W kremowych platkach migdalowca

Dwumiesięczne przygotowania do wyjazdu kończą się na godzinę przed odlotem. Najtrudniejszym zadaniem jest spakować zgromadzony sprzęt rowerowy i turystyczny do czterech sakw i wora transportowego. To, co na początku wydaje się nierealne, po godzinach żmudnego „kompresowania” ma szczęśliwy finał. Przygotowanie roweru do transportu samolotowego mamy ułatwione dzięki kartonom rowerowym, przekazanym nam przez sponsora. Wszystko oczywiście w ostatniej chwili.

Pierwsze wrażenia

Na lotnisko docieramy taksówką bagażową. Przelot próbujemy wykorzystać na odsypianie ostatniej nocy, ale emocje nie pozwalają zmrużyć na dłużej oka. Po odprawie paszportowej rozkładamy się z całym dobytkiem w ustronnym miejscu przed lotniskiem. Skręcanie rowerów i załadowanie ich sakwami zajmuje nam ok. 1,5 godziny. Nadchodzi czas na jazdę testową z pełnym obciążeniem. Nigdy wcześniej nie było potrzeby zabierania ze sobą tak wielu rzeczy. To nasz pierwszy raz na rowerze z dodatkowym obciążeniem 35 kg! Do Casablanki, oddalonej o 30 km, przewozimy rowery autobusem. Tak jest wygodniej i szybciej, ponieważ trafiamy bezpośrednio na dworzec autobusowy. Stamtąd mamy nocny kurs do Agadiru. Ciekawi tętniącej życiem metropolii (ponad 3 mln mieszkańców) wychodzimy jej na spotkanie. Szybko odkrywamy reguły rządzące pozornie chaotycznym ruchem pojazdów i ludzi. Nocna jazda ulicami Casablanki wśród niezwykłej zabudowy kolonialnej z lat przedwojennych sprawia nam wiele radości. To największe miasto w Maroku oraz główny ośrodek przemysłowy i administracyjny. Podczas jazdy rozglądamy się za wejściem do klubu nocnego prowadzonego przez Ricka Blaine’a (Humphrey Bogart) w kultowym filmie. Kierujemy się na widoczny w promieniu wielu kilometrów minaret meczetu Hasana II (trzeci co do wielkości obiekt sakralny świata).

Migdałowe góry

Pochmurny poranek z lekką mżawką i zapach pieczywa z pobliskiej piekarni. Tak po 8 godzinach nocnej jazdy z Casablanki wita nas Agadir. Góra sakw po wyjęciu z bagażnika szybko trafia na rowery. Decydujemy się rozpocząć przygodę umyci i posileni. Przy niewielkiej pomocy miejscowych trafiamy na camping. Tam odświeżamy się po trudach dwudniowej podróży i ruszamy w drogę. Nie możemy odmówić sobie wizyty na plaży. Podczas posiłku na wieży ratowniczej ustalamy ostatecznie, jak ma wyglądać pierwszy etap podróży. Startując z agadirskiej plaży, przejeżdżamy w ciągu dnia 62 km przez dość gęsto zaludnione tereny. W jednym z miasteczek dokonujemy ciekawego odkrycia. Okazuje się, że ogólnie dostępne są tu turystyczne butle gazowe. Zaskakujące, bo wszelkie źródła zapewniały, że to towar trudno osiągalny, nawet w dużych miastach. Łagodne pagórki z rzadkimi drzewami wypełniają horyzont. Jeszcze jeden znaczący element pojawia się w polu widzenia. W oddali majaczą szczyty Antyatlasu. Tego dnia doświadczamy tradycyjnej marokańskiej gościnności. Noc spędzamy w zagrodzie Mohammeda. Pierwszy raz próbujemy tadżin (duszonej baraniny z warzywami) i pijemy „berber whisky” (miętową herbatę). Ponieważ w domu nie ma elektryczności, siedzimy przy świetle świec i czołówek. Bariera językowa (nie znamy francuskiego) ogranicza rozmowy do kilku słów i gestów. Następnego dnia nie mamy już wątpliwości, że wjechaliśmy w góry. Po 2 km od miejsca noclegu zaczyna się trzykilometrowy ostry podjazd. Serpentynami wspinamy się do miasteczka Ait Baha, największego na trasie Agadir -Tafroute. To mocny akcent na początek dnia i rozgrzewka przed dalszym wysiłkiem. Rzadko rozrzucone siedziby ludzkie oglądamy ze znacznej odległości. Większość z nich leży z dala od drogi. Przeżywamy ciężkie chwile po wyczerpaniu zasobów wody. Przez cały dzień na próżno wypatrujemy sklepu. Z opresji ratują nas kolejno robotnicy pilnujący sprzętu przy drodze, ludzie opiekujący się studnią oraz napotkani turyści. Tego dnia pokonujemy przewyższenie 1 000 m. Rankiem doceniamy urodę miejsca wybranego na biwak. Duży płaski teren kończy się z trzech stron stromym obniżeniem do głębokiej doliny. Daleko w dole widać zabudowania, a ryczącego osła słyszymy tak dobrze, jakby zwierzę stało obok. Ten etap jest jeszcze bardziej stromy, a widoki ciekawsze. Jedziemy wśród zapachu przekwitających, ale jeszcze intensywnie odurzających drzew migdałowych. Opadające białe kwiaty w zestawieniu z surowością krajobrazu (przeważają pastelowe skały) robią niesamowite wrażenie. Droga do Tafroute zjeżdża do szerokiej doliny obok niezwykłego kasbahu Tioulit. Warowna wioska wznosi się na wzgórzu wyrastającym z dna płaskiej doliny. Po 10 km względnego „spokoju” rozpoczyna się morderczy podjazd do przełęczy na wysokości 1 500 m, stąd już tylko 17 km w dół do Tafroute. W Tafroute lokujemy się na campingu. Kolejny dzień spędzamy na wycieczce do pobliskich atrakcji. Podróżujemy bez sakw, zaopatrzeni jedynie w zapas wody i sprzęt fotograficzny. Z doliny Ameln próbujemy naszych sił na górskim szlaku wiodącym na najwyższy w okolicy szczyt Jbel Lekst (2 359 m n.p.m.). Nie bez trudu udaje nam się odnaleźć Malowane Skały (Belg Jean Verame pomalował w 1984 roku grupy wielkich kamiennych bloków na różne kolory). Po drodze mijamy wioskę Agard-Oudad, słynącą z Kapelusza Napoleona (formacji skalnej o charakterystycznym kształcie). Okolica jest stworzona na jednodniowe wypady rowerowe. Nie brakuje malowniczych dolin z sennymi berberyjskimi wioskami.

Uwaga, wielbłąd na drodze

Kolejny etap podróży zaczyna się w miejscowości Tata. Ma to być najbardziej odludny fragment naszej wyprawy. Droga Tata – Foum Zguid (154 km, 2 dni drogi) biegnie szeroką doliną wśród iście marsjańskiego krajobrazu. Po wysiłku w Antyatlasie możemy odpocząć od żmudnych podjazdów. Monumentalna, prawie czarna ściana Jbel Bani towarzyszy nam przez 2 dni. Masyw Bani przypomina ogromną górę stołową, pod której ścianą, z dala od drogi, dostrzegamy namioty Berberów. Krajobraz urozmaicają oazy. W jednej z nich, pośród palm, rozbijamy namiot. Trudno na przestrzeni ponad 150 km o zorganizowany nocleg, co absolutnie nam nie przeszkadza. Przejazd z Foum Zguid w kierunku Tazenakht obfituje w widoki klasyczne dla świata arabskiego. Droga biegnie wzdłuż rzeki, która wśród pustynnej krainy wyznacza miejsca możliwe do zamieszkania. W licznych osadach możemy podglądać z bliska codzienne życie mieszkańców… Kobiety piorące w strumieniu, dzieci idące ze szkoły, mężczyzn dyskutujących przy herbacie. Spokojna z powodu braku podjazdów trasa zmienia wreszcie charakter. Mamy do pokonania trzy przełęcze (1 190 m n.p.m., 1 640 m n.p.m., 1 700 m n.p.m.). Ten dzień nasze mięśnie zapamiętają na długo. Ostatnia z przełęczy (Tizi-n-Bakchoum) dostarcza największych wrażeń. Trud wjazdu rekompensują widoki ośnieżonych szczytów Atlasu Wysokiego. Dodatkowo czeka nas jeszcze stromy zjazd – duża prędkość i ostre zakręty podnoszą poziom adrenaliny. Zachód słońca jest tego dnia wyjątkowy. Intensywność barw otaczającego krajobrazu przypomina kadry z filmu fantasy. Od czerwieni skał wapiennych do bieli oddalonych szczytów. Mimo zmęczenia podjazdami niechętnie kończymy tego dnia jazdę. Dopiero zmrok zmusza nas do stanowczych poszukiwań miejsca na nocleg. Rozbijamy obozowisko w przytulnej kotlince ok. 30 km od Warzazat. Głównym punktem planu na następny dzień jest jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc Maroka – kasbah Ait Benhaddou. Mimo typowo turystycznej otoczki (liczni i chętni przewodnicy, stragany i grupy turystów) miejsce ma swój urok. Dodatkową atrakcją dla rowerzystów jest strumień, który trzeba przejechać w bród, aby dostać się do kasbahu. Znane z wielu filmów („Jezus z Nazaretu”, „Gladiator”) miejsce wygląda jak przed setkami lat. Domy i mury muszą być ciągle odbudowywane. Ich główny budulec, glina, szybko poddaje się działaniu czynników zewnętrznych. Do Warzazat docieramy, nie spiesząc się, po południu. Wieczór zapowiada się fantastycznie – hotel, piwo i oglądanie materiałów filmowych, które do tej pory udało się nam nakręcić. Niestety, okazuje się, że w hotelu jest strasznie wilgotno (prysznic jako integralna część pokoju, nie polecamy), piwo nie smakuje jak polskie, a materiał filmowy pozostawia wiele do życzenia. Noc spędzamy w śpiworach, nie korzystając z pościeli oferowanej przez hotel. Jak wszystko w pokoju wydaje się mokra. Jedyną zaletą jest ciepła woda w kranie – doceniamy gorący prysznic po 5 dniach. Robimy krótką wycieczkę po mieście. Zaglądamy na targowisko, do kawiarni i sklepów (poczta, banki, supermarket, Internet, tanie hotele zlokalizowane są przy głównej drodze). Rozpoczynamy kolejny etap podróży. Ruszamy szlakiem wielkich południowych oaz doliną Draa. Za Warzazate zaczynają się trudne podjazdy. Przy wjeździe na kolejne przełęcze towarzyszy nam bardzo silny przeciwny wiatr. Piętnastokilometrowy zjazd z ostatniej tego dnia przełęczy (Tizi-n-Tinififft 1660 m n.p.m.) prowadzi nas do oazy Agdz. Wszystkim fanom szybkich i ciasnych zakrętów polecamy ten fragment trasy. Nocujemy tam na campingu (3 km od centrum miasta). Dalsza droga na południe do Zagory prowadzi wzdłuż pięknej doliny rzeki Draa. To ciągnąca się przez 100 km oaza z gajami palmowymi i ulokowanymi w ich cieniu kasbami. Obszar jest gęsto zaludniony, dzięki czemu mamy wiele okazji do kontaktów z miejscowymi rowerzystami. Mimo że jeżdżą na wysłużonych rowerach, starają się dotrzymać nam kroku. Zagora jest ostatnim dużym miastem przed granicą z Algierią. Około 30 km od miasta można poczuć już powiew prawdziwej pustyni. W okolicach wioski Tinfou natrafiamy na grupę wydm, wokół których rozstawiono wiele namiotów dla turystów. Marokańczycy nie omijają żadnej okazji do zrobienia interesu. Zainteresowani mają do wyboru spędzenie „nocy na pustyni”, namiastkę safari na wielbłądach lub po prostu picie herbaty w towarzystwie Berberów. Pozostajemy jednak wierni naszym rowerom i wprowadzamy je w piasek, dokąd starcza nam sił. Jeszcze krótka sesja zdjęciowa i wracamy do Zagory.

Nad oceanem wiatr i deszcz

Z Zagory wyjeżdżamy autobusem do Marrakeszu i dalej do As-Sawiry. Droga prowadzi przez najwyższą w Maroku przełęcz Tizi-n-Tichka (2 260 m n.p.m.). Oglądamy ją przy blasku księżyca. Trochę żal, że drogi nie pokonujemy rowerami. Z Marrakeszu porannym autobusem przejeżdżamy na wybrzeże Oceanu Atlantyckiego do As-Sawiry, według biur turystycznych, najbardziej wietrznego miasta w Afryce. Rozbijamy się na campingu obok latarni morskiej, ok. 3 km od centrum miasta. As-Sawira to najbardziej znany w Maroku ośrodek windsurfingu. Ma cudowną plażę, która wielokilometrowym łukiem biegnie w kierunku południowym. Port otoczony potężnymi murami zrobił wrażenie na Orsonie Wellsie, który kręcił tu „Otella”. Wewnątrz murów odkryć można arabski suk i liczne warsztaty stolarskie słynące z wyrobów z tui. Atrakcją turystyczną są również restauracje z rybami i owocami morza (zestaw za 50 DH). Próbujemy chyba wszystkich stworzeń, jakie można kupić. Nie wszystkie odpowiadają naszym podniebieniom, ale spróbować trzeba. Nie odmawiamy sobie również wizyty w hammamie – lokalnej łaźni parowej. To doskonałe rozwiązanie dla osób przeklinających pod zimnym prysznicem w tanim hotelu. W każdym mieście znajduje się przynajmniej jeden hammam, zazwyczaj ulokowany w starej dzielnicy. Gorącej wody jest tam pod dostatkiem, a personel świadczy usługi masażu. W praktyce okazuje się to rozciąganiem mięśni i ustawianiem kręgów przez zwinnego Marokańczyka. Wyginanie i rozciąganie jest źródłem wielu naszych jęków i śmiechu obecnych w łaźni. Wszyscy patrzą na nas z uznaniem i satysfakcją (cieszy ich, gdy turyści starają się poznać ich kulturę). To niezapomniane wrażenia, każdy turysta obowiązkowo powinien spróbować. Po całonocnych opadach namiot w połowie jest zatopiony w kałuży i prawie położony przez wiatr. Poranne słońce pozwala jednak na szybkie wysuszenie śpiworów i karimat. Po dwóch dniach na regenerację ruszamy z powrotem w kierunku Casablanki. Trasa prowadzi wzdłuż wybrzeża (ok. 1 km od brzegu). W powietrzu czuć zapach oceanu. Mijamy lasy tujowe, strome wybrzeża klifowe, podzielone kamiennymi murami niewielkie pola i pastwiska. Choć góry zostawiliśmy daleko w głębi kraju, nie narzekamy na monotonię trasy. Z jednego wzgórza wjeżdżamy na kolejne. Wysokości nie są duże (podjazdy ok. 100 m), jednak ich częstotliwość daje się we znaki. W Safi trafiamy na hipermarket Auchan, gdzie mamy możliwość po raz pierwszy zrobić zakupy bez gestykulowania. Ostatnie dwa dni spędzone na rowerze nie należą do najprzyjemniejszych. Trasa co prawda obfituje w widoki, wiodąc cały czas w niewielkim oddaleniu od brzegu, ale pogoda skutecznie odbiera radość z jazdy. Ciągle padający deszcz, wiejący wiatr i dość niska temperatura (12-15°C) towarzyszą nam prawie cały czas. Najgorzej sytuacja wygląda na przylądku Beddoza. Gdzie to słońce i 25° sprzed zaledwie kilku dni? Nocujemy w Walidii – spokojnym kurorcie nad przepiękną laguną. Ostatni dzień pedałowania prowadzi przez tereny dość gęsto zaludnione. Nie nadążamy z odpowiadaniem na pozdrowienia ludzi. Wszędzie za i przed nami słychać „Bonjour”! W El Jadida mamy na licznikach 1 100 km. Zostajemy w tym ciekawym miejscu przez dwa dni. Korzystamy ze słońca, które wyszło w ostatnie dni naszego pobytu. Autorzy dziękują serdecznie sponsorowi wyprawy, firmie KROSS, za wszelką udzieloną pomoc.

top 3

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach