„Prawdziwe kolarstwo istnieje na Zachodzie”

Był jednym z głównych faworytów do tytułu szosowego mistrza Polski w orlikach. Paweł Poljański w Sędziszowie spełnił pokładane w nim nadzieje. Zawodnik włoskiego klubu Sestese jechał fantastycznie i ambitnie. Ręce aż same układały się do oklasków, kiedy obserwowało się świetną postawę 22-letniego „Poljana”

Tekst: Wolfgang Brylla, Zdjęcia: Krzysztof Jot Jakubowski


Complimenti, Paolo, complimenti. Z ziemi włoskiej do Polski, co?

(śmiech) Fakt, tak trochę wyszło. Wielkie dzięki albo grazie mille.

Tylko nie przesadzaj z włoskim, bo u mnie z nim cienko…

Tutto bene (śmiech).

Powiedz, jak Ty to robisz? Pod koniec lutego na jednym z włoskich wyścigów złamałeś sobie kość przyłokciową, wsadzili Cię w gips, po stosunkowo szybkiej rehabilitacji wróciłeś do ścigania i od razu wygrałeś Trofeo Rafi Cerone-Collegno. A teraz zdobyłeś złoty medal w orlikach…

Okres kontuzji był dla mnie bardzo ciężki. Nie mogłem wyprostować ręki, po prostu czułem blokadę. Nawet na rower nie potrafiłem wsiąść, bo od razu wszystko mnie bolało. Pozostała mi tylko rolka w domu, a to oznaczało po trzy godziny trenowania dziennie pod dachem. Można było zwariować (śmiech). Cały czas kręcisz, masz włączony laptop, telewizor, słuchasz muzyki. I tak w kółko.

Dzięki Bogu jestem uparty i szybko zanotowałem comeback, bo jazdy na sucho poza konkurencją nie można porównywać ze ściganiem na zawodach.

Po złamaniu pozostał Ci jakiś ślad? Ręka dalej Ci dokucza?

Szczerze powiedziawszy, to jest trochę krzywa (śmiech). Źle się zrosła, jak widać nawet włoscy lekarze nieraz popełniają błędy. Po zakończeniu sezonu będę się musiał chyba poddać operacji. W ściganiu jak, na razie, nie przeszkadza i oby nadal nie dawała o sobie znać.

Z jakim nastawieniem przybyłeś na tegoroczne MP?

Przyjechałem na mistrzostwa do Sędziszowa tylko w jednym celu – po złoto. To jest mój ostatni rok orlika i głupio byłoby się żegnać z tą kategorią bez tytułu mistrzowskiego. Biało-czerwona koszulka jest przecież nobilitacją, nagrodą za wieloletni wysiłek włożony w ten sport i wielkim wyróżnieniem.

Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę z tego medalu. Spełniło się jedno z moich marzeń. Przyszła pora, by powoli zaczęły się spełniać kolejne.

Trasa wspólnego młodzieżowców była, delikatnie rzecz ujmując, dziwnie ułożona. Tu jakieś rundy, tam jakieś dojazdy, następnie pagórkowate okrążenia, na których pokazałeś swoją siłę… Leżała Ci? Jak oceniasz organizację MP?

Z racji mojej postury jestem zawodnikiem, który preferuje góry, więc nie bardzo mi leżała. Do końca nie byłem jej pewien i nie wiedziałem, czego mam się spodziewać. Trasa była naprawdę dziwna, jednak dla wszystkich taka sama. A jeśli chodzi o organizację, zawsze się dziwię, dlaczego w Polsce wyścigi są rozgrywane na jakichś wioskach. Zero zainteresowania ze strony kibiców. Inaczej jest we Włoszech. Meta/start zlokalizowane są zawsze w centrum miasta. Inaczej to wygląda i przyciąga więcej kibiców, dzięki temu ten sport coś znaczy. Może to się zmieni również w Polsce.

Trasa nie odpowiadała Ci, chociaż wolisz podjazdy?

Umówmy się, że wspinałem się już na trudniejsze, dłuższe i bardziej strome wzniesienia (śmiech). Podjazdy wokół Sędziszowa na tych pagórkowatych rundach przypominały raczej troszkę cięższe hopki, które nie sprawiły mi większego problemu.

Nie obawiałeś się, że do mety dojedzie pięcioosobowa ucieczka, w której mocno kręcił m.in. Mateusz Nowak (KTK Kalisz)?

Trochę tak. Mateusz jest bardzo szybkim zawodnikiem, który na swoją korzyść potrafi przesądzić niejeden sprint z peletonu. Chcąc wygrać, nie mogłem jednak dopuścić do tego, by wyścig rozstrzygnął się właśnie w finiszu z większej grupy. Nie pozostało mi nic innego, jak atakować, atakować i jeszcze raz atakować.

Dlatego podkręciłeś tempo i odskoczyłeś od peletonu, coraz szybciej zbliżając się do harcowników?

Zgadza się. Odjechałem na tej drugiej górzystej rundzie. Uciekinierzy mieli pięciominutową przewagę i zdawałem sobie sprawę z tego, że jeśli teraz nic nie zrobię, jest po medalu i po wyścigu. Udało mi się dołączyć do prowadzącego kwintetu. Trochę z nimi jechałem, a następnie w pedały i gaz. Na mecie musiałem się zameldować samotnie. Nic innego nie wchodziło w rachubę. We wszystkich wyścigach, jakie do tej pory wygrałem, kreskę mijałem solo. Nie ma co ukrywać, że nie zaliczam się do grona megaszybkich zawodników.

Co czułeś, kiedy z kilometra na kilometr zwiększał się dystans między Tobą a byłą czołówką? Z boku wyglądało to tak, jakbyś cały czas jechał w transie. Jakbyś był zahipnotyzowany i w tunelu widział tylko złoto.

Tak poniekąd było (śmiech). Dałem z siebie wszystko, bo musiałem dać z siebie wszystko. Koncentrowałem się na złocie i kiedy zauważyłem, że przewaga się zwiększa, dodatkowo się zmotywowałem i zmobilizowałem resztki siły.

Zmotywował Cię też chyba Twój drużynowy kolega Paweł Bernas…

„Bernasik” dojechał do mnie w końcówce rywalizacji i pomógł mi w mojej walce. Z nim u boku praktycznie nie mogliśmy już stracić medalu. Razem wpadliśmy na metę.

Razem też podnieśliście pięści do góry z radości. Umówiliście się?

Czy się umówiliśmy? Pawłowi oddałem rok temu zwycięstwo w Karpackim Wyścigu Kurierów, on w tym sezonie zrewanżował się, zostawiając mi złoty medal mistrzostw Polski. Można więc powiedzieć, że wychodzimy na czysto. To jednak wyjątkowy gest z jego strony. Doceniam to bardzo.

Już przed startem byłeś wymieniany w grupie faworytów. Obok Ciebie typy przyjmowano też na Bernasa, Wojciecha Migdała czy Krzysztofa Tracza. W kim Ty upatrywałeś swojego największego konkurenta?

Odpowiem tak… Byłem świadom tego, że przez cały wyścig będę bardzo dokładnie pilnowany. Nie obawiałem się jakiegoś konkretnego zawodnika. Dobrze się stało, że wyścig potoczył się tak, jak się potoczył. Że udało mi się odjechać od grupy zasadniczej, złapać ucieczkę i ponownie zaatakować. Nie mogłem sobie wymarzyć lepszego scenariusza.

Czy uważasz, że tytuł mistrzowski jest Twoim największym sukcesem w karierze?

Tak. Tych sukcesów na koncie co prawda już troszkę mam, ale jednak wygrana w mistrzostwach Polski, jeszcze w takim stylu, to chyba mój dotychczasowy największy sukces.

A jakie cele sobie jeszcze postawiłeś?

Przed sezonem obiecałem mojemu dyrektorowi, że w tym roku wygram pięć wyścigów. A więc brakuje jeszcze trzech.

Swojego konta nie powiększysz na Tour de Pologne. Początkowo wszystko wskazywało na to, że w tym roku weźmiesz udział w naszym narodowym wyścigu. Selekcjonerzy Piotr Wadecki i Piotr Kosmala bardzo dobrze się o Tobie wypowiadali, nominację miałeś w kieszeni, a tu klops.

W minionym sezonie też miałem wystąpić w Tour de Pologne, ale nie dostałem pozwolenia od swojego klubu. Przyjąłem tę decyzję na klatę, zamiast tego pokazałem się w kilku imprezach we Włoszech, które były ważne dla mojej ekipy. W tym roku miało być inaczej. Dostałem od drużyny zielone światło, lecz potem dowiedziałem się, że niestety tego upragnionego OK jednak nie ma.

Jeśli chcesz więc wystartować w TDP, musisz zmienić ekipę. Najlepiej na jakąś prokontynentalną czy nawet worldtourową…

Pewnie, każdy z nas chciałby podpisać kontrakt z grupą zawodową, ścigać się z najlepszymi, wygrywać w najważniejszych i największych wyścigach na świecie. Wszystko na to wskazuje, że od nowego roku będę neoprofi…

…gdzie? Zdradzisz tajemnicę?

Chciałbym, ale nie mogę (śmiech). Mam zakaz. Wierzę mojemu menadżerowi, który dogrywa całą sprawę. Nie powinien mnie zawieść.

Słyszałem coś o Saxo Banku, który akurat złowił sobie nowego co-sponsora. Potwierdzasz?

Hehe (śmiech). Jak to mówią, no comments (śmiech).

W bardzo młodym wieku wyjechałeś zagranicę, zaryzykowałeś i stawałeś w szranki ze swoimi rówieśnikami z Europy i całego globu. Jak sądzisz, czy gdybyś wtedy nie zdecydował się na kolarską emigrację do Włoch, stałbyś dzisiaj na najwyższym stopniu podium?

Szczerze?

Jak najbardziej…

Może i wygrałbym mistrzostwa Polski, ale jeśli chcesz się rozwijać, jeśli chcesz prędzej czy później trafić do grup zawodowych ze światowego topu, musisz wyjechać na Zachód. Innego wyjścia po prostu nie ma. Przede mną podobną drogę wybrali Sylwester Szmyd, Maciej Bodnar czy Maciej Paterski. Ryzyko ponieśli też moi koledzy, z którymi sam się ścigałem w niższych kategoriach, jak Rafał Majka czy Karol Domagalski. Zarówno Rafał, jak i Karol, dopięli swego i są już częścią profesjonalnego peletonu. Jak widać, wczesne opuszczenie domu kolarzom się opłaca.

Pomocną dłoń podał mi zespół Cartusia Kartuzy. Wiele zawdzięczam trenerowi Hirschowi oraz panu Markowi Szerszyńskiemu, za co im teraz serdecznie dziękuję.

Jaka jest różnica między ściganiem na polskim podwórku a na włoskim? Inne prędkości, inna mentalność, inna organizacja?

To dwa całkiem różne światy. Przede wszystkim organizacja wyścigów jest na innym poziomie. Również zawodnik w klubie ma zapewnione tak naprawdę wszystko. We Włoszech martwi się tylko o trening i ściganie. Również ludzie w tym kraju żyją tym sportem. Fajnie, gdy na wyścigu słyszy się swoje nazwisko w tłumach ludzi na podjazdach. To motywuje mnie do jeszcze większej pracy. Bo wiesz, że są ludzie którzy się tobą interesują i przychodzą na wyścig, żeby tylko ciebie zobaczyć.

Wykluczasz powrót do Polski?

Nie chciałbym wracać nad Wisłę. Owszem, na wyścigi, krajowe mistrzostwa, tak, jednak na pewno nie do polskiego peletonu. Prawdziwe kolarstwo istnieje na Zachodzie. Poza tym życie we Włoszech uformowało mnie nie tylko kolarsko, ale też przystosowało do codziennego życia. Umiem np. gotować (śmiech).

Typowe kolarskie jadło, czyli pasta i ryż, czy może coś ponad program dietetyczny?

W sporcie na takim poziomie uwagę trzeba zwracać na wszystko. Przede wszystkim na jedzenie. Właśnie we Włoszech nauczyłem się jeść jak kolarz. Makaron, ryż to właśnie kuchnia włoska. Tylko trzeba wiedzieć, kiedy, ile i przed jakim wyścigiem można sobie pozwolić zjeść więcej, bądź mniej.

Nie pojawisz się na starcie Tour de Pologne. Jak wykorzystasz ten czas? Leniuchując?

Leniuchując to może za dużo powiedziane. Chcę po prostu trochę odpocząć. W tym sezonie mam już na koncie ponad 60 startów i jestem naprawdę zmęczony, a to dopiero połówka kolarskiego kalendarza. Przede mną jeszcze dużo wyścigów.

Jakich?

Po MP mam krótki odpoczynek w domu. Ale dosłownie tylko przez siedem dni. Zaraz wracam do Włoch. Od lipca mam naprawdę napięty kalendarz. I tak do końca października. Więc okazji, by się pokazać z dobrej strony, na pewno nie zabraknie.

Kiedy „Poljan” zatriumfuje na etapie Giro d’Italia?

(śmiech) Nie wybiegam jeszcze w przyszłość. Ścigam się jako młodzieżowiec i skupiam na wyścigach, jakie mam teraz. A etap Giro? Jak najbardziej możliwy. Mam nadzieję, że to już niedługo.

top 3

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach