Wszystkie wpisy, których autorem jest Magazyn Rowerowy

„Cały czas rosnę w siłę”

Z Michałem Kwiatkowskim spotkaliśmy się w Szklarskiej Porębie na krótkim zgrupowaniu. Po fantastycznej wiosennej części sezonu Michał szykował się do Mistrzostw Polski i startu w Tour de France. Skoncentrowany na treningu przed najważniejszymi imprezami sezonu widzi swoją przyszłość w barwach sukcesu


Tekst: Miłosz Sajnog, Zdjęcia: Hanna Tomasiewicz

Spotykamy się w Szklarskiej Porębie i od razu musimy zapytać o cel Twojej wizyty w Karkonoszach…

Potrzebuję gór, żeby dobrze przygotować się do mistrzostw Polski i zbliżającego Tour de France. Nie lubię szukać nowych ścieżek. Mam swoje wybrane miejsca. Zimą to Calpe w Hiszpanii, latem i wiosną okolice Jeleniej Góry. Lubię te podjazdy, znam trasy i bez problemu mogę liczyć na dobre i puste drogi, a także spotkać kogoś do wspólnych treningów.

W ubiegłym roku jechałeś Giro, w tym miała być Vuelta. Ostatecznie jesteś w składzie na Tour de France…

W zeszłym roku pojawiły się plany na ten rok i faktycznie miała być Vuelta. Ale gdzieś tam z tyłu głowy zawsze miałem Tour de France jako najważniejszy wyścig. Jeszcze parę miesięcy temu uważaliśmy jednak, że będzie na to za wcześnie. Ale po analizie moich występów na początku sezonu ekipa doszła do wniosku, że powinienem pojechać właśnie na TdF.

Jubileuszowy, setny Tour de France! Jakie będziesz miał zadania?

Na moim debiutanckim TdF mam zebrać doświadczenia i to jest główny powód startu. To niesamowity wyścig dla każdego zawodnika, najtrudniejszy, najbardziej prestiżowy wyścig na świecie. Stres w związku z tym jest wielki. Dlatego, tak jak mówię, będę się starał zebrać doświadczenia i pojechać jak najlepiej. Nie sądzę, żebym miał jakąś presję ze strony drużyny.

Pomówmy o Twojej pozycji w teamie. Wydaje się, że kierownictwo zmieniło do Ciebie nastawienie?

Myślę, że moja pozycja jest wysoka i cały czas rosnę w siłę. Ale z drugiej strony kierownictwo wie, że mam 23 lata i starają się, abym małymi kroczkami szedł do przodu. Dlatego nie ma presji na wynik, a raczej na rozwój. Uważam, że to dobrze, że zostałem w tej ekipie na dłużej.

Wiosną błyszczałeś w wyścigach klasycznych. Było to chyba spore zaskoczenie dla Twojego zespołu?

Team wie, że stać mnie na dużo i ja też to wiem. Zapowiadało się, że wiosna będzie dobra. Okres przygotowawczy przepracowałem bardzo solidnie, nie miałem żadnych problemów ze zdrowiem. Wszystko wskazywało, że będę mógł powalczyć.

W Europie zacząłeś ściganie od występu we Flandrii, gdzie pojechałaś akcję wyścigu…

Muszę zacząć od tego, że bardzo chciałem pojechać we Flandrii, bo jest to niesamowity wyścig. Jechałem go wcześniej w RadioShacku. Myślę, że każdy kolarz powinien choć raz w nim wystartować. Ogromne emocje, mnóstwo kibiców. Natomiast drużyna nie potrzebowała mnie w tym wyścigu, a po Tirreno i San Remo już byłem zmęczony. Bardzo zabiegałem o start. Dla nas wyścig był dramatyczny, bo najpierw ucierpiał Boonen, potem zabrałem się do odjazdu. Wszyscy byli zaskoczeni, że mogę tak długo uciekać i walczyć z najlepszymi. Po wyścigu ekipa zmieniła o mnie zdanie i przekonała się, że jestem na tyle wszechstronny, że mogę ścigać się z najlepszymi na najwyższym poziomie.

Podczas transmisji były pewne spekulacje, że dostałeś polecenie, żeby zostać. Jak to wyglądało z Twojej perspektywy?

Na Kwaremoncie była taka wrzawa i doping, w dodatku jedzie się po bruku i całe ciało się trzęsie, że nie ma szans czegokolwiek usłyszeć przez radio. Kiedy oglądałem powtórki, faktycznie, wygląda, że staję tam w miejscu. Ostatnie pięćdziesiąt metrów było bardzo ciężkie i straciłem wtedy bardzo dużo. Ale prawda jest taka, że gdybym mógł być za Fabianem i Peterem, to bym tam był.

No i kolejne wiosenne klasyki, w których wypadłeś bardzo dobrze…

Na kolejne wyścigi to znowu ekipa chciała, żebym jechał. Opuściłem tylko Paryż – Roubaix, ale już w następnych startowałem. Faktycznie byłem podmęczony i razem z lekarzem zastanawialiśmy się, czy jechać wszystko. W poprzednim sezonie specjalnie startowałem w tych wyścigach, żeby zdobyć doświadczenie na następny. Nie ukończyłem żadnego z nich i nie byłem do nich przygotowany. Ale to się sprawdziło i okazało się, że wypadam w tym roku bardzo dobrze. W Amstelu byłem czwarty, potem na Strzale Walońskiej piąty. Przed tym startem do końca nie wiedziałem, czy pojadę! Ale cały zespół pracował na mnie. Cieszę się z finiszu, bo to nie takie przypadkowe znaleźć się w nim na piątym miejscu. W sumie głównym startem miał być Liege – Bastogne – Liege.

Potem miałeś przerwę.

Zrobiłem sobie chwilę przerwy, następnie trenowałem w Toruniu. Dwa tygodnie w Calpe i przyjechałem na Dauphine…


…i okazało się, że jesteś w czołówce!

Tak, chociaż wiadomo, że nie był to główny cel dla mnie w tym sezonie. Sam się zdziwiłem, kiedy po czasówce byłem trzeci w generalce, bo to świadczyło jak mocny jestem. Na pewno chciałem pojechać ten wyścig na dobrym poziomie, ale nie zakładałem takich wyników. No i nie dałem z siebie stu procent, bo też nie chciałem się zajechać przed ważniejszymi startami.

Zapowiadano walkę między Froomem, Contadorem i pojedynek potęg przed TdF. Tymczasem pierwsze etapy to Twoja walka w generalce z młodym Australijczykiem. Wróćmy więc do pytania, co chcesz osiągnąć na TdF?

Szczerze, to jadę po to, żeby zobaczyć, co mogę osiągnąć tam w przyszłości. Mam coś takiego, że muszę znać wyścig, do którego się przygotowuję, żeby dobrze na nim wypaść. Chcę poznać najpierw wszystko i chciałbym świadomie określić cele w swojej karierze, tak, żeby potem nie żałować.

A nie ma presji zespołu?

Nie ma. Presja zespołu byłaby w tym momencie bez sensu.

Pod znakiem zapytania stoi natomiast Twój start w Tour de Pologne, czyli w wyścigu, w którym masz coś do udowodnienia.

Nie wiem, czy możemy o tym mówić.

Możemy…

Jest pewien żal, bo w okresie przygotowawczym bardzo celowałem w TdP, i miał to być jeden z głównych celów w sezonie. Wiem, że były spekulacje, że mogę wygrać ten wyścig i bardzo chcę go wygrać. Ale dzisiaj stawiam sobie cele na szczytach kolarstwa, a droga prowadzi przez TdF i tam wystartuję. To w pewien sposób spełnienie moich marzeń.

Rozmawiamy również przed Mistrzostwami Polski, trenowałeś dzisiaj na rowerze czasowym. Kiedy nasz wywiad się ukaże, Twoje wyniki z MP będą już znane. Jakie masz cele?

Nawet dla mojej grupy i dla mojego trenera było to ważne pytanie. Nie wiem, co będzie. Na pewno fajnie byłoby zostać mistrzem kraju, ale teraz robię trzy ciężkie treningi na czasówce, więc na starcie nie będę świeży. Wyścig wspólny to w pewnym stopniu loteria…

A nie macie takiego tajnego planu, żeby się z Gołasiem zamienić na koszulki? Grupa ma już wzór w sumie…

Tajnego planu (śmiech)? Nas jest dwóch przeciwko całej reszcie! Ponieważ świetnie pojechaliśmy w tamtym roku, teraz będzie jeszcze ciężej…

A kogo byś typował na mistrza?

Może Bartek Matysiak… Tak mi jakoś wygląda.

[Michał Kwiatkowski został mistrzem Polski – przyp. red.]

Kolejna impreza mistrzowska to mistrzostwa świata. Masz ją w swoim kalendarzu na ten sezon?

Jeżeli chodzi o start wspólny, trzeba być przygotowanym. Tam nie można pojechać nawet z kilogramem nadwagi, bo można wyścigu po prostu nie ukończyć. Forma musi być idealna. Więc jak będę się czuł nie tak, nawet nie będę startował, bo to nie ma sensu. Natomiast moja drużyna nastawia się na start drużynowy i na start na czas, a to jest realny plan, żeby się dobrze przygotować.

W jaki sposób osiągnąłeś taką biegłość w jeździe na czas?

Zawsze lubiłem jeździć na rowerze do czasówek. Nie przeszkadza mi, że trzeba jechać równym tempem, że jedzie się samemu. Dużo trenuję na rowerze czasowym, dużo czasu poświęcam pozycji, żeby była jak najlepsza. Myślę o trasie, głównie przed startem, przejeżdżam ją, zapamiętuję charakterystyczne elementy. Od dwóch lat trenuję za motorem, ale to nie jest mój podstawowy trening, bo można z nim przedobrzyć.

Patrzysz na waty?

Tak, po etapie zawsze. Lubię liczby i zawsze po wyścigu, czy to po czasówce, czy po finiszu pod górę, lubię sobie popatrzeć, jak to się ma do wcześniejszych startów czy treningów.


A możesz rzucić jakąś liczbą z watomierza?

Rzucę średnią z jazdy na czas na Dauphine, na 38 km wyszło 370.

Jazda na czas to Twoja mocna strona, ale pytanie mam inne – jak czujesz się na największych podjazdach, które przed Tobą?

Czasówka to klucz do wygrywania wielkich wyścigów. Obecnie staram się robić wszystko, żeby również dla mnie była taką przepustką. Nie jestem potężnym kolarzem, takim wielkim koniem, a mimo to jeżdżę dobrze na czas i pora również, żeby dobrze jeździć w górach. Na to położyłem główny nacisk w tym sezonie. Dotyczy to mojej diety, moich specyficznych treningów, a także całego sezonu. Nie mam naturalnie cienkiej tkanki tłuszczowej i muszę na to uważać. Myślę, że efekty już widać. Celem jest jazda na klasyfikację generalną w największych wyścigach. Nawet na Tirreno czy Dauphine widać było, że są już momenty, kiedy to daje efekt.

Powiedz jeszcze, jak to jest, jak się jedzie w grupie żelaznych faworytów, wśród najlepszych zawodników na świecie?

Podczas podjazdu tego się w ogóle nie odczuwa. Jestem skoncentrowany i na podjeździe, i na śledzeniu akcji. Dopiero po etapie biorę listę wyników i cóż, miło jest popatrzeć na nazwiska obok.


Zostajesz w Omedze?

Tak, zostaję jeszcze na dwa lata, zaraz po wiosennych startach przedłużyłem kontrakt o kolejne dwa lata.

Jak się jeździ w teamie, który ma tylu doskonałych zawodników, kolarzowi, w sumie, młodemu?

Grupa zebrała bardzo wiele indywidualności i doskonałych zawodników. To niesamowite, z kim możemy jeździć i od kogo się uczyć. W dodatku wszyscy, nawet ci znani jako impulsywni, są dla nas niesamowicie pomocni i życzliwi. Dużym szacunkiem darzę Marka Cavendisha, który jest świetnym kompanem w zespole. Wiemy, że jest impulsywny, ale to bardziej odczuwają chyba dziennikarze (śmiech). Mogę sporo się od niego nauczyć. Z Chavanelem mam mniejszy kontakt, bo ja nie mówię po francusku, a on bardzo słabo po angielsku. Mało natomiast ścigam się z Michałem Gołasiem i obaj namawiamy dyrektorów, żebyśmy mogli więcej razem się ścigać. Razem trenujemy w Toruniu, razem mieszkamy na zgrupowaniach, ale ścigamy się rzadko razem. Oprócz Michała trzymamy się jeszcze razem ze Zdenkiem Stybarem i Matteo Trentino, czyli chłopakami w moim wieku. Grupa jest bardzo dobrze zestrojona i mogę śmiało powiedzieć, że gdyby coś nie grało między nami, kontraktu bym nie przedłużył.

Interesuje nas Twoja popularność… Jesteś rozpoznawalny w Belgii i w Polsce?

W Polsce to głównie u siebie, w Toruniu, albo na treningach przez osoby jakoś związane z kolarstwem. Natomiast w Belgii sytuacja wygląda inaczej. Tam przede wszystkim kibice znają się na kolarstwie. To nie jest tak, że oglądają jeden wyścig w roku i potem już nie. Oni wiedzą, w jakiej fazie sezonu jesteś, po co jedziesz, co masz w planach. Potrafią docenić kolarzy według faktycznej formy i momentu sezonu. No i rozpoznają mnie. Nawet kiedy jestem w Calpe i trenuję, a tam zazwyczaj pełno jest Belgów, więc mnie rozpoznają. Potrafią podejść w restauracji, zaczepić na treningu. W Polsce raczej śledzi się mniej skomplikowane sporty. Piłka, skoki czy biegi to jest dość proste. Może tu chodzi o historię i tradycję? Ale Belgowie na pewno są oddani kolarstwu.

Miałeś kiedyś ochotę uprawiać inny sport? Czy zawsze rower?

Zawsze rower. Zacząłem bardzo wcześnie, miałem osiem lat, kiedy mój brat zaczął trenować, a ja razem z nim. Już wtedy chciałem zacząć się ścigać, ale byłem za mały. Kiedy miałem dziesięć lat, wystartowałem w zawodach. A że pochodziłem z małej miejscowości, właściwie nie było tam nic innego do uprawiania. Potem już widziałem cały czas rower. Ponieważ mój UKS był powiązany z Pacyfikiem Toruń, było mi łatwo przebić się w kolarstwie młodzieżowym. Od gimnazjum byłem już w internacie i tylko rower. Od początku wiedziałem, że mogę coś na rowerze osiągnąć.


A masz jakiś cel na końcu swojej drogi?

Nie wiem, co mnie czeka na końcu i dokąd ta droga mnie zaprowadzi. W każdym razie moim celem jest wygrywać na rowerze.


[Gdy oddawaliśmy ten numer do druku, Michał jechał w TdF w białej koszulce…]

Sztywne MTB i szosa do 8000 zł

Rowery MTB do 8 tysięcy złotych to jeszcze nie najwyższa półka, ale już też i poziom, którego nie powstydzą się zawodnicy, zwłaszcza ci, którzy za sprzęt płacą sami. A kto najlepiej przetestuje sprzęt dla zawodnika? Oczywiście zawodnik. Dlatego test rowerów MTB do maratonu przeprowadziła z nami ekipa Votum MTB Team Wrocław, na co dzień trenująca i startująca pod okiem Darka Porosia

Tekst: Borys Aleksy, zdjęcia: Michał Kuczyński

Czego zawodnik startujący w wyścigach XC i maratonach oczekuje od roweru? Mówiąc najkrócej: żeby mu nie przeszkadzał w ściganiu. Pod tym hasłem kryje się oczywiście wiele szczegółów. Po pierwsze, waga musi mieścić się w odpowiednim przedziale. Po drugie, rama musi mieć odpowiednią geometrię, pozwalającą wykorzystać maksymalnie możliwości zawodnika. Chodzi nie tylko o pozycję zapewniającą efektywne pedałowanie, ale też zwrotność, szybkość reakcji, stabilność na zjazdach. Hamulce to kolejna rzecz, jeśli nie działają perfekcyjnie, nie pozwolą rozpędzić się tak, jakby się chciało. I amortyzator. I napęd…

Mówiąc wprost, rower dla ambitnego zawodnika powinien po prostu działać bezbłędnie. W praktyce jest to osiągalne bardzo rzadko, nawet przy nieograniczonym budżecie. Założyliśmy jednak, że dysponując kwotą do 8000 złotych, można już myśleć o rowerze, który do ideału zbliży się w stopniu wystarczającym, by być traktowanym jako sprzęt do ścigania z prawdziwego zdarzenia. Angażując zawodników Votum do pracy nad testem, w prosty sposób mogliśmy to założenie zweryfikować.

Team miał do dyspozycji rowery przez około miesiąc. W tym czasie zawodnicy trenowali na nich i, w kilku przypadkach, startowali w zawodach. Co jakiś czas wymieniali sprzęt między sobą, żeby móc go porównać. Rowery jeździły w maratonach w Głuszycy i Wrocławiu oraz po codziennych trasach treningowych zawodników, m.in. na Raduni i Ślęży. Pogoda dostarczyła doskonałych warunków testowych, nie brakowało błota i śliskich korzeni, rowery miały więc możliwość się wykazać.

Na koniec poprosiliśmy testerów o opisanie wrażeń i wybór najlepszego, ich zdaniem, roweru. Oceny i uwagi zebraliśmy w formularzu zawierającym pytania o ocenę podstawowych własności jezdnych rowerów. Uzyskane odpowiedzi złożyliśmy i opracowaliśmy na ich podstawie opisy i oceny, które znajdziecie dalej.

W teście zebraliśmy rowery o dość odmiennych charakterystykach i możliwościach. Karbonowe i aluminiowe ramy, amortyzatory z szerokiego zakresu cenowego, geometrie od wyczynowych po turystyczne. W większości przypadków testerzy bezbłędnie te różnice wychwycili. Przykładami niech będą Rose, Fuji czy Orbea – zgodność pozytywnych opinii nie pozostawiała wątpliwości co do ocen, jakie rowery te powinny otrzymać. Dobra geometria, poczucie pewności na zjazdach, brak jakichkolwiek problemów ze sprzętem – zawodnicy potrafią to docenić. Nieco inaczej było np. w przypadku Wheelera czy Meridy, które oceny zebrały skrajnie różne. To ważna wskazówka przypominająca, że o ocenie roweru decydują w dużym stopniu indywidualne preferencje, budowa ciała, styl jazdy. A czasami detale wyposażenia, które łatwo wymienić, np. opony i chwyty (warto o tym pamiętać, czytając opinie np. o Cube). Nie było natomiast żadnych wątpliwości w kwestii przyznania wyróżnień POWER i ECONO. Rose, nowa marka na naszym rynku, przedstawiła rower nie do pobicia w tej kategorii cenowej. Stary, dobry GT Zaskar to z kolei najlepsza oferta w kategorii relacji jakości do ceny.

Darek

Rose Mr. Ride to mój typ w tym teście. Choć rama cięższa od innych, rower jest bardziej dynamiczny od pozostałych. Po zmianie sztycy na taką z offsetem wsiadam i jadę na wyścig, bo ta maszyna, choć tania, jest do tego stworzona.

Ewa

Najbardziej podpasowała mi Orbea Alma. Szybko udało mi się dopasować pozycję, co dało duży komfort jazdy. Na zjazdach czułam się pewnie. Rower łatwo się kontroluje, nie jest nerwowy, szybko się rozpędza. Poza tym ładnie wygląda.

Ola

Jeżeli miałabym wybierać spośród tych 3 rowerów, na których jeździłam (Orbea, Merida i Wheeler), wybrałabym Meridę Big Nine Lite.

Przemek

Mój faworyt to Fuji Tahoe 29. Nie rzuca się w oczy, ale ma dobre kąty ramy, solidny amortyzator z grubą osią, osprzęt XT/SLX – to robi swoje.

Michał

Najwyżej oceniam Rose Mr. Ride. Jest znacznie bardziej dynamiczny od pozostałych rowerów. Moim zdaniem zawdzięcza to lekkim kołom DT Swiss, w tym modelu dodanym jako płatny upgrade.

Zebraliśmy do testu dziesięć szosówek, na które trzeba wydać do 8 tysięcy złotych. Co można dostać za tę kwotę?


Tekst: Borys Aleksy, zdjęcia: Michał Kuczyński

Oglądając testowe rowery, utwierdziliśmy się w przekonaniu, że za 6-8 tys. można kupić naprawdę wysokiej klasy sprzęt. Wybór jest duży, kilka marek oferuje w tej klasie cenowej bardzo dobre, nowoczesne ramy i pełnowartościowy, godny zaufania osprzęt. Równie ciekawie wygląda to w niższym segmencie cenowym (w teście jest kilka rowerów za mniej niż 6 tys. zł). Tańsze rowery są wprawdzie cięższe i mniej dynamiczne, ale nadal jest to porządny, godny zaufania sprzęt. Wśród testowanej dziesiątki wszystkie modele spełniają podstawowe wymagania, a jeśli któreś się wyróżniały, to tylko na plus.

Jakimi kierowaliśmy się kryteriami? Jak zawsze podczas testów staraliśmy się koncentrować na tym, czego nie można wyczytać w katalogowych specyfikacjach, czyli na zachowaniu roweru podczas jazdy, sposobie, w jaki wchodzi on w interakcję z rowerzystą. A ocenialiśmy to zachowanie przez pryzmat zastosowań ocierających się o wyczyn. Bo ambitna jazda na rowerze szosowym, nawet jeśli nie wiąże się bezpośrednio ze startami w wyścigach, ma z wyczynem wiele wspólnego. Chodzi głównie o jazdę na granicy swoich możliwości. Nawet jeśli ścigasz się wyłącznie z sobą samym, chcesz mieć możliwość pójścia pełnym gazem, jeśli przyjdzie ci ochota. Założyliśmy, że rowery za 8 tysięcy kupują ludzie, którzy lubią i potrafią „dołożyć do pieca”: wejść dynamicznie w zakręt, zafiniszować „do tablicy”, przejechać pełnym gazem po bruku i wygenerować trochę watów na stromym podjeździe. A to oznacza konieczność przyjęcia odpowiedniej pozycji, zachowania pełnej kontroli nad rowerem, pełne zaufanie do hamulców, sztywność itd. I żadnego stukania, ocierania i skrzypienia tylko dlatego, że mocniej nacisnąłeś w korby.

W praktyce wygląda to następująco. Jeśli rower ma napęd i hamulce na poziomie Shimano 105, dobrą ramę pozwalającą na swobodne ustalenie właściwej pozycji ciała, a do tego dopasowane siodło i kokpit, ma wszelkie predyspozycje, by sprostać oczekiwaniom ambitnego kolarza. Jeśli tak jest, można zacząć porównywać rowery na bardziej subtelnym poziomie – który jest najwygodniejszy, najszybszy, dający najwięcej radości z jazdy? To „coś” najczęściej trudno jest w prosty sposób opisać, nie dla każdego też te same właściwości sprzętu mają równie duże znaczenie. Mimo to zrobiliśmy, co w naszej mocy, żeby wnioski z jazdy na testowych dziesięciu szosówkach przekazać jak najpełniej.

Wśród testowanych rowerów kilka oceniliśmy bardzo wysoko. Są one żywym dowodem, że producenci dokładają wszelkich starań, by stworzyć kompletny, jak najlepszy produkt, mieszcząc się przy tym w założonym budżecie. To, co proponują Cube, Fuji, Merida czy Lapierre naprawdę zasługuje na uwagę potencjalnych klientów. Choć wciąż nie są to jeszcze rowery, na których wygrywa się ważne wyścigi (trzeba by przynajmniej zainwestować w lepsze koła), swoją jakością powinny ująć większość miłośników szybkiej, dynamicznej jazdy. Lapierre, najlżejszy i najbardziej sportowy, otrzymał wyróżnienie Power. W poszukiwaniu najlepszego stosunku jakości do ceny uwagę skupiliśmy na modelu z aluminiową ramą i wysokiej klasy osprzętem Shimano Ultegra. Prosty, relatywnie tani, ale dobrze wyposażony model Ghosta wyróżniliśmy znaczkiem Econo.