W strone Zakarpacia

Miała być Rumunia, dzika, malownicza, pierwotna. „Karpaty rumuńskie na rowerze”… Pod tym hasłem miała się kryć wielka przygoda. Ale Rumunię doszczętnie zalało. Nie chcieliśmy oglądać jej w najtragiczniejszych momentach, więc w ostatniej chwili zmieniliśmy plany. Tak oto znaleźliśmy się „pomiędzy”. Między Polską a Rumunią, wschodem i zachodem, północą i południem, nowobogactwem i starobiedą, limuzynami i zaprzęgami… Pomiędzy górami.

„Na Ukrainę? Przecież tam mordują! Dzieci wrzucają do ognia, kroją piłami!” Wciśnięci między sakwy, szprychy i armaturę toalety pospiesznego do Przemyśla przez Kraków słuchamy koszmarnych wspomnień zabrzanina, który zatrzymał się w czasie siedemdziesiąt lat temu. „Uważajcie na tej Słowacji. Tam jest dużo Cyganów. Wyciągną wam rowery spod tyłków!” To jeszcze przed wyjazdem, wśród znajomych… Długo, cały dzień jechaliśmy koleją do Zakopanego, stopniowo wchodząc w atmosferę wyprawy. Coraz więcej myśląc o tym, co nas czeka tam, za Karpatami.

Polskosłowacja

Gorące źródła, piękne pejzaże i Złoty Bażant za dwa pięćdziesiąt przyciągają naszych rodaków do Liptowa – tatrzańskiego regionu Słowacji. Większość aut ma polskie tablice. Nie trzeba silić się na używanie łamanego słowackiego. Tak jak u nas „zimmer frei”, tak u nich „noclegi” reklamowane są w języku gości. Właściciele sklepów i kwater po prostu z nami rozmawiają, czujemy się jak u siebie. Znów chciałoby się cytować Stasiuka: „Mało zagraniczna ta nasza podróż”. Tak więc Słowacja była, przynajmniej w rejonie liptowskim i w Słowackim Raju, „niezagraniczna”, oczywista. Miła, urokliwa, zamieszkana przez otwartych i spokojnych ludzi, których po 21.00 trudno zastać poza domem. Łatwa? O nie, nawet trasy wiodące dolinami dały nam w kość. Sakwy to jednak sakwy. Podjazdy, zjazdy, podjazdy… O tym nie trzeba dużo mówić, bo nudne, lecz dobrze się pamięta. Również mrowienie skóry po kąpieli w termach w Liptowskim Janie, smak Arasidów, mętne fale Hornadu pod stopami na „stupackach do Raju” i padający cały tydzień deszcz. Większe miasta, przez które przejechaliśmy, z daleka już straszyły blokowiskami. Największym z nich przywitały nas Koszyce. Całe połacie wzgórz pokryte betonem trochę nas zdumiały. Ale zarówno w Koszycach, jak i Liptowskim Mikulaszu czy Michalowcach okazywało się, że sercem miasta jest ładne, stare centrum. Na szczególną uwagę zasługują bardzo europejskie Koszyce i malownicza średniowieczna Lewocza, dla obejrzenia której warto nadłożyć trochę drogi i odbić na północ ze Spiskiej Nowej Wsi. To, co najbardziej słowackie – stary zamek położony na stromym wzgórzu – zobaczyliśmy w Spiskim Zamku. Ktoś bąknął, że można by go zdobyć… Ale reszta szybko zmieniła temat!

Kraj Cyganów

Najlepiej zapamiętaliśmy jednak Cyganów ze Spiszu i rejonu Koszyc. Niekoniecznie od razu „wyciągających rowery spod tyłka”. Tam już nie ma tak wielu turystów, przestają pojawiać się polskie rejestracje, trudniej też o noclegi. Z „Polskosłowacji” przenieśliśmy się do… Indii! Osiedla cygańskie to zaśmiecone slumsy, których mieszkańcy większą część życia, a szczególnie wieczory, spędzają na zewnątrz. Droga biegnąca przez taką osadę jest miejscem, przy którym dorośli zbierają się na pogawędki, młodzież szuka rozrywki, a dzieci grają w piłkę i nieustannie się tłuką. Każdy przyjezdny wywołuje poruszenie, a grupa śmiesznie ubranych ludzi na błyszczących rowerach obładowanych bagażem to już prawdziwa atrakcja, wręcz prowokacja. Cyganie są kolorowi i żywiołowi, to najbardziej chyba odróżnia ich od rdzennych Słowaków. Przeważnie krzyczą i biegają. Proszą o pieniądze. Najbardziej ciekawe i zuchwałe są dzieci, które dosłownie właziły nam na rowery, mrucząc automatycznie pod nosem – „Dajte koronu…”. Na widok aparatu reagowały histerycznie. Trzeba było robić im zdjęcia w pozach bojowych, pokazywać na wyświetlaczu efekt, wyszarpywać aparat z rąk próbujących momentalnie wcisnąć wszystkie guziki, robić kolejne fotki, których żądają modele i jednocześnie pilnować bagażu i kieszeni. Tylko raz poleciał za nami kamień, w pozostałych sytuacjach było bardzo miło. Witali nas życzliwie. W jednej z wiosek, gdzie na drodze rozgrywał się akurat mecz, trzeba było przybić „piątki” prawie wszystkim członkom obu drużyn. Dorośli zazwyczaj machali do nas i życzyli szczęśliwej podróży. Za Michalowcami znajduje się spory zbiornik wodny, nad którym można przenocować. Zalew jest miejscem, gdzie, na co dzień spokojni i zaszyci w swoich domach Słowacy dają upust skrytej głęboko potrzebie hulanki. Tylko tam nie cichnie do rana disco grzmiące zza przyciemnionych szyb sunących po campingu bmw i skód 125. Alkohol można kupić także po 22. Może dlatego, że tak blisko już Ukraina?

Ukraina zachodnia

Jadąc przez Słowację, nie myśleliśmy o Ukrainie. Wydawała się bardzo odległa. Po dwóch dniach na Zakarpaciu zapomnieliśmy jednak zupełnie o słowackim etapie. Ukraina stała się dla nas jedynym możliwym światem. O ile na Słowacji czuliśmy się jak w Polsce, przeniesionej jedynie w bardziej malownicze dekoracje Tatr i Słowackiego Raju, o tyle przejazd przez Ukrainę Zachodnią stał się dla nas podróżą w czasie. Podróżą do Polski początku lat 80., a niekiedy i wcześniej. Po przekroczeniu granicy w Użhorodzie znaleźliśmy się w krainie wspomnień z dzieciństwa i pozostaliśmy w niej do końca podróży. Nic tak nie ożywia obrazów z najmłodszych lat jak zapach, hałas i miękkie kształty radzieckich ciężarówek. Na Słowacji turysta ma lekkie życie. W większości miejsc czekają na niego z noclegiem, tanim obiadem, dobrym piwem i atrakcjami. I z uśmiechem. Ukraina jest bardziej powściągliwa w okazywaniu sympatii i gościnności. Zalatuje Związkiem Radzieckim, tak jak woda Lużanskaja – basenowym chlorem. To też, choć słabo, pamiętamy z dawnych lat. Poradziecka turbaza w Mukaczewie, przemianowana na Hotel „ Latoryca”, kosztowała nas czterokrotnie więcej niż najlepsze apartamenty, które mieliśmy do dyspozycji w kraju Janosika. O ile odremontowaną fasadę i marmury w holu recepcji można by uznać za usprawiedliwienie wysokiej ceny, o tyle zagrzybioną toaletę rodem z peerelowskiego dworca PKP już nie. Rowery nie są mile widziane, oczywiście nie można ich zabrać do pokoju, trzeba natomiast zapłacić kilka dolarów jakiemuś człowiekowi, który bierze je „pod ochranę”… Rzeczywiście, nie zginęły przez noc. Zaskoczeniem była główna droga Użhorod – Kijów – szeroka, równa, z ponad metrowym poboczem, wbrew wcześniejszym obawom bezpieczniejsza dla rowerzysty niż pozornie spokojne drogi lokalne, na których raz po raz zjawia się szalony kierowca omijający dziury w najdziwniejszych manewrach.

Z drugiej strony Bieszczad

Żeby dojechać z Mukaczewa do Drohobycza i Lwowa, trzeba przebić się przez Bieszczady. Wybór miejsca, w którym się to robi, jest dość istotny. My, omijając główną trasę, wybraliśmy wariant przez Wołowiec i Sławskie, który wydawał się być jej wolniejszą, ale przyjemniejszą i bardziej malowniczą alternatywą. Mapa z zimną krwią zdradziła nas wtedy, wskazując tę trasę jako równorzędną z innymi „żółtymi” asfaltówkami, po których dotychczas jeździliśmy. W Wołowcu usłyszeliśmy, że „żadną maszyną” nie da się przejechać trasy, na którą mieliśmy za chwilę wjechać. Oczywiście, udowodniliśmy światu, że nasze „maszyny” wjadą wszędzie, ale kosztowało nas to pół dnia szarpaniny pod górę w błocie i krzakach, bez odpowiedniego zapasu wody i jedzenia… Ból i znój zostały przyćmione jednak urokiem świata, w którym znaleźliśmy się po pokonaniu przełęczy. Żeby zobaczyć bieszczadzkie sianokosy w wersji ukraińskiej, warto było przejechać pół Słowacji i stracić pół dnia na dzikie przełaje.

Czekolada z orzechami

Rozpędzona, trąbiąca Łada jest królową zakarpackich szos i szutrów. Tych półdróg przypominających nadtopioną czekoladę z orzechami, na których odechciewa się kolarstwa na dobre. „Równie dobrze możecie jechać lewą stroną. Tu i tak nikt nie zwraca uwagi na rowerzystów” – Brat Wawrzyniec z zakonu bonifratrów, który ugościł nas w swoim klasztorze-aptece w Drohobyczu, dobrze znał realia miejscowego ruchu drogowego. „Gałęzie powtykane w głębsze dziury ratują życie kierowcom, którzy wolą nie zatrzymywać swoich pojazdów. Boją się, że już nie ruszą. Oni ciągle naprawiają te swoje auta”. Rzeczywiście, Aftamagazin – sklep z częściami do ład i wołg – to najpopularniejsza chyba w rejonie forma biznesu. Zła infrastruktura drogowa i pojazdy z minionej epoki to jednak betka przy innych codziennych problemach tubylców. Zasypiając na podłodze apteki, mamy jeszcze w głowie opowieści brata o braku wody, prądu, jedzenia innego niż chleb i mleko i, oczywiście, braku pracy. Wawrzyniec nie pozwala nam kupić mleka na śniadanie. Trzeba mieć pewne źródło – paliwa, mleka, lekarstw, mięsa, wódki. Trzeba się orientować, co u kogo można załatwić. Bez tej wiedzy nie sposób przetrwać w kraju, w którym zarabia się grosze, a życie kosztuje tyle samo co na zachodzie. Mleko przynosi za chwilę jakaś znajoma babuszka. Nie jesteśmy tak blisko, jak byśmy chcieli. Czy zresztą rzeczywiście chcielibyśmy? Miejscowi są życzliwi, ale dystans pozostaje duży. „Jak wam się podoba ‘Exotische Ukraina’?” – pyta ironicznie podpity rolnik pod sklepem. Chcę się tłumaczyć, że my to znamy, u nas jest cały czas bardzo podobnie, dla nas to nie „exotische”, że my bracia z bloku wschodniego, „wiemy o co chodzi”. Ale, patrząc na nasze rowery, ubrania, sakwy i kaski – rezygnuję. I tak będziemy dla nich „Niemcy”. A może i „Polaki”, ale to chyba bez większej różnicy.

Tylko (nie rowerem) we Lwowie

Ostatnie kilometry przed Lwowem podjeżdżamy pociągiem. Ukraińskie „elektriczki” są bardzo „priestranne”, ale wdrapać się do nich po pionowych schodkach jakiś metr ponad peron z obciążonym rowerem jest, bez pomocy drugiej osoby, niemożliwością. Trudno zgadnąć, jak sobie radzą babuleńki wracające ze Lwowa do swoich wiosek, obładowane wielkimi torbami. Wagon jest pełny. Nasze rowery zajmują dużo miejsca, ale, o dziwo, nie wzbudzają szczególnej sensacji. Każdy ma tu jakiś tobół, mniej lub bardziej ekscentryczny. Z naszym bagażem pasujemy do miejsca i czasu bardziej, niż gdziekolwiek indziej podczas całej podróży. Pijany współpasażer po prostu oparł głowę o jedną z naszych sakw i zasnął. Kontrolerzy też nie zwracają uwagi na rowery. Płacimy grosze za zwykłe bilety, choć okupujemy osiem miejsc siedzących plus dwa stojące. 24. sierpnia nie warto wjeżdżać do Lwowa rowerem. Tłumy pijanych Ukraińców świętujących rocznicę powstania ich młodego państwa blokują całe centrum. Miasto jest zresztą wybitnie nierowerowe ze względu na wszechobecne kocie łby oraz styl jazdy mieszkańców. Szukanie w tych warunkach noclegu jest zadaniem beznadziejnym. Gdyby nie wolne miejsca w podupadłym Hotelu Kijów, musielibyśmy chyba upić się wraz z całym miastem, aby przetrwać tę, na domiar złego deszczową, noc. Lwów obejrzany następnego dnia rano w tempie ekspresowym zrobił na nas wrażenie, przede wszystkim jednak unaocznił paralelę do losów naszego Breslau (Wrocławia). Obie metropolie odwiedzają teraz setki wycieczek, odpowiednio, z Niemiec i Polski, ludzi szukających śladów swojej historii i próbujących poukładać na nowo uczucia, swój stosunek do zamieszania, jakiego narobili przed laty Stalin z Hitlerem. Na szczęście dziś, 60 lat od zakończenia wojny, udało się nam bardzo spokojnie, pociągiem z Przemyśla, wrócić do domu wraz z dwojgiem młodych Niemców, którzy rowerami wybrali się na Krym.


Informacje praktyczne

Przejazd przez granicę ukraińską O tajemniczych karteczkach na ukraińskiej granicy przeczytaliśmy wcześniej w przewodniku, nie byliśmy więc zaskoczeni. Jedne z nich potrzebne są na czas przekraczania granicy, drugie na cały pobyt na Ukrainie. Można wobec karteczek przyjąć rozmaite postawy. W przypadku zrelaksowanych turystów jest to najczęściej pełen politowania uśmiech, ale nie można ich gubić! Trzeba też, niestety, podporządkować się głupim decyzjom „pałkowników” – ukraińskich pograniczników, którzy sprawują niepodzielną władzę na przejściach i skazują nieszczęsnych cywili na godziny oczekiwania. Nam kazali przejść z obładowanymi rowerami przez przejście piesze, gdzie w bezładnej kolejce do wąskich drzwi cisnęło się kilkadziesiąt osób… Ukraińska woda mineralna… Większość wód mineralnych dostępnych na Ukrainie ma przedziwny słony posmak, który nie każdemu może odpowiadać (szczególnie, gdy używa się ich do rozpuszczania napojów izotonicznych). Metodą prób i błędów wyłoniliśmy dwie nadające się do picia – Szajańska – zdecydowanie najlepsza oraz Morszyńska – w miarę neutralna. Unikać należy natomiast wody o nazwie Lużańska. Ma ona bowiem zdecydowany smak i zapach wody basenowej. Jedzenie Na Słowacji można jeść w barach i restauracjach, tanio i smacznie. Niestety, słowacka kuchnia jest uboga w warzywa i owoce, co po kilku dniach jazdy dotkliwie się odczuwa. Na Ukrainie żywiliśmy się sami, kupując podstawowe produkty w sklepach. Żywność importowana z zachodu jest droższa niż w Polsce, pozostałe artykuły w cenach zbliżonych do polskich. Wegetarianie mogą mieć kłopot ze znalezieniem czegokolwiek niemięsnego, zarówno na Słowacji, jak i na Ukrainie. Króluje licha kiełbasa i półpłynne pasztety. Noclegi Warto wziąć ze sobą namiot, pytać u ludzi o nocleg, zaczepiać kogokolwiek, ponieważ w wielu miejscowościach, szczególnie na Ukrainie, nie ma bazy turystycznej jako takiej, natomiast wiele osób chętnie bierze turystów pod dach, aby zrobić parę hrywien. Nasze noclegowe propozycje Zakopane: camping „Za Strugiem” (25 zł/dwuosobowy namiot) Huty: brak noclegów, zmuszeni byliśmy spać na łące w namiotach Liptowski Jan: Hotel „Start” (200 koron/1 osoba) Betlanovce: Kwatera prywatna (200 koron/1 osoba). Jest też tani camping (ok. 100 koron/para) Lewocza: camping za miastem Spiskie Vlachy: kwatera prywatna (pytać w karczmie przed stacją kolejową, ok. 1 km od centrum). Świetne warunki (180-200 koron/1 osoba). Koszyce: akademik przy ul. Bożeny Nemcowej (ok. 140 koron/1 osoba, w okresie wakacyjnym) Kaluża: camping nad zalewem. Nikt nas nie „skasował”… Mukaczewo: Hotel „Latoryca” (ok. 20 dolarów/1 osoba) Werchnije Worota: nocleg w namiotach na łące za domem nr 7, cena – „co łaska”. Sławsko: kwatera prywatna pod adresem – ul. Szewczenki 10, tel. 825142273. Świetne warunki (ok. 25 hrywien/1 osoba). W tej miejscowości jest zresztą więcej możliwości. Drohobycz: podobno jest niedrogi hotel (my go nie znaleźliśmy, ale poznani w pociągu Niemcy zapewniali, że jest). Można też pytać u pani Toni: Antonina Pitrewicz, Drohobycz, ul. Stryjska 183 /1 Najlepiej zatrzymać się 10 km wcześniej, w Truskawcu, który jest kurortem uzdrowiskowym i oferuje dużo możliwości przenocowania. My wprosiliśmy się do bonifratrów, lecz była to naprawdę sytuacja awaryjna… Lwów: Hotel Kijów w centrum. Warunki kiepskie, ale jest niezapomniany, przedwojenny klimat (25 hrywien/1 osoba).

Mapy i przewodniki

Słowacja Aleksander Buczyński, Słowacja na rowerze, Pascal, Bielsko-Biała 2005 Autoatlas Slovenská Republika, VKU Harmanec, Skala 1:200 000, Harmanec 2003 Ukraina Zachodnia Aleksander Strojny, Krzysztof Bzowski, Artur Grossman, Ukraina zachodnia. Tam szum Prutu, Czeremoszu.. Wydawnictwo Bezdroża, Kraków 2005 Ukraińskie Karpaty, 1:200 000, BKF, Kijów 2001 (mapa dostępna w polskich księgarniach) Wybrane przez nas pozycje są wystarczająco dokładne i bogate w informacje, aby przejechać trasę bez problemów. Można też próbować pod adresem internetowym www.lib.berkeley.edu/EART/x-ussr/M34.html – gdzie powinny być dostępne mapy wojskowe rejonu Zakarpacia (nam, niestety, nie udało się połączyć z przepełnionym serwerem). Uczestnicy wyprawy: Natalia Aleksy Hanna Tomasiewicz Borys Aleksy Mariusz Drzymalski PS Dziękujemy firmie CROSSO za wyposażenie nas w profesjonalne sakwy i bagażniki, które spisały się wyśmienicie i wygląda na to, że posłużą nam jeszcze podczas wielu kolejnych podróży. 13.08 Zakopane – Chochołów – Suchá Hora – Vitanowa – Oravice – Zuberec – Huty 60 km, średnia prędkość 15,7 km/h 14.08 Huty – Kvacany – Liptovsky Mikulas – Ilanovo – Liptovsky Jan 43 km, średnia prędkość 13 km/h 15.08 Liptovsky Jan – Liptovsky Hradok – Kralova Lehota – Svarin – Liptovská Teplicka – Vikartovce – Spiskie Bystre – Hranovnica – Betlanovce 74 km, średnia prędkość 15,2 km/h 16.08 Betlanovce – Hrabusice – Spiski Stvrtok – Spiska Nová Ves – Levoca 36 km, średnia prędkość 17,8 km/h 17.08 Levoca – Klcov – Buglovce – Spiské Podhradie – Spiské Vlachy 47,5 km, średnia prędkość 16,7 km/h 18.08 Spiské Vlachy – Krompachy – Margecany – Kysak – Tahanovce – Koszyce 75,4 km 19.08 Koszyce – Sady nTorysou – Durkov – Svinica – Dargov – Dvorianky – Trhoviste – Michalovce – Kaluza 83 km, średnia prędkość 15,3 km/h, maksymalna prędkość 61 km/h 20.08 Kaluza – Sobrance – Tibava – Vysne Nemecké – Użhorod – Mukaczewo 98 km, średnia prędkość 14,8 km/h 21.08 Mukaczewo – Swalawa – Polana – Werchnije Worota 67 km, średnia prędkość – 13,8 km/h 22.08 Werchnije Worota – Wołowiec – Oporiec – Sławsko 43 km, średnia prędkość 9,9 km/h 23.08 Sławsko – Tuhla – Skole – Urycz – Truskawiec – Drohobycz 90 km, średnia prędkość 16,3 km/h 24.08 Drohobycz – Medenice – Rudniki – Lwów (pociągiem od Rudników) 27 km 25.08 Lwów – Mościska (pociągiem około 65 km) – do Przemyśla na rowerze 20 km

top 3

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach