Zbigniew Piątek

Mentalność kolarza

Od wielu lat znajduje się w czołówce polskiego peletonu. Zaczynał się ścigać w czasach socjalizmu, karierę kończy w ostrej, rynkowej rzeczywistości. Sezon 2005 rozpoczął od zwycięstwa w wyścigu „Szlakiem Grodów Piastowskich”. Jego zdaniem najważniejsze są u zawodnika charakter i mentalność. Zbigniew Piątek – to kolarz, któremu tych cech z pewnością nie brakowało.

Ścigasz się już dwie dekady, jak wyglądało polskie kolarstwo kiedy zaczynałeś startować? W międzyczasie wiele się w Polsce zmieniło. Kiedy zaczynałem ścigać się w Kielcach, klubów dla młodych kolarzy było bardzo dużo. Sport był dofinansowywany przez państwo. Zakłady pracy miały praktycznie nakaz finansować kluby. Każdy, kto przychodził trenować, dostawał rower. Istniał również przepis, że młodsi zawodnicy musieli się ścigać na rowerach polskiej produkcji. Różnice sprzętowe nie wchodziły w grę. Łatwiej było więc trenować i osiągać wyniki. Każdy marzył, żeby się dostać do kadry Polski. W sumie nie było to trudne, chociaż konkurencja była spora. Zawodnicy starali się pokazywać na wyścigach. Trenerzy to doceniali. Kadra umożliwiała starty w wyścigach za granicą i dobrze płatne stypendia. Zresztą pieniądze dla kolarzy były i to dość dobre. Oprócz stypendiów państwowych kluby zatrudniały zawodników w powiązanych ze sobą zakładach. Zawodnicy starali się osiągnąć klasę mistrzowską i właściwie wtedy otrzymywali już średnią krajową jako stypendium. Klasa mistrzowska międzynarodowa to były dwie albo trzy średnie krajowe. Sporo pieniędzy jak na tamte lata. Było bardzo wielu młodych zawodników, spora grupa jeżdżących na dobrym poziomie i kilku dobrych zawodników. Ten system promował masowy sport, nie sprzyjał gwiazdom. Kolarze mieli jakieś problemy? System miał i swoje wady. Niewielu z nas miało szansę wyjazdu na zachód. Przecież z Polaków wyjechało i odniosło sukces tylko kilku zawodników. Większość zatrzymywała się w rozwoju. Nie było żadnej motywacji, żeby się dalej rozwijać. Kariery też były krótsze. W sumie w polskim peletonie panował duży spokój. Tak to można określić. Kiedy te „złote lata” się skończyły? To było na początku lat dziewięćdziesiątych, 93 albo 94 rok. Wtedy polskie kluby wpadły w problemy finansowe. Zakłady przestały finansować sport, państwo również nie miało pieniędzy. Czy ta zmiana była nagła? Tak, to się skończyło w jednym momencie. Może ktoś zdawał sobie sprawę, że będzie gorzej, ale wszyscy byli dość mocno zaskoczeni. Po prostu nie było pieniędzy na nowy sezon. Jeden sezon się skończył, a na drugi nie było kasy. Co wtedy zrobili zawodnicy? Wielu pokończyło kariery. To był taki okres, kiedy kolarstwo amatorskie brutalnie się skończyło, a zawodowe jeszcze nie zaczęło. Niewiele osób wiedziało, co ze sobą zrobić. Ja postanowiłem wyjechać za granicę. Kiedy wyjeżdżałem z Polski, nie planowałem ścigać się długo. Powiem inaczej, w Polsce była taka zasada, że stawiało się na młodych zawodników. Ten, kto kończył dwadzieścia siedem, osiem lat był odsuwany z kadry kraju. Trenerzy patrzyli na niego już mniej przychylnie. Tak samo było ze mną. Myślałem, że będę się ścigał właśnie do takiego wieku. Kiedy więc kluby załamały się, pieniądze przestały trafiać do zawodników, a mi dano do zrozumienia, że już raczej powinienem kończyć w Polsce karierę, postanowiłem wyjechać i poszukać szczęścia na zachodzie. Trafiłem do Szwajcarii, do teamu półzawodowego. W sumie pobyt tam wspominam bardzo miło. Wygrałem kilka razy, zebrałem dobre notowania. Po dwóch sezonach przeniosłem się do Belgii. Myślałem, że tam odniosę duże sukcesy. Sprawy jednak potoczyły się trochę inaczej. Jeden sezon chorowałeś… Przyjechałem do Belgii jako neoprofi. Bardzo chciałem zaistnieć i pokazać się z dobrej strony. Miałem opinię dobrego górala, więc zespół liczył na mnie. Niestety, przyplątała się choroba wątroby, i przez pół roku praktycznie nie mogłem się ścigać. Oczywiście moja forma spadła i kiedy znowu wsiadłem na rower, nie było tak dobrze, jak chciałem. W Belgii zostałem jeszcze rok, bo kontrakt był podpisany na dwa lata. Kolejny sezon nie był jednak taki, jak oczekiwałem. Nie udało mi się powrócić do dawnej formy, nie mogłem więc wykazać się w drużynie. Szczerze mówiąc, w Belgii miałem jedyny raz w karierze ochotę rzucić rower i całe ściganie. Wróciłeś jednak do Polski… Powstała w Polsce grupa zawodowa Mróz, z Piotrem Kosmalą jako dyrektorem sportowym. Zaproponowano mi starty i zostałem wierny tej grupie do dzisiaj. Ale jeszcze na jeden sezon wyjechałeś znowu do Belgii, panowała opinia, że dla kasy… Mój drugi pobyt w Belgii był faktycznie lepszy niż pierwszy. Przyszliśmy do grupy jako zawodnicy, którzy dużo sobą reprezentują. Team potrzebował punktów, żeby trafić do pierwszej dywizji. Zaproponował mi i Cezaremu Zamanie bardzo dobre warunki płacowe. Zależało im na nas, bo razem mieliśmy sporo punktów UCI. W sezonie dobrze pokazaliśmy się na wyścigach. Nasza pozycja w grupie była mocna, więc i sezon poszedł nam dobrze. W Polsce zaczynało się kolarstwo zawodowe, czym różniło się od tego na zachodzie? Mogę powiedzieć, że w tej chwili nie ma żadnych różnic między naszą grupą Intel Action a grupami zachodnimi. Mamy taki sam sprzęt, podobne, a nawet lepsze samochody teamowe, doskonałe warunki do ścigania się. Kiedy zawodowstwo zaczynało się w Polsce, mało kto jednak wiedział, jak to wygląda. W mojej opinii Piotr Kosmala stworzył wtedy jedyną prawdziwie zawodową grupę i od Mroza inni uczyli się, jak to powinno wyglądać. Kolarstwo zawodowe rodziło się w bólach. Organizacja dobrej grupy wymagała sporo pracy. Zwłaszcza, żeby osiągnąć odpowiedni efekt reklamowy, którego wymagali sponsorzy. Uzyskanie poziomu zachodniego zajęło nam kilka lat, teraz nasza grupa powinna aspirować do Pro Touru. Ścigasz się już wiele lat i zawsze jesteś w czołówce. Chciałoby się zapytać, jak to robisz? Moim dużym atutem jest doświadczenie i utrzymywanie równej formy. Po tylu latach w wyścigach doskonale znam swój organizm. Nie muszę trenować z komputerem, bo czuję, w jakiej jestem formie. Wiem doskonale, kiedy będzie mój dzień. Wiem również, kiedy mam słabsze możliwości i raczej nie powalczę. Ale potrafię również przewidzieć, że chociaż będę miał ciężki start, to po 100 km wróci mi świeżość, będę walczył na koniec etapu. O doświadczeniu dużo się mówi, ale jak je zdefiniować. Czym jest doświadczenie w kolarstwie? Oprócz znajomości swojego organizmu doświadczenie to również umiejętność rozgrywania wyścigów. W peletonie nie wystarczy po prostu jechać. Dobrze pojechany wyścig to taki, w którym udało się oszczędzać siły na końcówki. To zaś oznacza, że trzeba cały czas jechać uważnie, unikać niepotrzebnego szarpania, utrzymywać odpowiednie tempo czy zabierać się w ucieczki. Wystarczy zostać w jakimś mało ważnym miejscu i potem stracić trochę więcej sił na dojściu czołówki. To wyjdzie kilka dni później i wtedy dopiero zawodnik płaci za nierozsądne zachowanie. Takie przykłady można mnożyć. Na wygrany wyścig składa się szereg elementów. Również spanie, jedzenie czy odpoczynek. Dlatego czołowy zawodnik zawsze może wygrać etap czy dwa. Żeby wygrać cały wyścig, wszystko musi zagrać, a to nie zawsze jest możliwe. Oprócz tego doświadczenie to również umiejętność trenowania, żywienia, odpoczywania i zorganizowania życia. Kolarstwo jest układanką bardzo wielu elementów. To dlatego młodzi zawodnicy mają problem, żeby się przebić do czołówki? Młodzi zawodnicy mają więcej problemów. Po pierwsze, muszą mieć odpowiednie warunki fizyczne, przejść przez sito selekcji. Po drugie, muszą mieć odpowiednią motywację i charakter, żeby regularnie trenować. W końcu muszą się dużo nauczyć od starszych zawodników. Wtedy mogą liczyć na sukces. Teraz jest spory problem z selekcją zawodników. Powstała luka pokoleniowa, którą spowodowało załamanie się kolarstwa w połowie lat dziewięćdziesiątych. Młodzież ma obecnie dużo więcej możliwości niż tylko sport, a kolarstwo wymaga charakteru. Kiedyś był to sport, który przyciągał chłopaków z małych miasteczek czy wsi. Dla nas był to jedyny sposób, żeby się wybić. Doskonałym przykładem jest Czesław Lang i jego kariera. Małe kluby praktycznie padły, młodzież ma inne możliwości i to jest problem. W polskiej czołówce cały czas znajdują się zawodnicy starsi. To oni wygrywają wyścigi. A teraz wielu z nich zamierza kończyć karierę. Czy jest ktoś, kto ich zastąpi? Jest kilku młodych zawodników, przed którymi otwiera się szansa kariery. Tacy zawodnicy jeżdżą na przykład w naszej grupie. Podoba mi się również jazda niektórych zawodników z kadry młodzieżowej. Widać u nich zadatki na rasowych kolarzy. Jeżeli kogoś brakuje polskiemu kolarstwu, to ewidentnej gwiazdy, którą można by wypromować. Potrzebny jest zawodnik, który odniesie sukces, będzie medialny i przyciągnie do kolarstwa tłumy. Tak przecież jest ze skokami. Kto wiedział wcześniej kim jest Małysz, Korzeniowski albo Kuśnierewicz? To niszowe sporty, które stały się znane po sukcesach jednego zawodnika! Takiej osoby brakuje w kolarstwie. Kiedy gwiazda się pojawi, zacznie się rozwój tego sportu. Nosisz się z zamiarem zakończenia kariery? Będę się ścigał do końca tego sezonu. Może również w przyszłym zdecyduję się na start, ale to na razie plany. Lat mi niestety nie ubywa, tylko przybywa. Noszę się całkiem poważnie z myślą o zakończeniu kariery. Czy masz jakiś plan na dalsze lata? Na pewno będę chciał być dalej obecny w kolarstwie i robić coś dla tego sportu. Trudno mi jednak określić, co miałoby to być. W Polsce nie ma jakiegoś systemu wychodzenia z zawodowego peletonu. W wielu grupach czołowi zawodnicy zostają i na przykład pracują z młodzieżą, zostają menadżerami. Część zawodników otwiera jakiś biznes. Ja mam sklep rowerowy, ale nie traktuję tego jako sposobu na przyszłość. Na pewno postaram się pozostać w kolarstwie, choć nie wiem, w jaki sposób. Nie ma w Polsce możliwości zatrudnienia doświadczonych zawodników? Nikt się wami nie interesuje? Przecież macie wiedzę tak potrzebną młodym?! Klubów nie stać na zatrudnienie byłych zawodowców. Nikt nie da nam pieniędzy adekwatnych do naszego doświadczenia. Z drugiej strony nie zawsze dobry zawodnik jest dobrym trenerem. Trzeba o tym pamiętać. W większości klubów z młodzieżą pracują albo pasjonaci albo instruktorzy. Czasami są to osoby, które nigdy się nie ścigały w peletonie, a wiedzę czerpią z książek. Na pewno potencjał byłych zawodników nie jest wykorzystywany. Kilku ma własne grupy i to jest dobry pomysł na przyszłość. W każdym razie polskie kolarstwo, i to szeroko pojęte, nie zapewnia byłym profi przyszłości. Każdy musi sam sobie radzić i samemu znaleźć receptę na dalsze życie.

top 3

Czytaj więcej

10 dni do Pucharu Świata w kolarstwie torowym Pruszków 2017

Czytaj więcej
Czytaj więcej

Przełaje – Masłońskie – galeria zdjęć

Czytaj więcej

Filmy

Wybór redakcji

comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach