięć etapów. A potem podniesione ręce, meta i uczucie, którego z niczym nie da się porównać. Jakim jesteś kolarzem? Wolisz jechać klasyki, etapówki? Lepiej czujesz się w górach czy na płaskim? Myślę, że jestem zawodnikiem uniwersalnym. Dobrze mi idzie jeżdżenie po górach i jazda w etapówkach. Tak było teraz na Bałtyk – Karkonosze, gdzie z etapu na etap jechało mi się lepiej. Całkiem nieźle potrafię też pojechać wyścig klasyczny, jak na mistrzostwach w ubiegłym roku. Ale najbardziej lubię kryteria uliczne i jazdę po górach. Jesteś mistrzem Polski, inne sukcesy w Twojej karierze? Dla mnie osobiście dużym sukcesem było to, że wróciłem do kolarstwa, że byłem w stanie odbudować się po takiej przerwie. Bo w kolarstwie trzy miesiące to duża strata i ciężko po tym wrócić do formy. Kolejnym znacznym osiągnięciem był wyjazd na mistrzostwa Europy i pomoc Piotrkowi Gawrońskiemu, jak i cała jazda w kadrze narodowej i ściganie się na wysokim poziomie z najlepszymi. Sezon, w którym zostałem mistrzem Polski, w ogóle nie należał do udanych, był bardzo ciężki. Może dlatego, że pierwszy raz ścigałem się dłużej na zachodzie, gdzie poziom był wyższy. W Polsce natomiast radzę sobie nieźle i to chyba też jest duży sukces. Jeździsz ze starszymi kolegami, czego możesz się jeszcze od nich nauczyć, mając najlepsze wzorce w domu? Jest nas w grupie czterech młodych zawodników. I jeżeli chodzi o precyzję kolarską, dopiero w tym roku to zobaczyłem. Takim kolarzem jest u nas Andre Schultze, który cały czas powtarza, że jemu potrzebna jest każda sekunda. On właśnie pokazał mi, jak precyzyjnie to wszystko trzeba poukładać. Od Łukasza Bodnara uczę się jazdy na czas i dlatego z nim trenuję, bo ten element on może mi pokazać najlepiej w Polsce. Marek Rutkiewicz pokazuje mi, co trzeba robić w górach. Zresztą od Marka nauczyłem się również tego, że obsługa jest dla kolarza, a nie kolarz dla obsługi. To zawodnik decyduje, jakie mają być koła czy inne elementy. Marek nauczył mnie, że trzeba znać swoją kolarską wartość. Tak jak kierowcy rajdowi musimy znać komponenty, na których jeździmy. Wszyscy bardzo dbają o nas, młodych zawodników. Na początku mówili, że mamy jeździć spokojnie, bo będzie ciężko. Piotr nawet specjalnie podkreślał, że nie ma na nas żadnej presji, żebyśmy spokojnie weszli w sezon. A potem już byliśmy w stanie nawiązywać walkę z czołówką i ściganie zrobiło się bardzo fajne. Jeżeli chodzi o sprzęt, to prawdopodobnie wychowałeś się w domu pełnym sprzętu rowerowego. Podpowiadasz coś kolegom czy drużynie? Każdy z kolarzy interesuje się sprzętem i śledzi, co jest na rynku. Ja mam łatwiejszy dostęp do nowości. Czasami dostaję niektóre części do testowania. Jadę na ciężki trening w górach, w deszczu i wtedy sprawdzam niektóre części. To komfortowa sytuacja. Nie mam natomiast dużych możliwości i nie dyskutuję na ten temat w drużynie. Mam swoje ulubione komponenty, na przykład uważam, że koła Mavica są najlepsze. Ale mamy kontrakty reklamowe jako drużyna i jeździmy na sprzęcie wynikającym z umów. Oczywiście, czasami coś doradzamy, zwłaszcza jeżeli faktycznie pomoże nam to wygrać. Dużo możesz się nauczyć od dyrektora sportowego Piotra Wadeckiego? Piotr przede wszystkim traktuje nas dość poważnie i liczy się z naszym zdaniem, traktuje nas jak kolegów. Był dobrym zawodnikiem i zebrał duże doświadczenie, którym się z nami dzieli. Na wyścigu to on podejmuje wszystkie decyzje i ustawia zespół. Ogólnie dobrze się z nim współpracuje, liczy się ze zdaniem drużyny. Nie ma traktowania kolarzy jak pracowników, to bardzo dobry koleżeński układ. Kolejną „mocną” osobą jest główny sponsor, który też był zawodnikiem. Macie jakieś konkretne wskazania od sponsora? Nie zauważyłem, żeby Dariusz Miłek wtrącał się do taktyki. Potrafi nas natomiast motywować. Mówi na przykład – „słuchajcie panowie, ja tu przyjechałem zobaczyć widowisko. Możecie wygrać, możecie przegrać, ale ma to być po walce”. Zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że nie zawsze można wygrać. Od zwycięstw jest Piotr Wadecki, który ma nas tak ustawić, żeby wyścig był jak najlepszy. Dla nas bardzo ważne są cztery wyścigi: Grody Piastowskie, kryteria w Polkowicach i Szprotawie, mistrzostwa Polski i Tour de Pologne. Ten ostatni wyścig będzie dla nas najważniejszy. Czy przed TdP szykujecie się w jakiś specjalny sposób? Mieliście na przykład objazd trasy? Cały ten sezon to przygotowanie do startu. Przede wszystkim dużo ścigamy się za granicą, bo wiadomo, że na TdP nie będziemy ścigać się z Polakami, tylko z ekipami zagranicznymi. Dlatego tych startów jest sporo. Przed samym wyścigiem już wyłoniona kadra będzie miała jeszcze jedno specjalne zgrupowanie w Mendrisio we Włoszech. Znajdziesz się w składzie drużyny na TdP? Bardzo chciałbym pojechać TdP i pokazać się tam z jak najlepszej strony. Nie ukrywam, że moja forma jest coraz lepsza i z sezonem idzie w górę. Myślę jednak, że do głosu w tegorocznym TdP dojdą starsi koledzy. A ocena drużyny? Myślę, że mamy duże szanse, żeby osiągnąć sukces. Marek Rutkiewicz już kilkakrotnie starał się wygrać i ma na to największe szanse. Andre już na finiszach jeździ jak najlepsi sprinterzy, w górach też jesteśmy lepsi. Myślę, że szanse są dużo większe niż w czasach, kiedy jechała kadra. Liczę, że będę miał w tym swój udział.

Dossier
Paweł Charucki
Urodzony: 14.10.1988 Ekipa: CCC Polsat Polkowice, wcześniej 2010 – MG Kvis Norda Pacific Toruń, Legia Felt Największy sukces: 2010 Mistrz Polski ze startu wspólnego U-23 Kuchnia: włoska Muzyka: każda Zwierzę: osiemnastoletni pies Hobby: motoryzacja i film

top 3

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach