Z Alp w Dolomity

Z Alp w Dolomity czyli na przełęcz i z powrotem

Plany następnej letniej wyprawy zacząłem snuć… w pociągu powrotnym z poprzedniej. Na poważnie zająłem się tym jednak w marcu 2003, przeglądając witryny internetowe związane z Alpami.

Szczególnie utkwiła mi w pamięci „Virtual Alps”, ze zdjęciami z większości alpejskich przełęczy. Mały format nie oddawał pełni uroku oglądanych miejsc, ale wiedziałem przynajmniej, na jakie widoki (przy dobrej pogodzie) będzie można liczyć. Potem przyszedł czas na czytanie relacji, opisów rezerwatów, szlaków rowerowych, profili podjazdów i… na kompletowanie ekipy.

W góry!

Jedziemy prawym skrajem jeziora Saalach-Stausee, szutrową drogą z niewielkimi podjazdami. W ciemnej, niezmąconej wiatrem tafli jeziora odbijają się najbliższe szczyty, m.in. Predigstuhl (1613 m n.p.m.) z prowadzącą nań kolejką linową. Zachodzące słońce nadaje skałom czerwoną barwę. W okolicach Unterjettenberg szlak parę razy zahacza o szosę i jest to trochę dokuczliwe. Nagle odbija od drogi, serwując niełatwy podjazd przez łąki. Potem jedziemy ciemną doliną górskiego potoku, jakieś kilka, kilkanaście merów nad lustrem wody. Jest już po zachodzie słońca, zaś urwisko ma bez mała 5 metrów, więc naciskamy mocniej na pedały, aby uniknąć jazdy po ciemku. Droga nie jest płaska… Ale serwujemy sobie niespecjalnie męczący dzień, bo jazda przypomina typowe pedałowanie po dolinie w Beskidach. Jeden ze zjazdów sprowadza nas do kanionu. Tam szlak prowadzi przez mostek. Jest to dość niebezpieczne miejsce, łatwo można zaliczyć wjazd do rzeczki. Na szczęście liczne znaki ostrzegają nas odpowiednio wcześnie, że należy zmniejszyć prędkość! Za mostkiem zmiana krajobrazu. Szeroka łąka, łagodne zbocza i gdzieniegdzie wystające skałki. Góry po bokach jakby mniejsze. Asfalt oraz poutykane w stromych zboczach domki informują nas, że minęliśmy przełom rzeki Saalach i zbliżamy się do Unken. Zrazu planujemy nocować na dziko, ale dochodzimy do wniosku, że rozsądniej, bezpieczniej i przyjemniej będzie umyć się na kempingu w Unken. Następnego dnia mijamy miasteczka Lofer i St. Martin. Za drugim z nich znajdują się dwa kaniony i jaskinia, które zwiedzamy na jeden bilet (Kombikarte) za 7 euro. Zjeżdżamy do Tauernradwegu i jedziemy nim do jaskini Lamprechtshšhle. To największy kompleks jaskiń w Europie (łącznie kilkadziesiąt kilometrów korytarzy). W środku temperatura ok. +5 st. C. Zapowiadało się ciekawie, a okazuje bardzo nudno. Jedyną wartą zachodu docierania do jaskiń atrakcją jest wejście po kilkuset schodach pod sklepienie potężnej komnaty. Po zwiedzeniu jaskini zdążamy w kierunku Seisenbergklamm. Kanion ma głębokość 50 i długość 600 m. W roku 1831 zbudowano tam przejście, które dotrwało do naszych czasów. Tym traktem przenoszono drewno z doliny położonej powyżej kanionu. Wczesnym popołudniem udajemy się dalej w górę, do Saalfelden (700 m n.p.m.), ścieżką rowerową wzdłuż głównej drogi poprowadzonej w dość szerokiej i łagodnie wznoszącej się dolinie. W Saalfelden gdzieś znika nam szlak i do Zell am See jedziemy bocznymi drogami przez niewielkie wzgórza. W Zell am See odnajdujemy szlak wiodący promenadą nad Zeller See. Wkrótce ruszamy dalej, gruntową drogą w kierunku Bruck (755 m n.p.m.), gdzie zjeżdżamy ze szlaku rowerowego Tauernradweg na szosę wysokoalpejską – Grossglockner Hochalpenstrasse. Rozpoczynamy podjazd w kierunku przełęczy Hochtor. Mamy wyjątkowo piękny widok na kilka wzniesień, m.in. Gr. Wiesbachhorn, Hohe Dock, Fuscher-Kar-Kopf. Z racji wieczornej pory ruch samochodowy znikomy i słychać z oddali dzwonki krów. W małej, trawiastej zatoczce, na wysokości ok. 1700 m, postanawiamy rozłożyć się na nocleg. Kiedy rozpakowuję tabliczkę czekolady, przypomina mi się świstak, który „siedzi i zawija je w te sreberka…”

Lodowiec

Kolejny pogodny ranek wita nas grą świateł na lodowcu. Nie bez wysiłku wjeżdżamy numerowanymi zakrętami na niekończącą się górę, podziwiając rozświetlone promieniami górskie łąki i ciesząc się rześkim alpejskim powietrzem. Szosę wybudowano z rozmachem, niektóre z serpentyn są wysunięte daleko poza krawędź zbocza, lewitują w powietrzu kilka metrów nad ziemią. Niestety, sielanka nie trwa długo, już o dziewiątej pojawiają się pierwsze pojazdy. Nachylenie rzędu 12-14 % znacznie spowalnia naszą prędkość jazdy. Po drodze zwiedzamy Muzeum Przyrody Alpejskiej, ulokowane na wysokości 2260 m n.p.m. (wstęp darmowy). Dojechawszy do Fuscher Tšrl (2425 m n.p.m.), zostawiamy bagaż za budynkiem restauracji i podjeżdżamy brukowaną drogą dziewięcioma serpentynami w kierunku Edelwei§spitze (2577 m n.p.m.). Na wierzchołek wjeżdżamy przy akompaniamencie ryczących silników motocykli i samochodów najróżniejszej maści. Lśniące w słońcu, czarne, metaliczne maszyny prezentują się okazale, jednak mimo wszystko wolimy nasze rowery. Punkt widokowy (2577 m n.p.m.) to najwyższy poziom, na jaki udało mi się wjechać rowerem. Panorama, którą podziwiamy ze szczytu, jest rewelacyjna. Widzimy nawet Zell am See, odległe o cały dzień jazdy. Nie brakuje najwyższego szczytu Austrii, od którego droga wzięła swą nazwę (Grossglockner 3798 m n.p.m.). Widać też jak na dłoni główny cel dzisiejszego dnia – przełęcz Hochtor (2504 m n.p.m.). Ścinamy ją tunelem. Aby dostać się na siodło (2576 m n.p.m.), podchodzimy szlakiem pieszym. Otwiera się przed nami fantastyczna panorama na południową część Wysokich Taurów. Co ciekawe, śnieg zaczyna się od wysokości ok. 3500 m. Pogoda zdaje się załamywać, ale wierzchołki gór wciąż są doskonale widoczne. Zjazd dostarcza rewelacyjnych doznań, z pięknie profilowanymi serpentynami oraz długą, stromą prostą. W drodze na dół, na wysokości 1859 m, odbijamy asfaltową stokówką, aby obejrzeć lodowiec Pasterze. Czeka nas fenomenalny widok na morze lodu i górujący nad nim szczyt Grossglockner. Koniec szosy (2370 m) znajduje się 200 m nad powierzchnią lodowca, co zapewnia nam godzinny spacer. Przynajmniej trochę się człowiek rozrusza, wszak jadąc rowerem prowadzimy „siedzący tryb życia”… Następny poranek, o dziwo, też jest słoneczny. Jak na razie nie doświadczyliśmy ani jednej kropli deszczu. Szczęście nam sprzyja. Dwa dni wcześniej wiatr wiał w plecy. Dziś, dla odmiany, prosto w twarz. Trzeba się nieźle napedałować, aby pokonać kolejne 200 m różnicy wzniesień. Docieramy w końcu do Winklern (966 m n.p.m.), gdzie skręcamy na zachód i rozpoczynamy podjazd z pozoru łatwej przełęczy Iselsberg. Hmm, łatwa może ona i jest, ale nie przy +37 st.C w cieniu i na pozbawionej drzew szosie. Koniec końców o pierwszej po południu, po dwóch godzinach podjazdu, nieźle zmęczeni docieramy do tabliczki z napisem „Iselsberg 1204 m”. Kolejny zjazd, panorama na Dolomity. Opuszczamy Wysokie Taury. Z Lienz (660 m) wyjeżdżamy drogą rowerową w kierunku Toblach. Jedziemy doliną, mając po lewej Dolomity, po prawej Wysokie Taury. W pewnej chwili kątem oka zauważam drogowskaz „Wasserschaupfad Galitzenklamm”. Dochodzimy do wniosku, że będzie to dobre miejsce na przeczekanie burzy… Wstęp do kanionu jest oczywiście płatny, ale fakt, że dostajemy obowiązkowe kaski, robi wrażenie. Niestety, na wrażeniu się kończy. Szeroko reklamowana trasa turystyczna składa się z krótkiego odcinka drewnianej galerii poprowadzonej wzdłuż skalnej ściany. Czeka nas jednak ładny widok na tęczę i padający w dolinie deszcz. Po krótkim prysznicu, przy odgłosach burzy, jedziemy dalej trasą rowerową. Cały czas lekki podjazd. Docieramy do Abfaltersbach (982 m n.p.m.). Z racji nadciągającej nawałnicy chowamy się do pobliskiego lasku, szybko rozbijamy namioty i na „uwolnionych” od bagaży rowerach pędzimy umyć się w potoku. Nadciąga ulewa, pioruny biją blisko, gęsto i zaciekle. Rano znów wita nas słoneczko, tak więc czym prędzej zbieramy się i ruszamy w dalszą drogę. Po stronie włoskiej mamy możliwość jazdy łatwą drogą (żółty kolor) albo trudną (czerwony). Z racji bagaży wybieramy żółtą. Bez przeszkód docieramy do Toblach (1220 m), gdzie skręcamy w dolinę Hšhlensteintal, między strzeliste turnie Dolomitów. Po kilkunastu kilometrach docieramy do idyllicznej polanki. Bagaże zostawiamy w punkcie sprzedaży pamiątek, niedaleko hotelu Drei Zinnen Blick. Droga przez dolinki Rienztal i Schwabental układa się bardzo ładnie, umiarkowany podjazd po wygodnym szutrze. Niestety, kiedy dojeżdżamy do doliny Schwabental (2000 m n.p.m.), droga gwałtownie się kończy, a zaczyna stroma ścieżka w ścianie skalnej, nie nadająca się nawet do pchania rowerów. Na dodatek goni nas burza i chcemy szybko dostać się do położonego wyżej schroniska. Tymczasem musimy się wycofać i zjechać w ulewie z powrotem do doliny Hšhlensteintal. Pogoda do końca dnia już nam nie odpuszcza. W pobliskich ruinach znajdujemy miejsce na rozbicie namiotów i słuchamy, jak spadające krople miarowo uderzają o tropik.

Ku włoskiemu słońcu

Bardzo zimny ranek budzi nas gęstą mgłą, kapiącym deszczem i wilgotnymi śpiworami. Co chwilę wyglądamy z namiotu, sprawdzając, czy może coś się zmieniło. Wreszcie widzę niebo. Gęste, kłębiące się mgły odsłaniają przy jednym z wierzchołków skrawek błękitu. Postanawiamy zwinąć obóz, przenieść się do Misuriny i tam osuszyć, bo w zamglonej, kapiącej dolinie tylko namakamy. Po drodze, z szosy, mamy okazję podziwiać niesamowity widok na Dolomity, a w zasadzie grupę Cristallo (3221 m n.p.m.). Rozświetlone porannym słońcem wierzchołki wyłaniają się z mgieł. Minąwszy rozstaje w rejonie Schluderbach (1432 m) „dostajemy” w nagrodę spory podjazd. W zasadzie tylko 10%, ale jedzie się jakoś powoli. Rozleniwiliśmy się chyba popołudniową rundką bez sakw poprzedniego dnia. Po godzinnej przejażdżce lądujemy na przełęczy Col S. Angelo (1757 m), a po chwili wygrzewamy się już w ciepłych promieniach słońca nad połyskującą taflą jeziora. Niebo znów jest bezchmurne, a widoki wspaniałe. Rozwijamy śpiwory i suszymy je na ławkach. W pewnym momencie silny podmuch w kierunku jeziora prawie pozbawia nas sprzętu. Gdyby nie refleks, musielibyśmy suszyć go ponownie…

Po niecałych dwóch godzinach wszystkie rzeczy mamy suche i jesteśmy gotowi do dalszej drogi. Bagaż zostawiamy w jednym z hoteli (u nas taki numer by nie przeszedł…) i atakujemy 8-kilometrowy podjazd na Rifugio Auronzo. Jest już południe, kiedy wspinamy się nasłonecznioną drogą na 2370 m n.p.m. Nieliczne samochody żółwim tempem pokonują stromy odcinek szosy, wspinającej się serpentynami (nachylenie 18%). Nie bez wysiłku przychodzi nam zdobycie ostatniej prostej. Gdy asfalt się kończy, otwiera niezwykła panorama. Tysiące igliczek, turni i wieżyczek o najróżniejszych kształtach. Pod nimi strome nasypy stożków piargowych opadających wprost na soczyste, zielone łąki. Bardzo daleko połyskuje tafla jeziora w Auronzo. Z drugiej zaś potężne, jakby z innego świata, niekształtne, toporne bloki skalne – Tre Cime di Lavaredo, na których niezgrabnie poruszają się małe, kolorowe chrząszcze. To wspinacze, którzy próbują swych sił na najsłynniejszych ścianach Dolomitów. W Rifugio Auronzo raczymy się porządnym kawałkiem ciasta mocno nasyconego rumem (wydatek niecałych 3 euro). Nasyciwszy się, jedziemy dalej. Szutrowa droga, prowadząca w poprzek stromego skalistego stoku po poziomicy 2350 m, pozwala się nieco dłużej nacieszyć niezwykłością i pięknem tego surowego krajobrazu. Za Rifugio Lavaredo (2344 m) nawierzchnia staje się bardzo kamienista i postanawiamy zawrócić. Decyzja tym bardziej uzasadniona, że jest upalnie i nie wiadomo, czy litr wody wystarczyłby na dotarcie do przełęczy. Zjazd serpentynami jest wyjątkowy, zakręty bardzo ciasne, zaś proste krótkie. Przyspieszamy wprost fenomenalnie, z hamowaniem zaś trzeba uważać, bo na drogę sypią się drobne kamyczki ze stromego zbocza. Im niżej, tym cieplej, w Misurinie jest już powyżej 30 st. C. Pomyśleć, że ta miejscowość jest położona wyżej niż nasza Śnieżka… Mamy z górki, ale tylko kawałek, do rozstaju szos poniżej jeziora (1647 m). Tu szosa w lewo idzie przez kanionowatą dolinę do Auronzo (tą samą, którą mieliśmy pod stopami dwie godziny temu, stojąc nad Rifugio Auronzo). Wybieramy szosę w prawo, w kierunku Cortiny d’Ampezzo. Uff, jak gorąco! Droga prowadzi częściowo przez las, ale mimo tego skwar daje się odczuć. Na przełęczy Passo Tre Croci (1809 m) skręcamy w drogę gruntową, zasłaną gałęziami chyba po to, by w nią nie skręcać… Zza zakrętu wynurza się potężny fort. Okazuje się zimny i głuchy, ale na szczycie jest jakieś 20 m kwadratowych idealnie płaskiej powierzchni, w sam raz na nasze namioty. To jednocześnie wspaniały punkt widokowy, panorama na szereg gniazd górskich Dolomitów. Zachodzące słońce fantastycznie barwi skały na pomarańczowo. Zamiast szykować się do spania chodzimy po forcie z lornetkami i mapą. Wstaje kolejny słoneczny dzień. Zjeżdżamy z przełęczy do Cortiny d’Ampezzo (1178 m), gdzie szukamy pizzerii. Jak się okazuje, przed dwunastą pizzy nie serwują. Zwiedziwszy Cortinę atakujemy przełęcz Giau (2238 m), co zajmuje nam jakieś 3 godziny. Znowu podjeżdżamy w największy upał. Z asfaltówki ładne widoki na Cortinę i grupę Sorapiss. Nasłoneczniona galeria daje się we znaki. Na szczęście później większa część drogi idzie lasem. Zjazd z przełęczy obfituje w liczne odcinki po 15%, galerie i tunele oraz ciasne zakręty. Zakręty zacieśniają się w miarę ich pokonywania (maleje promień zakrętu) i daje to niemiłe wrażenie wypadania z trasy. Ograniczenie do 30 km/h nie jest na tej drodze rzadkością. W miejscowości Selva di Cadore są rozstaje. Droga w lewo idzie głębokim kanionem do Caprile, zaś w prawo prowadzi widokowa stokówka, też asfaltowa. Skręcamy w prawo. Po lewej stromy stok z widoczną w dole nitką asfaltu (300 m niżej), zaś na wzgórzach poutykane domki. Na przedłużeniu doliny krystalicznej ostrości panorama Dolomitów, surrealistycznie wyłamujących się z zielonego krajobrazu. W miejscowości S. Lucia zaglądamy do pizzerii i na tarasie pałaszujemy najpopularniejsze włoskie danie. Najedzeni wtaczamy się na przełęcz (Colle S. Lucia). Znak „galleria” informuje, że zbliżamy się do ciekawego odcinka drogi. Punkt widokowy Belvedere to włoska Gubałówka, tyle że w skali makro. Zerknąwszy w dół, widzi się pod stopami wijącą się serpentynami drogę, obok niewielkie domki, a dalej miasteczko Caprile z kanionem i szosą z Selva di Cadore. Wszystko odległe o jedyne… 500 m w pionie. Wydaje się, że podjazdów mamy chwilowo dość. Postanawiamy, że zaraz za miejscowością Cernadoi poszukamy miejsca noclegu. Pierwsza serpentyna, druga, trzecia, wciąż stromy las zboczowy. Jechalibyśmy do samej przełęczy, gdyby nie to, że nagle – krrrrach! Mój rower staje. Kiedy z niego zsiadam, kulki ochoczo wyskakują z tylnego łożyska i wkleszczają się w piasek na poboczu drogi. Pękła tylna ośka. Dobrze, że nie na zjeździe… Tymczasem jest już ciemnawo, jechać ani iść się w tym stanie nie da, trzeba więc rozbić się na nocleg. Jako że zbocze jest naprawdę strome, musimy się zadowolić poboczem jezdni. Rozbijamy namioty na piasku, zostawiając asfalt dla pojazdów. Na zdemontowanym rowerze zawieszam zapaloną lampę, żeby nikt nie wjechał w stojący tuż przy jezdni namiot. Chmurzy się, ale na szczęście nie pada. Od czasu do czasu tuż przy nas trąbią samochody, wszak to główna droga do Cortiny. Zdarzają się ostre hamowania na zakrętach… Kierowcy jeżdżą tu dość dynamicznie… Szanse zakupu sprzętu rowerowego są mizerne. W Cortinie nie ma sklepu czynnego w niedzielę. Sklep jest w Bolzano, ale to trzy przełęcze stąd i dojazd tylko na stopa lub z czterema przesiadkami. Zdążą go zamknąć, nim dojadę. Czekać nie ma co, trzeba naprawiać. Oby do przełęczy, potem w dół, w razie problemów można zamienić koła przednie z tylnym. Koło toczy się trochę z oporami, ale najważniejsze, że jedzie. Podjazd idzie nam szybko, z racji małego nachylenia (8%). Ostatni odcinek jest ciekawie poprowadzony – wąski tunel, a w nim ciasny zakręt, 180 stopni. Po prostu serpentyna wykuta w skale, nieoświetlona. To wszystko przy nachyleniu 10%. Robi wrażenie… Przełęcz Falzarego zdobywamy około południa. Przed nami wyrasta potężna ściana skalna, na nią zaś powoli sunie wagonik. Przez lornetki oglądamy, jak ludzie spacerują nad przepaścią. Małe robaczki, których nie widać gołym okiem. Rowery parkujemy między motocyklami i idziemy kupić bilety (10 euro w obie strony). Po chwili stoimy w oszklonym wagoniku, wznosząc się na wysokość 2752 m n.p.m. Dotarłszy na górę, robimy kilometrowy spacer wzdłuż 600-metrowego urwiska na położony nieco wyżej szczyt Piccolo Lagazuoi. Panorama z piku nie ma sobie równych. Jesteśmy na wysokości chmur. Dziesiątki pasm górskich, setki wierzchołków, tysiące grani i turniczek. Widać przełęcze, na które zamierzamy dotrzeć po wymianie ośki. Na horyzoncie Marmolada, na której, o ile pogoda pozwoli, za parę dni postawimy nasze stopy. W tle majaczy grupa Sorapiss. Z przełęczy Falzarego prowadzi krótki podjazd na Przełęcz Valparola. Widoki z tej drugiej są jednak dość ograniczone, nie porywają. Natomiast zjazd z Valparola do La Villa jest wyśmienity pod względem krajobrazowym. Opadające pionowo dolomitowe zerwy kontrastują z ciemnym lasem w dolinie. Łatwo się zagapić i pojechać prosto na jednym z pozornie łagodnych zakrętów.

Burza

O dziewiątej mieli otworzyć warsztat rowerowy. Jak się okazało, głównym zajęciem tego punktu jest wystawianie co rano wielkiego manekina oblepionego emblematami różnych firm rowerowych. Drugą z absorbujących czynności jest wypożyczanie kosztownych rowerów na hydraulicznych tarczówkach. Na trzeciej pozycji w hierarchii stoi sklep, zaś dopiero na końcu warsztat. Muszę czekać, aż przyjedzie szef sklepu, bo tylko on zna się na rzeczy. Przybywa luksusowym samochodem i zabiera się do roboty. Proponuje mi wymianę koła, ponieważ nie ma osiek i conusów luzem. Ma to kosztować blisko 100 euro. Niestety, nie ma koła, w którym pasowałby mi ten sam wielotryb (nakręcany) i nagle, ni stąd, ni zowąd, znajdują się conusy i ośka! Za jedyne 15 euro z montażem… Ostatecznie o godzinie jedenastej wyjeżdżam na sprawnym rowerze.

Zaczynamy jak zwykle od podjazdu na przełęcz, tym razem jest to Passo Gardena (2125 m n.p.m.), jedna z przełęczy, tzw. Sella Ring, na których odbywają się wyścigi kolarskie. Podjazd na przełęcz z Corvary liczy 23 serpentyny. Podjazd jest widokowy, w pięknej łąkowo skalnej scenerii. Po lewej mamy część masywu Sella, zaś po prawej dobrze prezentują się okazałe urwiska Col Turon i Sas di Ciampac. Widok z przełęczy nie rzuca na kolana. To z racji potęgi skał Sas de Luesa, odległych o niespełna kilometr w linii prostej. Po raz pierwszy jednak otwiera się nam panorama na zachodnią część Dolomitów. Skaliste turnie rozmieszczone są znacznie rzadziej, a kolorem dominującym jest nie szarość surowych skał, a zieleń soczystych łąk. Zjazd z przełęczy prowadzi kiepskiej jakości łatanym asfaltem i jest to o tyle dziwne, że przełęcz często odwiedzają zawodnicy kolarscy podczas przeróżnych zawodów. Wszystko, co dobre, szybko się kończy. Niby ładne widoki, ale perspektywa celu 400 m wyżej czyni nasze koła wolnymi, a nogi ciężkimi. Z tempa rzędu 370-400 m różnicy wzniesień na godzinę, spadamy poniżej 250… Na dodatek depcze nam po piętach burza. Widok na okoliczne szczyty przyprawia o mrowienie pleców, bowiem przysłaniają je ciemnogranatowe, kłębiące się chmurzyska. Do schroniska wchodzą kolarze szosowi ubrani tak, jakby miało być zaraz +30 st., tymczasem temperatura spada w okolice zera i taka już pozostaje. Z przełęczy widzimy, jak burza atakuje stoki Marmolady. Od zachodu rozjaśnia się, mamy więc szansę na chwilę dobrej pogody. Deszcz przyniósł długo oczekiwany chłód oraz poprawił przejrzystość powietrza. Po zjeździe decydujemy się na przedwieczorny podjazd na Przełęcz Pordoi. Zjazd to po prostu bajka. Pomykamy zielonym stokiem, jakieś 7-8 %. Z góry widzimy, jak szosa wije się dziesiątkami serpentyn. Kiedy robimy zdjęcia, nasze uszy wyłapują słabe mruczenie. Gdy obracamy się w górę kanionu, widać tylko czarne chmury. Ścigamy się z kolejną burzą.

Serpentyny są tak ustawione, że kiedy skręcamy w prawo, wjeżdżamy we mgłę, skręt w lewo nas z niej wyprowadza. Lekko kropi, ale kontynuujemy zjazd. Patrząc w prawo, widać, jak z dużą szybkością zbliża się biała ściana deszczu. Kiedy stajemy na jednej z serpentyn, tuż obok uderza piorun… Donośny łoskot odbija się od ścian wielokrotnie, rumor iście diabelski. Czym prędzej wsiadamy na bicykle i zjeżdżamy serpentynami na samo dno kanionu. Ulewa dopada nas w momencie stawiania namiotów. Niecałe trzy minuty na „rozsakwienie” roweru, rozbicie namiotu i załadowanie się z rzeczami do środka. Miejsce chyba jest dobre, bo pioruny trafiają blisko, ale nie zagłębiają się do wnętrza kanionu. Pada naprawdę intensywnie i zaczynam się obawiać o płynącą 4 metry niżej rzeczkę. Dość, że brunatna woda spływa po zboczu kaskadami.

Dzień zaczynamy od suszenia rzeczy. Nie bez zachwytu przyglądamy się stromym ścianom kanionu, w którym przyszło nam nocować. Ciekawe, że droga gruntowa, w którą tak spiesznie wjechaliśmy, kończy się znienacka małym urwiskiem nad potokiem. Z Digonery kierujemy się zachodnim zboczem kanionu do Caprille. Zadzieramy głowy do góry, szukając drogi z Belvedere do Rucavy, którą jechaliśmy feralnego dnia, gdy połamałem ośkę. Wyjeżdżamy na granicy Caprille (ok. 1000 m n.p.m.) i na dzień dobry dostajemy 15% podjazd na Rocca Pietore. Zaledwie 700 m a wyciska z nas siódme poty. W miejscowości Sottoguda zjeżdżamy z głównej drogi i wjeżdżamy w wąską asfaltówkę tylko dla bike’ów i pieszych, wiodącą dnem głębokiego na 732 m kanionu. W górze, a dokładnie 140 m wyżej, pnie się główna szosa. Maleńkie ludziki spoglądają na nas z mostu, niczym do czeluści piekielnych. Lądujemy w Malga Ciapela. Postanawiamy się ochłodzić i orzeźwić na lodowcu znajdującym się jedyne półtora kilometra wyżej. Tak się miło składa, że na ten wspaniały punkt widokowy jedzie się kolejką. Za 22 euro mamy więc należytą siestę. Przed czwartą meldujemy się przy rowerach i wypoczęci udajemy w dalszą drogę. Rozpoczynamy mozolny podjazd. Jest +30,5 st.C w cieniu i temperatura nie spada. Bezwietrznie, bezchmurnie, powietrze drży nad rozgrzanym asfaltem. Po raz pierwszy walory krajobrazowe nie osładzają mozolnego wdrapywania się. Koniec prostej oznacza krótką sekcję serpentyn o nachyleniu maks. wynoszącym 15%. Prędkość jazdy spada poniżej krytycznych 4 km/h… Po półtoragodzinnym podjeździe osiągamy cel – Passo di Fedaia, ulokowane 2057 m n.p.m. Okno na zachód, skąd widać ostatni w tym kierunku łańcuch górski Dolomitów. Widoki z wszystkich pozostałych stron są bardziej niż ograniczone. Widoki po prostu mizerne, ale rower ma tę zaletę, że daje dużą frajdę ze zjazdu. W Canazei, kurorcie Dolomitów tej klasy co Cortina d’Ampezzo, mijamy sporo pizzerii. Postanawiamy je sprawdzić. Faktycznie, pizza jest wyśmienita. Za 6 euro od osoby dostajemy tak duże porcje, że gdyby wypadł nam dzisiaj jakiś podjazd, chyba nie dalibyśmy rady. Nocujemy w okolicy Campitello. Wieczorem słychać grzmoty. Potok, w którym przychodzi nam się umyć, ma wyjątkowo ciepłą wodę.

Bolzano

Rano mocno pada, więc czekamy, aż przestanie. Zjeżdżamy do Vigo di Fassa, skąd zaczynamy podjazd na naprawdę już ostatnią przełęcz w Dolomitach. Co ciekawe, mimo niedawnego deszczu jest ciepło, ponad 20 stopni. Z podjazdu otwiera się widok na dolinę Val di Fassa. Ciemne chmury kończą się nagle frędzlowanym pasmem cirrusów i ustępują miejsca bezchmurnemu niebu. Na końcówce podjazdu silny wiatr zachodni sprawia, że ciężko ujechać nam do zbawiennej tabliczki. Potem, mimo 10% zjazdu, musimy mocno pedałować, by jechać 14 km/h. Na szczęście na polanie niżej już nie wieje. Widać stąd lodowce za Bolzano. Zjazd z przełęczy do Bolzano liczy ponad 20 km, przy różnicy wzniesień ponad 1500 m. Gdy odliczymy kilka kilometrów płaskiego odcinka, średnie nachylenie na 15 km wynosi nieco ponad 10%. Trzymamy się górnej granicy dopuszczalnego na tej drodze zakresu prędkości. Pod koniec suniemy kanionem Eggental, z którego wyjeżdżamy długim tunelem. W tunelu rozwijamy drugą prędkość kosmiczną. Jedziemy kilka minut w dół szerokim i równym asfaltem po lekkim łuku (12%). Nie patrzę na licznik podczas jazdy… Wyjeżdżając z tunelu, doznajemy takiego uderzenia ciepła, że aż brakuje nam oddechu. Na wiadukcie zaskakuje zakaz jazdy dla rowerów, ale i tak nie ma innej drogi. Szeroką trzypasmową arterią wjeżdżamy do Bolzano, które wita nas 42-stopniowym upałem. W punkcie informacji turystycznej pobieramy darmowe foldery i do wieczora zwiedzamy miasto. Wchodząc do katedry, niechcąco zostawiam termometr na sakwie. Gdy wychodzę, jest już niezdatny do użytku. Temperatura wyświetlacza przekracza dopuszczalne 70 st.C. Nocujemy w kanionie Sarntal, 290 m n.p.m., na półce skalnej szerokiej na 5 m, bo innego miejsca nie było. Alternatywny kemping w Bolzano znajdował się 15 km w przeciwną stronę. Noc przynosi niesamowicie huczną burzę. Zagłębiający się do kanionu piorun w oka mgnieniu stawia nas na nogi. Pada ulewny deszcz, skała moknie. Staczające się z łoskotem kamienie nie pozwalają zmrużyć oka przez kilka godzin. Następnego dnia jest 30 stopni chłodniej, temperatura spada do +10. Po raz pierwszy w trakcie wyprawy jadę w długich spodniach i bluzie. Nasza droga wiedzie przez siedemnaście tuneli. W zasadzie dopiero po 20 km podjazdu wąwóz kończy się i zaczyna dolina. Leje. Zrobiwszy przerwę na posiłek, postanawiamy jechać. Dalsze obniżanie się temperatury skutkowałoby zamknięciem przełęczy i musielibyśmy czekać albo zawracać. Cały podjazd tego dnia liczył 50 km przy różnicy wzniesień 2000 m. Widoki z racji paskudnej pogody ograniczają się do zboczy naszej doliny, sama przełęcz spowita jest gęstą mgłą. W schronisku na górze zjadamy obfitą porcję spaghetii i czekamy, aż przestanie padać. Na wyschnięcie nawierzchni nie ma co liczyć z racji mgły. Problem sprawia też wybranie właściwego kierunku, bo widzimy tylko fragment drogi i barierkę. Zjazd jest interesujący, asfalt wąski, droga kręta i stroma. Pod i ponad chmurami widok fenomenalny, zwłaszcza, gdy dwa razy przejeżdża się przez warstwę chmur. Nocujemy na kempingu, po raz drugi i ostatni.

Powrót…

Znowu jest słonecznie i widokowo. Snujące się od niechcenia cirrusy zachęcają do wyjścia z namiotu. Przed nami ostatnia przełęcz alpejska, jednocześnie najniższa przełęcz umożliwiająca przejazd przez Alpy znad Morza Północnego nad Środziemne. Nie bez żalu pedałujemy te kilkaset metrów podjazdu. Dojechawszy do Brenner, zastajemy nieczynne przejście graniczne i przełęcz, z której widok ogranicza się do kilku chałup, zdezelowanego warsztatu i kapuścianych górek. Na zjeździe mamy wiatr prosto w twarz rzędu 40 km/h, więc w zasadzie na 5% zjeździe jedziemy mocno pedałując liche 20 km/h. Dopiero ciężarówka pozwala nam zjechać kilkanaście kilometrów czterdziestką, bo przyjmuje cały wiatr na siebie. Odsłania się widok na Innsbruck i otaczające go Alpy.

Z Innsbrucku wyjeżdżamy główną drogą na Salzburg i Wiedeń. Szosa jest wąska, po jednym pasie w każdą stronę. Głupio nam trochę, że tak tamujemy ruch na odcinku kilkudziesięciu kilometrów, ale nie ma alternatywnej drogi rowerowej. Proszę, a niby Austria… Po drodze zwiedzamy Świat Kryształów Swarowskiego. Nocujemy w okolicach Rattenberg. Co ciekawe, od Innsbrucku nie było żadnego oznakowanego kempingu. Przejeżdżamy ponad setkę kilometrów, co się nam w górzystym krajobrazie dotąd nie zdarzało. Decydujemy się wjechać na przełęcz nad Walchsee z chęci obejrzenia fragmentu Alp na granicy niemiecko-austriackiej. W jeziorze kąpiemy się kilka razy, a suszymy na pomoście w promieniach słońca. Rozpoczynamy tym razem już na 100% ostatni alpejski zjazd. Kanion przy granicy niemieckiej jest miłym akcentem na zakończenie wyprawy. Potem już tylko 20 km łagodnych wzgórz i lasek pod Traunstein zamiast kempingu. Zwijamy się jeszcze po ciemku, zwłaszcza że starodrzew nie puszcza promyka słońca. Ciągle nie mamy pewności, czy wszystko zabrane. O wschodzie słońca wsiadamy do pociągu. Po kilku przesiadkach i 14 godzinach jazdy w wygodnych fotelach, oglądając burzę za burzą, docieramy do Frankfurtu nad Odrą. Łapię spóźniony Eurocity do Poznania i po trzech godzinach pluszczę się we własnej wannie.

top 3

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach