Rowerowa masakraw wielkim stylu

Jeśli ktoś mówi ci – „Chcesz tego spróbować? Powodzenia!” – powinieneś mieć się na baczności. Nastaw się na najgorsze, a potem pomnóż to jeszcze razy dziesięć i miej świadomość, że i tak będzie gorzej. Broń Boże, nie namawiaj do tego swojej drugiej połówki, bo wasz związek może nie przetrwać próby. O czym mowa? O wyścigu, w którym dotarcie do mety jest tylko jednym z celów i to nie najważniejszym…

Za najtrudniejszy wyścig na świecie uchodzi szosowe Tour de France, w którym kolarze przez trzy tygodnie pokonują ponad 3000 km. Jak mają się jednak podobne stwierdzenia do imprezy, która trwa od stycznia do maja, gdzie przejeżdża się prawie 12 000 km? Mowa tu o Tour d’Afrique, czyli jednej z szeregu imprez, w których sportowe wyzwania mieszają się z indianajonesowską przygodą. Tour d’Afrique jest najdłuższy, a jednak wcale nie najtrudniejszy. Akurat na tym kontynencie zbyt wielu gór nie ma, więc odległość rozłożona na tak długi czas jazdy staje się znośniejsza. Na szczęście, bo strach pomyśleć, jak musiałaby wyglądać, gdyby proporcjonalnie do długości impreza naszpikowana była podjazdami, w stosunku takim, jak najsłynniejszy i najstarszy wyścig tego typu, czli Transalp Challange. W tegorocznym Transalpie zawodnicy mieli do pokonania „tylko” 662 km, ale aż 22 455 m przewyższeń…

W poszukiwaniu zaginionej sztycy

W 1998 wydawca niemieckiego Bike’a wpadł na pomysł zorganizowania imprezy, która połączyłaby przeprawę przez Alpy z wyścigiem na czas. Założenia od początku były ambitne, a pomysł szalony, ponieważ obok czysto sportowej rywalizacji wnosił ze sobą idee nie do końca zgodne z pośpiechem, między innymi wymóg startu parami. Poza tym kto widział wyścig kolarski, gdzie rowery niejednokrotnie pcha się pod górę, niesie na plecach, ciągnie po śniegu, spławia przez górskie strumienie? Trasa także od początku bardziej przypominała wysokogórską wyprawę niż typowe ściganie, bowiem organizatorzy uparli się, że naszpikują ją trudnościami. Dość powiedzieć, że w tym sezonie do pokonania było aż 17 alpejskich przełęczy… Błyskawicznie, na przestrzeni zaledwie kilku lat, Transalp stał się imprezą kultową, o zwycięstwo w której walczą najlepsi zawodnicy na świecie, choć oczywiście o jedno z miejsc starać się może każdy. Pierwotnie liczba startujących ograniczona była przy tym w roku 2004 do 500 par, a i ta pula została wyczerpana już w miesiąc po rozpoczęciu zapisów! Ostatecznie na starcie stanęło 555 par, czyli 1110 zawodników z 27 państw (nie zawsze wytrenowanych), którzy ścigali się przez cztery państwa z Mittenwaldu w Niemczech do Riva del Garda w słonecznej Italii. Najstarszy zawodnik miał 66 lat, najmłodszy 18, a z ogólnej liczby 1003 mężczyzn i 107 kobiet powstały 332 teamy męskie, 129 masterskich, 13 damskich i 81 mieszanych. O znaczeniu imprezy świadczy jednak przede wszystkim nie liczba a jakość startujących. Pojawiło się mnóstwo sław… Jako jeden team wystąpili – rekordzista w liczbie zwycięstw w pucharze świata, mistrz świata w maratonie i trzykrotny zdobywca pucharu świata Thomas Frischknecht oraz mountainbike’owa legenda – Tom Ritchey. Konkurowali m.in. z trzykrotnym zwycięzcą Transalpu, olimpijczykiem z Aten, Carstenem Bresserem i Bartem Brentjensem, pierwszym na światowej liście rankingowej MTB. Na zwycięstwo chrapkę mieli też tacy specjaliści, jak team złożony z Karla Platta (wygrana w TransRockies Challenge) i seryjnego zwycięzcy maratonów Manniego Heymansa z… Namibii. Oczywiście, ci, którzy walczą o miejsca na podium, są w tym wyścigu ważni, ale nie mniej istotni wydają się startujący wyłącznie po to, by osiągnąć cel, amatorzy. Wielu zarażonych wirusem traktuje to jako osobiste wyzwanie, a ucieczkę przed „czerwoną latarnią”, wiezioną już tradycyjnie przed freeridera Holgera Meyera, przyjmują ze stoickim spokojem. Zdarzają się także tacy, którzy przygotowując formę, przejeżdżają 20 000 km… ale samochodem, a na starcie pojawiają się zaledwie po 120 km w siodle. Obok tych, którzy odżywiają się żelami energetycznymi, są też na trasie ci, którzy preferują… piwo. Ich czasy przejazdów i przeżycia są nieporównywalne, ale uczestniczą w tym samym wyścigu. Wyścigu? Raczej micie, który wszystkich elektryzuje jednakowo. Tegoroczną ciekawostką był start w imprezie niemieckiej kadry narodowej MTB, która w ten sposób przygotowywała się do olimpiady. Jechali, będąc nieustannie pod opieką lekarza kadry, a cel był jeden – trenowanie „wytrzymałości typowej dla ścigania”. Prowadzenie w klasyfikacjach różnych kategorii traktowane było przy tym jako miły dodatek. Trudno jednak dziwić się wynikom, skoro zawodnicy korzystali między innymi z najnowszej generacji odbiorników GPS (wielkości sporego zegarka), rejestrujących nie tylko trasę wraz z przewyższeniami, ale też prędkość, tętno i moc kadrowiczów. Wszystko każdego dnia było przerzucane do komputera i tam analizowane. Prawdziwa Formuła 1! A propos zamykających… Jeśli taktyka zakłada tylko ukończenie wyścigu, niekiedy więcej idzie się, niż jedzie. Wprawdzie także w tej grupie zdarza się użycie pulsometrów, ale raczej tylko po to, by w razie przekroczenia 160 uderzeń na minutę gwałtownie nacisnąć na hamulce. Brak kondycji ma przy tym swoje zalety, bo ostatnie miejsce na mecie i brak pośpiechu oznaczają też ominięcie tłoku do masażysty, stołówki, prysznica na mecie. Zresztą, jeśli ktoś pracuje 60 godzin w tygodniu, trudno jest mu równocześnie przygotowywać się do imprezy. To właśnie z tych ostatnich rzędów najlepiej widać, że Transalp jest nie tylko wyścigiem, ale prawdziwą próbą charakteru. Wspomniany już wcześniej Holger Meyer mógłby godzinami wspominać, co widział. Ból, euforię, agresję, zwątpienie, bohaterstwo! Nie raz musiał być już nie tylko ratownikiem, ale też mechanikiem, trenerem, a nawet doradcą małżeńskim. Dalej chcecie spróbować?

W szponach krokodyla Dundee

Wyścig Crocodile-Trophy, według jego organizatora, Gerharda Schoenbachera, ma być „brutalny niczym Tour de France i pełen akcji niczym rajd Paryż-Dakar”. Ten Austriak dobrze wie, o czym mówi. Sam startował na szosie i dotąd nie uznaje innych typów rowerów, co nie przeszkodziło mu zorganizować cyklicznej imprezy dla „górali”… w Australii. Jest to po prostu kilkanaście etapów jazdy przez pustkowia, dające w sumie 1600 km, ze spaniem w namiotach i gotowaniem na kuchni polowej. To jednak nie oddaje smaczku imprezy, w której jednym z założeń jest „przygoda”, oznaczająca najczęściej mniej lub bardziej przyjemne niespodzianki organizacyjne, w stylu braku oznakowania trasy czy przesunięcia mety o 25 km dalej, niż pierwotnie przewidywano. Transalp jest trudny, ale to Crocodile-Trophy uchodzi za najbardziej morderczy wyścig MTB na świecie, nie tylko ze względu na temperatury w okolicach 40°C. Długie etapy odznaczają się monotonią prostych jak strzała dróg, dochodzi do tego piach, naprawdę dużo piachu… i kurz, uniemożliwiający oddychanie. No i słynne „Road Corrugations”, czyli drogi przypominające tarkę, ukształtowane przez wiatr, deszcz i koła samochodów. W ich przypadku bezsilna jest amortyzacja, także opony nie dają rady, bo w obawie przed przebiciami zawodnicy pompują je do 5 atmosfer. Najpóźniej po trzech dniach wszyscy cierpią na stały rozstrój żołądka i mają dolną część pleców poobcieraną do krwi. Także dlatego, ale też ze zwykłych powodów finansowych (koszty wraz z podróżą siegają 5000 euro), liczba startujących nie może się równać z innymi, podobnymi imprezami – najczęściej jest to kilkadziesiąt osób. Za to na trasie spotkać można prawdziwych twardzieli, którzy zmówili się, że w momencie, gdy skończyły się już góry do zdobycia i lądy do odkrycia, tutaj będą mogli wykazać się prawdziwym hartem ducha. Do legendy przeszli np. Jaap Viergever, który zdążył m.in. uczestniczyć już w Giro d’Italia amatorów, a na starcie pojawia się rokrocznie z całym sztabem pomocników (zwyciężył w Crocodile-Trophy dwa razy), albo Sigi Pirker, były kulturysta, który na rowerze jeździ „tylko dla przyjemności”, dlatego też pewnego razu pokonał 723 km i 10 000 m przewyższeń w 39 godzin non stop. Zdarzają się też goście zupełnie egzotyczni, jak Szkot Malcom Alesi, który w 2001, 9 miesięcy po zakupie pierwszego roweru, przyjechał do Australii z myślą nazbierania pieniędzy na fundację dobroczynną. Żaden z jego kumpli i znajomych nie wierzył, że da radę, dlatego też płacili za każdy przejechany kilometr. Tym samym dołączył do grona oryginałów, jakich wielu pokonało wyczerpującą trasę. Niestety, także tu dociera marketing i pieniądz. Pierwsze miejsca rezerwowane są dla zawodowców. Jeśli marzycie o wygranej, powinniście mieć już na koncie naprawdę sporo kilometrów i bogatego sponsora – inaczej się nie da. Uwaga, przeciętne tempo czołówki nie spada poniżej 30 km/h, tych ludzi nic nie jest w stanie powstrzymać.

Świątynia nieprawdopodobieństwa

Wróćmy jednak do Tour d’Afrique. Tej imprezie trudno odmówić miana najdłuższej. Tylko czy jest to jeszcze wyścig? Całość trwa tyle, niemal pół roku, że w międzyczasie przewidziano małe wakacje – 20 dni przerwy (chętni mogą podzielić pauzę na mniejsze części). Trasa prowadzi przez cały kontynent, z Kairu do Cape Town. Aż trudno uwierzyć, że komuś chce się aż tyle czasu poświęcić na jedną imprezę, a z drugiej strony być może to prawdziwa przygoda? Afrykę zobaczyć można z bliska! „Afryka ma historię wyścigów szosowych, ale czegoś takiego nie widziała”, „Niesamowity wyścig, zawodnicy przejechali przez kontynent, który ma tym więcej do pokazania, im wolniej się jedzie.”, „Najcięższy i najdłuższy wyścig wszechczasów” albo „Afrykański epos”. Tu akurat sam start jest o wiele łatwiejszy, bowiem poza samozaparciem wymagania organizatorów są niewielkie. Wskazana jest wytrzymałość psychiczna i fizyczna. Tyle, aż tyle. Organizatorzy podsuwają listę rzeczy, jakie warto zabrać – rower, namiot, śpiwór, ubrania. Baczniejszą uwagę zwracają wyłącznie na transport wody, powinno być jej co najmniej 4 l dziennie. Jeśli ktoś jest zainteresowany, powinien być też przyzwyczajony do porannego wstawania, bowiem codziennie wyrusza się o 7.30 i jedzie cały dzień. Fakt, że imprezę można potraktować w zupełnie inny sposób, pokazali Kanadyjczycy, którzy wpisali się do Księgi Rekordów Guinessa w kategorii „najszybsze napędzane siłą ludzką pokonanie kontynentu afrykańskiego”. Kategorie są różne, do wyboru do koloru – począwszy od indywidualnych wyczynowych, po turystyczne. Jechać mogą teamy, a wystartować da się tylko w części trasy. Na koniec informacja dla tych, którzy lubią zwiedzanie, ono także jest w programie. Obok zabytków, stoki Kilimandżaro. Cena, zważywszy długość trwania imprezy, rozsądna – 8000 USD, łącznie z wyżywieniem i transportem bagażu. Gwóźdź programu – opłata idzie częściowo na konto fundacji zajmującej się popularyzacją rowerów w Afryce. Pomożecie?

Polskie drogi

Jak donoszą zaprzyjaźnieni organizatorzy największego cyklu maratonów w Polsce, kolejny rok zaskoczy nas dużym wyścigiem wieloetapowym o charakterze przygodowym, wzorowanym na Transalp Challange. Planowane są 4 etapy i dystans ok. 350 km. Miejsce – Kotlina Jeleniogórska i okolice. Impreza jest jednak na etapie wstępnego planowania, nie podajemy więc ani terminu, ani „konkretnego” miejsca. Możecie o tym nie wiedzieć, ale mamy w naszym pięknym kraju od jakiegoś czasu podobną imprezę. Jest nią TransCarpatia. Jak donosi organizator – „Jest to siedmioetapowy, epicki megamaraton przez drogi, ścieżki i bezdroża. Setki kilometrów rowerowej włóczęgi nie będą tylko konfrontacją z rywalami i walką z własnymi słabościami. TransCarpatia wiedzie przez dwa rezerwaty biosfery, w pobliżu trzech parków krajobrazowych i aż pięciu parków narodowych, zachowujących unikalne walory karpackiej przyrody. To ostatnie miejsce w Europie, w którym podziwiać można relikty prawdziwej puszczy i unikalny folklor kilku kultur zamieszkujących te ziemie. To tu zrodzą się nierozerwalne przyjaźnie i niezapomniane wspomnienia. To tu poznasz definicję epickiej wyprawy i prawdziwej górskiej przygody. A teraz weź mapę Polski… Znajdź Zakopane i Ustrzyki Dolne. Uruchom swoją wyobraźnię i uwierz, że ten dystans można pokonać rowerem. Czy podejmiesz wyzwanie?” Tegoroczna edycja miała nieliczną, aczkolwiek już międzynarodową obsadę (zabrakło jedynie księcia Drakuli). Wiele wskazuje na to, że w roku przyszłym odbędzie się kolejna (prawdopodobnie w dniach 20-26 sierpnia). Zainteresowanych odsyłamy na stronę www.transcarpatia.org. Cóż, moda dociera także do Polski. Wszystkich „zarażonych” odsyłamy więc do przewodnika po imprezach (na kolejnych stronach). Wystarczy wybrać czas i miejsce, a wybór jest spory. Wiele wyścigów z przygodami rozgrywanych jest naprawdę blisko. Wystarczy tylko wygrać w totka, zamienić złotówki na euro, odłożyć je na konto, żeby na nas (i naszą emeryturę) pracowały odsetki, a potem można już cały Boży rok kręcić z jednego na drugi kontynent. Powodzenia…

top 3

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach