Robert, czyli kto?

Nazywa się Vrecer. Robert Vrecer. Jego numer startowy to 71. Zapytacie, któż to taki? Zawodnik słoweńskiej grupy Perutnina Ptuj został triumfatorem 46. edycji Szlakiem Grodów Piastowskich. Przed wyścigiem nikt nie wymieniał go w gronie faworytów. I to był błąd!

Tekst: Wolfgang Brylla, zdjęcia: Paweł Urbaniak Doświadczony Słoweniec nie jest zwycięzcą z przypadku. U siebie w kraju zdążył wyrobić sobie nazwisko. Na włoskich czy bałkańskich szosach niejednokrotnie udowodnił, że ma patent na wygrywanie. W zeszłym roku nie było na niego mocnych w Istrian Spring Trophy oraz Tour de Slovaquie. Na deser „pożarł” Trofeo Gianfranco Bianchin. A tuż przed startem Grodów powtórzył swój sukces w chorwackiej „Wiośnie”. Vrecera należało więc mieć na uwadze. Niestety, każdy o nim zapomniał. Czeski film Na samym początku wyścigu nic nie wskazywało na to, że 30-letni Vrecer będzie w stanie grać w Grodach pierwsze skrzypce. Jego ekipa Perutnina Ptuj w kryterium ulicznym w Legnicy, które odbyło się „poza konkursem”, jechała bardzo zachowawczo. Przez większość dystansu zawodników w charakterystycznych zielonych, „żabich” koszulkach można było znaleźć na szarym końcu peletonu. Na kresce po 32 km najszybszy okazał się reprezentant Dukli Praga Alois Kankovsky, który wyprzedził Andre Schulze (CCC Polsat Polkowice) oraz Krzysztofa Jeżowskiego (Bank BGŻ Team). O mały włos, a kolarze z Czech w ogóle nie przyjechaliby na Dolny Śląsk. W kwietniu ich start stał jeszcze pod znakiem zapytania. Ostatecznie Dukla pojawiła się na Przedgórzu Sudeckim ze swoim kapitanem Vojtechem Haceckym. Kilka tygodni temu starszy z braci Hacecky (w zespole Dukli ściga się też Martin) zdominował Szlakiem Bursztynowym Hellena Tour (dawny Kalisz – Konin). Naszych sąsiadów zza południowej granicy trzeba było brać na poważnie. Kankovsky – mistrz świata w omnium z 2007 roku na Majorce – założył złotą koszulkę lidera, w której przystąpił do pierwszego etapu. Warunki do jazdy były pierwszego dnia „oficjalnej” rywalizacji znakomite. Przy grzejącym słoneczku i leciutkim wiaterku składający się z prawie 170 kolarzy peleton wyruszył do boju z jaworskiego rynku. Na trasie organizatorzy przewidzieli cztery premie górskie najwyższej kategorii. Podjazdy pod Kapelę oraz Podgórki (trzykrotnie) do łatwych nie należały. Od pierwszego wzniesienia samotnie z przodu walczył Jarosław Dąbrowski, który po powrocie do kraju z włoskiej ekipy Amore e Vita zakotwiczył w TKK Pacifiku Kvis Norda Toruń. W Grodach reprezentował natomiast kadrę narodową MTB kierowaną przez Piotra Kosmalę. W tej reprezentacji zarezerwowano też początkowo miejsce dla kilku kolarzy BDC Teamu. Grupa Dariusza Banaszka posiada jedynie licencję zespołu MTB i dlatego nie mogła pod własną banderą wziąć udziału w imprezie z kalendarza Europe Tour. Skończyło się na tym, że BDC Team wystartował w Grodach pod szyldem kadry narodowej na torze… Wspinając się po nieraz dziurawych niczym sito drogach, Dąbrowski zapewne nie zaprzątał sobie głowy tym małym „zamieszaniem” na liście startowej. Z czuba brał wszystkie podjazdy, a zdobycz punktowa pozwoliła mu na założenie pomarańczowej koszulki najlepszego górala. Na ostatnim zjeździe z Podgórek do Złotoryi grupa zasadnicza wchłonęła solistę. W finałowym sprincie wszyscy obstawiali, że wygra któryś z mocnych Niemców. Albo Schulze, albo Eric Baumann (NetApp). Góry Kaczawske dały się jednak Schulze tak we znaki, że na mecie w Legnicy zameldował się z prawie dwuminutową stratą. Baumann natomiast musiał uznać wyższość nie tylko Błażeja Janiaczyka, który był drugi, ale przede wszystkim Jiri Hochmanna. Czech z Dukli Praga sprawił wielką niespodziankę, dając prztyczka w nos bardziej doświadczonym kolegom. Sympatyczny Hochmann nie posiadał się ze szczęścia: „Teraz jestem niezwykle szczęśliwy. Ale podczas etapu przeżywałem ciężkie chwile. Podjazdy już tak wesołe nie były”. Czyżby Grody miały paść łupem „pepiczków”? Z przymrużeniem oka Hochmann dodał: „Jesteśmy najmocniejszym zespołem na świecie!” Uderzenie Vrecera A propos indywidualnej jazdy na czas… Każdy zadawał sobie pytanie, czy ułoży wyścig? Na 26-kilometrowej pętli Polkowice – Tarnówek – Polkowice największe szanse na zwycięstwo dawano Łukaszowi Bodnarowi. Kolarz „cycków” ma za sobą niezły początek sezonu, wygrywał w Dzierżoniowie oraz Sobótce. Podczas zeszłorocznych Grodów wykręcił na tej samej trasie czasówki najlepszy wynik. Tym razem „Bodkowi” plany pokrzyżował duet z Perutnina Ptuj. O sekundę przegrał z Gregorem Gazvodą, a o całe 38 sekund z Vrecerem, który w rzeczywistości nie czuje się żadnym wielkim specjalistą w walce z czasem: „Ten rezultat mnie nieco zaskoczył, ale nie ukrywam, że chciałem pojechać jak najlepiej i uzyskać dobrą pozycję wyjściową przed prawdziwymi górami”. Vrecer przywdział koszulkę prowadzącego, główny faworyt Grodów Marek Rutkiewicz tracił do niego po drugim etapie 44 sekundy. Tego samego dnia przewidziano w niedalekim Lubinie – stolicy polskiej miedzi – krótki 72-kilometrowy etap po rundach. Nic nie zapowiadało dramatycznych scen, jakie rozegrały się w samej końcówce. W początkowej fazie wyścigu odskoczyła trójka zawodników. Szczęścia w ucieczce szukali Marcin Sapa (BDC Team/kadra torowa), Kristjan Durasek (Loborika Favorit) i Rene Mandri (Endura Racing). Z racji płaskiej jak stół trasy, która urozmaicona była jedynie o dwa nawroty i lekką hopkę, peleton trzymał śmiałków niemalże cały czas na wyciągnięcie ręki. Ich przygoda skończyła się na przedostatnim okrążeniu. Wtedy pech dopadł polkowiczan. Gumy złapali m.in. Schulze, „Rutek” oraz Jacek Morajko. Po wymianie kół w szaleńczym tempie udali się w pościg za rozpędzoną czołówką. Mariusz Witecki i Schulze nie dali rady, powiodło się natomiast Rutkiewiczowi i „Morajowi”, których sklasyfikowano razem ze zwycięzcą. Został nim Tino Thömel. Młody Niemiec z grupy NSP kontynuuje zatem dobrą passę z marca i kwietnia, kiedy spłatał figla na etapach Tour de Normandie oraz Tour of Hellas: „Pokazałem, że jestem całkiem szybkim zawodnikiem. Przeszłość na torze zaprocentowała” – cieszył się Thömel. W generalce przed królewskim odcinkiem nie doszło do żadnych przetasowań. Walimska prawda Ostatni etap rozpoczął się w Świdnicy. Tym razem policja nie zaspała i w przeciwieństwie do zeszłorocznej edycji Grodów w porę zatamowała ruch uliczny. Przypomnijmy, że w minionym sezonie kolumna wyścigu musiała się przebijać na świdnickich ulicach między samochodami osobowymi i ciężarówkami. Dziewięć premii górskich ulokowanych na 168-kilometrowym odcinku robiło wrażenie. W szczególności podjazdy pierwszej kategorii na Przełęcz Walimską (trzykrotnie) i Jugowską (dwukrotnie) mogły napsuć krwi. Na Przełęczy Niedźwiedziej trójka kolarzy zyskała prawie dwuminutową przewagę nad jadącym razem peletonem. Uciekać zdecydowali się „Moraj”, Matija Kvasina (Loborika Favorit) oraz Jack Bauer (Endura Racing). „Właśnie takie mieliśmy założenia, żeby szybko odskoczyć. Chcieliśmy, żeby ekipa lidera napracowała się w peletonie i goniła uciekających” – tłumaczył Rutkiewicz, zeszłoroczny triumfator Grodów. Olsztynianinowi zależało na obronie tytułu. Powtórzyłby tym samym wyczyn Piotra Wadeckiego oraz Tomasza Kiendysia, którzy jako jedyni wygrywali wyścig dwa razy z rzędu. Vrecer nie dał się jednak sprowokować. Spokojnie wydelegował do pierwszego szeregu peletonu swoich adiutantów, którzy dyktowali warunki. Perutnina Ptuj w pełni kontrolowała przebieg wyścigu. W popłoch nie wpadła nawet w momencie kontry Sapy i Dimitrija Claeysa (NetApp) oraz na Przełęczy Jugowskiej i Walimskiej, gdzie ataki następowały z częstotliwością szwajcarskiego zegarka. Tercet uciekinierów został dogoniony, wtedy sprawy w ręce wzięli kolarze CCC Polsat Polkowice. Częstymi zrywami „pomarańczowi” rozbili peleton, który podzielił się na kilka mniejszych frakcji. Na czele wykrystalizowała się 11-osobowa grupka z Rutkiewiczem, Bodnarem, słynnym Ikerem Camano (Endura Racing) czy Tomasem Danculovicem (Loborika Favorit). Niestety, Vrecer miał się na baczności i nie dał odjechać swoim największym konkurentom. „Plan był taki, by atakować na Przełęczy Walimskiej. Na podjeździe, jak i na zjeździe. Lecz lider był nie do oderwania. Ostatnią rundę jechał z dużej płyty, łatał każdą powstałą dziurę. Był poza zasięgiem” – mówił Rutkiewicz. Na finałowych kilometrach czołówka zmniejszyła się do pięciu kolarzy. W Dzierżoniowie do góry ręce w geście triumfu podnieśli Rutkiewicz i Vrecer. Polak sprawił sobie w dzień swoich 30. urodzin prezent, przesądzając na swoją korzyść etap, a Vrecer nie pozwolił sobie odebrać koszulki. „Cieszę się niesamowicie z tego zwycięstwa. Zawsze mówiłem, że jestem niezłym góralem. Dzisiaj jechało mi się stosunkowo łatwo, nie miałem trudności z kontrolowaniem etapu. Byłem wszędzie tam, gdzie powinienem być. Może za rok tutaj wrócę” – komentował Vrecer. Dlaczego nie wygrał CCC Polsat? Odpowiedź jest prosta – bo jeden zawodnik był po prostu lepszy. Jedyny polski team prokontynentalny, mimo tej porażki, ma wszelkie prawa, by zaliczyć występ w tegorocznych Grodach do udanych. „Niestety, Słoweniec okazał się bardzo mocnym zawodnikiem. Zdołał dowieźć koszulkę do końca. Summa summarum pojechaliśmy naprawdę dobry wyścig” – oznajmił Janiaczyk. Na podium wskoczyli Rutkiewicz (2.) oraz Bodnar (3.), w top 20 miejsca zajęli również Tomasz Marczyński (11.), Janiaczyk (14.) i Morajko (15.). Oprócz tego Marek Rutkiewicz sięgnął po zielony trykot w klasyfikacji punktowej. Dzięki aktywnej i kolektywnej jeździe CCC Polsat zgarnął zwycięstwo w rankingu drużynowym: „Jako zespół jesteśmy bardzo zadowoleni z naszej jazdy. Pokazaliśmy, że jesteśmy najlepsi w Polsce i że na dużo nas stać. Wszystkie etapy pojechaliśmy na swoim poziomie” – podsumował Rutkiewicz. Zadowolenia nie ukrywał również Dąbrowski, który zrealizował swój cel. Jego kolekcja powiększyła się o koszulkę górala: „Bardzo się cieszę z tej koszulki. Pewnie, że zawsze mogłoby być jeszcze lepiej. Do Grodów przygotowałem się dobrze, ale z pewnością zabrakło mi startów. Mam nadzieję, że w późniejszym czasie będzie jeszcze lepiej”. Z dobrej strony pokazał się też Konrad Czajkowski. Wrocławianin świetnie zna dolnośląskie tereny, które nie mają przed nim żadnych tajemnic. Kolarz Bank BGŻ Team między wierszami skrytykował jedynie jakość nawierzchni na zjazdach ostatniego etapu: „Na zjazdach droga była potwornie dziurawa i złapałem gumę. Nasza forma cały czas idzie w górę, brakuje jeszcze trochę na decydujących kilometrach”. Może organizatorzy Grodów zastanowiliby się nad poprawieniem „walimskiego” asfaltu? Bo nie tylko „Czajek”, który uplasował się w generalce na szesnastej pozycji, ale również Vrecer negatywnie ocenili stan polskich dróg. Ofiarą dziur padł kolega z ekipy Czajkowskiego – Paweł Cieślik. Popularny „Cichy” zanotował upadek na pierwszym odcinku, skręcając sobie nadgarstek. Polska rzeczywistość Jedni opuścili Dolny Śląsk w szampańskich nastrojach, inni jeszcze długo będą sobie pluć w brodę, że wybrali się na południowy zachód Polski. O sporym pechu może mówić Legia-Felt, która nie ukończyła wyścigu. Czy legioniści byli za słabi na Grody? Nie, nie mieli się po prostu na czym ścigać. W nocy z 6 na 7 maja, czyli po pierwszym etapie, złodzieje ukradli z busa zaparkowanego przy hotelu w Bolkowie sześć profesjonalnych rowerów oraz kilka kompletów kół! Pozbawiony sprzętu team Marcina Wasiołka był zmuszony udać się w drogę powrotną do stolicy. Straty wyceniono na 152 tys. złotych. Pomoc Legii-Felt zaoferowali Henryk Charucki – zwycięzca Tour de Pologne z 1979 roku – oraz Bank BGŻ Team. Charucki podarował warszawiakom trzy nowe rowery z najwyższej półki, a menadżer Bank BGŻ Team przekazał poszkodowanym pięć kompletów kół. Tegoroczna edycja Grodów przeszła już do historii. Co z niej zapamiętamy? Zaskakującego zwycięzcę Vrecera, walczący CCC Polsat, pechowców z Legii-Felt. Oraz Jacka Morajko, który w Walimiu zamiast po krótkim odcinku brukowym jechał po w miarę równym… chodniku. Wyścig Szlakiem Grodów Piastowskich ma wiele oblicz. Kolejne odkryje za rok.

top 3

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach