Świat jest ciekawy

Michał Sałaban dużo podróżuje. Był z plecakiem m.in. w Indiach, Nepalu, północnej Afryce i Iranie. Podróż rowerową odbył tylko jedną, ale za to porządną: przez półtora roku pokonał 30 tys. km, jadąc z Przylądka Północnego w Norwegii do najbardziej wysuniętego na południe miejsca w Afryce. Poprosiliśmy, by nam o tym opowiedział.

Rozmawiał: Borys Aleksy. Zdjęcia: Michał Sałaban

Wywiad_Michal_Salaban

Borys Aleksy : Jesteś doświadczonym podróżnikiem, który na rower przesiadł się dopiero w pewnym momencie. Co o tym zadecydowało?

Michał Sałaban : Od kilkunastu lat wszędzie jeżdżę na rowerze. Zima, lato, bez przerwy. Ale nigdy nie zaświtała mi w głowie chęć dalekiego podróżowania na rowerze. Wydawało mi się to skomplikowane – odstraszała mnie zwłaszcza myśl o pakowaniu wszystkiego na rower i ewentualnych problemach ze sprzętem. Ale tak się złożyło, że w pewnym momencie wyjechałem ponownie do Iranu i spędziłem pięć miesięcy w Teheranie, a to jest o tyle ciekawe miejsce, że można w nim spotkać wszystkich podróżników rowerowych, którzy zmierzają w głąb Azji. Jako że mieszkałem w hostelu w centrum Teheranu, miałem możliwość poznać wiele takich osób. Któregoś dnia zjawili się Ania i Robb Maciągowie – znani podróżnicy rowerowi, którzy byli w trakcie wyprawy Jedwabnym Szlakiem do Chin. To oni mnie ostatecznie przekonali, że podróżowanie rowerem nie jest żadną filozofią. Pierwszą rzeczą, którą zrobiłem po powrocie do Polski, było dokupienie do roweru bagażnika i dwóch sakw, a następnie wybranie się na tygodniową wycieczkę dookoła Kotliny Kłodzkiej. To był koniec września i, szczerze mówiąc, deszcz przegonił mnie po tygodniu, ale już wiedziałem, że to jest to – i że trzeba będzie teraz wybrać się gdzieś dalej (i na długo).

B.A.: I to „dalej” oznaczało od razu przejazd z Norwegii do RPA?

M.S.: Tak. Jeszcze będąc w Teheranie, zacząłem czytać blogi i fora podróżnicze – i taki sobie plan wymyśliłem. Złożyło się też, że moi rodzice żeglowali właśnie po norweskich fiordach. Napisałem maila, w którym przedstawiłem plan wyprawy, z pytaniem, czy nie moglibyśmy się tam spotkać, bo nie widzieliśmy się już rok. Normalni rodzice pewnie złapaliby się za głowę. Oni spytali tylko – „Kiedy?”. Kupiłem więc bilet i znalazłem się w Norwegii. Zapakowałem się na jacht rodziców, opłynęliśmy razem Nordkapp, wysiadłem – i ruszyłem na południe.

B.A.: Czyli pęd ku podróżowaniu masz po rodzicach?

M.S.: Tak – oni zawsze żyli w ten sposób. Na pewno zarazili mnie biwakowaniem, gdy byłem mały – tylko tak spędzaliśmy wakacje. Wychowałem się pod namiotem. To było dla mnie zupełnie naturalne – stawianie własnego domu tam, gdzie chcę.

B.A.: Przejechałeś olbrzymi dystans. Jak duże odcinki pokonywałeś każdego dnia?

M.S.: Maksymalnie przejechałem 193 km na pięknej pustynnej trasie w Syrii – z wiatrem w plecy, przy świetle księżyca. Średnia z całego wyjazdu to nieco ponad 50 km dziennie. Wliczam w to długie przerwy na Zanzibarze i w Egipcie. Realne dystanse wynosiły na co dzień ok. 70 km.

B.A.: Czyli plan raczej spokojny?

M.S.: To było jedno z głównych założeń wyprawy – nie mam biletu powrotnego, nie muszę się nigdzie spieszyć, skupiam się wyłącznie na podróży. Całość planowałem jedynie pod kątem zgrania trasy ze zmianami pór roku. Bo to jest największe ograniczenie, z którym trzeba się liczyć. Słyszałem wprawdzie o ludziach jeżdżących przez wschodnią Turcję zimą, ale Sudanu latem chyba nikt nie byłby w stanie wytrzymać. Ja jechałem w lutym i marcu – już było strasznie.

B.A.: Musiałeś zabezpieczyć się finansowo na kilkanaście miesięcy. Ile kosztował cię cały wyjazd?

M.S.: Przeznaczyłem na niego oszczędności z pracy za granicą. Całość kosztowała mnie ok. 6000 €, czyli śmiesznie mało, jeśli podzielić to na 19 miesięcy. Podróże rowerowe są tanie – tak naprawdę najtrudniej jest zarezerwować sobie odpowiednią ilość czasu. Ja pracuję jako freelancer, więc po prostu zawiesiłem działalność na ten okres i poprosiłem wszystkich, żeby nie dzwonili do mnie przez najbliższe dwa lata.

B.A.: Czy to była podróż, którą w jakiś sposób planowałeś od dawna?

M.S.: Afryka nigdy mnie szczególnie nie pociągała i nie myślałem o tym wcześniej niż pół roku przed wyjazdem. Prawdę mówiąc to, co poznałem na miejscu, i tak bardzo odbiegało od wszystkiego, co wcześniej przeczytałem. Afryka najbardziej zaskoczyła mnie tym, że życie w niej bardzo niewiele różni się od tego w Europie. Ludzie mają dostęp do podobnych środków technicznych. Oczywiście jest dużo głębokiej biedy na wsi, wiele osób mieszka w lepiankach – ale w tym klimacie nie jest to też żaden większy problem. Generalnie Afryka rządzi się już od lat sama, a europejski „kompleks kolonizatorów” można już sobie darować. Wciąż są miejsca, gdzie panuje korupcja i rozkład, ale w wielu krajach po prostu toczy się normalne życie.

B.A.: Samotna podróż przez ten kontynent może wydawać się niebezpieczna. Szukasz w życiu ryzyka?

M.S.: Trochę tak jest, że jeśli coś jest pewne i bezpieczne, to przestaje być pociągające. Ale oczywiście się boję. Parę razy oberwałem, okradli mnie. Pierwszy raz – na Ukrainie, potem w Egipcie – wyskoczyli z kałachem i kazali oddać, co miałem w kieszeniach. Do tego drobne kradzieże w Etiopii, ale tego się tam nie da uniknąć. Natomiast dalej, w Czarnej Afryce – od Kenii na południe – nie miałem w ogóle takich sytuacji. No, poza Ugandą, gdzie ukradziono nam rower (Michał niektóre części trasy przejechał w towarzystwie innych podróżników – red.), ale odzyskaliśmy go dwa dni później. Wschodnia Afryka jest teraz bezpieczna – myślę, że znacznie bardziej niż np. były ZSRR.

B.A.: Po drodze słyszałeś pewnie przynajmniej setkę języków. Jak radziłeś sobie z komunikacją?

M.S.: W większości państw dobrze sprawdzał się angielski. Najgorzej było na tureckiej prowincji – podobnie jak w Rumunii i Bułgarii, ale tam rozmawiałem po hiszpańsku i polsku. W Afryce też jest oczywiście różnie, bo w Kenii wszyscy władają biegle angielskim, a np. w Tanzanii bez podstaw suahili trudno sobie poradzić.

B.A.: Rozumiem, że je poznałeś?

M.S.: Tylko podstawy. Z każdego języka lokalnego zresztą starałem się poznać przynajmniej słowo „dziękuję”, a potem podstawowe liczebniki – żeby dogadać się w najważniejszych kwestiach. Przed wyjazdem zrobiłem też kurs arabskiego, który chciałem poznać tak czy inaczej, bo fascynuje mnie cały rejon opanowany przez tę kulturę. Poza tym przydała mi się chociażby znajomość alfabetu – do dziś pamiętam miny egipskich cwaniaków, którzy chcieli mi policzyć więcej za obiad, a ja pokazałem im rzeczywistą cenę w menu. Inna sprawa, że arabski w krajach afrykańskich różni się od tego używanego na Półwyspie Arabskim, więc po przyjechaniu z Syrii i Jordanii do Egiptu miałem problem, by dogadać się z ludźmi. Później, po kilku miesiącach w Egipcie i Sudanie, natrafiłem w Etiopii na człowieka znającego klasyczny arabski – on z kolei nie mógł zrozumieć, co mówię, bo nabrałem już nawyków z dwóch poprzednich krajów.

B.A.: Co zabiera się do sakw, wyruszając w półtoraroczną podróż?

M.S.: Cóż ja tam mogłem mieć? Narzędzia rowerowe, kuchenkę, śpiwór, namiot, karimatę, ubrania, szczoteczkę do zębów i pół sakwy książek – tego błędu nie powtórzę, kupiłem już czytnik. Nie trzeba nic więcej. No, może jeszcze dodatkowo sprzęt fotograficzny i laptop do pisania bloga.

B.A.: Często miałeś dostęp do internetu?

M.S.: W Afryce jest to banalnie proste – po prostu kupuje się kartę SIM i wkłada do modemu. W Kenii mają najlepszy internet bezprzewodowy, jaki w życiu widziałem – szybki i dostępny w środku buszu. W RPA, uważanej za bardziej rozwinięty kraj, było pod tym względem dużo gorzej. W Sudanie natomiast sieć NTN oferuje tanie rozmowy z zagranicą. Można godzinę rozmawiać z Polską za niewielkie pieniądze.

B.A.: Skoro mówisz o kontakcie z krajem– jak radziłeś sobie z samotnością przez tak długi czas?

M.S.: Lubię być sam i nie nudzi mi się to zbyt szybko. Oczywiście po dłuższym okresie samotności człowiek zaczyna szukać towarzystwa. Nie ma wtedy nic lepszego niż spotkać kogoś jadącego w tym samym kierunku – co, rzecz jasna, zdarza się znacznie rzadziej niż mijanie ludzi jadących z naprzeciwka. Miałem kilka takich spotkań i w efekcie sporą część dystansu pokonałem wspólnie z kimś innym.

B.A.: Na jakim rowerze jeździ się na tak długie wyprawy?

M.S.: Kupiłem starego, stalowego Wheelera, w którym wymieniłem kilka części. Wszystko dobrze się sprawdziło, w Egipcie wymieniłem tylko obręcze w obu kołach, bo źle dobrane klocki hamulcowe dosłownie mi je zżarły i musiałem poprosić o dosłanie nowych z Polski. Jechałem na dwa łańcuchy, które wymieniałem co 2 tys. km, raz zmieniłem kasetę, a pod koniec wyprawy, w Zimbabwe – środkową tarczę w korbie. I na własnej skórze odczułem zalety stalowych ram pod względem łatwości ewentualnych napraw – gdy w Sudanie odpadło mi mocowanie bagażnika, chłopaki z warsztatu samochodowego w Chartumie przylutowali mi je mosiądzem w 20 min. Specjalnie na wyprawę kupiłem dobre żelowe siodełko, które… zaczęło się rozlatywać już w Rumunii. W Stambule zastąpiłem je najtańszym piankowym siodłem, które dojechało ze mną do końca wyprawy.

B.A.: Stosowałeś specjalny ubiór rowerowy?

M.S.: Nie, jeździłem w normalnych ciuchach. Umówmy się – jeśli się człowiek ubierze w kolorową lajkrę, to nikt go nie będzie brał na poważnie. Nie mówiąc już o krajach muzułmańskich, gdzie krótkie spodnie mogą się spotkać nawet z agresją. Inaczej jest tylko w Etiopii, gdzie mężczyźni właśnie noszą krótkie spodnie. Miałem niewiele ubrań, bo zbytnio ich nie potrzebowałem. W Afryce nosi się je tylko po to, żeby ochronić się przed słońcem. Gdybym jechał w chłodniejsze kraje, przygotowałbym się inaczej. Tu wystarczą spodnie i koszulki syntetyczne.

B.A.: Jak nocowałeś?

M.S.: Najczęściej na dziko pod namiotem, czasami korzystałem z płatnych noclegów, często z Warm Showers, czyli społeczności podróżników rowerowych i gospodarzy oferujących noclegi dla nich. Np. u Kerema w Stambule – to znana postać, przyjmuje wszystkich rowerzystów, którzy się zmieszczą w jego domu.

B.A.: Czy są chwile, które wspominasz najlepiej z całej wyprawy?

M.S.: Przejechanie Sahary było jednym z najpiękniejszych momentów. Noce są niesamowite, z olbrzymią liczba gwiazd. Doświadczenie wielkiej przestrzeni i samotności. Często zasypiałem pod gołym niebem, patrząc w gwiazdy. Coś wspaniałego.

B.A.: Jak bardzo wymagająca jest jazda przez pustynię?

M.S.: Nie jest to łatwe nawet w chłodniejszych miesiącach. Dodatkową trudnością są dobowe zmiany temperatury. Pod tym względem gorszy jest jednak Półwysep Synaj, gdzie temperatura w nocy spada do -10 stopni – raz to zaliczyłem.

B.A.: Mówisz, że spałeś pod gołym niebem. Nie bałeś się dzikiej afrykańskiej przyrody?

M.S.: Pierwszego żywego, nieprzejechanego przez auta węża zobaczyłem w RPA, choć często mnie przed nimi przestrzegano. Skorpiony spotkałem dwa – schowane pod kamieniem w gaju oliwnym w Syrii. Poza tym… tak naprawdę większość dzikich zwierząt w Afryce została wybita i żeby je spotkać, trzeba być w pobliżu parków narodowych. Raz z Michałem nocowaliśmy nielegalnie w takim parku. Przez pomyłkę tuż obok wodopoju, więc w nocy pojawiły się słonie i lwy, a my skuliliśmy się w namiocie. Michał siedział z nożem w ręku do rana. Słonie spotykałem jeszcze w Botswanie, gdzie jest ich więcej niż u nas krów. Poza tym antylopy, pawiany, zebry. Nie spotkałem ani jednego hipopotama ani krokodyla.

B.A.: A robactwo i choroby?

M.S.: To jest osobna historia. Trzeba uważać na wiele rzeczy, zwłaszcza na olbrzymie mrówki – zżerają wszystko, co napotkają i wszyscy się ich boją. Oczywiście komary, bo przenoszą malarię, ale to była pestka wobec tego, co dzieje się latem we Wrocławiu. Jeśli chodzi o komary zresztą, to najgorsza była Estonia. Generalnie nie było źle. Raz mnie ugryzła mrówka i ręka mi mocno spuchła. Pomogła zwykła tabletka przeciwalergiczna – w ogóle warto je ze sobą zabrać w taką podróż.

B.A.: Dużo mówimy o Afryce, a przecież ty, zanim tam dotarłeś, przejechałeś trasę, którą niejeden podróżnik traktowałby jak wyprawę życia – powiedzmy, z Norwegii do Stambułu. Jak wspominasz ten etap?

M.S.: Bardzo podobała mi się Finlandia, pełna niesamowitych pagórków i jezior. Miałem tam dobrą pogodę i ciągle się w nich kąpałem. Pięknym krajem jest też Rumunia, którą przejechałem od północy przez Maramuresz i Bukowinę, z kulminacją na Szosie Transfogaraskiej. Ciekawą rzecz zaobserwowałem w Bułgarii – nastąpiła tam wymiana ludności. Bułgarzy pracują w Wielkiej Brytanii, a Brytyjczycy tanio kupują domy nad pięknym Morzem Czarnym. W niektórych wioskach wchodziłem do baru, a tam wszyscy mówili po angielsku.

B.A.: Który kraj był najlepszy pod względem rowerowym?

M.S.: Turcja. Niczym się niby nie wyróżnia, ale całokształt – idealny. Świetne drogi, ciekawe krajobrazy i bardzo gościnni ludzie. Darmowa herbata na stacjach benzynowych i wspaniała kuchnia, łącząca smaki ze wszystkich stron świata. Turcja to jedna wielka uczta.

Po Turcji była Syria.

Wielka gościnność. Już na wjeździe do kraju usłyszałem: – Rewizja osobista. Proszę pokazać paszport, wizę i wyciągnąć wszystko z bagażu. Kawę życzy pan sobie z cukrem czy bez? Dalej było tylko lepiej – ludzie mnie dosłownie ściągali z roweru i zapraszali na obiad. Czasami miałem problem, bo jadłem trzy jednego dnia i nie umiałem wytłumaczyć, że już więcej nie dam rady. Byłem tam jeszcze przed wojną domową, poznałem kraj w normalnych warunkach.

B.A.: Możesz opisać pokrótce kolejne kraje?

M.S.: 

• Jordania – piękny kraj, z urozmaiconą rzeźbą terenu. Miałem tam słabą pogodę, strasznie lało. Ludzie też bardzo otwarci, gościnni. Tam zostałem „porwany przez fanatyków religijnych”. Brodaci panowie zaprosili mnie na lunch, potem pokazali meczet. Coś w rodzaju kółka religijnego, zajmującego się modlitwą i jedzeniem przygotowanym przez żony. Bardzo mili.

• Egipt – ten kraj wzbudza moje najbardziej mieszane uczucia. Większość ludzi bardzo życzliwa, ale też wielu cwaniaków próbujących naciągać turystów. Tam też mnie okradli, a z drugiej strony – ktoś inny od razu mi pomógł. Kair jest niesamowitym miastem, można by je poznawać przez lata.

• Sudan – męczący i piękny przejazd przez pustynię. Odpoczynek w Chartumie – świetnie się tam czułem. To jedyne afrykańskie miasto, w którym nie bałem się wyjść w nocy.

• Etiopia – źle ją wspominam. Ludzie nagminnie tam żebrzą – wszyscy, od dzieci po nauczycieli. Z czasem to się stało nie do zniesienia. Poza tym mają ubogą kuchnię. Z drugiej strony to kraj żyjący w znacznej izolacji od świata, przez to ciekawy i niepowtarzalny, a jednocześnie bardzo zacofany.

• Kenia – to w zasadzie dwa kraje. Bezludna północ, gdzie po raz pierwszy musiałem skorzystać z samochodu, bo było zbyt niebezpiecznie, i południe z kwitnącym kapitalizmem, rozwijającą się gospodarką i przedsiębiorczymi ludźmi. Nairobi wygląda jak nowoczesne europejskie miasto. Jednocześnie panuje korupcja i przestępczość.

• Uganda – dla mnie numer jeden w całej Afryce. Zielono, spokojnie, pięknie.

• Rwanda – przeludniona, pełna żebraków. Tam już nauczyłem się jednak, że trzeba ich gonić kijem. Kij to w Afryce władza, po prostu automatycznie wzbudza szacunek – przynajmniej na tę krótką chwilę, która jest potrzebna, by znaleźć się gdzieś dalej.

• Burundi – genialne jezioro Tanganika. Zero turystów, szokowaliśmy tam wszystkich. Niby najbiedniejszy kraj w Afryce, ale spotkałem tam dużo wykształconych, kulturalnych ludzi.

• Tanzania – objechałem ją prawie całą, bo przez problemy z wizą musiałem zmienić trasę. Spokojny, nieznający wojen kraj. Trochę jak Kenia, ale w wariancie socjalistycznym. Tam też odwiedziłem piękne wyspy: turystyczny Zanzibar i urokliwą Pembę.

• Zambia – rowerowo absolutna nuda, busz i płasko. Za to ludzie bardzo pokojowi – oni też nie przeżywali wojen, to czuć.

• Zimbabwe – świetny kraj, chciałbym tam jeszcze wrócić w jakiejś ciekawszej porze roku. Wschód jest bardzo ciekawy, z parkami narodowymi i górami – tam nie miałem możliwości pojechać, a myślę, że warto.

• Botswana – można tam medytować. Jazda jak po stole, a od pewnego momentu wszystko ogrodzone, więc nawet nie ma jak uciec z tego asfaltu. Tylko słonie są jakimś urozmaiceniem. Generalnie straszna nuda, przy pierwszej okazji uciekłem do RPA.

• RPA – najbardziej przypomina Europę. Sporo drutu kolczastego okalającego prywatne posiadłości, ale w rzeczywistości duża gościnność ludzi. Sporo Polaków, co również jest ułatwieniem. Tam zakończyłem podróż i wsiadłem w samolot. Na trzy dni przed Wigilią, bez uprzedzenia, zjawiłem się niepostrzeżenie w domu.

B.A.: Czy po tak długiej podróży planujesz następne, czy może była ona wystarczająco intensywna, by więcej nie wracać na rower?

M.S.: Świat jest ciekawy, dlatego odkładam pieniądze na kolejne wyjazdy. Zawsze pociągała mnie Azja, zwłaszcza Pakistan. Dodatkowo Azja Środkowa, Afganistan, Tadżykistan. Jak tylko pojawi się możliwość, chciałbym odwiedzić te kraje. A jazda rowerem mi się nie znudziła. Oczywiście podczas wyprawy były momenty, gdy potrzebowałem odpoczynku, ale generalnie codzienne pedałowanie weszło mi w krew. Jak w każdej dziedzinie życia, zdarzały się momenty znużenia. Był na to jeden sposób – szybciej zakręcić i dojechać tam, gdzie jest ciekawiej.

Wywiad_Michal_Salaban2

top 3

Czytaj więcej

10 dni do Pucharu Świata w kolarstwie torowym Pruszków 2017

Czytaj więcej
Czytaj więcej

Przełaje – Masłońskie – galeria zdjęć

Czytaj więcej

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach