Za dużo drugich miejsc

Jest skoncentrowany na teraźniejszości, a najważniejszy wyścig to ten, który zaraz się odbędzie. O swoim powrocie do Polski mówi, że to największy zakręt w karierze. Cieszy się, że ma gdzie się ścigać i może robić to, co lubi. Jak większość zawodników marzy o tytule mistrza. Specjalista od ciężkich klasyków Błażej Janiaczyk opowiada o zbyt wielu drugich miejscach

Tekst: Miłosz Sajnog, Zdjęcia: Zbyszek Kordys

Na ubiegłorocznym Tour de Pologne miałeś kraksę, w wyniku której doznałeś urazu żeber. Ponoć na pytanie, czy jedziesz dalej, odpowiedziałeś „nie jestem miękką włoszką…” i wsiadłeś na rower…

Nie do końca takie padło określenie, ale taki był sens wypowiedzi. Pytanie o dalszą jazdę było pierwsze. Musiałem jeszcze podpisać dokumenty, że jadę na własną odpowiedzialność.

Potem cały następny etap jechałeś z bólem. Zostałeś okrzyknięty najtwardszym zawodnikiem, ale ostatecznie musiałeś się wycofać z wyścigu.

Fajnie było, ale jak przewinę to drugi raz, już bym tego nie zrobił. Byłem mocno wycieniowany, a podczas upadku poleciałem żebrami na szytkę napompowaną do dziewięciu atmosfer. To jest jak uderzenie o beton. Złamane żebro nawet tak bardzo nie bolało. Dokuczały mi za to inne, mocno obite. Etap to była męka, która niczego nie wniosła oprócz solidnej dawki bólu.

Dużo sobie obiecywałeś po tym wyścigu?

Tak. Byłem idealnie przygotowany, pojechałem bardzo dobrze prolog na Mazowszu. Wcześniej byłem w Polsce trzeci na etapie na tego samego wyścigu. Myślałem, że zrobię wynik, pokażę się szerszej publiczności. W ogóle po wyścigu nastroje były różne. Nie wygraliśmy klasyfikacji drużynowej, chociaż taki mieliśmy zamiar i była duża szansa na ten sukces. Marek Rutkiewicz nie wbił się w pierwszą trójkę, chociaż bardzo mocno walczył. Zabrakło nam szczęścia, zwłaszcza Markowi.

Trafiłeś w tym sezonie do zespołu BGŻ. Co zadecydowało o zmianie grupy?

Przede wszystkim chciałbym podziękować sponsorowi oraz całej ekipie CCC za wspólny sezon 2011.

Zespół BGŻ przeszedł zmiany po zeszłorocznym sezonie. Zaproszono kilku nowych zawodników. Kilku podziękowano. Ci zawodnicy przeszli do Kalisza, do Mostostalu i do Legnicy. Zespół moim zdaniem został wzmocniony i jest szykowany na duże cele. Podpisano ze mną dwuletni kontrakt, co pokazuje, że nie jest to chwilowe przejście. Dyrektor zapowiedział nam, że zespół jest budowany na przyszłość. Nazwiskami jesteśmy dobrą drużyną, teraz musimy to pokazać na szosie. Otwierający weekend nie wyszedł nam za bardzo i kolejne starty muszą być lepsze.

Jakie oczekiwania ma wobec Ciebie zespół BGŻ?

Dzisiaj nie ma w drużynie wyraźnego lidera. Oczywiście na niektórych wyścigach, na przykład na Grodach Piastowskich, naturalnym liderem jest Łukasz Bodnar. Ale każdy z nas musi potwierdzić swoją formę. Wiadomo, że na Grodach bardzo ważna będzie czasówka. I pozycja każdego zawodnika jest w sumie zależna od jej wyniku. Myślę, że będziemy się wymieniali. Dla nas najważniejsze są wygrane wyścigi i na to będziemy stawiali największy nacisk. Etapy są na drugim miejscu.

Pewnym wskazaniem jest rozegrany tuż przed naszą rozmową Ślężański Mnich. Byłeś na tym wyścigu w ucieczce. Jak oceniasz ten start?

Myślę, że na początku sezonu dyspozycja jest bardzo dobra, chociaż jeszcze nie super. Cieszę się, że jestem na etapie jazdy najlepszych zawodników. Na ostatnim podjeździe (W Sobótce) straciłem jakieś pięćdziesiąt metrów do Batka, Rutka i Radosza, gdy się zorientowali, że tracę siły, docisnęli, żeby mnie zgubić. Tam faktycznie trochę mi zabrakło. Nie było sensu, żebym szedł za nimi solo, bo zaraz za mną szła grupa. Na finiszu o czwarte miejsce już nie miałem nogi.

Długofalowym celem zespołu będzie w takim razie…

Dawna druga dywizja, czyli awans o klasę wyżej.

Wiesz, my co jakiś czas słyszymy, że buduje się w Polsce drugą dywizję, ale na dłużej ten plan nie wychodzi. Z tego, co mówisz, wynika, że teraz do gry włącza się BGŻ?

Wiadomo, że najważniejszym wyścigiem jest Tour de Pologne. A to oznacza, że jeżeli chcemy ścigać się w tym wyścigu, musimy być w drugiej dywizji. Plan zespołu jest w moim odczuciu realny. Oczywiście, wiele zależy od naszych wyników, bo nie będzie awansu bez sukcesów. Sponsor, czyli BGŻ, również potwierdził taki cel. Te plany na awans w Polsce są cały czas i kończą się tak, jak się kończą. Dla mnie jest jasne, że jeżeli chce się być wyżej, to trzeba się ścigać za granicą cały czas. Problem jest w tym, jak to pogodzić. Jedziesz wyścig za granicą, wracasz do kraju na wyścig i od razu wyjeżdżasz znowu za granicę. I to jest ciężkie do chwycenia. Bo przecież trzeba mieć na to ludzi i być gotowym organizacyjnie. A reszta to pieniądze. Sponsorów w Polsce interesuje ProLiga oraz te wyścigi, na które wykładają pieniądze. Trudno im się dziwić. Dlatego pogodzenie tego wszystkiego jest takie trudne.

Jak powiedziałeś, najważniejszy wyścig w Polsce to Tour de Pologne. Widzisz się w składzie kadry na ten wyścig?

TdP będzie w tym roku ciężki. Dlatego myślę, że Piotr Wadecki nie weźmie typowych sprinterów, bo dla nich może nie być tam miejsca. Ja potrafię pojechać po górkach, więc liczę na to, że dostanę powołanie. A jeżeli je dostanę, na pewno wykorzystam, przede wszystkim muszę udowodnić, że będę pomocny kadrze na wcześniejszych wyścigach. Tour de Pologne to jednak bardzo odległa sprawa i na razie jestem skoncentrowany na bliższych imprezach.

Znasz Piotra Wadeckiego, jeździłeś u niego w grupie. Na co stawia?

Na mocnych i będących w formie kolarzy. Nawet jeżeli jesteś w formie, musisz ją potwierdzić. Albo na wyścigach w Polsce, albo na wyścigach międzynarodowych. „Wadek” nie powoła słabego kolarza, bo po co?

W polskim peletonie istnieje temat Igrzysk Olimpijskich?

Mówić to się mówi. Ala raczej pod kątem tego, że do Londynu pojadą głównie zawodnicy z ProTouru. Z tego, co wiem, to zamysł szerszej kadry olimpijskiej jest gotowy. Chociaż myślę, że każdy zespół będzie chciał mieć reprezentanta i każdy team będzie się starał pokazać, że jego zawodnicy powinni być w kadrze.

Kolejna impreza to mistrzostwa Polski. Masz jakieś cele z nią związane?

Trasa nie jest raczej zbyt trudna. Myślę, że pójdzie odjazd zawodników z trzech grup i nikt z zagranicznych nie będzie tego gonił. Jeżeli chodzi o mój występ, na dzisiaj nie zamierzam o tym mówić.

Ale oficjalnie podajesz, że chcesz zdobyć mistrzostwo Polski?

A kto nie chce? (śmiech). Ja byłem już dwa razy trzeci i dwa razy czwarty, więc nie powiem, że mi nie zależy. Ale nie chcę o tym mówić, bo to specyficzny wyścig. To jest jeden dzień, na który trzeba trafić. W zeszłym roku myślałem, że przyjdzie odjazd, a przyszedł peleton. Tam się wszystko może zdarzyć. Nie chcę myśleć tylko o tym wyścigu, bo wtedy wyjdzie źle… Będę dobrze przygotowany, na pewno. Wolę cięższe trasy na mistrzostwach… Na trasie w Jędrzejowie jeszcze nie jeździłem, więc nie wiem, jak to będzie wyglądało.

Obecnie w Polsce ścigają się trzy główne kluby. Jakie są Wasze relacje międzyklubowe? Jest zawodnik, którego się obawiacie, ktoś zdecydowanie lepszy?

Wiadomo, że każdy zespół ma wyścigi, które są dla nich ważne. Jeżeli wiosną najważniejsze są Grody Piastowskie, to dla nas jest to bardzo ważny wyścig. Ale wiadomo również, że CCC jest tam sponsorem i traktuje ten wyścig bardzo prestiżowo. Teraz okazało się, że BDC jest również sponsorem wyścigu, więc i ten zespół będzie pewnie jechał bardzo mocno. A kto ma dobrą formę na Grodach, ten od razu jest dobrze przygotowany na Małopolski Wyścig Górski i na Bałtyk – Karkonosze, bo te wyścigi są jeden po drugim. Przez trzy tygodnie możesz zdobyć wiele punktów, w tym bardzo ważnych dla zespołu BGŻ punktów ProLigii. Dlatego ściganie między naszą trójką będzie bardzo mocne. Według mnie wszystkie zespoły są wyrównane, poziom jest ten sam. Każdy ma dobrego górala czy sprintera i nikt nie może być pewnym wygranej. Myślę, że ściganie będzie równe i przez to ciekawsze.

Jeździłeś w największych polskich grupach, w Mrozie, CCC, teraz jesteś zawodnikiem BGŻ. Jak oceniasz z tej perspektywy polskie kolarstwo?

Myślę, że wiele się zmieniło na lepsze. Grupy zawodowe zaczęły podchodzić bardziej profesjonalnie. Wszyscy wyjeżdżają na zgrupowania przed sezonem, kiedyś tego nie było. Teraz nawet grupy młodzieżowe czy półamatorskie jeżdżą w ciepłym. Było widać to w Sobótce, gdzie bardzo długo wszyscy trzymali się tempa. Inna sprawa, że ruch w polskim peletonie jest ograniczony. Masz trzy zespoły, ciężko się wbić do zagranicznego teamu. Kiedy zawodnicy widzą, że mają szansę dostać kontrakt za granicą, inwestują w menadżera. Wtedy również przydaje się poparcie na przykład selekcjonera kadry. Sytuacja się poprawia, ale nadal jest dużo do zrobienia..

Na stronie teamu napisałeś, że wybrałeś kolarstwo, bo lubisz ból. Dlatego trafiłeś do kolarstwa?

(śmiech)… Na stronie to raczej taki żart. Chciałem, żeby to nie brzmiało zbyt poważnie. Ale kolarstwo bardzo mi odpowiadało ze względu na indywidualizm. Wcześniej grałem w piłkę i co z tego, że byłem dobry, skoro reszta zespołu nie przykładała się do gry i ciągle przegrywaliśmy. Pierwszy wyścig pojechałem trochę z przypadku i od razu byłem drugi. Wtedy Zbigniew Barcikowski dał nam rowery i pojechaliśmy chyba na dziesięć kilometrów w zawodach międzyszkolnych. I od razu wiedziałem, że to jest to. Cały czas jeździłem w Pacyfiku Toruń, zmieniałem tylko kategorię. Potem jeździłem jako młodzieżowiec, dwa lata. Wtedy już jeździłem we Włoszech. Tam zmieniłem grupę na jeszcze jeden rok młodzieżowca i potem, w czwartym roku, przeszedłem na zawodowstwo. Ścigałem się z Nibalim, Viscontim…

Spędziłeś dwa lata jako zawodowiec za granicą. Wcześniej jeździłeś tam jako młodzieżowiec. Co zadecydowało o powrocie do Polski?

Nie ukrywam, że zmęczyło mnie jeżdżenie we Włoszech. Nie byłem odpowiednio nastawiony na sytuację, w której się znalazłem. Rzadko bywałem wtedy w Polsce i po prostu byłem zmęczony. Te dwa lata zawodowstwa okazało się największym obciążeniem, w sumie najcięższym okresem. Dodatkowo z grupy odchodził sponsor, czterech kolarzy miało angaże, a pozostałych dwunastu zostało bez pracy. Gdyby wtedy pojawiła się propozycja, pewnie bym został. Ale był już październik, a ja byłem ciągle bez kontraktu. Menadżer radził, żebym jeszcze czekał, ale zdecydowała moja niecierpliwość. To był największy zakręt w mojej karierze, który cały czas mnie kosztuje.

I polskie kolarstwo objawiło Ci się w całej okazałości…

Mogłem zaryzykować i poczekać jeszcze miesiąc, ale mogłem zostać też bez grupy, tyle komentarza.

Twoim kolarskim idolem jest Philippe Gilbert, co on ma takiego, czego Tobie brakuje?

Wahałem się między nim a Cancelarą, którego też lubię. Gilbert to zawodnik, który był przez dwa lata w podobnej, bardzo wysokiej formie. W dodatku wygrywał wszystko, co chciał wygrać. To imponujące. Ja jestem kolarzem uniwersalnym, lubię ciężkie klasyki. Utrzymuję długo równą formę. Czego mi brakuje? Raczej czego mam w nadmiarze (śmiech), mam za dużo drugich miejsc, a za mało pierwszych. Tych pierwszych mi brakuje. Kiedyś policzyłem, że mam siedemnaście drugich miejsc na wyścigach. Gdybym połowę zamienił na pierwsze, byłbym kolarzem spełnionym.

Wszechstronny kolarz jest dobry dla dyrektorów sportowych, ale czy dla Ciebie to najlepsze miejsce?

Taki kolarz jest bardzo pomocny dla drużyny, a ja lubię się poświęcać dla drużyny. Potrafię zabrać się w odjazd, pociągnąć, pchać do przodu. Jak dojadę, dam radę na finiszu. Nie przeszkadza mi nawet wtedy, kiedy jestem bardzo mocny, żebym jechał na kogoś. Cały czas mocno pracuję. Teraz wróciłem do treningów za motorem, także w jeździe po górach. Wracam do pewnych ćwiczeń z czasów, kiedy ścigałem się we Włoszech. Może jest już dla mnie za późno, żebym jakoś zdecydowanie się sprofilował, zmienił styl jazdy, ale i tak chcę być jak najlepszy, w równej formie. Najbardziej mi zależy na Wyścigu Solidarności i tam będę walczył, a pod mój profil najlepiej pasuje wyścig w Suchej Beskidzkiej.

Jako swoje hobby podajesz czytanie książek…

To też żart (śmiech), cały peleton z tego się śmieje. Faktycznie, zabieram książki na zgrupowania i kiedy mam dość internetu, czytam, ale chyba wolę film.

top 3

Czytaj więcej

Przełaje – Masłońskie – galeria zdjęć

Czytaj więcej

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach