Wyścig przez pustkę

Jazdy rowerem przez pustynne płaskowyże Maroka nie można porównać z niczym, co znamy w Europie. To próba wytrzymałości, umiejętności nawigacji i odporności psychicznej przeprowadzona w niesamowitej scenerii. Poddaliśmy się jej wraz z innymi uczestnikami maratonu Nissan Titan Desert. Tekst: Borys Aleksy, Zdjęcia: Paweł Urbaniak Etapowy wyścig Nissan Titan Desert wiedzie pustynnymi szlakami Maroka na południe od bramy Sahary – Ouarzazate. W Polsce nie jest znany, ale popularności nie można mu odmówić, na starcie staje regularnie ok. 200 uczestników, głównie Hiszpanie. Wśród nich błyszczą wielkie nazwiska – Heras, Olano, Chiapuccii, Mauri. Byli szosowi profi pojawiają się na Titanie regularnie, siejąc spustoszenie w peletonie i obsadzając podium. Obok walczą amatorzy, których kusi egzotyka wyścigu i chęć poznania granic wytrzymałości własnego organizmu. Trudności, z jakimi trzeba się zmierzyć podczas pięciu etapów, to długie dystanse, trudny teren i uciążliwości klimatu podzwrotnikowego. Dodatkowym utrudnieniem jest konieczność nawigowania na trasie, podobnie jak w samochodowym rajdzie Dakar. Wyposażeni w GPS-y i roadbooki kolarze sami szukają najkrótszej drogi między poszczególnymi punktami kontrolnymi.
Zaproszenie od Nissana do udziału w Titanie przyjęliśmy bez wahania, chociaż nie bez strachu. „Desert” kojarzyło się jednoznacznie… Brak wody, piach po kolana, sępy krążące nad głową. Potem przyszło potwierdzenie zgłoszenia, bilety lotnicze i nie było już odwrotu. Nasz wyjazd, mnie jako uczestnika i Pawła w roli fotografa, stał się faktem. Na przygotowanie do startu został miesiąc.
Przygotowania
Przygotowanie do takiej imprezy powinno objąć, no właśnie, co? Chyba trening na rolkach w saunie. Zapowiadane temperatury miały sięgać 40 stopni. Słońca naprawdę się bałem, bo kiepsko znoszę opalanie. Poszedłem nawet raz do solarium, żeby się przyzwyczaić, ale po pierwszej, trzyminutowej wizycie, byłem cały czerwony. Dotarła do mnie banalna prawda, że bez zaspasu superfiltrów nie mam czego szukać na Saharze. W sukurs przyszedł rodzimy producent, firma dr Irena Eris, przysyłając całą paczkę niezbędnych specyfików z serii Lirene. Jak się później okazało, idealnych na afrykańskie słońce.
Zdążyłem obejrzeć kilka filmów z poprzednich edycji Titana i wiedziałem, że etapy będą długie, szybkie i relatywnie płaskie. Kiedy się dało, ćwiczyłem więc kręcenie z dużej tarczy, walcząc z wiatrem na okolicznych asfaltach. Raz w tygodniu trenowałem w górach. Apogeum przygotowań stanowił płaski i suchy w tym roku wrocławski Bike Maraton. Jak się później okazało, bardzo dobrze imitujący pustynne warunki. Wszystko to w rzeczywistości trudno było nazwać treningiem. Wyjeżdżałem raczej wiosenne kilometry bazowe. Niestety, to musiało wystarczyć.
W międzyczasie do redakcji dotarła przesyłka od firmy Laboratories Olimp. W środku znajdowały się: odżywka węglowodanowa, odżywka proteinowa, aminokwasy, kreatyna, glutamina, witaminy, minerały, chelat magnezu, napoje izotoniczne. Do tego plan suplementacji rozpisany przez dietetyka i zalecenie intensywnego nawadniania już na dwa tygodnie przed wyścigiem. Zacząłem to wszystko łykać, zwiększyłem obciążenia. Coraz częściej zapominałem, że jadę do Maroka przede wszystkim jako dziennikarz. Myślami już tam byłem, pustynię przejechałem w wyobraźni kilka razy wte i wewte, przeważnie jako lider… Może te kapsułki tak działają?
Ekwipunek
Trening treningiem, tak naprawdę najważniejszy był właściwy dobór ekwipunku. Nie miałem pojęcia, co nas czeka w Maroku, poza tym że harmonogram każdego dnia będzie napięty, wymagający dobrej logistyki. Nie mogłem zawalić się bagażem, nad którym bym nie panował. Ilość ubrań, skład apteczki, części zapasowe – to wszystko mogło być kluczowe. Pytań było coraz więcej, tylko na część z nich odpowiadał FAQ na stronie imprezy.
Wziąłem sobie do serca sugestie organizatora: osobny strój rowerowy na każdy dzień i ubrania na zimną pogodę (w 2007 r. padało i było poniżej 15 stopni). Poza tym podstawowe narzędzia, pięć dętek i opona. Niby niewiele, a musiałem kupić większą torbę.
Najwięcej wątpliwości wzbudzała „ta cała nawigacja”. Mam problem ze skoncentrowaniem się na dwóch rzeczach na raz, a jednoczesne śledzenie trasy i ściganie wydawało mi się wyjątkowo trudne. Nie bardzo miałem nawet jak to poćwiczyć. Tak czy inaczej musiałem, zgodnie z zaleceniami organizatora, wyposażyć się w GPS i mapnik. Przez pięć dni wyścigu miałem nie mieć dostępu do prądu, co utrudniało używanie GPS-a z wbudowanym akumulatorem ładowanym z sieci. Nasz redakcyjny Edge 705 był w tej sytuacji bezużyteczny. Okazało się, że najbardziej polegać można na najprostszym i najtańszym modelu Garmina. Żółty, zasilany z paluszków turystyczny Etrex był strzałem w dziesiątkę.
Mapnik miał służyć do mocowania roadbooka. Powinien umożliwiać częste przewracanie kartek, więc wszystkie typowe, foliowe konstrukcje odpadały. Rolki, których używają motocykliści na rajdach, wymagałyby sklejania kartek – za dużo roboty. Przeszukiwałem internet dobre dwa tygodnie w poszukiwaniu wygodnego uchwytu, w końcu, tuż przed wyjazdem, zrobiłem go sam. Z kartonu, dużego klipsa, czterech bindek i gumki. Nie wyglądał zbyt solidnie, ale gdyby się zniszczył, mogłem wyciąć sobie taki sam w dziesięć minut.
Orbea
Wiedziałem, że w Maroku pojadę na rowerze testowym, długo nie znałem jednak marki ani modelu. Tu też było o czym myśleć, np. komfortowy full czy bezawaryjny sztywniak? Opony z dętkami czy tubeless? Jaki bieżnik? A siodło? Studiowałem filmy z poprzednich edycji, podpatrywałem sprzęt. Ostatecznie od firmy BDC Rowery Świata dostałem Orbeę Oiz o małym skoku i uproszczonej konstrukcji zawieszenia, w pewnym sensie kompromis między fullem i hardtailem. Osprzęt absolutnie topowy, sportowa pozycja. Swoją drogą, jaką inną markę mógłbym zabrać na hiszpański wyścig?
Rower objechałem przed wyjazdem tylko raz, zaraz trzeba było wysłać go do Barcelony, skąd miał jechać wspólnym transportem do Afryki. Dwa tygodnie później rozpakowywałem go już na piasku, przed namiotem w obozie w Tazzarine…
Dywanowe miasteczko
Zanim dotarliśmy do Tazzarine, wszystko odbywało się bardzo szybko. Gdzieś w międzyczasie zwiedziliśmy Casablancę, wypiliśmy pierwszą marokańską herbatę z miętą, przyzwyczailiśmy oczy do egzotycznych widoków, pokonując busem trzygodzinną trasę wzdłuż jednej z większych rzek Maroka.
Wreszcie znaleźliśmy się w głębi kraju, otaczali nas Berberowie, palmy i pustynne wzgórza. Wiał silny gorący wiatr i wszystko wyglądało jak na jakimś filmie przyrodniczym. Uświadomiłem sobie, że jestem w jednym z piękniejszych miejsc świata. Całe te przygotowania, treningi trochę mi to wcześniej przysłoniły.
Obóz stanowił samowystarczalną całość. Jego główną częścią były haimasy, czyli 5-, 6-osobowe namioty tworzące kilka rzędów. Haimasy powstawały z dywanów rozciągniętych na palach. Wszystko – chodniki, ściany, dachy i podłogi w namiotowym miasteczku wykonano na krośnie. W świetle zachodzącego słońca obóz wyglądał niesamowicie. Tuż obok haimasów postawiono część sanitarną. Zlewy, lustra, prysznice i ceramiczne kibelki były luksusem wręcz onieśmielającym. Wszystko w zupełnej dziczy. Organizacja, biorąc pod uwagę trudne warunki, była rewelacyjna.
Najważniejszą część obozu stanowił duży namiot restauracyjny. Jedzenie serwowano non stop, kuchnia zamykała się dosłownie tylko na godzinę przed kolacją. O dwudziestej znów dymiły gliniane garnki z marokańskim tajine, uzupełnianym typowym kolarskim zestawem makaronów i ryżu z sosem. Za napoje płaciliśmy oddzielnie – na pustyni są towarem najbardziej luksusowym.
Obóz przenosił się każdego dnia. Zawsze wyglądało to podobnie. Wokół zwykle zbierali się miejscowi. Nie wiedzieliśmy, skąd przychodzą, bo zazwyczaj nocowaliśmy w odludnych miejscach. Pojawiali się sporymi grupami, siadali w pewnej odległości od namiotów i wszystko obserwowali. Niektórzy pokazywali nam czasem jakieś jaszczurki itd. Dzieci podchodziły najbliżej i najłatwiej było się z nimi dogadać. Podobały im się rowery, zresztą, nie dziwię się, mi też się podobały. Raz umyły mi nawet całą Orbeę chusteczkami dla niemowląt Bambino…
Salida
Wreszcie wszystko się zaczęło. Pobudka o 5.00, zimno jak diabli. Śniadanie, smarowanie blockerem, depozyt bagażu, pobór obowiązkowych 3 l wody i miła konstatacja, że wszyscy, łącznie z organizatorami, traktują „sztywny harmonogram” dość swobodnie. Podobnie jak na wieczornej odprawie wszystkie komunikaty wypowiadane były tylko po hiszpańsku. Nikt się nie spieszył.
W kolejnych dniach wyglądało to identycznie. Wychodziło słońce i momentalnie podnosiło temperaturę do przyjemnych dwudziestu paru stopni. Ludzie zbierali się pod bramą z napisem Salida. Mimo ogólnie panującego luzu punktualnie o 7.00 odpalali jakąś racę i ruszaliśmy.
Pierwszego dnia załapałem się do jednej z szybszych grupek, lecieliśmy przez otwartą pustynię na pełnym gazie. To była próbka tego, co nas czekało podczas całego wyścigu. Jechaliśmy po wielkiej, płaskiej równinie. Nie było żadnych wydm, piasek ubity, wszędzie leżaly za to kamienie. Nie było drogi, przecinaliśmy to wszystko w poprzek. Nigdy mnie tak nie wytrzęsło. Kamienie łomotały o ramę, korbę, koła. Co chwilę ktoś łapał kapcia. Dziękowałem Orbei za fulla i opony bezdętkowe. Co jakiś czas pojawiały się dodatkowe przeszkody, luźny piach, drobne kamienie na dnie wyschniętych rzek. Każdy błąd kosztował odpadnięcie z grupy. Z czasem wszyscy uczyli się, że najlepiej jest przejeżdżać po piasku z dużą prędkością, odciążając przód i bardzo równomiernie pedałując. Coraz łatwiej było też wybierać odpowiednią trajektorię, rozpoznając zdradliwe, tylko pozornie twarde miejsca.
Dobre rady Konrada
Adrenalina na starcie pierwszego etapu spowodowała to, czego najbardziej się obawiałem. Po godzinie szaleńczej jazdy z grupą szybkich Hiszpanów usłyszałem Pawła, mijającego mnie w wozie prasowym: „Czołówka chyba pojechała w lewo…”. Byłem w kropce. Przypomniały mi się rady Konrada, pilota na rajdach samochodowych. „Po pierwsze, zawsze musisz wiedzieć, gdzie jesteś, nawet jak jedziesz w grupie, nigdy nie wiesz, kiedy zostaniesz sam. Po drugie, jeśli nie wiesz, gdzie jesteś, natychmiast wracaj do punktu, w którym nie miałeś wątpliwości. Nie próbuj szukać skrótów”.
Złamałem wszystkie zasady. Mój roadbook był otwarty wciąż na pierwszej stronie, a cofnąć się po prostu nie byłem w stanie. Nie po to grzałem przez godzinę, żeby teraz jechać w przeciwnym kierunku. Zwłaszcza że tyle osób jechało tam gdzie ja. Wyglądało na to, że kierunek jest niezły, wystarczy tylko trochę odbić na południe.
Po czterdziestu minutach już nie jechałem. Maszerowalem z rowerem na plecach między dużymi kamieniami na dnie wyschniętej rzeki, w końcu stanąłem przed ścianą zamykającą ślepy wąwóz. W promieniu 100 m kręciło się jeszcze dwóch innych gości. GPS-y pokazywały nam „1 km do CP1” i kierunek dokładnie na tę ścianę. Każdy niezależnie podjął decyzję o wspinaczce. Wdrapywałem się na skały, zastanawiając się, kiedy nadzieję się na skorpiona. Przez cały czas nie wypowiedzieliśmy ani słowa. Wyścig pędził w tym czasie gdzieś kilka kilometrów obok.
Navigare necesse est?
Do CP1 na pierwszym etapie w końcu dotarłem, ale nauczkę zapamiętałem sobie dobrze. Skrót kosztował mnie dużo czasu i kilkadziesiąt miejsc w klasyfikacji. Postanowiłem bardziej przykładać się do nawigacji.
Formułę wyścigu zapożyczono z Rajdu Dakar. Trasa była oznaczona bardzo skromnie. Przyznam, że, przyzwyczajony do strzałek, taśm i wykrzykników w polskich maratonach, pierwszego dnia nawet nie zauważyłem kawałków taśmy przywiązanych tu i ówdzie, może dlatego się zgubiłem. Organizator nie przykładał dużej wagi do drogowskazów, bo właściwym narzędziem orientowania się na szlaku miał być GPS i roadbook. Trasę każdego etapu poznawaliśmy wieczorem poprzedniego dnia. Podawano współrzędne geograficzne ok. ośmiu punktów, które wszyscy wprowadzali do GPS-ów. Później dowiedziałem się, że większość zawodników z czołówki bazowało tylko na tym, roadbooki trzymali w kieszeni. Ja, po przygodzie z pierwszego dnia, wolałem zatrzymywać się co kilka km i przewracać kartki niż ryzykować kolejną wpadkę. Mój prowizoryczny mapnik się sprawdził, zresztą nie wyglądał gorzej niż to, co mieli inni.
Po pustyni bez trzymanki
Pierwszy, szybki etap był tylko rozgrzewką. Prawdziwa próba zaczęła się, gdy rozpoczęliśmy „dwudniowy etap”, tzw. maratonowy. Dwa razy po prawie 120 km żadnego wsparcia z zewnątrz (wielu zawodników korzystało na co dzień z płatnych usług masażystów i mechaników), konieczność zabrania na trasę wszystkich rzeczy potrzebnych do spędzenia nocy we wspólnym namiocie bez materaców. Nasze duże torby mieliśmy dostać dopiero po dwóch dniach, więc zabrałem śpiwór, ubranie na wieczór, nowe spodenki na następny dzień. Miałem chyba największy plecak ze wszystkich, głównie dlatego, że wsadziłem do niego śpiwór, a nie, tak jak inni, przywiązałem do roweru.
Jazda na tak długim dystansie była zupełnie inna niż dzień wcześniej. Zanim dojechałem do połowy trasy, słońce było już wysoko. Wyścig się rozciągnął, jechałem zupełnie sam w ciężkim upale. Główną atrakcją dnia była strefa bez oznaczeń – wielka, płaska przestrzeń, pusty horyzont. Gdzieś daleko znajdował się punkt z wodą, do którego należało dojechać wg wskazań GPS-a. Później Paweł opowiadał, jak ludzie rozjeżdżali się w różnych kierunkach. Nie sposób było ustalić, kto prowadzi. Drogę przecięły mi rozległe łachy piachu, zacząłem je omijać, tracąc właściwy azymut. Kończyła się woda. Wokół mnie nie było nic. Żadnych roślin, zwierząt, owadów. Wiatr ucichł. Poczułem, że jestem absolutnie sam. Zasuwałem jak w amoku, tłukąc się po kamieniach. Bolały mnie plecy, co jakiś czas puszczałem kierownicę i jechałem wyprostowany. Za którymś razem pomyślałem sobie: „Jedziesz rowerem przez Saharę. Bez trzymanki. Nie jest źle, co?”. Zacząłem się śmiać, to mi dało więcej siły, nacisnąłem mocniej. Potem na horyzoncie zabłyszczały flagi Nissana, oznaczające długo oczekiwany punkt z wodą.
Po dystansie maratonowym czas już leciał szybko. Etap górski rzucił na kolana scenerią i trudnością podjazdów, choć i tak był „lajtowy” w porównaniu z Karpaczem czy Międzygórzem. Wielu uczestników twierdziło, że był najlepszy ze wszystkich. Szosowcy spuścili z tonu, nie radzili sobie na kamienistych zjazdach, dając trochę satysfakcji góralom. Wspaniale pojechał Israel Nunez Baticon, który ostatecznie wygrał wyścig. Ostatni dzień przejechaliśmy już z rozpędu. Żadnych kamieni i tylko 50 km – relaks.
Llegada
Już na etapie górskim Titan dał się poznać jako trudny wyścig. Cztery dni ścigania dały o sobie znać, ludzie walczyli ze zmęczeniem, otarciami i awariami sprzętu. Suche powietrze powodowało krwotoki z nosa. Kończyły się zapasy dętek, bezdętkowce ponadziewane dziesiątkami jakichś kolców zaczynały puszczać powietrze. Ci, którym udało się to przetrwać, z ulgą dojeżdżali do mety piątego etapu w Ouarzazate.
Z trudem porządkowałem wspomnienia i widoki z poszczególnych etapów. To było trochę jak na rajdzie samochodowym, przejeżdżaliśmy na pełnym speedzie przez te wszystkie egzotyczne miejsca. Codziennie żałowałem, że nie mogę fotografować tego, co widzę na trasie. Twarze mijanych osób, wioski, oazy zostały gdzieś w głowie. Resztę stanowiła całkowita pustka, kamienie i koło zawodnika przede mną.
Przygotowania trwały tak długo, a wyścig minął szybko i trochę jak we śnie. Podobnie jak każdego dnia nie mogłem uwierzyć, że nazajutrz mam znów wsiąść na rower, tak w Ouarzazate nie docierało do mnie, że przejechałem prawie pięćset kilometrów po Saharze.

Co zabrać?

Kolejna edycja odbędzie się w 2010 na przełomie kwietnia i maja. Dla zainteresowanych przygotowaliśmy listę rzeczy, jakie należy zabrać ze sobą na pustynię. Podstawowe: duża torba, paszport, gotówka, bilet, aparat, baterie do aparatu. Nawigacja: GPS + baterie na 5 dni, mapnik, kompas, zipy, licznik, baterie, gumka i spinacz do mapnika.
Narzędzia: multitool, łatki, dętki, zapasowa opona, łyżki, pompka,
adapter do kompresora samochodowego, smar do łańcucha, sprzęt do czyszczenia, pompka do amortyzatora.
Ubrania: kask, okulary, rękawiczki, buty, spodenki, koszulka, wiatrówka, bandana, skarpety, klapki.
Wyposażenie dodatkowe: bidon, torebka pod ramę, plecak z camelbagiem, latarka, śpiwór, czapka, folia NRC.
Apteczka: leki na rozwolnienie (Loperamid, Stoperan itp.), leki przeciwbakteryjne (Nyfuroksazyd), silne filtry przeciwsłoneczne (Lirene), środki łagodzące oparzenia słoneczne, leki przeciwbólowe/przeciwzapalne (Ibuprom itp.), aspiryna, krople do oczu, krem nawilżający.
Jedzenie i suplementy: batony i żele energetyczne, napój izotoniczny w proszku, minerały + witaminy, odżywka węglowodanowa. O samej imprezie więcej można dowiedzieć się ze strony organizatora: www.titandesert.es (znajomość hiszpańskiego wskazana).

top 3

Czytaj więcej

10 dni do Pucharu Świata w kolarstwie torowym Pruszków 2017

Czytaj więcej
Czytaj więcej

Przełaje – Masłońskie – galeria zdjęć

Czytaj więcej

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach