Wszystkie wpisy, których autorem jest Magazyn Rowerowy

Maratony zdobyły Polskę

W tym roku w Polsce rozegrano ponad 20 maratonów w kolarstwie górskim. Największymi, zarówno pod względem liczby imprez, jak i liczby uczestników, były maratony z cyklu Bike Maraton. W ośmiu edycjach rozgrywanych w całej Polsce na starcie stanęło ponad 2500 uczestników. Rowerzyści w sumie pokonali 1000 km tras. Skonsumowali 28 tysięcy batonów, wypili 12 000 l wody i 1600 butelek napojów energetycznych, zjedli 2400 kg bananów. Po raz kolejny firma G&G ubrała w rowerowe komplety kolarzy w całym kraju.

Krynica Beskidy przywitały nas deszczem, błotem i nisko zawieszonymi chmurami, które nie zapowiadały dobrej ani nawet możliwej pogody. W dzień startu przy dolnej stacji kolei linowej na Jaworzynę, wspierając się na kulach, patrzyłem na kolorowy tłum kolarzy. Błoto na trasie, a potem wiatr i deszcz utrudniały im przejazd. W Krynicy nawet cieszyłem się, że nie mogę wystartować… Miłosz Janowice Wielkie Pierwszy raz zdecydowałem się przejechać dwie rundy maratonu. Kryzys złapał mnie na drugiej, tuż przy bufecie. Mój organizm odmówił przyjęcia batonów, tylko woda i pomarańcze nie powodowały gwałtownych skurczów żołądka. Jednak na trasie i to zaczęło przeszkadzać. Stałem oparty o rower, całkowicie pozbawiony sił, tępo wpatrywałem się w ziemię, wyrzucając z siebie resztki owoców. Nigdy wcześniej nie byłem tak słaby… Marek Polanica Zdrój Lubię starty w Polanicy, chociaż trasa ta nie należy do łatwych. Długie, męczące podjazdy i kamienisty zjazd są wizytówką tego maratonu. Myślę, że oferuje on wszystko, czego wymaga się od takich wyścigów. Moje miejsce daleko, daleko. Ale nie dla miejsca tu przyjeżdżam… Robert Puck Myślałem, że to żart, organizować maraton MTB nad morzem, ale w sumie całkiem fajnie się bawiłem. Teraz myślę sobie, że jednak fajniej ścigać się w górach, chociaż chłopaki z G&G udowodnili, że maraton można zorganizować wszędzie. Jechałem małą rundę, więc ominął mnie przejazd przez plaże. Ponoć stali tam żołnierze pilnujący uczestników. Czy przyjadę nad morze raz jeszcze? Nie wiem, w sumie wolę góry… Przesieka Nie miałem formy, poważnie, całkiem nie chciało mi się jechać. Jak zobaczyłem kolejny podjazd, dałem sobie spokój. Czasami dziwię się, że tak mi się chce męczyć. Moi kumple pognali do przodu. W sumie nie miałem złego miejsca, ale noga przestała „podawać”. Widziałem tych na przedzie, jadą sobie spokojnie, a pierwszy do zdjęć jedzie na tylnym kole… Piotr Świeradów Zdrój Jechało się ekstra, zwłaszcza że druga runda nie prowadziła przez Czernicę i nie było podjazdu. Chłopaki fantastycznie trafili z pogodą, no i przejazd przez Izery. To chyba najfajniejsza trasa w całym cyklu. Robi wrażenie. Lubię tu jeździć… Darek Lubin Tubylcy dostarczyli nam dodatkowej rozrywki. Kilkakrotnie zmieniał się kierunek jazdy, co jednak pozwoliło dokładnie zwiedzić okolice… Płaskie, proste, asfaltowe trasy sprzyjały rozwijaniu wielkich szybkości. Można było nieźle pocisnąć pedały. Tomek Wałbrzych Zdecydowałem się na start, bo w domu nie mam gdzie startować, a taki wyścig pozwala zachować wysoką formę. Wiem, że byłem faworytem, ale to, że wygrałem łatwo, nie oznacza, że bez walki. Pierwszą rundę praktycznie przemknąłem, w połowie drugiej dopadło mnie zmęczenie, ostatnie kilometry jechałem bardzo wolno, walcząc o każdy metr. Zwycięstwo było ukoronowaniem wysiłku… Piotr

Bike Maraton okiem tubylca

Mieszkam w Wałbrzychu, zapisałem się więc w piątek, co pozwoliło uniknąć męczących kolejek w biurze w dniu startu. W piątek pochłonąłem 5 l wody, zająłem się ostatnimi naprawami, regulacjami, a potem spać. W sobotę wstałem ok. 8. Sprawdziłem tętno – 79, nie byłem zadowolony… Zjadłem 2 bułki, kawałek placka, spakowalem plecak i pojechałem na miejsce startu. Banan, snickers i jakoś czas zleciał do 10. Słońce grzało, więc nie bardzo miałem ochotę na stanie na starcie całą godzinę. Postanowiłem ustawić się o 10:45. Cudem wbiłem się w zwarty tłum zawodników i stanąłem gdzieś w 6. rzędzie. Nie było źle. Finałowe odliczanie i poooszli. Niestety, start w tym roku mi nie wyszedł (w zeszłym było ciut lepiej), choć początek całkiem miły, bylo co prawda ciasno, ale taka to już trasa. Pierwszy podjazd, potem delikatny (asfalt + żwir) zjazd na prawo, chwila prawdy i znów podjazd. Ciasno, ktoś się zatrzymał przede mną i zaliczyłem pierwszy upadek. Wstałem jednak bardzo szybko i popędziłem dalej. Z rozbitego kolana przez 10 minut leciała krew… Znów zjazd, znowu ciasno. Znałem trasę jak własną kieszeń, znałem każdy kamyk, więc mogłem spokojnie przyspieszyć. Zyskałem dużą przewagę, wyprzedziłem jakieś 40 osób. Zjazd był nieco ostrzejszy, wyjazd na polanę i popularna „tasiemka bikerów”, bardzo widowiskowe wydarzenie. Potem kolejny podjazd i zjazd (znów wyprzedziłem około 20 osób), długa prosta, stadnina koni i oczekiwany z utęsknieniem bufet. Banan, woda i popędziłem dalej. Trafiliśmy na podkłady kolejowe (jak ja tego nie lubię, uuu…), ale wyprzedziłem parę osób. Zero bólu, krew z kolana przestała lecieć, temperatura nieco dawała się we znaki. Wreszcie podjazd na Chełmiec, „droga płaczu”. Długi, techniczny, kamienisty podjazd na szczyt. Rozpoczęło się tasowanie. To ja kogoś „brałem”, potem ten ktoś „brał” mnie i tak do końca. Na szczycie spotkałem znajomego, który wymienił mi bidony. Puszka isostara, banan, twix i jazda w dół. Szybki zjazd, nie miałem przed sobą nikogo, wiec moglem zaszaleć, co skończyło się zresztą chwilą strachu, bo prawie wyleciałem z trasy, ale, o cudzie, wyszedłem z tego cało i na dwóch kołach. Popędziłem dalej. Na 35. km spotkałem 4 księży (niecodzienny widok), uśmiech i jazda w dół. Potem wjazd na Boguszów. Miałem nadzieję, że przygotowano wodę, jak w zeszłym roku, a tu rozczarowanie. Popędziłem więc dalej. Jakiś jegomość wywrócił mi się pod przednim kolem. Zahaczyłem o jego zębatkę i poszła guma. Szybko zmieniłem dętkę. Trzy minuty i byłem gotowy do jazdy. Podjazd, stroma skarpa zapchana bikerami, bez szansy na wjazd. Musiałem zsiąść z roweru i przespacerować się. Nogi lekko zabolały (rozprostowywanie mięśni musiało kosztować). Jakoś dotarłem na szczyt, łyk isostara i jazda dalej. Wyjazd na polanę, 5 km do rozjazdu Giga-Mega. Połknąłem w biegu kolejnego snickersa i ponownie przyspieszyłem. Znów ten sam lekki podjazd, zjazd w dół, podjazd, zjazd techniczny, wyjazd na polanę. I tu sam diabeł we mnie wstąpił. Nacisnąłem na pedały jak szalony, 40 km/h, i popędziłem do rozjazdu. Spojrzałem na zegarek – 2 h 43 min. Odpuściłem więc sobie dużą pętlę i skręciłem w kierunku upragnionej mety! Marzyłem o odpoczynku. Chwilkę jeszcze pojeździłem, potem łyk wody i na basen. W sumie było całkiem przyjemnie. Poprawiłem swój wynik z zeszłego roku o pół godziny i jestem bardzo zadowolony. Za 2-3 lata może będę miał okazję stanąć piasta w piastę z „cyborgami”. Pożyjemy, zobaczymy. Za rok planuję starty we wszystkich edycjach!

Nie jesteśmy monopolistami

Na zakończenie ósmej, ostatniej edycji cyklu Bike Maratonu postanowiliśmy porozmawiać z Grzegorzem Golonko i Maciejem Grabkiem, właścicielami firmy G&G Promotion i organizatorami cyklu. Jak oceniacie miniony rok? Maciej Grabek: Właściwie jeszcze za wcześnie na konkretną ocenę, ale jesteśmy zadowoleni. W naszej bazie mamy w tej chwili 2500 uczestników imprez. Średnio na edycję przyjeżdżało po 20 procent uczestników więcej niż w ubiegłym roku. Grzegorz Golonko: Jesteśmy dumni, że organizujemy największe maratony w Polsce, z drugiej zaś strony nasze ambicje, czyli ponad 1000 uczestników jednorazowo na imprezie, nie zostały w tym roku zaspokojone. No i nie udało się nam ani razu wystartować w imprezach organizowanych przez nas samych. Może za rok… Udacie się teraz na zasłużony urlop? MG: Nie, przed nami jeszcze rozliczenie ostatnich imprez i właściwie zaczniemy przygotowania do kolejnego roku. Dłuższe wakacje może zimą… GG: Już prowadzimy rozmowy ze sponsorami odnośnie następnego sezonu, więc raczej nie będziemy wypoczywać. Macie już jakieś plany, które jesteście skłonni zdradzić naszym czytelnikom? MG: Nie wszystkie, ale trochę możemy powiedzieć. GG: Bike Maraton będzie się kręcił tak jak w tym roku! MG: Planujemy utrzymać zbliżoną liczbę imprez, czyli osiem edycji BM na pewno się odbędzie. Jedyna zmiana to prawdopodobne rozciągnięcie imprez w czasie i drobna korekta terminów. GG: Drobne zmiany będą też dotyczyć miejsc. Cztery imprezy odbędą się na Dolnym Śląsku, a trzy „w terenie”. W tej chwili rozważamy możliwość odwiedzenia nowych miejsc i przyciągnięcia nowych uczestników. Planujemy zorganizowanie jednej z imprez w okolicach Bielska, może w Ustroniu, może w Wiśle. MG: Pewne zmiany zajdą też w technicznej obsłudze imprez. Przygotowujemy się do wprowadzenia w pełni elektronicznego pomiaru czasu. Chcemy wyposażyć uczestników w chipy. Uniemożliwi to skracanie trasy oraz startowanie poza strefą startową, co często miało miejsce tego roku. Największym problemem w tym wypadku jest liczba uczestników. Przyszłoroczne zapotrzebowanie szacujemy na ponad tysiąc sztuk. Bike Maratony wpisały się bardzo mocno w kalendarz imprez w Polsce. Kiedy zaczynaliście działalność, nie wróżono dobrze, tymczasem wasze imprezy kręcą się już trzeci rok i są największe w Polsce. Co decyduje o ich sukcesie? MG: Myślę, że najważniejszy był sam pomysł na imprezy, który oddaje nasze podejście do rowerów i MTB. Chcieliśmy zrobić otwartą, dużą imprezę dla rowerzystów, przyjazną uczestnikom. GG: Pomysł narodził się w pewnej „szpageterii”, gdzie spotkaliśmy się z Maćkiem. Obaj właśnie straciliśmy pracę i przy spagetti wymyśliliśmy taką imprezę, w jakiej sami chcielibyśmy wziąć udział. MG: Tak naprawdę siła BM ma trzy źródła. Po pierwsze, mamy bardzo dobre, przemyślane i przygotowane trasy, które sami kilkakrotnie objeżdżamy, odpowiednio znakujemy i które staramy się wytyczyć w sposób widowiskowy i innowacyjny. Po drugie, wiemy, jak powinna wyglądać taka impreza, bo sami bardzo często startowaliśmy w podobnych wyścigach. Dlatego u nas jest odpowiedni poziom obsługi, przyjazne biuro zawodów, obficie zaopatrzone bufety, opieka medyczna i ubezpieczenia, czyli to wszystko, co czyni imprezę przyjazną i bezpieczną. Po trzecie, mamy najlepsze w Polsce – w mojej ocenie – podejście marketingowe. Drukujemy bardzo dużo folderów i ulotek, informujemy o naszych imprezach, kręcimy własne filmy i po każdej montujemy zapis tego, co się działo. GG: Można powiedzieć też, że bardzo łatwo jest zrobić imprezę przyjazną dla organizatorów, widzimy takie podejście u naszej konkurencji. Nas natomiast interesuje zadowolenie uczestników. Już na pierwszej imprezie mieliśmy ponad 500 uczestników, co jeszcze dzisiaj dla niektórych „ważnych” imprez jest liczbą nie do przebicia. Na szczęście uczestnicy głosują frekwencją. Ilu mieliście w tym roku stałych uczestników? MG: Przynajmniej na pięciu maratonach było około 300 osób. Na każdą edycję przyjeżdża od 30 do 40 procent nowych uczestników. Duża część stara się startować w pobliżu miejsca zamieszkania. Jednak całkowita liczba uczestników przekroczyła w tym roku 2500 osób. Średnio w cyklu startowało 600 osób. Niektórzy zarzucają Wam monopolistyczne podejście i ściąganie ludzi gadżetami… MG: Umówmy się, że dzisiaj na świecie istnieje pewien standard obsługi na tego typu imprezach. Faktycznie, dajemy uczestnikom dużo i myślę, że koszt wpisowego jest z nawiązką rekompensowany przez to, co otrzymują. Nie wyobrażam sobie dzisiaj imprezy, na której nie ma ubezpieczenia, obsługi, dobrze zaopatrzonych bufetów, koszulki czy bidonu. Na pewno nie jesteśmy monopolistami i nie chcemy nimi być. Faktycznie, w tym roku wiele osób miało pretensję, że nie dograliśmy terminów z innymi maratonami, ale podam taki przykład… W Czechach, kraju o mniejszej liczbie mieszkańców, jest kilka tego typu cyklów – rocznie około 40 maratonów i na wszystkich są uczestnicy. W Polsce powinno być podobnie. GG: Nie przekupujemy zawodników, ale premiujemy uczestnictwo. W zeszłym roku na każdej edycji były koszulki, w tym roku nagradzamy wytrwałych, dodając ekstra koszulkę i spodenki. Do tego również system punktacji przyjęliśmy taki, żeby nagradzać startujących cyklicznie. Cieszy nas natomiast, że odbywają się inne imprezy. Konkurencja musi być. Wiemy, że jak ktoś rozpoczyna przygodę z maratonami na naszych imprezach, potem startuje u nas. Wiemy również, że praktycznie każdy, kto weźmie udział pierwszy raz w innej imprezie, w końcu przyjedzie na BM i już zostanie. Organizacja maratonów to również problemy. Jak radzicie sobie z takimi sytuacjami? MG: Wśród wielu osób panuje przekonanie, że zorganizowanie maratonu jest banalnie proste. Może tu właśnie leży przyczyna tego, że wiele maratonów w Polsce organizowanych jest na słabym poziomie i zamiast zachęcać ludzi powoduje wprost przeciwną reakcję. GG: Wiemy, że popełniamy błędy i wiemy, że są one denerwujące dla uczestników. Staramy się jednak być coraz lepsi. Ponieważ sami startowaliśmy w takich imprezach, zdajemy sobie sprawę, czego oczekują uczestnicy. Z drugiej strony, jeżeli na imprezie były błędy, cieszy nas to, że nasi uczestnicy nie rzucają się na nas, ale starają podpowiedzieć odpowiednie rozwiązania i wesprzeć w pracy. Za to wsparcie jesteśmy szczególnie wdzięczni. MG: Nie mamy problemów ze znakowaniem trasy, zabezpieczeniem bufetów czy rejestracją uczestników. Dbamy aż do przesady o zabezpieczenie imprezy. Na każdym z naszych maratonów dysponujemy karetką pogotowia, zespołem ratowników medycznych i ratownikami GOPR. Również jako nieliczni w Polsce ubezpieczamy wszystkich uczestników. Dlatego nasze imprezy są bezpieczne i przyjazne. Problemy jednak się zdarzają. Przy każdej imprezie pracuje około stu osób, nie sposób jednak przewidzieć wszystkich niespodzianek. W jaki sposób maratony przyjmowane są w miastach, w których je organizujecie? GG: Wiele osób z władz samorządowych nie zdaje sobie sprawy z wielkości imprezy. Najbardziej odpowiada sytuacja, jaka miała miejsce w Świeradowie Zdroju, gdzie maraton startował w centrum miasta, które przez cały dzień żyłą tą imprezą. Z drugiej strony jest np. Lubin, w którym przeganiano nas z miejsca na miejsce… Dopiero kiedy samorządowcy zobaczyli liczbę uczestników, pojęli skalę imprezy. MG: W Janowicach, gdzie byliśmy po raz pierwszy, maraton zgromadził prawie całą miejscowość. Samych uczestników, ich rodzin i znajomych, było ponad tysiąc osób! Lubimy też maraton w Przesiece. Ta miejscowość raz do roku ogląda taki tłum ludzi, właśnie podczas Bike Maratonów. Cieszy nas otwartość władz na nasze imprezy i wsparcie, jakiego nam udzielają. Dzięki temu możemy już teraz zaprosić wszystkich czytelników „MR” na przyszłoroczne Bike Maratony. Dziękujemy za rozmowę.

Nieprzewidywalny…

Nieprzewidywalny… …tak o Marcinie Karczyńskim wyrażał się jego trener. W tym sezonie Marcin wyszedł z cienia innych kolarzy MTB i odcisnął wyraźne piętno na tej dyscyplinie. W jednym sezonie zdobył Mistrzostwo Polski, Puchar Polski, srebro na Mistrzostwach Europy i został (wraz z drużyną) Mistrzem Świata. Nadchodzący rok olimpijski już wydaje się należeć do niego. Trudno o bardziej zmotywowanego i pracowitego zawodnika, i, co ważne, wciąż spragnionego sukcesów.

Rozmawiamy właściwie już po sezonie, który był dla Ciebie i całej grupy Lotto niezwykle udany. Zrealizowałeś swoje plany w tym roku? Faktycznie, mieliśmy udany sezon, zarówno indywidualnie, jak i grupowo. Jednak nie wszystkie zamierzenia udało się nam zrealizować. Dla mnie największą wpadką był występ na mistrzostwach świata, w których chciałem uzyskać lepszy wynik. Jechałeś do Lugano z jakimś konkretnym planem, chciałeś być w pierwszej dziesiątce? Liczyłem, szczerze mówiąc, na pierwszą piątkę. Zwłaszcza po mistrzostwach Europy i pucharach świata, gdzie wygrywałem z zawodnikami z pierwszej piątki MŚ. Wynik, jaki osiągnęliśmy, był bardzo dobry, jeszcze nigdy jako kadra Polski nie przywieźliśmy tylu medali z takiej imprezy. W twoim przypadku wyścig wyjątkowo się nie ułożył… Wywróciłem się praktycznie zaraz po starcie i na pierwszą rundę wjechałem jako jeden z ostatnich, wyprzedzili mnie nawet zawodnicy z egzotycznych krajów. W pierwszej rundzie wyprzedziłem ponad trzydziestu zawodników, ale do czołówki pozostała mi ponad setka. A ilu można wyprzedzić na rundach? Trasa była wąska i techniczna, więc nie szło zbyt szybko. Dodatkowo obiłem sobie bok, biodro i udo, i postanowiłem się wycofać. Niestety, nie były to moje mistrzostwa… To, co nie wyszło, odbiliście sobie w drużynie… Właściwie zdobyliśmy to wcześniej! Ale faktycznie, drużyna pojechała bardzo dobrze. Pokazaliśmy, że trzeba się nas bać i że liczymy się na świecie. Jak przebiegała rywalizacja? Pewnie mało osób o tym wie, ale jechaliśmy w nieco zmienionej kolejności. To ustawienie ćwiczyliśmy już na Mistrzostwach Europy, gdzie zdobyliśmy srebro. Wyścig kontrolowaliśmy cały czas. Jechałem jako pierwszy i prowadziłem, po mnie prowadzenie utrzymał Piotrek Formicki. Na okrążenie juniorów trener wystawił Annę Szafraniec, która praktycznie nic nie straciła, a z kobietami pojechał nasz junior, Kryspin Pyrgies. No i dołożył im kilka minut. Sztafeta pokazała więc, że jesteśmy nie tylko mocni indywidualnie, ale i dobrze przygotowani taktycznie. Czy po MŚ otrzymałeś propozycje przejścia do innej ekipy, czy ktoś się z wami kontaktował? Myślę, że kilka teamów byłoby zainteresowanych zawodnikami Lotto – PZU. My jednak ogłosiliśmy na konferencji prasowej, że nie zamierzamy zmieniać klubu do Igrzysk Olimpijskich, tak więc ucięło to wszelkie spekulacje i pewnie wstrzymało propozycje. Kadra polski prawie w całości pokrywa się z ze składem Lotto – PZU. W tym należy upatrywać waszych sukcesów? Grupa Lotto powstała z myślą o starcie w Atenach i od początku jednym z jej założeń było skupienie najlepszych zawodników w Polsce. W tej chwili grupa ta jest bardzo dobrze rozpoznawalna na imprezach światowych, co więcej, wielu zawodników z zagranicy pyta się o możliwość startów w naszych barwach. Dostrzegają nasz profesjonalizm. Niestety, grupa powstała z myślą o promocji polskich zawodników i tylko oni wchodzą w jej skład. Muszę też dodać, że trenerowi Piątkowi udaje się realizować dalekosiężny plan. Co roku jeździmy lepiej, robimy postępy. To dowód na trafność jego koncepcji opartej na przekonaniu, że grupę buduje się przez lata. Czujesz się związany z Lotto, a jednak krążyły słuchy o Twoim przejściu do CCC? To nie były tylko słuchy, miałem już dwa razy podpisany kontrakt z CCC, jednak nie zdecydowałem się na odejście z Lotto. To przede wszystkim kwestia tego, co daje mi grupa. W Lotto czuję się prawdziwym zawodowcem, nie muszę się o nic martwić, tylko trenować i startować. To niesamowity komfort. Myślę, że stąd też moje sukcesy. Trener Piątek niektórym wydaje się dość kontrowersyjny, jednak taki układ jest dla mnie optymalny. Poświęcam się głównie ściganiu, nie mam innych zmartwień. Tymczasem w CCC musiałbym wiele czasu poświęcać na załatwianie spraw, które tutaj załatwia za mnie grupa. Nie muszę martwić się o sponsora, nie muszę przejmować się sprzętem, hotelami i transportem. Również trening jest ułożony, są zgrupowania, opieka lekarza i trenera. Wiem, że Marek Galiński wolał inny układ, ja wybrałem taką grupę. Zorganizowanie grupy powoduje jednak, że zdominowała ona MTB w Polsce, tymczasem za wami nie ma nowych, zdolnych zawodników. Co będzie jak Lotto przestanie istnieć? Lotto jest grupą, która została stworzona do ścigania światowego. Kiedy do niej przyszedłem, nareszcie pozbyłem się kompleksów polskiego sportowca. Przecież często było tak, że Polacy jeździli na gorszym sprzęcie, mieli gorszy transport, spali w gorszych hotelach, po prostu wyglądali jak kolarze z „gorszego” kraju. Teraz mamy sprzęt niejednokrotnie lepszy niż czołówka, wszystko jest dopracowane, wyjazdy mamy zorganizowane na takim samym poziomie jak reszta światowej czołówki. Przecież jesteśmy w tej chwili w pierwszej dziesiątce na świecie! Mamy kilka medali mistrzowskich! I tak powinno być. Natomiast grupa będzie istniała na pewno do igrzysk. Ja mam jeden z dłuższych kontraktów, więc jestem spokojny o swoją przyszłość. Nawet kiedy grupa się rozpadnie, trener Piątek będzie tworzył nową i myślę, że znajdę w niej swoje miejsce. Nie chciałbym natomiast przechodzić do innej grupy MTB, myślę raczej o przejściu na szosę po igrzyskach. Tak więc jeżeli przejdę do jakiejś grupy, to raczej szosowej. Co do dominacji? Problem ten dostrzegam w innych klubach, które nie mogą stworzyć zawodnikom odpowiednich warunków. Dobry, utalentowany zawodnik potrzebuje roku, żeby osiągnąć wysoki poziom. Tak jest z większością zawodników, którzy przyszli do grupy w tym roku. Ale warunki muszą stworzyć kluby. Trend powrotu na szosę jest obecnie dość mocny, a ty jesteś kolejnym zawodnikiem, który to deklaruje. Szosa jest dziś naturalnym etapem w rozwoju zawodników MTB. Trening szosowy jest jednym z elementów treningu. Widzę siebie na szosie i w peletonie zawodowym. Myślę, że byłbym dobrym „góralem”, gdyż lubię walkę na podjazdach. Jednak przejście na szosę wiąże się też ze zmianą całego treningu. Wyścigi szosowe są dłuższe i wieloetapowe. Dla mnie oznacza to potrzebę zwiększenia wydolności i wytrzymałości, a co za tym idzie, zwiększenie obciążeń treningowych. Tego nie da się zrobić z dnia na dzień. Ponieważ w tej chwili moim celem są igrzyska, trening taki mogę zacząć dopiero po ich zakończeniu. Mówiąc szczerze, moim marzeniem jest przejście na szosę z medalem olimpijskim. Jak trafiłeś do MTB? Właśnie z szosy. Byłem jednym z wielu zawodników na średnim poziomie, którzy mieli problem ze znalezieniem miejsca w dobrym klubie. Mój trener namówił mnie na MTB. Dzięki temu miałem dostać się na szosę poniekąd „tylnymi drzwiami”. Po sukcesie w kolarstwie górskim było bardziej prawdopodobne, że znajdę swoje miejsce w grupie szosowej. Czy nie traktujesz więc MTB trochę po macoszemu? Może było tak na początku, ale teraz już nie jest. MTB jest innym sportem, ma dużo więcej emocji i adrenaliny. Jest bardziej ekscytujące. Kiedy dobrze poznałem ten sport, urzekł mnie i teraz jestem przede wszystkim zawodnikiem MTB. Szosa to odległa przyszłość. W tym roku wygrałeś w Polsce wszystko co było do wygrania. A może jest jeszcze coś? Tak, w Polsce rok był dla mnie bardzo udany, zdobyłem Mistrzostwo Polski i Puchar Polski. Poza wpadką na mistrzostwach świata rok był świetny. Zdaniem niektórych Marcin Karczyński był najbardziej niedocenionym zawodnikiem i pozostawał w cieniu innych: Galińskiego i Kowala. Kiedy wygrałeś Puchar Polski, krytycy twierdzili, że to dlatego, że Marek Galiński nie startował we wszystkich edycjach i że jego starty zmieniłyby wynik rywalizacji. Faktycznie, Galiński nie startował we wszystkich edycjach, ale ja wygrywałem to, co sobie założyłem. Prawda jest taka, że zbudowałem bezpieczną przewagę. Dla wielu obserwatorów Galiński wygrywał ze mną jak chciał, prawda jest jednak inna. W dwóch edycjach, w których wygrywał, to ja odpuściłem i dałem mu wygrać. Faktycznie nastawiałem się na Szczawno, gdzie chciałem pokazać, kto tak naprawdę jest lepszy. W Szczawnie wszystko wyglądało już inaczej, Marek zaatakował od startu, a ja go przytrzymałem przez rundę. Bardzo był zdziwiony, myślał, że mnie łyknie, a tu nie! Dopiero kiedy się wywróciłem i spadłem niżej, mógł spokojnie jechać do mety. Gdybym nie upadł, byłoby inaczej… Właśnie, twoje upadki czasami mieszają Ci szyki. Jesteś nazywany najbardziej nieobliczalnym zawodnikiem w kadrze, takim, który może wszystko wygrać lub wszystko przegrać. Tak, pewnie tak jest, upadki biorą się z mojej ambicji i z tego, że bardzo chcę. Tylko tak mogę odpowiedzieć. Jak chcę zbyt mocno, zaliczam upadki. Mówi się, że masz całkowity brak hamulców psychicznych na zjazdach. Może jeździsz zbyt ryzykowanie? Nie sądzę, żebym jeździł ryzykowanie. Lubię zjazdy i trasy, takie jak w Szczawnie lub w Wałbrzychu, gdzie są podjazdy i zjazdy. Nie boję się zjeżdżać i często na zjazdach nadrabiam. Może stąd ta opinia? Skoro lubisz zjeżdżać, czy myślałeś o przejściu do downhillu? Raczej nie. Downhill wymaga bardzo wąskiej specjalizacji i jest niesamowicie kosztowny. W Polsce sport ten ma nieustające problemy finansowe. Rozmawiałem ostatnio z Grześkiem Zielińskim. On ma własny team, który założył, żeby móc zjeżdżać. I tak cały czas musi zabiegać o sponsorów i martwić się o fundusze. Ja mam w porównaniu ze zjazdowcami komfortowe warunki. A przecież, jeśli ktoś szuka sponsorów, i to głównie zajmuje jego czas, nie może trenować i nie może mieć wyników! Zadaniem sportowca jest trenowanie i starty w wyścigach. Kwestie menedżerskie powinny być poza nim. W przyszłym roku Mistrzostwa Europy odbędą się w Wałbrzychu, waszym głównym celem są igrzyska. Jak zamierzacie pogodzić te dwie imprezy? Mistrzostwa odbędą się przed igrzyskami, więc powinniśmy być już w formie, oczywiście, jeżeli nie chcemy by nasz udział był tylko symboliczny. Mnie trasa w Wałbrzychu odpowiada, zawsze ją lubiłem. Dlatego start powinien być udany. Istotne jest, kiedy zawodnik na starcie już wie, że lubi trasę, wie, jak ona przebiega i czuje się na niej dobrze. Tak będę się czuł na ME w przyszłym roku. Mam nadzieję, że tak również będę się czuł w Atenach. Dziękuję za rozmowę i życzę sukcesów.