Wyrób roweropodobny…

Kosmiczna technologia z supermarketu!

Nie będzie to traktat filozoficzny propagujący ubóstwo i skromność, nie będzie to również praca z ekonomii o obowiązującej nas wszystkich zasadzie oszczędnego gospodarowania środkami budżetu domowego, nie będzie to też, niestety, kolejny przyjemny, kolorowy test roweru. Po raz pierwszy w swej historii Magazyn Rowerowy spróbuje przybliżyć czytelnikom fenomen rynkowy, jakim jest roweropodobny wyrób za 299 zł. Wydaje się, że to właśnie nasze pismo oraz „Przebudźcie się!” powinno zajmować się tego rodzaju przypadkami. Niestety, podejmując ten temat, świadomie skazuję się na pewien stylistyczny konflikt. Chcąc opisać widoczny na zdjęciu wyrób w sposób adekwatny do jego „kultury” technicznej, musiałbym użyć języka o podobnej „kulturze”, wprowadzając słowa, które na łamach MR nigdy jeszcze nie padły…

Zacznijmy od tego, że będąc z bratem w jednym z wrocławskich marketów nabyłem wyrób (w kształcie roweru) o nazwie „Tigger T2000”. Początkowe zażenowanie („Maciek! Ty go prowadź, bo ja się wstydzę!”) stopniowo przeszło w histeryczny śmiech („Pojedźmy nim na Śnieżkę! Dobra! Tylko weźmy młotek, sznurek i Aviomarin!”), by ostatecznie ustapić przerażeniu… Dotarło do nas, że na tym jeżdżą ludzie…

Na początku był chaos

Pierwsze tanie rowery sprowadzono do Polski z Włoch już w połowie lat 90. Takie marki, jak Girardengo, Over Top, Ferari Italia, szybko staly się synonimem roweru „komunijnego”, przez innych wymownie nazywanego „kanalizacją”. Mechanicy pracujący przy ich sprzedaży co dzień stawali twarzą w twarz z niemożliwością prawidłowego wyregulowania, powtarzając swoim szefom – „nie da rady…”. A szefowie? W tych pamiętnych latach rowerowej prosperity, licząc zyski, powtarzali swoim pracownikom – „Nie marudź! Składaj! To tylko rower, żadna filozofia!”. Spowodowało to pojawienie się w naszym światku rowerowym nowego, nieznanego wcześniej określenia: „Tak ma być!”. Stwierdzenie – „Tak Ma Być” – powinno było kończyć zwykle niewygodną i nieprzyjemną rozmowę z klientem serwisu, który, nie wiedzieć czemu, domagal się naprawy zgubionej korby, pogiętej kierownicy, urwanego mostka albo pękniętej plastikowej piasty firmy „Ofmega”. Tłumaczono też, że rower górski „służy do jazdy po górach, a nie dziurawych miejskich ulicach”. Minęło ponad 10 lat i można by pomyśleć, że postęp w technice wzrósł wprost proporcjonalnie do świadomości konsumenckiej i kultury technicznej narodu, który tak wysoko ceni dobre, niemieckie samochody… Tymczasem w styczniu 2005 roku nabyłem wyrób o nazwie Tigger T2000.

Hic natus est Tigger!

Będąc świadomym użytkownikiem jednośladów i doświadczonym rowerowym mechanikiem, postanowiłem dołożyć wszelkich starań, by z nabytego „zbioru części” powstał nadający się do przemieszczania pojazd. Po wykonaniu (z nawiązką) wszystkich opisanych w instrukcji obsługi czynności (które de facto powinny zostać wykonane przez sprzedającego) udałem się na jazdę próbną, zabierając ze sobą telefon… Na wszelki wypadek. Przed wyjazdem rower został dokładnie zmierzony. Rozstaw kół wynosił wtedy 1072 mm. Mając w planach obiektywne przeprowadzenie testu, udałem się na wały nadodrzańskie (to jeszcze nie Alpy), aby kilkakrotnie zjechać i podjechać pod niewielkie wzniesienia. Po drodze (na miejsce przeprowadzenia testu) próbowala mi odpaść podpórka, ale solidnie przykręcona nakrętką piasty „tylko” bezwładnie zawisła, sygnalizując wszystkie ostre pochyły na lewy bok. Wrażenia z jazdy po twardej nawierzchni urozmaicało niewytłumione bujanie się roweru w górę i w dół, przywodzące na myśl rejs po Bałtyku. Pomyślałem, że przy dłuższym wyjeździe powinienem mieć przy sobie Aviomarin… Wróćmy jednak do testu. Po pierwszym podjeździe na niewysoki przecież nadodrzański wał jedna z tylnych koronek (dlaczego akurat ta, na której jechałem?) zaczęła się swobodnie obracać do przodu. Nieważne, przecież zostało ich mi ich jeszcze pięć. Sprawdziwszy uprzednio działanie plastikowych hamulców, odważyłem się zjechać z ww. wału po bardzo łagodnych stopniach. Bez hamowania, swobodnie. W trakcie tego „szalonego zjazdu” siodełko przesunęło się w jarzemku o 45° w tył. Widelec wykorzystał cały skok, oznajmiwszy to metalicznym sygnałem dźwiękowym, ale reszta pojazdu (co prawda jęcząc) dzielnie zniosła ten ekstremalny wyczyn. Całą procedurę powtórzyłem jeszcze kilkakrotnie. Ponieważ poruszanie się 17-kilogramowym „rowerem górskim” wymaga niezłej kondycji, zakończyłem tę fazę testu i zająłem się analizą wyników.

  1. Rower, którego rozstaw kół dotychczas wynosił 1072 mm, miał teraz 1082 mm. Półgodzinna jazda zapoznawcza wydłużyła go o 10 mm.
  2. Wolnobieg, którego jedna koronka obracała się swobodnie do przodu, nie był już wolnobiegiem.
  3. Jarzemko siodełka straciło wszystkie nacięcia, wobec czego nigdy już nie będzie jarzemkiem.
  4. Nóżka boczna nie była w stanie utrzymać samej siebie, nie mówiąc o 17 kg żelaza.

Daleka droga do ideału

Największą „perełkę” zatrzymałem na koniec. Testowany wyrób ma naklejoną na ramie literkę „B” w trójkącie. W Polsce symbol ten oznacza, że produkt ma homologację dopuszczającą go do sprzedaży, potwierdzającą, że spełnia wymogi bezpieczeństwa. To jawna kpina z klientów. Nie trzeba być urzędowym rzeczoznawcą (lub lepiej: nie można być), aby zakwalifikować ten „rower” do złomu stanowiącego poważne zagrożenie dla ludzkiego zdrowia i życia. W Niemczech, które należą do tej samej Unii Europejskiej co Polska, nie przyznano homologacji chińskim rowerom za kilka dolarów i musiały one zniknąć z marketów. W związku z tym kieruję osobiste pytanie do importera, który rozpozna na zdjęciach swój rower… Czy próbował Pan na tym jeździć?

Show must go on

Tigger T2000 pozostanie w naszej redakcji „do końca”. W trakcie trwającego nadal testu ujawni nam kolejne tajemnice swojej konstrukcji. Przyjrzymy się również procedurze reklamacyjnej, bo uszkodzone części zamierzamy wymienić w ramach gwarancji.

top 3

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach