Tańczący z autobusami

Poniedziałek, dziesiąta rano, zapowiada się kolejny upalny dzień. Korek w Alejach Jerozolimskich, największej arterii Warszawy, zaczyna się już na Moście Poniatowskiego, a jego końca nawet nie widać. Ludzie uwięzieni w samochodach osobowych, autobusach i taksówkach patrzą z bezsilną wściekłością na pieszych idących szybciej, niż oni jadą. Słońce, które w każdym innym miejscu uczyniłoby dzień pięknym, w samym środku betonowej pustyni wydaje się wypalać całą chęć do działania. Na twarzach wygarniturowanych kierowców mercedesów i jeepów maluje się frustracja. Nieważne, ile wydałeś na samochód, jeśli chcesz nim jeździć po centrum tego miasta, równie dobrze mogłeś wyrzucić pieniądze do śmietnika… W pewnym momencie wśród statycznej scenerii wypełnionej masą stłoczonego, dymiącego metalu pojawia się szybko poruszająca się sylwetka. Z zadziwiającą płynnością wykonuje slalom między maskami, lusterkami i błotnikami stojących samochodów. Z dużą torbą na plecach, na odartym ze wszelkiego niemalże osprzętu rowerze mknie przed siebie z samobójczą prędkością. Każdy manewr wykonywany jest jednak z niezwykłym spokojem, tak, jakby każdy skręt, każde uchylenie się przed wystającym lusterkiem autobusu było już dawno zaplanowane. Nagle zmiana świateł. Wszyscy ruszają, słychać wściekły ryk silników, zgrzytanie mechanizmów. Człowiek na rowerze musi przez kilka chwil cisnąć na pedały, ile sił w nogach, aby uniknąć najechania przez sfrustrowanych kierowców. Parę sekund później wszyscy znów stoją. Wszyscy, z wyjątkiem rowerzysty. Kierowcy spoglądają z niedowierzaniem, niektórzy z niechęcią. Nie po to kupowali samochód, żeby wyprzedzał ich jakiś dziwnie ubrany typ na rowerze.

Każde duże miasto ma rodzaj swojego własnego krwioobiegu, na który składa się wiele różnych elementów. W jego arteriach komunikacyjnych krążą miliony ludzi, maszyn i informacji. W dobie rozkwitu usług telekomunikacyjnych, a zwłaszcza internetu, przesyłanie informacji może wydawać się czymś zupełnie bezproblemowym. Sprawa zaczyna się komplikować dopiero wtedy, gdy okazuje się, że nie wszystkie dokumenty mogą być wysłane za pomocą faxu czy poczty elektronicznej. Dokumenty prawne, faktury, bilety lotnicze to tylko mała cząstka materiałów, które muszą być przekazywane w formie fizycznej. Tu wkraczają usługi kurierskie! W czasach bardzo szybkiego rozwoju motoryzacji paradoksalnie to właśnie kurierzy rowerowi są w stanie najszybciej dostarczyć każdą dającą się przewieźć w plecaku lub specjalnej torbie przesyłkę. W Polsce nie jest ich wielu, choć wraz ze zwiększającą się liczbą firm w dużych miastach zapotrzebowanie na ich usługi wyraźnie rośnie. Stanowią zupełnie odrębną, elitarną grupę. Nie sposób utożsamiać ich na przykład z kurierami samochodowymi. Ekstremalnie ciężkie warunki pracy, ciągłe zagrożenie oraz rodzaj wolności, który daje ta praca, sprawiły, że w grupie wytworzyła się swoista społeczność, subkultura. Taki rodzaj więzi jest trudny do wyobrażenia w przypadku innych profesji. Ciężko spotkać prawników, dentystów czy pracowników biurowych pozdrawiających się zawsze na ulicy, spotykających się często po pracy i organizujących zawody. Tu jednak codzienny trud i niebezpieczeństwo, bycie outsiderem w systemie przewidzianym dla kogo innego, w naturalny sposób konsolidują grupę. W Warszawie jest około 50 kurierów, z których większość zna się z imienia albo ksywki i regularnie spotyka po pracy. „Są miejsca, gdzie zawsze się spotykamy, gdy nie ma przesyłek. To właśnie ludzie wykonujący tę pracę sprawiają, że czujesz się naprawdę dumny z tego, że to robisz” – mówi Krzysiek, kurier z rocznym stażem. Dość regularnie organizowane są wyścigi odbywające się w ruchu miejskim – tzw. alleycaty. Ten rodzaj zawodów jest w pewnym stopniu odzwierciedleniem profesji kuriera rowerowego. Podczas wyścigu trzeba zaliczyć określoną liczbę punktów kontrolnych, rozrzuconych po całym mieście. Wybór drogi jest zupełnie dowolny. Ulice nie są oczywiście zamykane. Zawodnicy ścigają się w normalnym ruchu miejskim, więc każdy startuje na własną odpowiedzialność. Wszystko odbywa się na zupełnym „nielegalu”. Organizowane są nawet mistrzostwa świata i Europy. W tym roku zaszczyt organizowania tych ostatnich przypadł Polsce. Między 29 lipca a 2 sierpnia, w Warszawie, odbędą się Mistrzostwa Europy Kurierów Rowerowych. Organizatorzy spodziewają się około 400-500 gości z całego świata, którzy będą uczestniczyć w różnego rodzaju wyścigach i imprezach towarzyszących. Aby wytrzymać w tym zawodzie dłużej niż jedno lato, trzeba naprawdę chcieć to robić i robić to z pasją. Powody, dla których zostaje się kurierem, bywają różne, ale najczęściej to wolność i zamiłowanie do jazdy na rowerze są czynnikami, które przyciągają większość osób do tej pracy. Będąc kurierem, nie musisz siedzieć przez cały dzień w biurze, ciągle patrząc na te same twarze. Nie trzeba znosić obecności złośliwego szefa, plotkowania współpracowników i wszystkich innych biurowych klimatów. Gdy masz dość, po prostu robisz sobie przerwę. Jak odpoczniesz, ruszasz znowu. Tak naprawdę jesteś tylko ty, rower i przesyłki, które trzeba jak najszybciej doręczyć. Jeśli jednak szukasz tylko wolności, może być ciężko. Tę pracę trzeba po prostu kochać. Drążek, jeden z warszawskich kurierów, mówi: „Jest to po prostu cholernie ciężka robota. Nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. 15 stopni, zacina śnieg, masz w torbie 2 przesyłki i 15 minut na ich dostarczenie 4 km stąd. Mija cię ikarus, po raz setny dostajesz słoną breją w twarz. Sól czujesz wszędzie, nawet w ustach. W tym momencie pęka ci dętka. Jeśli jesteś słaby psychicznie, wymiękniesz. A tu trzeba zmienić dętkę i grzać dalej, nic się nie zastanawiając. Ci, którzy dobrze wykonują tę robotę, mają nie tyle grube łydki i ‚zajawkę’ na rowery, ale są po prostu odporni psychicznie. Kiedy pracowałem w biurze, widziałem, jak dziewczyny potrafiły panikować, bo zepsuł się telefon czy klimatyzacja wysiadła. Tu skala problemów i zagrożeń jest zupełnie inna”. Czas pracy liczony jest nie tyle w latach, co w zimach, gdyż to właśnie zimą okazuje się, co kurier jest wart. Zimno, deszcz, śnieg i lodowaty wiatr sprawiają, że wiele osób odpada właśnie w tym okresie. „Trzeba być naprawdę zdecydowanym. Rower, oczy dookoła głowy, odporność psychiczna. To jest najważniejsze. Zdrowie? Dbaj o zdrowie, to wystarczy. Znam kolesi, którzy na kurierce dorobili się reumatyzmu, lecz historie o szkodliwości są zdecydowanie przesadzone” – dementuje pogłoski Drążek. Pracuje się zwykle od 9 rano do kiedy trzeba, co może nieraz oznaczać nawet 7 – 8 wieczorem. Nieważne, czy świeci słońce, czy leje deszcz, przesyłka musi być doręczona na czas. Za wszelką cenę. Pewnego razu miałem odebrać przesyłkę z pociągu, który odjeżdżał z Dworca Centralnego o 15.45. Gdy wpadłem na peron, pociąg właśnie ruszał. Wskoczyłem na rower i pedałując po peronie ile sił w nogach zacząłem krzyczeć ‚Przesyłka! Przesyłka!’ Na to konduktor wychylił się i podał mi ją dosłownie w ostatniej chwili. Dużo ryzykowałem, ale cóż, takie życie” – zamyśla się Drążek. Nagrodą jest jednak wolność i radość z wykonywanej pracy, dla wielu ludzi niemożliwa do osiągnięcia przy przekładaniu papierów z półki na półkę. Twierdzenie, że jest to zajęcie dla osób, które nie mogły znaleźć żadnej innej pracy, jest zupełnie fałszywe. Bardzo wielu kurierów to ludzie wykształceni, po studiach, dla których wybór tej drogi był świadomą decyzją. „Każdy ma swoją skalę potrzeb materialnych: dla jednego jest ważne, aby codziennie móc zjeść ciepły posiłek, a dla innego najważniejsze to mieć modne ciuchy z ekskluzywnego sklepu” – komentuje Drążek. Zarobki są bardzo różne i zależą głównie od przedsiębiorczości i szybkości kuriera. Wahają się od 600 zł do około 3000 zł na czysto. Stałym motywem przewijającym się w wypowiedziach kurierów rowerowych jest niemożność odnalezienia się w codziennej, nużącej i rutynowej pracy. Tu chodzi o miłość do rowerów i o wolność, którą daje to zajęcie. „Wykonywałem różne zawody, jednak nigdzie nie mogłem zagrzać miejsca. To jedyna praca, którą mogę wykonywać z pasją. Najlepsza z możliwych” – mówi Nohal. Nieraz to, dlaczego zostaje się kurierem, jest kwestią wyboru, innym razem wydaje się być przeznaczeniem, jak w przypadku Lenina, kuriera z dość długim już stażem, który przyjechał do Warszawy z Przasnysza w poszukiwaniu pracy. „W Przasnyszu pracowałem w fabryce rowerów Kross. Gdy odchodziłem, jako odprawę dostałem rower i z tym właśnie sprzętem pojechałem szukać pracy w Warszawie. Okazało się, że jedna z dużych firm kurierskich potrzebuje osób z rowerami, więc się zgłosiłem. I tak ten przypadkowo ‚nabyty’ rower sprawił, że jestem kurierem do dziś”. Wraz z Drążkiem, Kudłatym i Kubą, trzyosobowym składem niezależnej firmy kurierskiej Timebomb, siedzimy na ławce w parku Saskim i wygrzewając się na słońcu czekamy na przesyłki do rozwiezienia. „Latem to najlepsza praca, jaką można sobie wyobrazić. Gdy nie ma przesyłek, siedzimy sobie na ławeczce i podziwiamy widoki” – mówi Kudłaty. Mężczyzna, który akurat opiekował się dzieckiem jeżdżącym na rowerku wokół fontanny, pyta, czy nie moglibyśmy pożyczyć pompki. Kuba wyciąga pompkę i podaje. Gdy „awaria” zostaje usunięta, ojciec wysyła córkę, aby oddała nam urządzenie. Dziecko jest tak wystraszone, czy to dredami Kudłatego, czy też łańcuchami, które chłopaki wożą owinięte wokół bioder, że nie daje rady wypowiedzieć ani słowa. Dobry uczynek jednak spełniony. Dziewczynka kontynuuje pedałowanie wokół fontanny. Kurierzy bardzo dbają o swój wizerunek. Elementy dobrego wychowania, będące już często w zaniku, tutaj są z całą premedytacją praktykowane: mówienie dziękuję po wyjściu z windy czy życzenie miłego dnia klientom są najzwyklejszą rzeczą. Gdy tak siedzimy w tej sielskiej atmosferze, wreszcie odzywa się radio. Jest przesyłka. Po krótkim przekomarzaniu się zapada decyzja, że dostajemy ją my, czyli ja i Drążek. Mamy ją odebrać z biurowca przy Nowogrodzkiej i dostarczyć na Żoliborz. To spory kawałek, ale spokojnie dam radę, myślę, pedałując za Drążkiem. Używając skrótów, których wykorzystanie w życiu nie przyszłoby mi na myśl, po chwili znajdujemy się na Nowogrodzkiej. Drążek odbiera przesyłkę, wskakujemy na rowery i napieramy na Żoliborz. Przemykamy między tkwiącymi w korku samochodami, wskakujemy na wolny pas wiodący w przeciwną stronę i z dużą prędkością omijamy kilkadziesiąt nieruchomych samochodów. Lawirowanie wśród dziesiątek stłoczonych pojazdów sprawia mi niesamowitą frajdę. Taka jazda potrafi być naprawdę uzależniająca. Praktycznie na żadnych światłach nie stoimy dłużej niż 5 sekund… Drążek na swoim ostrym kole bez hamulców nie jest raczej fanem zatrzymywania się. Widząc czerwone światło, zwalniamy, rozglądając się w obie strony wyszukujemy luki w ruchu i naciskamy mocniej na pedały, przemykając przez skrzyżowanie. Kierowcy z reguły trąbią na nas, nawet gdy im w niczym nie przeszkadzamy. Najwyraźniej za pomocą klaksonu wyładowując swoje frustracje. Zdarzają się jednak i miłe momenty, gdy kierowca zwalnia lub wręcz zatrzymuje się by nas wpuścić na pas ruchu. Niestety, coś takiego należy raczej do rzadkości. Po drodze łapiemy jeszcze trzy przesyłki. Pod każdym budynkiem, do którego wchodzimy, przypinamy rowery. To podstawowa zasada. Kurier nie może o tym zapomnieć. Mimo naszych nietypowych w porównaniu z biurową modą ubrań wewnątrz wieżowców nie jesteśmy traktowani jak zjawisko. Nikt nie spogląda na nas ze zdziwieniem ani nie rzuca żadnych uwag na boku. Widok kuriera w wojskowych spodniach, rowerowej bluzie i z wielką torbą na plecach jest czymś normalnym. „Tak właśnie powinien wyglądać kurier!” – słyszę od jednego z pracowników biura. Ostre koło Drążka wydaje się nie mieć oporów toczenia. Kurier bez większych oznak zmęczenia pędzi przed siebie, chwilami zapominając, że jadę za nim na moim zaadaptowanym do jazdy miejskiej i raczej ciężkim, w porównaniu z rowerem torowym, góralu. Nawet siedmiokilowa paczka, którą właśnie odebraliśmy, wydaje się nie robić na nim większego wrażenia. Mimo że fakt bycia wszędzie przed czasem niezwykle cieszy, zaczynam mieć kryzys. Powrót z Żoliborza trasą szybkiego ruchu prawie mnie wykańcza. Łańcuch, którym zawsze przypinam rower, najwyraźniej stał się cięższy o jakieś dziesięć kilogramów. Gdy wchodzimy do biura na Solcu, mam wrażenie, że jestem co najmniej purpurowy na twarzy. Dobrze, że w windzie nie ma lustra… To mój ostatni kurs tego dnia. Po przewiezieniu ośmiu przesyłek między kilkoma różnymi biurami mam dość. Udaję się na obiad do baru mlecznego, a następnie pod hotel Mariott, gdzie przy ławkach, tradycyjnie już, spotykają się kurierzy. „Pod hotelem potrafi zebrać się całkiem pokaźna grupa kurierów, nawet i czterdzieści osób. Wtedy naprawdę czujesz, że przynależysz do jakiejś społeczności” – mówi Krzysiek, którego spotykam na ławce przy Mariottcie. Kurierzy powoli się zjeżdżają. Ostatnie kursy zaliczone, teraz jest chwila, żeby zamienić parę słów z innymi. Rowery widać najróżniejsze: górale przerobione i bez przeróbek, rowery szosowe, ostre koła. Każdy ma swoją koncepcję. Dla jednych najważniejsza jest trwałość i łatwość manewrowania roweru górskiego, dla innych szybkość szosówki, dla jeszcze innych praktycznie kompletna bezobsługowość roweru wyposażonego w ostre koło – roweru, w którym nie ma przerzutek, hamulców ani wolnobiegu. Pedały obracają się zawsze, gdy obraca się koło. Hamuje się, stawiając opór obracającym się korbom. Rozwiązanie cechuje bardzo pożądana przy codziennym użytkowaniu prostota, ale i dość wysoki stopień trudności obsługi. Ostre koło to jednak najwyższy stopień wtajemniczenia w tym środowisku. Po prostu każdy wybiera, co lubi. Wśród kurierów nie ma konkurencji. Oczywiście duże firmy konkurują ze sobą, ale sami kurierzy odcinają się od tego. Każdy wykonuje swoją robotę. W Warszawie istnieje podział na firmy niezależne, funkcjonujące na zasadzie spółdzielni założonych przez samych kurierów oraz duże korporacyjne firmy kuriersko-przewozowe. Problem polega na tym, że kurierzy rowerowi to bardzo specyficzni ludzie, których nie da się wtłoczyć w strukturę dużej firmy. Menedżer, który nigdy nie był kurierem, nie będzie w stanie poradzić sobie ze swoimi pracownikami. Zawsze wynikną problemy i niezadowolenie. Podejście władz, dużych firm przewozowych do kurierów rowerowych jest czasem więcej niż niezadowalające. Za ubrania i sprzęt trzeba na początku zapłacić kaucję. Jeśli jednak zdarzy się tak, że coś ulegnie uszkodzeniu, kurier często musi zapłacić za wszystko z własnej kieszeni. „Kiedyś dostałem radio, które miało chyba z dziesięć lat i już na pierwszy rzut oka nie nadawało się do tej pracy. Gdy po piętnastu minutach jazdy w deszczu wysiadło, kazali mi za nie zapłacić” – opowiada Artur (imię zmienione – przyp. aut.). „Na dodatek to, co dostaje kurier, to niecałe 30% tego, co za przesyłkę płaci klient, a przecież nie od sekretarki, dyspozytora czy menedżera zależy jej dostarczenie”. Między innymi z tego powodu powstały firmy niezależne, w których jedynymi pracownikami są kurierzy, współpracujący ze sobą bez względu na przynależność firmową. „Klient, który kiedyś korzystał z usług dużej firmy kurierskiej pyta: a gdzie macie sortownie? Ja mu odpowiadam, że tu, w torbie jest moja sortownia. Nie po to dajecie mi przesyłkę, żeby leżała w sortowni tylko po to, żeby została dostarczona, nie w 2 dni, ale w 30 minut. Paczka jest po to, żeby ją doręczyć, a nie po to, żeby ją wozić” – przedstawia swoją koncepcję Drążek. Pisząc o kurierach rowerowych nie da się niestety uniknąć tematu wypadków. Gdy go poruszam, zapada cisza. Kilka zabawnych wypadkowych historyjek nie jest w stanie poprawić nastroju. Zrobiło się smutno. „Dwa miesiące temu zginął nasz kolega w Londynie, w zeszłym tygodniu zginął kurier skuterowy w Warszawie, tydzień temu kumpel złamał rękę… Za dużo ludzi zginęło przez idiotów w samochodach. Oby to się nigdy nikomu nie zdarzyło!”. Ostatnie zdanie, wykrzyczane, brzmi jak zaklęcie mające odpędzić koszmar. Oby nigdy. Obyśmy wszyscy potrafili jakoś znaleźć swoje miejsce w ruchu miejskim, nie zabijając się nawzajem. Samochód to niestety wciąż najpopularniejsza i najłatwiej dostępna zabójcza broń. Być więc czy nie być kurierem? Odpowiedź nie jest łatwa. Jeśli ktoś po przeczytaniu tego artykułu zapragnie nagle zostać kurierem rowerowym, powinien najpierw trzy razy to przemyśleć. Trzeba mieć poukładane w głowie, to musi być konkretna, świadoma decyzja. Jeżeli chcesz zobaczyć, co to cholernie ciężka praca, zimą jeździć przemoczony i przemarznięty, ocierając się o śmiertelne niebezpieczeństwo, ale zarazem codziennie rano budzić się i myśleć – „jest dobrze, jeżdżę na rowerze i jeszcze mi za to płacą” – to bierz tę robotę. Jeśli jednak chcesz pracować, bo nie masz nic innego do roboty, tak naprawdę masz gdzieś jeżdżenie na rowerze, nie zbliżaj się nawet do tego. Są setki innych, często lepiej płatnych zajęć. To akurat trzeba kochać. Tu chodzi o rower i o wolność. Dziękuję warszawskim kurierom za pomoc przy pracy nad tym artykułem. Podziękowania zwłaszcza dla (w kolejności alfabetycznej): Drążka, Jałocha, Krzyśka, Kuby, Kudłatego, Lenina, Nohala i Ryby. Tekst: Michał Urzykowski, Zdjęcia: Maciej Ostaszewski

Słowniczek

Ostre koło – choć jest to nazwa rozwiązania technicznego polegającego na zespoleniu tylnej zębatki i piasty bez pośrednictwa wolnobiegu, przyjęło się używać tego określenia w odniesieniu do typu roweru. To rowery z reguły bazujące na ramach rowerów torowych, gdyż właśnie na torze używane są tego typu rozwiązania. Hamuje się, stawiając opór obracającym się pedałom. Czasami montuje się przedni hamulec, choć nie jest to regułą. Wysoki stopień „hardkoru”.

top 3

Czytaj więcej

10 dni do Pucharu Świata w kolarstwie torowym Pruszków 2017

Czytaj więcej
Czytaj więcej

Przełaje – Masłońskie – galeria zdjęć

Czytaj więcej

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach