W krainie czarownic

Na parkingu w Szklanej Hucie, pod Św. Krzyżem, w porannej mgle czwórka bikerów krząta się wokół ustawionych rzędem rowerów, czyniąc ostatnie przygotowania do wyjazdu na szlak. Sprawdzają, czy wszystko zostało należycie zamocowane, czy koła są właściwie napompowane, czy mają spakowane wszystkie potrzebne rzeczy. Wreszcie krótka jazda wokół parkingu i pedałując powoli cała grupka przejeżdża przez bramę Świętokrzyskiego Parku. Asfaltowy, mokry podjazd nie zachęca do jazdy. Pogoda nie rozpieszcza, w nocy padał deszcz, teraz mokro i ponuro. Przynajmniej na razie można zapomnieć o widokach i przygotować się na trudne warunki. Zjazd ze Św. Krzyża jest kamienisty i pokryty warstwą liści. O upadek nietrudno, ale cóż, w drogę.

Po kilku minutach cała paczka dojeżdża na szczyt. Wyruszyliśmy z wysokości 504 m n.p.m., na górze odczytujemy 595 m n.p.m., czyli 91 m różnicy wysokości na odcinku 2 km. Z Michałem trochę zamarudziliśmy z tyłu, zastając Piotra i Monikę czekających przy niewielkim sklepiku na parkingu, tuż za stacją nadawczą znajdującą się na szczycie Św Krzyża. Za czasów pogańskich było tu miejsce kultu, którego pozostałości, w postaci kamiennych wałów, można obejrzeć i dziś. Klasztor benedyktynów, z zachowaną barokowo-klasycystyczną zachodnią fasadą, kilkakrotnie łupiony był przez Tatarów, Litwinów, Szwedów i Austriaków, można zwiedzać w godzinach: 9.00 – 12.30 i 13.00 – 17.00. A zajrzeć naprawdę warto.

Baśń z mchu i paproci

Nie zatrzymując się dłużej, ruszamy w trasę czerwonym szlakiem. Trzeba dokładnie obserwować prawą stronę asfaltowego, wąskiego zjazdu, ponieważ skręt na szlak jest słabo oznakowany. Miejsce to znajduje się ok. 2 km od parkingu, z którego rozpoczynaliśmy wycieczkę. Las jest na szczęście rzadki i spokojnie szukamy sobie wygodnego przejazdu bokiem, ponieważ śliskie kamienie na szlaku nie czynią jazdy komfortową. Snująca się wszędzie mgła, powalone gdzieniegdzie pnie porośnięte mchem, pochmurna pogoda i wszechobecna wilgoć sprawiają, że atmosfera staje się bardzo tajemnicza. Gdzie znajdziemy lepsze miejsce na magiczne zdjęcie? Chyba nigdzie, toteż Piotr wyciąga aparat i mamy pierwszą sesję zdjęciową. Ruszamy dalej. Wbrew pozorom trzeba bardzo uważać na zjazdach. Pod warstwą liści czają się pojedyncze kamienie lub ubita, mokra glina i każda próba gwałtowniejszego hamowania kończy się poślizgiem. Po przejechaniu 3 km docieramy do niewielkiego mostka, za którym droga jest już znacznie lepsza. Zadowolony pedałuję za Piotrem, pozostawiając Monikę i Michała nieco z tyłu. Zauważam go przyczajonego z aparatem za kolejnym niewielkim mostkiem. „Dokręcaj Piasek!” – krzyczy Piotrek. No to dokręcam… Jakie było moje zdziwienie, kiedy po wjechaniu na kładkę zauważyłem brak roweru pod sobą. Mój Versus zniknął w ułamku sekundy, a ja zaliczyłem lądowanie awaryjne. Dumny z siebie Piotrek oczywiście złapał mnie na kliszę. Jak tak dalej pójdzie, będą straty w ludziach i sprzęcie… Jesteśmy na wysokości 415 m n.p.m. Jedziemy w lewo, w kierunku szosy, którą przecinamy i dalej powoli jedziemy przez pole w stronę linii drzew. No ładnie, tutaj najpierw topimy się w błotnej kałuży, a następnie pluskamy w strumieniu, przedostając się na drugi brzeg. Teraz mała wspinaczka w lewo, do góry i znów dosiadamy naszych dwukołowców, by trochę się pogimnastykować wdrapując wąską, błotnistą, leśną drogą. Czerwony szlak dochodzi wreszcie na szczyt Kobylej Góry (390 m n.p.m.). Stajemy tu na chwilę, aby opłukać nasze rowery z warstwy błota i chwilę odpocząć. Mimo że to dopiero początek i przejechaliśmy niecałe 6 km, cali już jesteśmy ubłoceni. Cali? No może jeszcze nie… ale to się zmieni. Dalsza część szlaku na Kobylej Górze to walka z błotnymi koleinami i wypełnionymi wodą dziurami. W pobliżu zabudowań wyjeżdżamy na asfalt. Nieco niżej skręcamy w lewo. Tu, po prawej stronie, jest charakterystyczny kościółek, który trudno przegapić. Dalej mkniemy prosto przez pola. Pogoda nieco się poprawiła, więc i nastrój lepszy. Jak do tej pory nie było defektów w sprzęcie i poza moim jednym siniakiem nikomu nic się nie stało. Na 8. kilometrze trzeba bardzo uważać. Tutaj należy skręcić w prawo na Górę Jeleniowską. Skręt jest praktycznie nieoznaczony, a jedzie się ścieżką niewyglądającą na żaden szlak. Cała czwórka musi się teraz zmierzyć z dwukilometrowym podjazdem na szczyt wzniesienia (533 m n.p.m.). Traaach! No ładnie… Rozpędzony na prostej chyba złapałem coś w tylne koło… Coś? Nie coś, tylko metrowy kij grubości 3 cm… Całe szczęście, że błyskawicznie zahamowałem. Michał wyciągnął klucz i zabrałem się do naciągnięcia skrzywionej szprychy. Obyło się bez poważniejszej awarii. Jedziemy dalej. Mniej więcej po 9,5 km napotykamy nieoznakowany rozjazd. Piotr, który tę trasę już kiedyś pokonywał, zastanawia się chwilę, gdzie mamy jechać dalej. „Skręcamy w lewo” – zarządza. Grzecznie pedałujemy we wskazanym kierunku. Podążamy zgodnie ze wskazaniami szlaku. Droga cały czas wije się wśród drzew. O widokach w stylu majowej wycieczki w Pieniny nie może być mowy, jednak klimat lasu całkowicie nas zadowala. Zjazd ze szczytu jest dość niebezpieczny, lepiej wybrać drogę bokiem, przez zarośla, niż narażać się na lot przez kierownicę na stromym, kamienistym i pokrytym śliskimi liśćmi zjeździe. Monika nie żałuje klocków hamulcowych i przy każdym zjeździe dokładnie słyszymy kiedy się zbliża:)

Jak śliwki w… błoto

Po kilku minutach docieramy do szutrowej drogi. Skręcamy w prawo, w kierunku miejscowości Podłazy. Ledwie jednak przejechaliśmy 500 m, szlak z powrotem skręcił w las. Omijamy bokami powstałe na szlaku błotniste kałuże. Wreszcie w trakcie jednej z takich wypraw w głąb lasu Piotr wpada w koleinę i zalicza spektakularne OTB. Kończy się na szczęście tylko na zadrapaniach i niewielkim uszkodzeniu lakieru. Kilkadziesiąt metrów dalej napotykamy krótki, aczkolwiek stromy podjazd. To już prawie wierzchołek Szczytniaka (554 m n.p.m.) – serce rezerwatu. Tu droga usłana jest mokrymi i dużymi kamieniami, po których jazda jest praktycznie niemożliwa. Musimy nasze rowerki poprowadzić. Na szczęscie nie trwa to długo i gdy tylko mijamy rezerwat Małe Gołoborze, udaje nam się ponownie wsiąść na rowery. Około 14. kilometra zaczynają się kłopoty. Po kilkuset metrach dochodzimy do wniosku, że zgubiliśmy szlak. Musiał gdzieś skręcić! Szukamy bezskutecznie przez dobre 10 minut. Wreszcie udaje się nam znaleźć skutecznie zamaskowane odejście w prawo. Dalej czeka nas krótki, ale karkołomny zjazd wąskim jarem wychodzącym na leśną drogę. Gdy tylko na nią wyjeżdżamy, okazuje się, że szlak natychmiast niemal zakręca w lewo. Szeroka, leśna ścieżka, pokryta liśćmi kryjącymi koleiny wypełnione wodą, nie jest wcale łatwa do pokonania. Musimy bardzo uważać, aby nie wpaść w taką pułapkę, bo mogłoby się to skończyć przymusową maseczką odmładzającą. Monika, jako przedstawicielka płci pięknej, oczywiście musi dbać o urodę i nie ujechawszy nawet kilkuset metrów korzysta z tego darmowego zabiegu upiększającego. Pozbywszy się resztek błota i nadmiaru liści rusza po chwili dalej. Mnie spotyka podobna przygoda, ale udaje mi się wykąpać jedynie rower. Piotr po doskonałym OTB już nie ryzykował kolejnych atrakcji, a Michał jakoś nie był w nastroju do tego typu akrobacji… Na liczniku prawie 18 km trasy. Niby niewiele, ale i my, i nasze rowery, nosimy ślady ciężkiej przeprawy przez świętokrzyskie lasy. Wyjeżdżamy na błotnistą, szeroką drogę w pobliżu starego krzyża. Prowadzi ona do miejscowości Witosławice. Zanim jednak ruszymy w dalszą drogę, trzeba sprawdzić i nieco wyczyścić sprzęt. Ponieważ pora robi się późna, rezygnujemy z wjazdu na Wesołówkę (469 m n.p.m.) i ruszamy w lewo. Praktycznie cały czas zjeżdżamy w dół, ale co to za zjazd! Pod kołami mamy rzadką, błotnistą maź wymieszaną miejscami z opadającymi liśćmi. Wspaniała nawierzchnia do szybkiej jazdy! Nie zastanawiając się wiele, cała czwórka dokręca, ile sił w nogach. Błoto pryska spod kół na wszystkie strony i biada temu, kto podjedzie drugiemu pod tylne koło… Jeszcze kilkaset metrów i praktycznie nie widać nas spod błota. Nie widać spod niego również mojej kurteczki Gatorade¨, którą tak starannie wyprałem po ostatnich przygodach w Beskidach… Ponieważ Monika nieco została z tyłu, postanawiamy się zatrzymać. Jest tu niewielkie skrzyżowanie. Stajemy witani szerokim uśmiechem przez dwóch młodych i dumnych posiadaczy udźwiękowionego Fiata 126 p. Ich wesołość staje się nie do zniesienia, gdy nadjeżdża Monika. Chyba się spodobała naszym nowym znajomym, bo pootwierali szyby, a poziom dudnienia wzrósł prawie dwukrotnie. Może nie widzieli nigdy kobiety na rowerze? Nie zastanawiając się jednak zbyt długo, postanawiamy jechać dalej. Z całą pewnością uratowaliśmy biednego „Malucha” przed popękaniem od nadmiaru basów. Szkoda byłoby takiego sympatycznego autka… właścicieli mniej:) Ledwie dudnienie ucichło, wyjechaliśmy na polankę. Mijamy ją z lewej strony, by po kilkuset metrach wyjechać na otwartą przestrzeń. Przed nami pagórkowate pola, gdzieniegdzie kilka drzew… Posuwamy się z wolna trawiastą dolinką w kierunku Witosławic. Powoli zapada zmrok. Musimy w miarę szybko dotrzeć do Wronowa. Stamtąd już łatwo trafimy do Nowej Słupi. Następna miejscowość za Wronowem to Skoroszyn. Tędy przechodzi czarny szlak ze Szczytniaka idący przez Chełmową Górę do Nowej Słupi. My jednak z powodu zapadających ciemności pojedziemy nim jedynie kawałek, do szosy nr 751. Jak postanowiliśmy, tak też się stało i po chwili znaleźliśmy się obok niewielkiego sklepu w miejscowości Wałsnów. Nareszcie przerwa na posiłek. Lekko zdumiona naszym wyglądem ekspedientka dzielnie uwijała się po sklepie, podając nam to, co miało stać się materiałem na kolację. Bez jedzenia ani rusz… Szczególnie, że czeka nas jeszcze największa atrakcja wieczoru – nocny „wjazd” na Św Krzyż! Najedzeni i wypoczęci ruszyliśmy w kierunku Nowej Słupi, od której dzieli nas jedynie kilka kilometrów. Na miejscu okazuje się, że o jakimkolwiek podjeżdżaniu możemy zapomnieć. Nie dość, że jest już całkiem ciemno, na okolicę położyła się gęsta mgła, to jeszcze kamienie „Królewskiego Traktu” są tak śliskie, że o jakiejkolwiek przyczepności możemy zapomnieć. Jedynym wyjściem, jakie nam pozostało, jest zamienić się miejscami z naszymi rowerkami. Latarki w dłoń, sprzęt na plecy i w drogę. Mijamy kilka mocno zdziwionych osób schodzących z góry. W sumie widok zakutych w kaski, ubłoconych i sapiących pod ciężarem rowerów ludzi wspinających się tędy ciemną nocą nie jest często spotykanym zjawiskiem. Chwilę przerwy postanawiamy sobie zrobić koło kaplicy, prawie pod samym szczytem Św. Krzyża. W świetle latarek robimy ostatnie tego dnia zdjęcie i ruszamy dalej. Kilka minut później zmęczeni i ubłoceni, ale zadowoleni, docieramy na szczyt, skąd rozpoczynaliśmy dzisiejszą wycieczkę. Czas wracać… Niestety, nie do domu, a po rękawiczki Moniki, które zostawiła przez przypadek zaraz na początku podejścia podczas odpoczynku. Na szczęście znalazły się. Wdrapawszy się po raz drugi na górę, tym razem już bez rowerów, dosiedliśmy nasze maszyny i pognaliśmy na parking, gdzie uśpiona od kilkunastu godzin czekała na nas moja czerwona „Skodzia”. Przejechaliśmy w sumie niewiele ponad 37 km. Wydawałoby się, że opisana trasa jest krótka i trudno się nawet zmęczyć przy jej pokonywaniu, ponieważ Góry Świętokrzyskie są niewysokie, a ich stoki łagodne. Serdecznie zapraszamy do przeżycia miłego zaskoczenia… Okazuje się, że i te niewielkie góry mają sporo do zaoferowania.

top 3

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach