Szymonbike

Wywiad z najbardziej kontrowersyjnym kolarskim blogerem w Polsce.

Rozprawy o właściwej długości kolarskiej skarpety dały mu popularność, fotki nóg wyciągniętych na tle hiszpańskiego nieba przysporzyły wrogów. Ma niepowtarzalny styl i pisze o kolarstwie, jak nikt tego wcześniej w Polsce nie robił. Na jego internetowy wizerunek składa się wiele kontrowersyjnych opinii, tworzących, jak można sądzić, obraz coraz mniej związany z rzeczywistością. Spróbowałem poznać prawdziwego Szymonbika.

 

Rozmawiał: Borys Aleksy 

Zdjęcia: Hania Tomasiewicz

 

Zacznijmy od tego, co wszystkich tak bulwersuje. Jesteś bananowym dzieckiem, lanserem, arogantem, na domiar złego z Warszawy…

Zawsze miło mi się czyta te komentarze, z których dowiaduję się, że jestem bogaty, ale gdy sprawdzam konto, rzednie mi mina. Rzeczywiście, temat kasy ciągle się gdzieś w tle przewija, bo podróżuję, mam drogi rower… Ale sprzęt nie jest mój, po prostu go testuję. Pojawiają się też sponsorzy. Znalazłem sobie takie rozwiązanie, inne niż zarabianie na realizację marzeń przez kilka lat – a kiedyś tak robiłem, siedziałem ze słuchawkami w call center i ciułałem. Teraz wszystko przewróciłem do góry nogami. Robię to, co kocham, i, jak się okazuje, to jakoś dobrze działa, wraca do mnie. Myślę, że mam też inne podejście do wydawania pieniędzy.

 

Ale powiedzmy sobie szczerze, przeciętnego obywatela nie stać na beztroskie jeżdżenie rowerem przez pół roku w Hiszpanii. Więc chyba jednak jesteś bananem.

Mnie tak samo stać na tę Hiszpanię jak innych, by mieszkać tam, gdzie mieszkają. Po prostu nie przywiązałem się w żaden sposób do Warszawy czy Krościenka nad Dunajcem, gdzie spędziłem dzieciństwo. „Życie w Hiszpanii” sprowadza się do wynajęcia tam mieszkania. W Warszawie musiałbym zrobić to samo. Dodatkowo, jadąc tam, mam możliwość dorobienia, trafiają mi się co jakiś czas zlecenia, choćby napisanie artykułu do „MR”.

Jeśli rzeczywiście muszę się teraz publicznie rozliczyć, wygląda to następująco: na życie zarabiam latem w Norwegii, na przykład malując płoty. Myślę, że to fajna recepta na życie – lato spędzam w kraju, który kocham, mogę tam normalnie żyć, jeździć na rowerze. Pracuję fizycznie, co jest świetnym detoksem od internetu, zgiełku miasta. A dzięki zarobionym pieniądzom spokojnie spędzam zimę w Hiszpanii.

 

No dobrze, ale arogancki jesteś, każdy facebookowicz to potwierdzi.

Nie wiem, o co dokładnie chodzi, pewnie o dosadny styl pisania. Rzeczywiście, staram się wyrażać swoje poglądy wprost, a krytyka nikomu się nie podoba. Czytam dużo książek filozoficznych, zwłaszcza związanych z kulturą dalekowschodnią, a ich autorzy wprost wytykają ludzkie błędy, wyśmiewają przywary i błędne schematy zachowania. W pewnym sensie naśladuję ten styl. Miałkie, poprawne politycznie wypowiedzi to dla mnie strata czasu – choć może bardziej się czasem opłacają. Komplementy może i przyjemniej się czyta, ale co one wnoszą do rzeczywistości? Krytyka jest jakimś motorem do działania, samodoskonalenia.

 

A ta nuta wyższości, z którą odnosisz się do „typowego mastersa”?

Wydaje mi się, że na wyobraźnię działają ekstremalne, wyraziste przykłady, może dlatego to, co piszę, może tak brzmieć. Nie mam nigdy nikogo konkretnego na myśli, to raczej przenośnie. Nonsensem byłoby pisać po to, żeby komuś dogryźć. Jeśli jednak ktoś czuje się urażony… może i lepiej, bo to znak, że lektura dała mu do myślenia?

 

Lubisz prowokować ludzi, zyskiwać sobie wrogów? Chciałeś ich skłócić, by zyskać popularność?

Skąd! Ale ze wszystkim tak jest, to są ciemne strony popularności. W internecie – pół biedy, można się pośmiać. Na żywo zwykle ci ludzie spuszczają głowy. Nie ukrywam jednak, że to doszło już do takich rozmiarów, że zdążyło napsuć mi trochę krwi.

Powstało coś śmiesznego, rodzaj barykady. Doszło do tego, że jeśli rozmowa w towarzystwie wchodzi na temat Szymonbajka, trzeba się określić – jesteś za lub przeciw. Absurd, śmieszna wojna, której stawką są lajki na fejsie.

Nie piszę dla zysku czy sławy, chcę raczej innych zainspirować, pomóc. To nie jest tak, że ja to wszystko wymyślam. Na przykład znajduję w książce inspirujące zagadnienie, łącze je w wtedy z kolarstwem i tworzę posta.

 

Jak powstawał Szymonbike?

Próbowałem ostatnio sięgnąć do tego pamięcią, pozbierać w jakąś fajną historię… ale chyba nie było to nic szczególnego. Zacząłem skrobać sobie zwykłego bloga zawodniczego – zawody, pogoda, treningi, generalnie nuda. Ale potem weszły jakieś emocje, zacząłem się rozkręcać, zobaczyłem, że ktoś to czyta, następnie pojawiła się stylówa, podróże, teraz filozofia.

 

A to nie było wszystko po to, żeby finalnie otworzyć sklep ze skarpetkami?

To smutne, jeśli tylko w takim kontekście jest to odbierane. Skarpetki wyszły przez przypadek, nie miałem żadnej strategii. Robienie długookresowych planów mnie odstręcza, to jest domena strasznych nudziarzy. A podobno teraz sztandarowym pytaniem podczas rozmów rekrutacyjnych jest „Co będziesz robił za pięć lat?”.

 

Chciałem ci je zadać…

Zupełnie nie mam celu. Im mniej planów, im mniej wszystko ułożone, tym ciekawiej. Ale muszę przyznać, że teraz porzuciłem ideały i zacząłem nieco planować, bo marzą mi się podróże camperem, które wiążą się z pewnymi przygotowaniami, zakupem auta. W tej chwili jest to więc takie carpe diem na 50%.

 

Wróćmy do sklepu… Nie po to ten blog, żeby robić kasę?

Ostatnio spotykam się z ludźmi zaangażowanymi w biznes, mogę posłuchać ich rozmów. To, o czym mówią, przeraża mnie. Myślenie tylko w kategorii zysku. To nie mój świat. Przy okazji przekonałem się, że prowadzę bloga w kierunku, który nie przyniesie mi pieniędzy.

 

A co by je przyniosło?

Powinienem np. wrócić do stylówy, bo ona wiąże się bezpośrednio z produktami, a na tym najłatwiej zarabiać. Wiem też, że reklamodawcy byliby zadowoleni. Dostałem nawet ostatnio propozycję, żeby przetestować pewien produkt i napisać, że jest najlepszy.

Nie chcę w to wchodzić.

 

Dlaczego odpuszczasz stylówę?

Przestało mi się podobać, do czego ludzie ją sprowadzili. Nie ma nic złego w dbaniu o siebie, wręcz przeciwnie. Ale nie podoba mi się, że ludzie stworzyli z tego cel sam w sobie.

 

Skąd wiesz tyle o zasadach?

Ja tego nie wymyślam. Trochę z czasów klubowych, bo kolarze mają wiele do powiedzenia. Ale generalnie dużo obserwuję, rozmawiam z zawodnikami, czytam inne rzeczy, jakieś fanpejdże „OREC Euro” (Francuzi mają na to wielką zajawkę). Po prostu przekazuję to dalej.

 

Czym się jeszcze inspirujesz, pracując nad blogiem?

Głównie rzeczy spoza świata rowerowego. A przede wszystkim – czytam książki. Nie śledzę zbyt wielu blogów kolarskich. Większość jest bardzo poprawna politycznie i nudna. Ja szanuję swój czas i wolę zajmować się tym, co wnosi coś do mojego życia.

 

Niektórzy mówią, że masz za małe doświadczenie życiowe, żeby innych pouczać.

Czyli do jakiego wieku muszę jeszcze poczekać? Nikomu nie mówię, jak ma żyć, ewentualnie sugeruję lepsze rozwiązania. Gdy patrzę wstecz, to myślę, że ten Szymon-filozof wziął się z całej mojej historii. Imałem się wielu beznadziejnych prac za małe pieniądze, próbowałem spełniać ambicje rodziców, idąc na studia, trzy razy zresztą – każde rzucałem. Nie potrafiłem się odnaleźć w tym, co większość uważa za właściwe życie. I dlatego chyba teraz tak wiele o tym piszę. Spotkałem na swojej drodze ludzi którzy uświadomili mi bezsens tkwienia w schemacie, więc teraz sam chcę się stać kimś takim dla innych.

 

Czyli jesteś hipisem polskiego kolarstwa?

Skoro mamy to ująć w jakąś szufladkę to niech tak będzie. Imponują mi tacy goście jak Jack Kerouac, ludzie żyjący w swoich vanach, ciągle w podróży. Dzień, w którym obejrzałem „Into the Wild”, był ostatnim dniem mojej pracy na etat. A miałem dobrą pracę, której niektórzy mi zazdrościli. Ale ja wyłączyłem telefon i następnego dnia, zamiast stawić się grzecznie w pracy, wyjechałem do Krakowa żeby przez tydzień leżeć z książką nad Wisłą. Chyba właśnie wtedy na dobre zostałem Szymonbajkiem.

 

A wcześniej byłeś po prostu kolarzem?

Tak, przeszedłem typową drogę od młodzika do juniora w dwóch warszawskich klubach, WTC i Sarmata. Ścigałem się u Michała Liberskiego 3 lata. To była prawdziwa szkoła kolarstwa: dzienniczek, baza zimą, zgrupowania itd.; później jeździłem u Ryszarda Szurkowskiego, tam się jeszcze więcej dowiedziałem. Nie byłem wybitny, mój największy sukces to to, że Rafał Majka wklepał mi tylko 2 minuty na Górskich MP. Gdzieś tam wala mi się też medal z MP w MTB.

A potem, gdy skończyłem juniora, mogłem jechać do dobrego klubu we Francji, ale rodzice kazali mi iść na studia. I to jest nieodżałowana rzecz, bo te rzuciłem po dwóch miesiącach i się później miotałem, a naprawdę chciałem spróbować tej Francji, nawet jeśli nie miałaby się z tego rozwinąć wielka kariera. Ale mam jeszcze na to czas, nie na bycie kolarzem oczywiście, ale na życie we Francji. Zresztą nie jestem pewien, czy byłbym szczęśliwy jako kolarz zawodowy.

Cały czas jednak funkcjonuję w kolarskim środowisku. Koledzy z Żoliborza wciąż wołają na mnie „kolarz”.

 

Trenujesz?

Nie. Jeżdżę na rowerze.

 

Twoją inspiracją jest dalekowschodnia filozofia?

Głownie buddyzm, książki beatników, amerykańskie stand-upy. Ale nie jestem buddystą i chyba nie chciałbym nim być, bo w takim przypadku musiałbym być pewnie szczęśliwy nawet w Warszawie – a ja jednak chciałbym sobie pojeździć po świecie.

Ze wszystkich sił staram się nie uwiązywać do niczego. To dla mnie podstawa wszystkiego, co robię. Mam 26 lat i teoretycznie powinienem mieć stałą pracę, mieszkanie, samochód, bla, bla, przedmioty. A staram się iść w drugą stronę, mieć tych „łańcuchów” jak najmniej. Calpe było dla mnie najlepszym doświadczeniem – przeżyłem pół roku z rzeczami, które zmieściły się do kartonu po rowerze. I teraz wiem, że tak da się żyć.

 

Nie masz rodziny, mieszkasz sam?

Mieszkam z mamą, dokładam się do czynszu. Taki ze mnie bananowy dzieciak.

 

A przy całym uwielbieniu dla prostoty i minimalizmu wyobrażasz sobie życie bez internetu?

No nie, na tym etapie, na jakim jestem, potrzebuję go. Ale gdyby ktoś mnie odciął od sieci, to świat by się nie zawalił, ha, pewnie zacząłbym tworzyć książkę.

Myślałem nawet ostatnio, żeby zacząć pisać o podejściu ludzi do kolarstwa amatorskiego. Rysuje mi się wizja kolarstwa nienastawionego na ściganie i cierpiętnictwo. Bo wytworzyła się ostatnio taka atmosfera – widzę to po znajomych – że wielu amatorów podchodzi do sportu o niebo poważniej niż zawodowcy. A mam to szczęście, że kontaktuję się z kolarzami największej klasy i mam porównanie. Przecież kolarstwo amatorskie to z założenia uprawianie sportu po godzinach – a tu mamy wyścig zbrojeń. Po co poddawać się tym cyfrom, podczepiać się pod maszyny, waty? Uważam, że lepiej robić to z dystansem, nie udawać zawodowca, skoro się nim nie zostało.

 

Jesteś przekonany, że trzeba to krytykować? A może lepiej zostawić każdemu wybór?

Moim zdaniem, trzeba promować zdrowe podejście do życia. Jak na Roadtrippach. Ściągasz Garmina i jedziesz, żeby coś przeżyć, a nie robić ćwiczenie. Na przykładzie moich znajomych spoza świata rowerowego widzę, że Tour de France nie inspiruje ich do jazdy na rowerze, a lektura relacji z Roadtrippa – owszem.

Amator, który chciałby zacząć jeździć na szosie, dostaje ten przytłaczający przekaz: „Kolarstwo to sztuka cierpienia!”, „Im gorsza pogoda, tym lepiej!”, „Cierpienie kształtuje charakter!”. I te porównania do piłkarzy. Jest wokół tego jakaś otoczka obrzydliwej męskości z rozbuchanym ego. Ja na miejscu kogoś, kto ma dołączyć do tej społeczności, pewnie bym się przestraszył.

 

Ale ty to wszystko znasz?

Tak, a teraz to obserwuję z dystansu. Miałem taki jeden sezon, w którym plan treningowy był tak szczegółowy, że na rower musiałem zabierać ściągę. To nie jest zdrowe. Trening jest przydatny, wiadomo, ale gdy przychodzi moment, że nie masz siły wyjść na kolejną „szybkość metodą ciągłą przez 8 godzin”, to po prostu odechciewa ci się kolarstwa. To jest zaprzeczenie całej idei – a nie po to przecież kupujesz rower, żeby się do niego zniechęcać. Szczególnie kiedy jesteś amatorem, i nie musisz już robić tego wszystkiego, ograniczać sobie wolności jaką daje ci rower.

 

Rywalizacja jest chyba czymś naturalnym, napędza nas do pokonywania wyzwań, stawiania sobie celów.

Takie myślenie to zwykła poprawność polityczna, czyli nic innego jak głos tłumu. Naturalnie, większość osób się pod niego podczepia, bo tak jest wygodniej. A ja mam to w dupie.

Wszystko coraz bardziej się nakręca. Kiedyś trzeba było mieć pulsometr, teraz muszą być „waty”, na to wszystko trzeba zarobić, to jest błędne koło. Ludzie się w to sami pakują. Odkładają przyjemności na później – zamiast żyć teraz.

Weźmy Mistrzostwa Polski. Pięćdziesiąt osób trenuje przez wiele miesięcy, a może wygrać tylko jedna, więc mamy finalnie 49 zawiedzionych ludzi. Amatorzy mają swoje zadania w pracy, rower to pasja po godzinach. Mimo to również wtedy robią z siebie zadaniowców. Nie łapię tej idei, przecież to ich czas wolny.

 

A nie robisz przypadkiem ludziom wody z mózgu? Z jednej strony, dużo pisząc o stylówie, dążysz do bycia „Pro”, z drugiej strony krytykujesz tych, którzy chcą być „Pro” na trasie…

Pisząc o stylówie, używałem określenia „Pro” tylko w odniesieniu do wyglądu i pewnych zasad bycia. Cały ten temat wymaga dystansu, a wiele hejtu zrodziło się z ze śmiertelnie poważnego podejścia wielu osób. Dystans generalnie pomaga, lżej się żyje.

 

Tylko że „Pro” nie wygląda mi na zdystansowanego. Nie wiem, czy trzymanie się wszystkich zasad stylówy nie jest bardziej stresujące niż pilnowanie posady w korporacji.

A ja ci wyglądam na takiego napiętego? Nie chodzi o to, żeby stawiać stylówę na pierwszym miejscu, ale mogę przecież chcieć pojechać w góry i ubrać się zgodnie z zasadami.

 

Estetyka ma dla ciebie duże znaczenie, prawda? Widać to choćby w twoim sklepie, projektujesz nawet koperty, w których wysyłasz klientom skarpetki.

O, tak, to jest dla mnie ważne. Prawdę mówiąc, pochodzę z artystycznej rodziny, jako dziecko wygrywałem sporo konkursów plastycznych.

A w projektowaniu ciuchów i gadżetów pomaga mi siostra, która jest zawodowym grafikiem.

 

Odrzucasz ideę rywalizacji wśród amatorów, ale na blogu widać twoje duże zaangażowanie w sport. Kibicujesz, komentujesz, twoje „hajlajtsy” lepiej podsumowują wyścigi niż niejeden profesjonalny komentarz. Wydajesz się być prawdziwym miłośnikiem kolarstwa.

Tak się złożyło, że to jest moja wielka pasja. Ale z czasem nabieram coraz większego dystansu do zawodowego sportu. Przyznam, że najmocniej mnie w tym teraz trzyma osobista sympatia do Kwiatka. Znowu podpadnę, ale nie śledzę zbytnio Tour de Pologone, który właśnie się rozgrywa. Kolarstwo jest jednak wciąż moją największą miłością i nic nie wskazuje, by miało się to zmienić – i bardzo mi z tym dobrze.

 

Piszesz o nakręcającej cię ciekawości tego, co jest za następną górą. Czy bliska ci jest idea podróżowania na rowerze z sakwami i całym dobytkiem?

Nie. To jest zupełnie inna bajka. Wydaje mi się, że to, co stworzyliśmy Roadtrippami, co ja próbuję wykreować za pomocą bloga, to coś zupełnie nowego, inna szufladka. Prawdziwe kolarstwo szosowe, ze wszystkim, poza rywalizacją. Może mam tupet, mówiąc, że wymyślamy coś, czego nie było, ale naprawdę uważam, że to jest nowa jakość – i widzę, że w innych krajach też się to rozwija.

 

„Szymon to jest ten gość, który nie wsiądzie na rower z Shimano”…

Wszyscy zaczęli zwracać uwagę tylko na kwestie praktyczne, mierzalne cyframi. Z tymi rowerami EuroPRO jest trochę jak z klasycznymi samochodami. Rozum podpowiada, żeby kupić Kię Ceed, bo ma tę siedmioletnią gwarancję i mało pali, ale to właśnie klasyk sprawi, że mocniej zabije ci serce i da prawdziwą frajdę.

 

Nie popadasz w sprzeczność? Gardzisz materializmem, a jednocześnie taką wagę przywiązujesz do sprzętu.

Chętnie jeździłbym jakimś Pinarello na campie, ale nie jest to moim życiowym celem. A wiele osób sprowadza wszystko do tego. Są ludzie, którzy mają superrowery, ale katują wciąż tę samą rundę pod Konstancinem, bo są uwiązani robotą, bo muszą. I narzekają na to. Sami się tak urządzili.

Jednocześnie nie podoba mi się nagonka na ludzi, którzy mają drogi sprzęt. To jest straszne upraszczanie. Można przecież mieć drogie ciuchy i rower, i być świetnym gościem, znam takich. Po prostu kwestia odpowiednich priorytetów.

 

Runda pod Konstancinem” to dla ciebie synonim jałowego życia – ale przecież ty też realizujesz schematy. Lato w Norwegii, zima w Hiszpanii, ciągle na rowerze. Wszystko po jakimś czasie może się znudzić.

Dopóki są nowe szosy do zjechania, nie ma mowy o rutynie. Do tego właśnie dążę. Siedząc teraz w Warszawie, kręcę tyle co nic, w końcu nie muszę trenować. Dzięki temu mogę nadrobić pewne sprawy, dzięki którym już niedługo mam nadzieję zacznę podróżować na dobre.

Rozmawiał: Borys Aleksy

Zdjęcia: Hania Tomasiewicz

 

W ciągu ostatnich kilku lat byleś w wielu nowych miejscach. Co najbardziej zapamiętałeś, co było twoim największym przeżyciem?

Nie ma takiego jednego. Myślę, że te wzniosłe chwile są zarezerwowane dla górskich szczytów, zdobytych nadludzkim wysiłkiem, kiedy wszystko dookoła traci znaczenie. Dobrym przykładem są finały Roadtripów.

Mam w domu całą górę pucharów z czasów, kiedy się ścigałem, ale wiem, że momenty kiedy je zdobywałem w ogóle się do nich nie umywają.

 

Wywiad ukazał się w MR 9 2014

 

top 3

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach