Wszystkie wpisy, których autorem jest Magazyn Rowerowy

RAJ-cza – Beskid Śląski na rowerze

Beskid Śląski wyśmienicie nadaje się na rowerowe eskapady. Zapewnia różnorodność tras, przyciąga magiczną przyrodą. Można tam jeździć tygodniami, a po rowerowych wojażach przyjemnie spędzić czas w miasteczku. Tym razem proponujemy zapuścić się trochę głębiej, w teren gorzej przygotowany turystycznie, nieco mniej znany rowerowym maniakom, ale nie mniej ciekawy krajobrazowo i na pewno wymagający technicznie. Przed nami pasma Rycerzowej, Lipowskiej i Rysianki, czyli Zachodnia część Beskidu Żywieckiego.

Bazą naszej wycieczki będzie niewielkie miasteczko leżące po drodze z Żywca do Zwardonia, w małej kotlince – Rajcza. Nie spotkamy w nim tłumu turystów wałęsających się po centrum w poszukiwaniu rozrywek charakterystycznych dla górskich kurortów, nie natkniemy się na zbyt wiele knajp i hoteli. Nie wpadniemy na pewno na bankomat (to ważna wskazówka, o której radzę pamiętać, bo najbliższy automat wydający gotówkę znajdziecie w Żywcu). Po co więc tam w ogóle jechać ? W jednym celu – aby odpocząć i wybrać się w góry, oczywiście na rowerze. Miasteczko, choć z na pozór ubogą bazą turystyczną, już na pierwszy rzut oka wydaje się sympatyczne. Swoje braki rekompensuje malowniczym położeniem, ciszą i spokojem małej mieściny. Sielski klimat zapewnia relaks i swobodę. Przyjemni mieszkańcy, kilka knajpek, sklep spożywczy. To, co dla nas najważniejsze, znajdziemy jednak oczywiście na szlaku. Beskid Żywiecki to najwyższe góry w okolicy. Rozciągają się od Zwardonia po Korbielów. Najwyższymi szczytami są: Pilsko (1557 m n.p.m.), Lipowska (1324 m n.p.m.) i Wielka Rycerzowa (1226 m n.p.m.). Jak mówią cyfry, a cyfry nie kłamią, teren jest wymagający. Grzbiety górskie są bardziej strome niż w Beskidzie Śląskim, różnice wysokości również nie należą do najmniejszych. Trzeba wykazać się dobrym przygotowaniem kondycyjnym. Dobra technika jazdy na rowerze też się przyda. Góry wokół Rajczy są dość odludne i dzikie, tym bardziej zachęcają do eksploracji i długich wycieczek. Podłoże w tej okolicy jest stabilne, poruszać będziemy się po twardej kamienistej nawierzchni, wystających korzeniach i ubitych ścieżkach. Można się natknąć na trudne odcinki wymagające dużego doświadczenia, a w kilku przypadkach zejścia z roweru. Będziemy jechać wąskimi trawersami i górskimi ścieżkami. Większość tras prowadzi przez lasy. Na szczytach grzbietów wyjedziemy na wiele miejsc widokowych. Szerokie polany i hale będą stałym elementem krajobrazu, a roztaczające się z nich widoki uprzyjemnią wycieczki. Teren nie będzie zbytnio falował. Czekają nas długie podjazdy i długie zjazdy o różnym nachyleniu. W okolicach Rajczy pojawiają się już szlaki oznakowane jako typowo rowerowe. To znaczy, że coraz więcej tu amatorów dwóch kółek i że góry nie są takie nieprzystępne. Podczas wycieczek w przeważającej części będziemy korzystać z wytyczonych szlaków, czasem porzucając je, czasem wracając na nie po kilku kilometrach. W ten sposób można ułatwić sobie wyprawę, omijając nieprzejezdny odcinek. Jednak możliwości modyfikacji tras w trakcie wycieczki są małe. Lepiej trzymać się pierwotnie wytyczonej drogi i nie ryzykować błądzenia. Nieprzemyślane zmiany w połączeniu z trudnym terenem mogą okazać się mało korzystne. Turystów pieszych spotkamy o wiele mniej niż w sąsiednim Beskidzie Śląskim, ale na zjazdach tradycyjnie należy pamiętać o piechurach. Ewentualne ubytki w prowiancie można uzupełniać w schroniskach pojawiających się na trasie wycieczki na każdej większej górze.

Gastronomia i spanie

Jeśli chodzi o nocleg, znajdzie się bez problemu kilka kwater, w samej Rajczy czy w sąsiednich Ujsołach. Przed wyjazdem warto odwiedzić strony internetowe. Na wypad rowerowy polecam hotel Poczty Polskiej na ul. Parkowej, obok Straży Pożarnej. Zwykły i tani. Pokoje dwuosobowe z tarasami, a ubłocone rowery nikomu niestraszne. Łazienki na korytarzach, do dyspozycji kuchnia. Ceny około 20 zł. Gastronomia w okolicy jest raczej na słabym poziomie. Znajdziemy wprawdzie kilka knajpek, ale w trakcie wycieczki warto skorzystać z gastronomicznej oferty schronisk. Ceny trochę wyższe, ale karmią dobrze. Posiłek na trasie i w takich „okolicznościach przyrody” lepiej smakuje.

Kiedy się tam wybrać

W całych Beskidach można jeździć od końca kwietnia. Otwarcie sezonu to pierwszy majowy weekend. W wyższych i bardziej osłoniętych partiach gór leży jeszcze miejscami śnieg, ale większość tras jest przejezdna i sucha. Ostatni bikerzy pojawiają się w tych stronach późną jesienią aż do pierwszych opadów śniegu.

Mapy

Beskid Śląski i Żywiecki, 1:75 000, Polskie Przedsiębiorstwo Wydawnictw Kartograficznych; Beskid Śląski, Beskid Żywiecki, 1:50 000 Wydawnictwo Compass.

Trasy

Wokół Lipowskiej

(Rajcza-Ujsoły-Rysianka-Martoszka-Żabnica, Skałka-Hala Boracza-Boraczy Wierch-Rajcza) Wycieczka jest trudna, a miejscami bardzo trudna. Pięćdziesiąt kilometrów to niezbyt duży dystans, ale w tym przypadku okazał się w sam raz na jednodniową eskapadę. Wycieczka charakteryzuje się dużą liczbą podjazdów o różnym stopniu trudności. Trasa przeznaczona jest dla osób doświadczonych. Wymaga dużego wysiłku fizycznego i nienagannej techniki. Teren zbytnio nie faluje. Jak już się zacznie, podjazd ciągnie się przez kilkanaście kilometrów. Mimo to jazda nie jest monotonna. Wiele radości dostarczają długie i trudne zjazdy.

Można się wyszaleć.

Wycieczkę zaczynamy w centrum Rajczy. Asfaltową drogą jedziemy w kierunku miejscowości Ujsoły. Tam skręcamy na Złatną. Cały czas asfaltem, droga wznosi się lekko. Dobra rozgrzewka przed wjazdem we właściwy teren. W Złatnej odbijamy w lewo, zgodnie z niebieskim szlakiem. Kończy się asfalt, zaczyna typowa beskidzka droga. Teren wznosi się coraz bardziej, nie sprawiając jednak trudności. Rozpoczynamy kilkunastokilometrowy podjazd do schroniska na Rysiance. Cały czas trzymamy się niebieskiego szlaku. Podjazd jest długi, ale o różnym nachyleniu i bardzo urozmaicony. Początkowo poruszamy się bitą drogą, jadąc przez las. Podłoże twarde i stabilne. Przed nami kilka odcinków bardziej stromych. Trzeba się wspiąć. Nie należy się zniechęcać, później będzie już łatwiej. Droga staje się bardziej płaska, choć prowadzi ciągle pod górę. Teraz można odpocząć i złapać odpowiedni rytm. Pojawiają się luźne kamienie, ale w rozsądnych ilościach. Pierwsza polanka przypomina, że jesteśmy w malowniczym terenie. W oddali prężą sie kolejne grzbiety górskie. Przy ładnej, słonecznej pogodzie taka perspektywa wygląda imponująco. Trzymając się niebieskiego szlaku, kierujemy się dalej. Teraz jedziemy trawersem metrowej szerokości. To jeden z najprzyjemniejszych odcinków. Droga wije się po zboczu, przejeżdżamy przez strumienie i drewniane kładki. Teren po prawej stronie stromo opada, po lewej wznosi się ostro. Otaczają nas wysokie drzewa. Krajobraz jak z Kolumbii Brytyjskiej. Jest coraz bardziej płasko, jazda nabiera tempa. Porzucamy niebieski szlak prowadzący na Lipowską. Teraz jedziemy przez las wąską ścieżką, trochę na orientację. Przed nami roztaczają się kolejne widoki, aż wreszcie wyjeżdżamy pod schroniskiem na Rysiance. Teraz jeszcze tylko krótki podjazd i dotrzemy do szczytu. Schronisko jest bardzo przyjemne, dobrze utrzymane. Można nawet skorzystać z prysznica. My jednak nie damy się skusić i po małym posiłku jedziemy wreszcie w dół, czerwonym szlakiem. Zjazd i tak aż do samej Żabnicy-Skałki. Najpierw jedziemy wąską dróżką wśród kamieni, potem wyjeżdżamy na szeroki grzbiet – Halę Rysianki. Fantastyczny widok i ciągle w dół. Humory się poprawiają. Szlak czerwony skręca i wpada w las, my z nim. Zaczyna się odcinek Enduro. Duże kamienie, korzenie, stromo. Nie będzie łatwo, ale da się jechać. To fragment dla wirtuozów jazdy technicznej. Powoli, pewnie trzymając kierownicę i odpowiednio balansując ciałem, posuwamy się naprzód. Tylko w jednym miejscu należy zsiąść z roweru i pieszo pokonać dwuipółmetrowy uskok. Pamiątkowa fotka i znów mkniemy w dół. Nawierzchnia trochę się poprawia, kończą się kamienie, można jechać szybciej. Adrenalina powoduje, że zmęczenie mija. Docieramy do drogi biegnącej przez las. Tu żegnamy się z czerwonym szlakiem i mkniemy w lewo. Cały czas w dół, aż do miejsca, gdzie spotkamy czarny szlak. Końcówka jest spokojna i równa, można odpocząć po wyczerpującym zjeździe. Docierając do Żabnicy-Skałki, skręcamy z lewo i przecinamy asfalt. Jedziemy prosto i rozpoczynamy podjazd na Halę Boraczą. Szeroka, twarda droga wije się pod górę. Trzymamy się jej, bo jest wystarczająco ciężko. Tym razem lepiej podjechać asfaltem. Docieramy do hali. Ten odcinek porządnie da nam w kość. Po lewej widać schronisko, można trochę odsapnąć. Mamy za sobą 32 km, czyli większość trasy. Teraz czeka nas jeszcze trudny, techniczny podjazd pod Lipowską. Samego szczytu nie będziemy zdobywać, ale wdrapiemy się na blisko 1320 m n.p.m. Brzmi nieźle. Początek podjazdu jest dosyć stromy, potem robimy zwrot w lewo i zaczynamy poruszać się trawersem. Najpierw dość szerokim, później coraz węższym. Im wyżej, tym więcej kamieni i korzeni. Tym razem ścieżka faluje. To zdecydowanie poprawia nastrój. Odcinek nie jest stromy, ale techniczny. Pod koniec podjazdu jest naprawdę nierówno. Kamienie coraz większe i coraz więcej luźnego materiału. Aby nie tracić niepotrzebnie nerwów, warto podprowadzić rower. Przed szczytem nawierzchnia się poprawia. Wyjeżdżamy z lasu na małą polanę. Na tę chwilę czekaliśmy od czasu, kiedy zmęczenie dało znać o sobie. Ostatni odcinek wyprawy to zjazd do Rajczy. Skręcamy w prawo i zjeżdżamy żółtym szlakiem w kierunku Boraczego Wierchu. Coraz szybciej. Najpierw droga biegnie grzbietem przez polanę i las, później lekko się wznosi. W pełnym pędzie mijamy las i dalej grzbietem mkniemy w dół. Co za frajda, poziom adrenaliny wzrasta, prędkość też. Docieramy do zabudowań, siejąc postrach wśród mieszkańców. Pędzimy co sił, zostawiając za sobą tumany kurzu. Jeszcze kilka zakrętów i już jesteśmy na dole. Warto było wdrapać się wysoko, aby zakończyć dzień takim zjazdem. I znów to uczucie niedosytu. Może jeszcze, może jutro. Asfaltem dojedziemy do głównej drogi, która zaprowadzi nas do centrum Rajczy. Koniec trasy.

Mała pętla na Rycerzową

(Rajcza-Hutyrów-Młada Hora-Rycerzowa Mała-Wiertalówka-Kotarz-Muńcół -Ujsoły-Rajcza) Wycieczka trudna, choć łatwiejsza i krótsza od poprzedniej. Tym razem również czekają nas mozolne podjazdy i odcinki trudne technicznie, szczególnie zjazdy. Polecam ją osobom zaprawionym w rowerowych wojażach, które mogą wykazać się nienaganną techniką jazdy, jak również dobrym przygotowaniem kondycyjnym. Tutaj mogą się sprawdzić. Startujemy z centrum, dalej powoli i ospale suniemy asfaltową drogą w kierunku Zwardonia. Wypatrujemy czerwonego szlaku. Powinien pojawić się z lewej strony i wciągnąć nas głębiej w knieje. Jest! Skręcamy. Parę metrów asfaltu, dalej właściwa, twarda, beskidzka droga. Ponownie pojawiają się znaki mówiące o tym, że poruszamy się drogą rowerową. W porządku, jesteśmy więc na właściwym miejscu. Zaczyna się podjazd. Po wczorajszej wycieczce nikt nie ma złudzeń. Trzeba mocno kręcić. Dzisiejsza trasa będzie o wiele krótsza i łatwiejsza od poprzedniej, ale miejscami na pewno da w kość. Teren będzie na przemian wspinał się i opadał. Początek jednak wydaje się dziwnie znajomy, pod górę. Najważniejsze, aby wjechać na pierwszy wierzchołek, Hutyrów (744 m n.p.m.). Cały czas podjeżdżamy leśną drogą osłonięci cieniem drzew. Nawierzchnia przyzwoita, trochę luźnych kamieni. Teren powoli staje się płaski, ale za chwilę zaskakuje kolejnym odcinkiem, który pokonamy wyłącznie na najbardziej miękkim przełożeniu. Kończymy podjazd. Teraz lekko w dół i odsłoniętym grzbietem suniemy w kierunku Mładej Hory. Po lewej stronie rozciąga się wspaniała panorama Beskidu Żywieckiego. Przy ładnej i słonecznej pogodzie widok jest naprawdę imponujący. Po drodze zaliczymy jeszcze jedną wspinaczkę na jakieś 800 m n.p.m. Wreszcie łagodnie opadającą drogą docieramy do schroniska Chyż u Bacy. Mała, ale przyjemna chatka. Można uzupełnić bidony. Na liczniku zaledwie 9 km, więc nie ma co przesadzać z odpoczynkiem. Kręcimy dalej. Z wioski wyjeżdżamy czerwonym szlakiem i wpadamy w las. Rozwidlenie. Droga, którą prowadzi dalej czerwony szlak, nie wygląda zachęcająco. Nie szkodzi, zostawiamy szlak i jedziemy prosto (wybierając trasę intuicyjnie). Droga lekko się wznosi, więc jedzie się przyjemnie. Według mapy powinniśmy zawinąć szerszym łukiem i po paru kilometrach powrócić na czerwony szlak. Jedziemy leśnym duktem rozjeżdżonym przez ciężki sprzęt leśników. To sprawia, że odcinek robi się trudniejszy technicznie. Zaczyna się zabawa z utrzymaniem równowagi, pokonaniem luźnych kamieni i błota. Z lasu wyjeżdżamy na polanę. Tu podłączamy się pod znajomy nam czerwony szlak. Plan powiódł się. Jedziemy w kierunku Rycerzowej Małej. W pewnym momencie możemy odbić w lewo i wąską ścieżką, a później szeroką polaną, dotrzeć do hali pod wspomnianym szczytem. To wariant dla tych, którzy mają pełne bidony i nie mogą doczekać się zjazdów. Jeśli nie ma pośpiechu, warto odwiedzić Bacówkę na Rycerzowej. To tylko parę metrów w górę. Tak czy inaczej, jadąc w dół, przesiadamy się na szlak zielony. Będzie nam on towarzyszył już do końca wycieczki. Nareszcie dłuższy zjazd. Suniemy odkrytym grzbietem. Wokół fantastyczne widoki w złotych kolorach jesieni. Wpadamy w las, przed nami mały podjazd na Wiertalówkę i znów w dół do przełęczy Kotarz. Teraz trasa faluje. Różnice wysokości nie są duże i pozwalają na dosyć równą jazdę. Poruszamy się grzbietami, trochę w dół i w górę. Podłoże jest równe i zachęca do szybkiej jazdy. Pojawiają się dwa techniczne i strome fragmenty, dodając odrobinę pikanterii, podnosząc poziom adrenaliny. Finałowy zjazd ciągle przed nami. Mijamy szczyt Kotarz i wdrapujemy się na Muńcuł. Teraz warto przystanąć, zregenerować siły i trochę opuścić siodełka. Przed nami 5-kilometrowy zjazd do samego asfaltu. Jeśli lubicie ostre trasy, tę warto zaliczyć (jeśli nie lubicie, odcinek można przejechać spokojnie, bez skoków i lotów). Najpierw spokojny dojazd, coraz szybciej i w las. Jedziemy 56 km/h, podróż urozmaicają korzenie, duże kamienie i powalone drzewa. Nieźle trzęsie. Cały czas przez las. To nie przelewki, trzeba bardzo uważać. W połowie dystansu wypadamy na polankę. Lekko wznoszący się teren wyhamowuje prędkość. Stojąc na pedałach, można rozprostować kości. Ale nie na długo. Ponownie wjeżdżamy w las i suniemy w dół. Pod koniec ręce w łokciach same się uginają. No cóż, trzeba na siłowni potrenować mięsnie rąk, a w sklepie kupić fulla. Docieramy do asfaltowej drogi. Jesteśmy w Ujsołach. Na skrzyżowaniu skręcamy w lewo, kierując się w stronę Rajczy. Po kilkunastu minutach docieramy do centrum. Koniec trasy. Koniec weekendu.

Superrower – Przełajówka

Dawno, dawno, temu (w pewnej odległej galaktyce…), kiedy o rowerach górskich nikt jeszcze nie słyszał, wybierając się w teren, dosiadano tzw. „przełajówki”. Oczywiście także ten, jak wiele innych wynalazków, powstał pod wpływem potrzeby. W chłodniejsze dni pokonywanie kilometrów na klasycznym rowerze szosowym bywało mało przyjemne. Przełajówka, dzięki wyposażeniu jej w grubsze opony i mocniejsze hamulce, bez problemu radziła sobie z gorszym podłożem, pozwalała z mokrych i śliskich asfaltów wjechać na przyjemne leśne drogi i ścieżki. Nadal najpopularniejsza pozostaje tam, gdzie zimą jeździć się da, bo śniegu jest niewiele, ale jednocześnie jest na tyle chłodno, że z niechęcią myśli się o godzinach spędzonych na monotonnym pedałowaniu. W Belgii czy Holandii przełaje to niemal sport narodowy.

Może coś w szufladzie?

W przeciwieństwie do „górala”, stworzonego raczej z pasji do zabawy, rower przełajowy z założenia powstał jako narzędzie treningowe. Geometria ramy i pozycja zbliżona do klasycznego roweru szosowego powodują, że po „przesiadce” nie trzeba się przyzwyczajać i zmieniać stylu jazdy. Nawet kierownica i sposób zmiany biegów pozostają takie same. Wjazd do lasu chroni przed przenikliwym, zimnym wiatrem, pozwala jednocześnie nauczyć się techniki jazdy. Nagłe zmiany kierunków, pokonywanie przeszkód, krótkie, strome podjazdy, to wszystko sprawia, że rozwijane jest całe ciało. Wreszcie też z dala od ruchu ulicznego uczyć się jest po prostu bezpieczniej. Ćwiczenia ogólnorozwojowe są o tyle pełniejsze, że z rowerem przełajowym na plecach (rozwijanie siły) często się biega. Do legendy sportu przeszły między innymi mistrzostwa świata w przełajach rozgrywane tuż obok plaży. W ramach rundy dało się jeździć wyłącznie po małym fragmencie, w okolicach startu i mety…

Wydaje się, że powodów, dla których warto zainteresować się przełajówką, nie musimy dłużej wymieniać. Dodatkowy argument to również fakt, że da się ją stosunkowo tanim kosztem złożyć. W dobie pojawiania się coraz nowszych kolekcji osprzętu, po kilku latach prawie każdy zapalony kolarz ma gdzieś w szufladzie czy na półce niepotrzebne części, które będą pasować do przełajówki. Piasty, obręcze, kierownica, prawie cały napęd. Nawet jeśli nie odpowiadają aktualnemu poziomowi techniki, w rowerze zimowym, z natury ulegającym szybszemu zużyciu, funkcjonować będą bardzo dobrze. Może okazać się, że kupić trzeba ramę i widelec, a pozostałe komponenty wystarczy odświeżyć.

Rama

Mimo wszystkich podobieństw między rowerem przełajowym i szosowym, również wizualnych, są i różnice, dotyczące głównie ramy. Rower przełajowy powinien pewnie poruszać się w terenie, musi mieć więc trochę większy rozstaw kół. Im ta liczba wyższa, tym rower stabilniej jedzie na wprost. W typowej szosówce wymiar wynosi poniżej 100 cm, w przełajówce od 100 do 104 cm. Jednocześnie zwiększenie wymiarów powoduje, że powstaje miejsce na grubsze opony. Zwykle ramy przełajowe mają też trochę wyżej usytuowany środek suportu, by podnieść możliwości pokonywania przeszkód. W porównaniu z rowerami szosowymi przełajówki mają również krótszą rurę górną ramy przy tym samym rozmiarze, co powoduje, że pozycja na nich zajmowana jest mniej pochylona. Oczywiście, różnicę między obydwoma typami najłatwiej zauważyć po obecności kołków hamulcowych na samej ramie i widelcu, do montażu hamulców typu cantilever.

Nie tylko hamulce

Kilka lat temu w rowerach górskich cantilevery dominowały wśród wszystkich rodzajów hamulców. Po pojawieniu się modeli typu V oraz hamulców tarczowych ich domeną pozostał właściwie tylko przełaj. A wiedzieć trzeba, że cantilevery powstały na potrzeby rowerów przełajowych. Jeszcze w latach 50. do produkcji wdrożyła je firma Mafac. Powód pozostawania przy tym akurat typie hamulców jest prozaiczny. Z typowymi dźwigniami szosowymi inne nie działają (niewłaściwy stosunek dźwigni). Na szczęście cantilevery ciągle są jeszcze w produkcji, choć w niewielkim wyborze. Wytwarzają je takie firmy, jak Avid i Ritchey. Jeśli ktoś się upiera przy używaniu „VŐek”, będzie zmuszony do zastosowania specjalnych rolek, zmieniających stosunek dźwigni, a jest to rozwiązanie drogie. W związku z tym, że na rowerze przełajowym jeździ się w terenie, potrzebne są inne przełożenia jak na szosie. Krótkie, strome podjazdy najłatwiej jest pokonać, używając stosunkowo „miękkich” biegów. W wyczynowych przełajówkach stosuje się z przodu zębatki o 36 i 46 zębach, ale na typowej korbie szosowej nie da się ich zamontować. Dla przeciętnego użytkownika rozsądniej będzie po prostu dokupić tarcze o 38 i 48 zębach, a następnie wymienić zestaw szosowy (typowy to 39 i 53 z.). Pasująca zębatka tylna powinna mieć od 12 do 26, a nawet 28 zębów. Wypada przykręcić jeszcze tylko pedały zatrzaskowe z roweru górskiego (szosowe nie nadają się zupełnie, podobnie jak buty, bo jak biegać z podeszwami bez bieżnika). Wiemy już, mniej więcej, jak składaną przełajówkę napędzać, zadbać trzeba jeszcze o kontakt z podłożem. Szosowe, wąskie opony są bez szans. Dziś prawie każdy z liczących się producentów ogumienia ma odpowiednie opony przełajowe w ofercie – o szerokości od 30 do 38 mm i z dość gęstym bieżnikiem, który zapewni wysoką przyczepność. W przypadku opon przełajowych nikt nie zawraca sobie głowy tym, że będą zapychały się w błocie. Gdy robi się grząsko, zaczyna się po prostu biec! Ostatni szlif. Aby manewrować sprawnie wśród przeszkód, a jadąc pod górę mieć się o co zaprzeć, zawodnicy przełajowi wybierają naprawdę szerokie kierownice. Często są to monstrualne, jak na szosowe warunki, modele o szerokości aż 46 cm.

Przykład

Z racji swej wąskiej specjalizacji, jak też konkurencji ze strony rowerów górskich, przełaje nigdy nie zdobędą wielkiej popularności. Jak przystało na sport elitarny, odpowiednio niewielki jest wybór sprzętu, przede wszystkim ram, wszystkie pozostałe komponenty można przejąć z innych modeli. Prezentowana przez nas rama Ridleya jest jedną z niewielu, którą bez problemu można kupić w Polsce. Ridley Crosswind to jedna z trzech dostępnych ram w ofercie firmy, w kolekcji znajdują się też Crossbow i Supercross. Choć nazwa brzmi z angielska, Ridley jest firmą belgijską. Zapoczątkował swą działalność w roku 1990 i początkowo zajmował się jedynie malowaniem ram rowerowych, od 1997 produkuje też same rowery. We własnej fabryce (Włochy), we współpracy z konstruktorami Columbusa i Eastona, produkuje wiele rodzajów ram z kompozytów, tytanu, aluminium i stali. Belgia to dziś w przełajach numer 1 na świecie, a na rowerze Ridleya w 2002 r. Mario de Clercq zdobył mistrzostwo świata. Choć historia firmy (a tym samym jej doświadczenie w produkcji rowerów) jest stosunkowo krótka, Crossbow ma wszystkie cechy typowego roweru przełajowego. Rama (aluminium Easton Elite, 1778 g) jest zwarta i sztywna, a rower odpowiednio zwrotny – dobry do ścigania. O dopracowaniu świadczą detale. Linki i pancerze poprowadzono na górnej rurze ramy, sama rura ma owalny przekrój, wszystko razem ułatwia przenoszenie roweru. Inne rury również mają zmienne kształty i przekroje (wszystko w celu podniesienia sztywności przy zachowaniu niskiej wagi). Karbonowy widelec Zornyc (780 g) jest sztywny i pomaga utrzymać rower na właściwym kursie. Zgodnie z oczekiwaniami lakierowanie roweru jest na najwyższym poziomie, naprawdę trudno go obić. Ridley znany jest zresztą z jakości malowania, nawet napisów. Każdy z modeli dostępny jest w kilku wariantach kolorystycznych, firma prowadzi też specjalny program pozwalający realizować indywidualne zamówienia. Prezentowany przez nas rower jest tylko przykładem tego, co można złożyć, ponieważ w sprzedaży dostępne są przede wszystkim ramy z widelcem, a nie całe rowery. Jednocześnie zestaw Shimano Ultegra pozwala śmiało wybrać się w teren, wystarczy zmienić zębatki w korbie na mniejsze. Podstawą pozostałego osprzętu są komponenty Ritcheya – mostek, wspornik siodła oraz kierownica, również opony to model Speed Max Cross Ritcheya. W naszej wersji użyto kompletu kół Mavica o klasycznych, wytrzymałych obręczach – Cosmosów. Rama wraz z widelcem kosztują 2910 zł, cały rower z prezentowanym osprzętem 8050 zł. Więcej informacji: Bakar, tel. 074 814 20 55 www.ridley-bikes.com

Gwarancja niejedno ma imię

Codziennie tysiące, ba, miliony ludzi robi zakupy. Począwszy od rzeczy podstawowych (np. bułki na śniadanie) po bardziej skomplikowane. Jednak na samej przyjemności robienie zakupów nie zawsze się kończy. Niemal codziennie pewien procent kupujących po powrocie do domu odkrywa trwałe wady bądź usterki dopiero co nabytej rzeczy.

Co począć w takiej sytuacji? Czasem myślimy: nie warto spierać się ze sprzedawcą; nie szkodzi, że bułka była nieświeża (co akurat łatwo sprawdzić przy zakupie) lub spodnie prują się na szwach. W tej chwili jednak, gdy chodzi o rzecz cenniejszą, np. samochód, rower, chętniej walczymy o swoje. Jakie więc mamy prawa? Czego żądać od sprzedawców? Z kodeksu cywilnego wynika, że kupujący dowolny przedmiot może otrzymać od sprzedawcy dokument gwarancyjny jakości rzeczy sprzedanej. Warto zwrócić uwagę na słowo „może”. Kodeks cywilny ustala, że gwarancja „może” zostać przekazana kupującemu dany przedmiot, ale dostarczenie jej nie jest obowiązkiem sprzedawcy. Na szczęście istnieje jeszcze jedno (prócz gwarancji) zabezpieczenie praw kupującego. Nowe przepisy (zamiast wcześniej stosowanej rękojmi) wprowadzają pojęcie „niezgodności towaru konsumpcyjnego z umową”. Kupując produkt (nawet jogurt na bazarze) lub zamawiając usługę, zawieramy ze sprzedawcą/usługodawcą umowę. Tak było zawsze, ale dopiero teraz przepisy o sprzedaży konsumenckiej odwołują się do umowy w tak bezpośredni sposób. Przyjmijmy, że otrzymaliśmy dokument gwarancyjny (tym bardziej, że z gwarancji poszczególne firmy stworzyły nośną reklamę, prześcigając się wzajemnie w wydłużaniu terminów). Gwarantem może być zarówno producent, hurtownik, importer, dealer, jak i sprzedawca. Gwarancja jakości chroni konsumenta tylko wtedy, gdy gwarant tej ochrony udzielił. Szczegółowo sposób załatwiania reklamacji oraz przysługujące uprawnienia określa karta gwarancyjna. Jeśli karta nie zawiera innego terminu, gwarancja trwa rok. Jeżeli wada była istotna i została usunięta przez gwaranta albo gwarant wymienił produkt, termin gwarancji liczy się od nowa! Nieco inaczej wygląda sytuacja, gdy mamy do czynienia z niezgodnością towaru konsumpcyjnego z umową. Przyjmijmy, że sprzedawca odpowiada wobec kupującego, jeżeli towar konsumpcyjny jest niezgodny z umową i jednocześnie niezgodność ta istniała w chwili wydania towaru. W przypadku stwierdzenia niezgodności towaru z umową przed upływem sześciu miesięcy od wydania towaru, domniemywa się, że istniała ona w chwili wydania. Kiedy jednak możemy mówić o niezgodności towaru z umową? Towar należy uznać za niezgodny z umową, gdy nie posiada właściwości w niej określonych, nawet jeżeli brak zgodności nie ma znaczenia dla wartości czy użyteczności towaru. Natomiast nie stanowi niezgodności z umową wada, która została w umowie przewidziana lub która jest zwykłą właściwością danego towaru. Należy pamiętać także, że niezgodność z umową jest innym pojęciem niż wada towaru – w zakres tego pojęcia wchodzą także braki ilościowe.

Jak ustalić czy towar jest zgodny z umową?

Ustawa wprowadza domniemania, które mają ułatwić to ustalenie (czy towar jest zgodny z umową). Jeżeli jednak umowa jest na tyle konkretna, że łatwo stwierdzić, że towar jest z nią niezgodny, nie ma potrzeby stosowania domniemań, np. zamawiamy ciepłą zupę a dostajemy zimną rybę – towar jest niewątpliwie niezgodny z umową.

Nieco jaśniej o domniemaniach

Domniemywa się, że towar jest zgodny z umową, jeżeli nadaje się on do celu, do jakiego tego rodzaju towar jest zwykle używany, a jednocześnie właściwości towaru odpowiadają właściwościom cechującym towar tego rodzaju. Zgodny z umową jest także towar, który odpowiada oczekiwaniom dotyczącym towaru danego rodzaju, opartym na składanych publicznie zapewnieniach sprzedawcy, producenta lub jego przedstawiciela. W szczególności uwzględnia się zapewnienia podane w oznakowaniu towaru lub reklamie.

Jaki towar jest niezgodny z umową?

KAŻDY, jeżeli wystąpiły nieprawidłowości w jego zamontowaniu i uruchomieniu. Nie ma znaczenia, czy montaż był wykonany przez profesjonalistę (sprzedawcę lub osobę, za którą ponosi on odpowiedzialność w ramach umowy sprzedaży), czy przez nas samych, jeżeli zrobiliśmy to zgodnie z otrzymaną instrukcją. SPRZEDAWCA NIE odpowiada za niezgodność towaru konsumpcyjnego z umową, gdy:

  • kupujący wiedział o tej niezgodności;
  • oceniając rozsądnie, kupujący powinien był wiedzieć o niezgodności;
  • powstała ona z przyczyny tkwiącej w materiale dostarczonym przez kupującego.

Nasze prawa

Jeżeli towar jest niezgodny z umową, możemy żądać doprowadzenia go do stanu zgodnego z umową poprzez naprawę albo wymianę na nowy. Chyba że naprawa albo wymiana są niemożliwe lub wymagają nadmiernych kosztów. Przy ocenie kosztów uwzględnia się:

  • wartość towaru, rodzaj i stopień niezgodności, a także niedogodności, na jakie naraziłby kupującego inny sposób zaspokojenia jego oczekiwań.

Naprawa lub wymiana jest nieodpłatna, a ponadto sprzedawca ma obowiązek zwrotu kosztów poniesionych przez kupującego, takich, jak koszty demontażu, dostarczenia, robocizny oraz ponownego zamontowania i uruchomienia. To my (nie sprzedawca) wybieramy konkretne roszczenie, tj. żądanie naprawy lub wymiany. Należy to zrobić na piśmie. W razie, gdy chcemy wymienić towar, a wymiana będzie niemożliwa lub będzie wymagała nadmiernych kosztów, mamy prawo żądać naprawy. Taka sama sytuacja ma miejsce, gdy żądamy naprawy, a jest ona niemożliwa lub wymaga nadmiernych kosztów. Mamy wówczas prawo do żądania wymiany.

Kiedy żądać zwrotu pieniędzy?

Dopiero gdy naprawa lub wymiana jest niemożliwa albo wymaga nadmiernych kosztów oraz gdy sprzedawca nie zdoła wymienić lub naprawić produktu w odpowiednim czasie (przy określaniu odpowiedniego czasu naprawy lub wymiany uwzględnia się rodzaj towaru i cel jego nabycia), możemy zażądać zwrotu pieniędzy.

Terminy

Jeżeli sprzedawca w chwili zawarcia umowy wiedział o tym, że towar jest z nią niezgodny i nie zwrócił na to naszej (kupującego) uwagi, odpowiada przed konsumentem przez 10 lat (tyle trwa termin przedawnienia przewidziany przez polskie przepisy). W pozostałych przypadkach: Sprzedawca odpowiada za niezgodność towaru konsumpcyjnego z umową, jeżeli kupujący stwierdzi tę niezgodność przed upływem dwóch lat od wydania towaru. W przypadku wymiany towaru na nowy termin dwuletni biegnie na nowo. Jeżeli przedmiotem sprzedaży jest rzecz używana, sprzedający i kupujący mogą wspólnie zgodzić się na skrócenie tego terminu, jednak nie poniżej jednego roku. O niezgodności towaru z umową musimy powiadomić sprzedawcę w ciągu dwóch miesięcy od chwili jej stwierdzenia. W celu zawiadomienia wystarczy wsłać zawiadomienie do sprzedawcy. Trzeba to zrobić w sposób, który pozwalałby w razie wątpliwości udowodnić, że takie zawiadomienie miało miejsce (np. wysłać list polecony z potwierdzeniem odbioru). Od momentu stwierdzenia przez kupującego niezgodności towaru z umową biegnie roczny termin przedawnienia jego roszczeń. Po tym terminie nie można już ich dochodzić. Ale:

  • sprzedawca zawsze odpowiada przed konsumentem za niezgodność towaru z umową przez pełne dwa lata (od chwili wydania towaru), roczny termin przedawnienia nie ogranicza w tym wypadku uprawnień konsumenta;
  • termin przedawnienia nie biegnie (jest zawieszony) w czasie wykonywania naprawy lub wymiany;
  • nie biegnie także (jest zawieszony) w czasie prowadzenia rokowań między kupującym a sprzedawcą, nie mogą one jednak trwać dłużej niż trzy miesiące.

Tylko przez rok od chwili wykrycia niezgodnosci towaru z umową można żądać odstąpienia od umowy i zwrotu zapłaconych pieniędzy. Sprzedawca musi się ustosunkować do żądań konsumenta w terminie 14 dni. Jeżeli tego nie uczyni, oznacza, że uznał je za uzasadnione. Warto pamiętać o swoich prawach, ponieważ świat handlu nastawiony jest głównie na sprzedaż, pozbycie się towaru, a z przyjęciem reklamacji jest znacznie gorzej. Zdarza się, że reklamowanego towaru nie bada fachowiec, tylko np. szef danego stoiska, który rzecz jasna, dba głównie o własne interesy. Dlatego nie zapominajmy o swoich prawach, bo klient nasz pan (powinni o tym pamiętać zwłaszcza sprzedawcy).

Kiedy reklamować?

Nie każde uszkodzenie powstałe po zakupie towaru można reklamować. Reklamacja jest uzasadniona, jeśli dotyczy wady w rozumieniu przepisów, głównie kodeksu cywilnego, a takimi są:

  • wady zmniejszające wartość towaru, np. przez niższą od ustalonej w umowie jakość;
  • wady zmniejszające użyteczność (np. lodówka odbiega od norm technicznych ustalonych dla tego rodzaju sprzętu);
  • brak właściwości, o których istnieniu zapewniał sprzedawca;
  • stan niezupełny, niekompletny (np. brak instrukcji w języku polskim dotyczącej sposobu korzystania z towaru).

Sprawdź swoją gwarancję

Gwarancja powinna zawierać co najmniej:

  • zapewnienie gwaranta co do sprawnego i prawidłowego funkcjonowania sprzedanej rzeczy;
  • zobowiązanie się gwaranta do spełnienia określonych przez niego świadczeń, tj. usunięcia wad fizycznych rzeczy lub dostarczenia rzeczy wolnej od wad, jeśli wady te ujawniły się w terminie określonym w gwarancji. Gwarancja obowiązuje przeważnie na okres jednego roku.

Wymagaj, aby w kartach gwarancyjnych:

  • sprzedawca umieścił swoją pieczęć i podpis oraz koniecznie datę sprzedaży;
  • zapisy były czytelne i dokładne;
  • w przypadku reklamacji wpisano daty dostarczenia towaru do naprawy, daty dokonania wymiany itp.;
  • wyraźnie określono rodzaj dokonanych napraw.

60. Tour de Pologne

Niewątpliwie sześćdziesiąty Tour de Pologne przejdzie do historii. Stanie się tak przynajmniej z kilku powodów. Po pierwsze, po trzech latach bessy udało się w narodowym wyścigu triumfować Polakowi. W Karpaczu kluczyki do Fiata Punto odebrał kolarz Acion nVidia Mróz Cezary Zamana. Po drugie, na trasie przejazdu kolumny wyścigu pojawiła się rekordowa liczba kibiców. Bariery i taśmy często nie wytrzymywały pod naporem rzeszy fanów dwóch kółek. Oczywiście, kibicowali wszyscy, od najmłodszych do najstarszych, i wszyscy, bez względu na wiek, zawsze z jednakowym entuzjazmem. Po trzecie, wyścig w tym roku świętował trzy jubileusze. Po raz pierwszy odbył się 75 lat temu, kolarze ścigali się po raz sześćdziesiąty, a po raz dziesiąty organizował go Czesław Lang.

Przeszkodził wiatr

Wróćmy jednak do wyścigu, a właściwie jego początków, czyli do prezentacji na molo w Sopocie, w trakcie której, przy nowej piosence, specjalnie skomponowanej przez Skaldów, zaprezentowało się 20 ekip. Na scenie przedstawiono 160 kolarzy, którzy dzień później wyruszyli spod fontanny Neptuna w Gdańsku na trasę pierwszego etapu – z Gdańska do Gdyni. Na skwerze Kościuszki triumfował mało znany Włoch Simone Cadamuro z grupy De Nardi, został pierwszym liderem wyścigu. Etap ten miał jednak innych bohaterów – Irlandczyka Marka Scanlona (AG2R) i Kazimierza Stafieja (Action nVidia Mróz), którzy uciekali razem przez blisko 130 km. Na ostatnich dwóch kilometrach zostali doścignięci przez rozpędzony peleton. Ucieczka się nie powiodła głównie z powodu wiatru wiejącego od morza. „To wiatr pokrzyżował nam szyki, stopniowo wyciągnął z nas siły. Gdybyśmy jechali przez teren osłonięty, ucieczka pewnie by się powiodła. W każdym większym wyścigu próbuję atakować na pierwszym etapie. To już staje się regułą. Może następnym razem się uda.” Na otarcie łez uciekinierzy założyli trykoty – „najlepszego górala” Scanlon; różowy, najaktywniejszego kolarza Stafiej. Na tym etapie kolarze jeszcze spali, kraksa goniła kraksę, co spowodowało, że kilku pechowców trafiło do szpitala, grzebiąc szansę wygranej już na samym początku. Pech nie wybierał i wśród poszkodowanych znalazł się zwycięzca z 2001 r. – Czech Ondrej Sosenka (CCC-Polsat), który doznał wstrząśnienia mózgu. Obok niego do szpitala trafili Mariusz Kamiński (Mikomax) i Hiszpan Xavier Florencio (ONCE).

Na łokcie

Do drugiego, bardzo malowniczego etapu kolarze wyruszyli z Tczewa. Zanim peleton dojechał do Olsztyna, przez prawie 100 km uciekali Marcin Sapa (Mikomax Browar Staropolski) i Daniel Okruciński z reprezentacji młodzieżowej. Ich akcja była odważna, ale na 18 km przed kreską zostali doścignięci. Tysiące przybyłych na rundy w Olsztynie kibiców mogły się emocjonować wspaniałym finiszem całej grupy. Zwyciężył jeden z najbardziej utytułowanych kolarzy startujących w tym roku w Polsce – Fabio Baldato, należący do elitarnego grona zawodników mających na koncie sukcesy etapowe w trzech największych wyścigach świata – Tour de France, Giro d’Italia i Vuelta a Espana. Finisz był jednak bardzo trudny, gdyż na rundach usytuowano nawroty, przez kolarzy nazywane agrafkami. „Bałem się tych zakrętów. Niemal dotykaliśmy się łokciami i całe szczęście, że nie doszło do kraksy. Natomiast finisz bardzo mi się podobał, 150 metrów lekko pod górę. W sam raz dla mnie. Właśnie na takich etapach zwyciężałem w Tour de France, Giro i Vuelcie” – komentował 35-letni Baldato. Swoją karierę rozpoczynał w 1990 r. i ścigał się jeszcze z obecnym dyrektorem Tour de Pologne Czesławem Langiem. Żółtą koszulkę lidera zdobył drugi na mecie Estończyk Janek Tombak (Cofidis), a trzecie miejsce zajął najlepszy z Polaków – Marcin Lewandowski (Action nVidia Mróz).

W cieniu tragedii

Trzecia odsłona tegorocznego touru z Ostródy do Bydgoszczy była bardzo dramatyczna. Na trasie załamała się pogoda, zaczął padać deszcz, do tragedii doszło w pobliżu miejscowości Ryńsk koło Wąbrzeźna. Motocykl telewizji polskiej uderzył w busa Iveco należącego do grupy kolarskiej Legia Bazyliszek LUX MED. W wyniku wypadku śmierć poniósł motocyklista Maciej M. Operator kamery został przewieziony do szpital w stanie ciężkim. W minorowych nastrojach przyszło nam oglądać rywalizację kolarzy na finiszu. Jednak było na co patrzeć, bowiem do mety dojechała ucieczka, która zawiązała się tuż przy wjeździe na rundy. W czteroosobowej grupce znalazł się Simone Cadamuro, co pozwoliło mu odzyskać żółty trykot. Zwycięstwo stało się udziałem kolejnego Włocha, Daniele Bennati z grupy Domina Vacanze, którego idolem okazał się kolega z zespołu – Mario Cippolini. Być może młodziutki Bennati pójdzie w ślady swojego kolegi z drużyny i już w najbliższym czasie będzie odnosić sukcesy w najważniejszych wyścigach świata. Najbardziej zadowolony na mecie był jednak kolarz Legii Bazyliszek – Grzegorz Żołędziowski, dla którego drugie miejsce na etapie jest dotychczas największym osiągnięciem. „Jeszcze w zeszłym roku byłem orlikiem i zdobyłem tytuł mistrza Polski do lat 23. Ścigam się w elicie od tego sezonu. Dotychczas moim największym osiągnięciem było szóste miejsce w klasyfikacji końcowej Bałtyk-Karkonosze Tour. Dlatego jestem bardzo zadowolony, choć pozostał niedosyt, bo do wygranej zabrakło naprawdę niewiele, przede wszystkim sił.” – podsumował swoje osiągnięcie na mecie Żołędziowski.

Za ministrem

Na starcie w Inowrocławiu minutą ciszy uczczono pamięć zmarłego motocyklisty. Pozostali stanęli w szeregu przed peletonem i klaksonami oddali hołd koledze. W kolumnie dało się zauważyć czarne tasiemki przypięte na znak żałoby. Zaraz po starcie do etapu z peletonu odskoczyło ośmiu kolarzy i już kilka kilometrów za Inowrocławiem zaatakowali. Kiedy w pobliżu lotnej premii w Ślesinie (52 km) zasadnicza grupa dogoniła śmiałków, wydawało się, że jest po wszystkim. Do ataku ponownie zerwali się Stafiej, Sapa i Sebastian Hinault z Credit Agricole. Peleton już tak zaciekle nie gonił trójki, pozwalając jej w Turku (114 km) osiągnąć przewagę ponad 9 minut. Uciekinierzy wykorzystali przewagę i gdy przejechali pierwszą rundę, trafili na peleton. Sędziowie nakazali neutralizację: zatrzymali peleton, by nie dostali się do niego uciekający kolarze. Na mecie mieliśmy niecodzienną sytuację, choć jak to bywa w wyścigach kończonych na rundach, niejednokrotnie się powtarzającą. W Kaliszu najlepszy był Francuz – Sebastien Hinault, który wykorzystał na finiszu niezdecydowanie Polaków i tym samy został nowym liderem wyścigu. Zaraz po dekoracji finisz skomentował Ryszard Szurkowski – „Tak naprawdę Polacy w ogóle nie powinni Francuza ÔdowieźćŐ do mety. Powinni byli domówić się między sobą, bo przecież było ich dwóch. Mogli atakować Ôz lewa, z prawaŐ, jak to się mówi po kolarsku. Jestem pewny, że wtedy Hinault by „odpuścił”. Nie tylko kolarze cieszyli się z finiszu w Kaliszu. Większą część trasy czwartego etapu na rowerze, przed kolarzami, przejechał szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, minister Marek Siwiec.

Pechowy Cezar

Do najdłuższego (229 km) i chyba jednego z najtrudniejszych etapów, zakończonego górskimi pętlami wokół Szklarskiej Poręby, kolarze ruszali z Oleśnicy. Większość obserwatorów zgodnie twierdziła, że piąty etap przyniesie pierwsze rozstrzygnięcia. Na mecie zameldowała się większa grupka kolarzy, jednak widać już było, kto z nich będzie się liczył w tegorocznym wyścigu. Jeszcze na płaskim terenie, na 70 km, ucieczkę rozpoczęli: Bartosz Huzarski (Action nVidia), Artur Krasiński (Mikomax), Marcin Gębka (Ambra) i Ukrainiec Maksym Rydzenko (Marlux). Przewodzili stawce aż do Szklarskiej Poręby, ale ich przewaga wahała się w okolicach dwóch minut. Peleton doścignął ich 35 km przed metą, narzucając szaleńcze tempo na ostatnich podjazdach. Wynikiem tego była naturalna selekcja kolarzy. Na około 20 km przed kreską zaatakował Zamana, chwilę później ruszyli do ofensywy Włoch Andrea Noe (Alessio), Belg Dave Bruylandts (Marlux), Kolumbijczyk Felipe Laverde (Formaggi Pinzolo) i Hiszpan Koldo Gil (ONCE). Zamana bardzo łatwo odjechał na podjeździe pod premię górską. Jego atak przypominał stylem akcje LanceŐa Armstronga z TdF. Gdy wydawało się, że tego dnia nie będzie miał sobie równych, na drodze do zwycięstwa stanął pech. Na zjeździe, przy prędkości około 80 km/h, przebił dętkę. Czekając na samochód serwisowy, przepuścił najpierw kontratakującą czwórkę, a następnie cały rozciągnięty peleton. Zdołał jeszcze „dobić” do głównej grupy na ostatnim podjeździe. Na mecie pierwszy finiszował Włoch Ruggero Marzoli z grupy Alessio, na trzecim miejscu uplasował się bohater tego etapu i najlepszy z Polaków – Cezary Zamana (Action nVidia Mróz). Koszulkę lidera obronił Francuz Sebastien Hinault (Credit Agricole). Cezary Zamana nie krył na mecie rozczarowania, starał się jednak zapomnieć o pechu i już myślał o sobotnim, iście królewskim etapie z Piechowic do Karpacza (166,5 km). „Kolarstwo jest sportem, w którym trzeba czekać na swoją szansę. Ja taką szansę miałem dzisiaj. Czułem się bardzo dobrze i zdecydowałem na solową akcję. Złapałem gumę, no i było po wszystkim – pech. Gdy dogoniłem peleton, wiedziałem, że nie ma powodów, by jeszcze raz atakować. Spróbuję jutro na pętli wokół Karpacza. Trasę znam przecież bardzo dobrze, bo w zeszłym roku wygrałem ten etap.”

Co ma wisieć nie utonie

Właśnie on, pechowiec z piątego etapu, Cezary Zamana z ekipy Action nVidia Mróz, wygrał w Karpaczu po samotnym finiszu szósty, królewski etap. Tym samym został nowym liderem wyścigu. Jak obiecywał na mecie w Szklarskiej Porębie, tak zaatakował. Polscy kibice doczekali się tym samym pierwszego w 60. TdP triumfu etapowego Polaka! Zamana musiał stawić czoła nie tylko rywalom, ale i pogodzie, która zdziesiątkowała peleton na etapie. Deszcz i przeraźliwe zimno spowodowały, że z wyścigu na tym etapie wycofała się prawie połowa zawodników. Ze 118 kolarzy, którzy stanęli na starcie, do mety w Karpaczu dojechało tylko 69! Na pięciu 20-kilometrowych rundach wokół Karpacza sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie. Czołówka topniała, aż pod koniec trzeciego okrążenia zostali w niej tylko Brożyna, Przydział i Piątek oraz Niemiec Jens Voigt (Credit Agricole), Włoch Pietro Caucchioli (Alessio) i zwycięzca tegorocznego wyścigu Dookoła Portugalii, Nuno Ribeiro (L.A. Pecol). W tym momencie z drugiej grupki oderwał się Cezary Zamana, doganiając samotnie prowadzących sześciu kolarzy. Razem jechali tylko połowę okrążenia, po czym Zamana rozpoczął kolejny atak. Jedynie Voigt wytrzymał tempo Polaka, choć sporo go to kosztowało. Trzy kilometry przed metą Zamana jeszcze raz przyspieszył i nie napotkał już żadnego oporu. Samotnie dojechał do mety, a kompletnie wyczerpany Niemiec niemal stanął w miejscu. Na ostatnich dwóch kilometrach stracił do Zamany ponad dwie minuty i na mecie stanął dopiero 12. To był prawdziwy nokaut na rywalach kolarza grupy Action nVidia. Zamana wyprzedził na mecie o 40 sek. grupkę czterech zawodników, którą przyprowadził triumfator Tour de Pologne sprzed roku, Laurent Brochard. Za nim przyjechali Andrea Noe, Dave Bruylandts i Paolo Valoti. Cezary Zamana stał się w ten sposób głównym faworytem wyścigu, na mecie etapu nie popadał jednak w huraoptymizm… „Jeszcze za wcześnie na świętowanie. Mam bowiem przykre doświadczenia z Tour de Pologne z zeszłego roku. Wygrałem wtedy i też miałem żółtą koszulkę, ale jej nie obroniłem. W niedzielę czekają nas dwa trudne etapy. Przewaga 40 sekund nad Brochardem nie gwarantuje sukcesu, zwłaszcza na czasówce. Poza tym myślę, że na przedpołudniowym etapie przyjdzie mnie i moim kolegom z drużyny odpierać lawinę ataków, ale wydaje mi się, że jesteśmy na to dobrze przygotowani. Na wczorajszym etapie uciekałem, ale miałem wielkiego pecha. Złapałem gumę. Dziś mogę powiedzieć, że co ma wisieć, nie utonie” – podsumował kolarz Action nVidia Mróz.

Zgodnie z taktyką

Zgodnie z przewidywaniami Cezarego Zamany w niedzielę na trasie dwóch etapów trzeba się było bardzo napracować, by później świętować sukces końcowy w postaci wygrania całego wyścigu. Poranny etap, krótki, bo zaledwie 61-kilometrowy z Jeleniej Góry do Karpacza, był niezwykle ciężkim sprawdzianem dla kolarzy, na których tego samego dnia czekała jeszcze 19-kilometrowa górska czasówka. Niemniej zgodnie z przewidywaniami nikt się nie oszczędzał i w peletonie trwała zażarta walka o wygraną, a co za tym idzie o 'urwanie” kilku cennych sekund liderowi. Śmiałkowie mieli niezwykle trudne zadanie, bowiem sytuację w peletonie kontrolowali podopieczni Piotra Kosmali, nie pozwalając na jakiekolwiek zagrożenie lidera ze strony konkurentów. Ostatecznie powiódł się tylko jeden atak mało znanego kolarza z Nowej Zelandii. Hayden Roulston z grupy Cofidis zaatakował na około 8 km przed metą, w miejscowości Miłków. Peleton nie gonił go zbyt zawzięcie i torowiec z Ashburton Roulston wjechał na Orlinek na pierwszej pozycji. Tuż za jego plecami, z zaledwie dwusekundową stratą, na metę przyjechała pierwsza grupka z podzielonego na podjeździe peletonu, a przyprowadził ją Zamana, zdobywając 6 sekund bonifikaty. Tym samym kolarz Acion nVidia Mróz umocnił się na pozycji lidera i był już o krok od zwycięstwa w wyścigu. Trzeba przyznać, że Zamana wraz kolegami z grupy idealnie zrealizował taktykę nakreśloną przez Piotra Kosmalę. Na tym etapie zakończyła się rywalizacja o koszulkę najlepszego górala. Zwyciężył w niej Portugalczyk Nuno Ribeiro (L.A. Pecol), który wygrał dwie ostatnie premie górskie, usytuowane na Orlinku, w tym specjalną, upamiętniającą Joachima Halupczoka, mistrza świata z 1989 r.

Triumf Zorro!

Od kilku lat Tour de Pologne kończy się czasówką z Jeleniej Góry do Karpacza. Dystans wynosi 19 km, a ostatnie 5 km to podjazd na Orlinek. Lider wyścigu Cezary Zamana starał się przed ostatnim etapem zachowywać ostrożność. „Jazda na czas nie jest moją specjalnością i nie przyjmuję jeszcze gratulacji za zwycięstwo w wyścigu. Poczekajmy.” – stwierdził krótko po 7. etapie. Poczekaliśmy więc kilka godzin, trzeba jednak przyznać, że było na co. Przed startem do czasówki wśród rywali lidera dominowało poczucie zwątpienia. Należy tylko powiedzieć, że najgroźniejsi z nich, Noe, Brochard i Bruylandts, przed ostatnim etapem zgodnie twierdzili, że wyścig już się rozstrzygnął. Mieli rację. Tego dnia popularny „Zorro” na trudnej czasówce postawił kropkę nad „i”. Dał się wyprzedzić tylko Hiszpanowi Alberto Contadorowi, który „wykręcił” najlepszy czas w historii – 30.29. Cezary Zamana poprawił też najlepszy dotąd wynik, który od 2001 r. należał do Czecha Ondreja Sosenki (30.59). Polak, nie patrząc na rywali, osiągnął zaskakujący niektórych obserwatorów wynik 30 minut i 47 sekund. Na metę „wpadł” bardzo zmęczony, ale od razu trafił w ramiona kolegów z zespołu – Zbigniewa Piątka i Marcina Lewandowskiego. Później bohatera 60. Tour de Pologne czekała jeszcze setka wywiadów, jednak w czasie rozmów z dziennikarzami towarzyszyła mu małżonka wraz z pociechami. Sam bohater dnia tryskał humorem i przyjmował setki gratulacji. „Od momentu, gdy wjechaliśmy w Karkonosze, czułem się bardzo dobrze. Nie zraził mnie defekt na piątkowym etapie. Zadecydował sobotni etap, a dziś tylko broniłem przewagi. Nigdy jeszcze nie byłem w takiej formie. Na dodatek czułem wsparcie wszystkich, którzy mnie otaczali: rodziny, kolegów z zespołu, kibiców. Ich okrzyki po prostu niosły mnie na trasie. W zeszłorocznym Tour de Pologne, gdy jeździłem w grupie CCC-Polsat, zabrakło takiego wsparcia. Nie wierzono we mnie. Miałem żółtą koszulkę lidera, ale partnerzy z grupy zamiast jej bronić, sami atakowali i ostatecznie niczego nie wygraliśmy. Był to smutny koniec sezonu. Teraz sytuacja jest zupełnie inna. W ekipie Piotra Kosmali czuję się bardzo dobrze.” – zakończył Zamana, który za zwycięstwo otrzymał Fiata Punto.

Echa wyścigu

Cóż można dodać, jeśli uczestnikom wyścigu było bardzo ciężko opuścić Karpacz. Mowa tu zarówno o obsłudze, jak i samych zawodnikach. Taki wpływ miała na nich wspaniała atmosfera, jaka panowała w kolumnie. Potwierdził to nestor wyścigu, jego 23-krotny organizator i bywalec czterdziestu wyścigów, Wojciech Szkiela. „Można powiedzieć, że wyścig to mój drugi dom. Co roku poziom jest wyższy i bardzo mnie to cieszy. Dlatego też chciałbym powiedzieć, że dzisiejszy wyścig i wcześniejsze dzieli przepaść, oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu. Niezmienne jest tylko zainteresowanie kibiców. Reszta poszła bardzo do przodu. To jest teraz „wielki teatr”, kapitalne widowisko, w dawnych czasach rzecz nie do osiągnięcia.” Trzeba zgodzić się z redaktorem Szkielą, bo jak inaczej nazwać kolorowy wianuszek przemierzający nasz kraj, który na trasie dopingują tysiące kibiców. Nie inaczej jak „wielkim teatrem”, w którym, jak to zwykle bywa, grane są komedie i tragedie. Tak było i w tegorocznym, jubileuszowym, 60. Tour de Pologne. Na pewno dla wielu, a w szczególności dla Cezarego Zamany i ekipy Action nVidia Mróz, wyścig ten zawsze będzie się kojarzył ze szczęściem. Niektórzy zapamiętają go jednak z innej strony, jak chociażby grupa CCC-Polsat, której start w najważniejszej imprezie w kraju zupełnie nie wyszedł. Może za rok będzie inaczej. Nam pozostanie czekać 12 miesięcy na kolejny 61. już Tour de Pologne.

Duma całego narodu – Tour de Pologne

„Kolarze jadą!” – ten okrzyk przez lata elektryzował mieszkańców miast i miasteczek w całej Polsce. Pomimo tego, że czasy się zmieniły, Polacy, przyzwyczajeni do widoku barwnego peletonu Wyścigu Pokoju, dalej wychodzą na drogi, tym razem dopingując uczestników Tour de Pologne.

Tour de Pologne od kilku lat jest największym w naszym kraju wydarzeniem sportowym. Każdy etap gromadzi kilkadziesiąt tysiący kibiców. Liczba widzów przed telewizorami sięga milionów. Przebieg wyścigu relacjonują wszystkie gazety i stacje radiowe. Kiedy Tour przejeżdża przez Polskę zamiera ruch drogowy w miastach i miasteczkach. Na tydzień nasz kraj wydaje się być opanowany przez kolarzy. Polacy mają wydarzenie sportowe, z którego mogą być dumni.

Początki

We wrześniu 1928 roku Towarzystwo Cyklistów z Warszawy zorganizowało Bieg przez Polskę – wyścig kolarski, w którym udział wzięło 71 kolarzy. Współorganizatorem zawodów był „Przegląd Sportowy”. Impreza organizowana z rozmachem szybko stała się wyjątkowym wydarzeniem. Plany jej rozwoju przerwała wojna. Rozgrywanie wyścigu wznowiono w 1947 roku. Było to jednak impreza dla amatorów, która nie mogła konkurować z politycznie poprawnym Wyścigiem Pokoju. To Wyścig Pokoju ściągał tłumy i przyzwyczaił do kibicowania uczestnikom wyścigów szosowym. TdP, jako amatorskie zawody organizowane za żelazną kurtyną, nie mógł oczywiście równać się w żaden sposób ze znanymi w świecie imprezami, jak np. Giro d’Italia czy najsłynniejszym Tour de France. Po zmianach ustrojowych prowincjonalny wyścig zaczął podupadać, głównie z braku pieniędzy i sponsorów.

Marzenia do spełnienia

Wtedy to w dziejach TdP pojawia się po raz drugi Czesław Lang, który pierwszy raz wpisał się w historię wyścigu w 1980 r. wygrywając klasyfikację generalną. Zainwestował w TdP własne pieniądze i tchnął w imprezę nowego ducha. Czesław Lang, propagując w Polsce zawodowe kolarstwo, nigdy nie ukrywał, że marzy mu się ściganie światowej klasy. Z prowincjonalnej imprezy potężnym nakładem pracy stworzył najdynamiczniej rozwijający się wyścig na świecie. Polskę zaczęli odwiedzać światowej klasy zawodnicy. W tym roku na trasie mogliśmy podziwiać aż 13 zawodników z pierwszej setki klasyfikacji UCI i trzech byłych mistrzów świata (Francuz Laurent Brochard, Ukrainiec Sierhij Honczar, Łotysz Romans Vainsteins). Z roku na rok rosła kategoria wyścigu i premie dla zwycięzców. Dzisiaj TdP ma już kategorię 2.2 i otwarcie mówi się o jej ponownym podniesieniu. Wyścig dookoła Polski ma uzyskać rangę największych na świecie etapówek francuskich i włoskich. Ciąg dalszy w numerze 1(1)/2002

Atak na Mount Kenia

Punkt startu: Nairobi. Pułkownik Ngugi z kenijskiej armii pomaga nam w przygotowaniach. Kontrola celna, wymiana pieniędzy czy też uszkodzenie roweru – na wszystko ma uniwersalną odpowiedź. „Hakuna Matata”, czyli „Nie ma problemu” to niemal najpopularniejsze słowa w Kenii. Na szczęście zaklęcie działa. Do stóp góry zawozi nas 35-letni mercedes, barwy piasku i z dziurami od pocisków w dachu. 200 kilometrów pokonujemy w 6 godzin. Na miejscu spotykamy tragarzy i przewodników. Kto chce zdobyć górę, jest skazany na ich pomoc. Miejsce zwane Sirimon-Gate: Wejście do parku narodowego (2650 m n.p.m.) przypomina z zapachu zoo. Zakurzona droga jest upstrzona „pamiątkami” pozostawionymi przez słonie, bawoły, małpy i zebry. Gdy zapada noc, dżungla budzi się do życia. Do snu kołysze nas nigdy niesłyszana wcześniej egzotyczna, dzika muzyka. Budzimy się co chwila. Promienie słońca witamy z radością. Po chwili rozpoczynamy podjazd.

Obóz (3300 m n.p.m.)

Namioty rozbijamy w pobliżu starej chaty, zamieszkałej obecnie przez szczury. Następnego ranka wita nas przymrozek. Mamy pierwsze symptomy choroby wysokościowej – kaszel i zawroty głowy. Robimy dzień przerwy. Rozpalamy ognisko, choć to zabronione. Zimno wkrada się pod ubrania. A przewodnik opowiada nam, że równikowe słońce w ostatnich latach rozpuściło większość z osiemnastu tutejszych lodowców. Opowieść przerywa obfita śnieżyca – uciekamy do namiotów.

Atak

Skoro świt wsiadamy na rowery. Jest za stromo – musimy pchać. Gdy osiągamy granicę lasu, grunt odmarza – brodzimy po kostki w błocie. Mech tworzy całe dywany. Męczeni przez bóle głowy osiągamy przełęcz i chatkę na Liki-North (3900 m n.p.m.). Kąpiel trwa tylko przez sekundę, bo po wytarciu nóg nie czuć ich zupełnie. Ekstremalny klimat – +40°C w dzień i -15°C w nocy – wykańcza. Każdy ranek jest pogodny, przed południem pojawiają się chmury, od wczesnego popołudnia pada deszcz lub śnieg. O zachodzie słońca niebo się przejaśnia. I tak dzień w dzień. Ciąg dalszy w numerze 1(1)/2002

Zadbaj o serce!

Serce jest dla sportowca tym, czym silnik dla samochodu sportowego. Z tą tylko różnicą, że pojemność serca po wielu kilometrach może się zwiększyć. Jaki ma to wpływ na zdrowie? I czym właściwie różni się serce sportowca od przeciętnego?

Jan Kowalski, 36-letni kolarz amator, postanowił się zbadać. Robił to zresztą wcześniej dosyć regularnie. Co prawda nie skarżył się na żadne dolegliwości, ale dał się namówić żonie na kontrolną wizytę u lekarza. Na miejscu badanie rozpoczęło się jak zwykle od spoczynkowego EKG. Rzut oka na wykres spowodował nagłe przyśpieszenie ruchów obsługującej aparaturę pielęgniarki – wstała i pobiegła po lekarza. Ten spytał nerwowo, czy na pewno pacjent czuje się dobrze? Dodał, że jest mu przykro, ponieważ badany właśnie przeszedł zawał serca i koniecznie natychmiast musi być poddany intensywnej opiece medycznej. „Zawałowiec” odpowiedział ze zdziwieniem: „Niemożliwe – nic mi nie jest. Wczoraj przejechałem na rowerze 150 kilometrów, a jeszcze dwa lata temu ścigałem się z zawodowcami i przejeżdżałem rocznie 20 tysięcy kilometrów”. Lekarz rozluźnił się wyraźnie i wymamrotał tylko cicho: „No, dzięki Bogu, to tylko jeszcze jedno serce sportowca”. Określenie „sportowe serce” zostało po raz pierwszy użyte już w 1899 roku dla nazwania organu biegacza długodystansowego i oznaczało przede wszystkim powiększenie samego serca. Początkowo zmiany takie traktowano jako zaletę, potem jednak, aż do lat 70-tych XX wieku, dyskusja wokół problemu była bardzo zażarta. Większość lekarzy powiększone serce uznawała z zasady za chore i słabsze, ponieważ wiele chorób tego narządu ma podobne objawy. Dziś medycyna ponownie traktuje powiększenie serca jako naturalne dostosowanie do podwyższonej aktywności – w przeliczeniu na jedno uderzenie zmieniony organ pompuje więcej krwi, a tym samym dostarcza więcej tlenu, pracuje po prostu efektywniej niż model „przeciętny”.

Serce, „silnik” ludzkiego układu krwionośnego, znajduje się za mostkiem i jest lekko przesunięte w lewą stronę. Praca przez nie wykonywana w ciągu jednego dnia jest równa sile, jaka byłaby potrzebna, aby na przykład podnieść na wysokość 1 metra pełen wagon towarowy. Nawet podczas leżenia przepompowuje około 10 000 litrów krwi w ciągu dnia. Ujmując sprawę od strony medycznej, chodzi o mięsień w kształcie pompy, pusty w środku, zbudowany ze specjalnego rodzaju włókien mięśniowych, które w przeciwieństwie do mięśni szkieletowych nie męczą się, mogą czerpać energię z kwasu mlekowego i nie poddają się woli, gdyż działają niezależnie od naszych chęci. Dwa równoległe systemy pomp transportują krew przez duży i mały krwiobieg. Każdy z systemów składa się z przedsionka i komory, pomiędzy którymi znajdują się zastawki, gwarantujące, że krew płynie zawsze we właściwym kierunku. Takiego sportowego serca nie znajdziemy oczywiście u osób preferujących rekreację, ponieważ rozwija się ono w wyniku wieloletniego treningu o dużej objętości i intensywności. Podstawą są częste i wielogodzinne obciążenia z tętnem wynoszącym ok. 150 uderzeń na minutę. Duże serca obserwuje się u sportowców uprawiających dyscypliny wytrzymałościowe, takie jak kolarstwo szosowe, narciarstwo biegowe czy wioślarstwo. Mimo, że podczas uprawiania innych dziedzin sportowych, np. tenisa, serce musi się napracować, to wysiłek wówczas występujący trwa zbyt krótko, by prowadzić do fizycznych zmian w budowie. Ciąg dalszy w numerze 1(1)/2002

Rowerowa jesień

Jak przygotować siebie i rower, by z jazdy na dwóch kółkach przez liście i kałuże czerpać jak najwięcej przyjemności?

Dobrze się ubierz!

Zbyt grubo ubrany człowiek szybko się poci, tym samym jest bardziej narażony na wychłodzenie i przeziębienie. Metodę, w której poszczególne warstwy mają swoje określone zadania, w obrazowy sposób określa się mianem „na cebulkę”. Tuż przy skórze powinna znaleźć się przylegająca do ciała koszulka z długim rękawem, wykonana z oddychającego materiału. Kolejna warstwa to cienka bluza polarowa, odpierająca zimno i utrzymująca ciepło ciała. Ostatnia to kurtka chroniąca przed wiatrem. Kurtka chroniąca przed wiatrem: nie może być zbyt krótka z tyłu i odsłaniać nerek, ponieważ na rowerze często jeździ się w pozycji pochylonej. Pod spód przy temperaturach minusowych wkładamy jedną warstwę z długim rękawem więcej. Kurtka przeciwdeszczowa: w przeciwieństwie do wariantu przeciwwiatrowego ma jedną istotną wadę – zwykle gorzej przepuszcza powietrze. Zawsze jednak powinna znaleźć się w kieszeni, jeśli zanosi się na deszcz, bo wychłodzenie w połączeniu ze zmoknięciem to pewna choroba. Spodnie: jako ubranie dla dolnej części ciała najlepsze będą spodnie na szelkach, z materiału typu Windstopper (Przynajmniej przód powinien chronić przed wiatrem). W chłodniejsze dni dokładamy pod spód jeszcze jedną warstwą bielizny z oddychającego materiału. Problem z kolanami: dodatkowe wstawki w spodniach chroniące tę część nóg są pożądane, ponieważ kolana są wyjątkowo podatne na wychłodzenie. Sprawdzają się też specjalne nakolanniki. Stopy: najwrażliwszy punkt. Warto przemyśleć kombinację butów, najlepiej zimowych, z ochraniaczami z neoprenu z wierzchu i grubymi skarpetkami od środka. Do butów rowerowych pasują także termoizolacyjne wkładki znanych producentów (Scholl). Kto chce mieć pewność, że nie zmarznie, ten powinien jeździć w zwykłych zimowych butach i używać klasycznych pedałów. Ręce: ciepłe, odporne na przewiewanie i dobrze dopasowane rękawiczki z długimi palcami to konieczność. Nie powinny być za ciasne – pojawiają się wówczas problemy z krążeniem krwi i ręce marzną, ani za luźne – może utrudniać to obsługę manetek i dźwigni hamulcowych. Optymalne rozwiązanie to modele z dwoma palcami. Głowa: przez naszą głowę tracimy aż 30% ciepła! Dlatego też pod kask – który oczywiście nosimy także jesienią i zimą – obowiązkowo zakładamy chustkę lub specjalną czapkę chroniącą przed wiatrem. Osoby wrażliwe na zimno powinny też rozważyć założenie kominiarki. Szyja: praktyczny dodatek chroniący przed przewianiem to chusta.

Obowiązkowo nie z bawełny!

Zapasowe ubrania: jeżeli wybieramy się na wyprawę trochę dłuższą niż godzina, w plecaku warto mieć zapasową podkoszulkę i bluzę polarową. Ważą niewiele, a w razie potrzeby potrafią zapobiec chorobie.

Dlaczego jest Ci zimno podczas jazdy?

Windchill: tak nazwane zostało zjawisko wychłodzenia organizmu pod wpływem wiatru. Człowiek ma tuż przy skórze cienką, powietrzną otoczkę, o temperaturze zbliżonej do ciepłoty ciała. Silny wiatr powoduje jej zniknięcie, przez co gwałtownie wzrasta ludzka wrażliwość na zimno. Dlatego też przy prędkości 20 km/h temperaturę 0°C odczuwamy tak, jakby było to -10°C. Ciąg dalszy w numerze 1(1)/2002

Egzamin dojrzałości

Z Mają Włoszczowską, czołową polską zawodniczką MTB, rozmawia Miłosz Sajnog 2001 to najlepszy rok w jej karierze. Wówczas, jeszcze jako juniorka, została Mistrzynią Europy i Wicemistrzynią Świata MTB. Do kolekcji tytułów dołożyła brąz w Mistrzostwach Świata w Kolarstwie Szosowym. Jeżeli dodamy do tego sukcesy w Pucharze Świata oraz seryjne zwycięstwa w Polsce, stanie się oczywiste, że mamy do czynienia z nieprzeciętnym talentem. W tym sezonie jest już jednak w wyższej, „dorosłej” kategorii, a takie przejścia bywają trudne Patrząc na tę wiotką, ładną dziewczynę, aż trudno uwierzyć, że uprawia sport ekstremalny. Jak ona to robi?

Dossier

Imię: Maja Nazwisko: Włoszczowska Data urodzenia: 09.11.1983 Największe osiągnięcia: – Mistrzyni Europy MTB 2001 – Wicemistrzyni Świata MTB 2001 – Wicemistrzyni Świata (szosa) 2001 Rower: Giant Hobby: rower, Internet, książki Ulubiona potrawa: łosoś z grilla Ulubiony kolor: beżowy, odcienie brązu Zwierzę: pies – labrador retriever


3, 2, 1, start

Nie mam za wiele czasu dla mediów – wyjaśnia szybko Maja. – Ostatnio moje życie biegło wyjątkowo szybko. Najpierw matura i cały związany z nią stres, potem przygotowania do egzaminów na studia. W międzyczasie jeszcze się przeziębiłam, ale już powoli wracam do zdrowia. No i w dodatku musialam zadecydować, jaką szkołę wybrać. Zastanawiałam się nad Politechniką Wrocławską albo jej filią w Jeleniej Górze Dla Mai ten rok był z wielu względów wyjątkowy. Właśnie zdała na piątkach (Jedna czwórka – wtrąca Majka znad herbaty) maturę. Wchodząc w dorosłe życie, zmieniła jednocześnie kategorię sportową – i od tego roku ściga się w elicie. Na maturze mogłam zdawać fizykę, ale nie byłam pewna. Szkoda, bo egzamin w mojej grupie przeszedł wyjątkowo dobrze, a fizyka jest liczona w konkursie świadectw na polibudzie. Potem miałam więc dodatkowo miesiąc nauki fizyki. Wybralam matematykę finansową. Majka podkreśla to, co już o niej słyszałem. Najszybsza polska juniorka ubiegłego roku ma wybitnie ścisły umysł. Ale co to jest ta matematyka finansowa i co się po niej robi? Nie wiesz? – Na dnie oczu zapalają się wesołe iskierki. – Chodzi o obliczanie ryzyka finansowego, analizy bankowe – Maja wylicza, co zamierza robić w przyszłości. Nie myślałaś o AWF? Miałaś tam wejście bez egzaminów… Raczej nie. Mogłabym na przykład zostać trenerem. Wiesz, niezbyt sobie wyobrażam siebie w tym zawodzie. Raz, że wiem, jak ta praca wygląda i nie jest wcale taka super. Robiłabym wprawdzie to, co lubię, czyli jeździła na rowerze, ale niechętnie patrzy się na trenerów kobiety. Prędzej widziałabym siebie jako menadżera zawodnika lub grupy albo specjalistkę od PR. Ale chcę też mieć dobrze płatny zawód i możliwość pracy poza sportem.

A jak wygląda sportowa część życia w tym roku? Kurczę, przez ten młyn z maturą jestem niewątpliwie w słabszej formie. Wiesz, w Polsce są trzy zawodniczki tej samej klasy. Ania Szafraniec, Magda Sadłecka (obecnie kontuzjowana – red.) i ja. Teraz, po moim przejściu do elity, ścigamy się ze sobą. Bardzo chciałam wygrać „Langa” w Polanicy, ale matura miała pierwszeństwo. Jeszcze przyplątała się choroba i moja kondycja jest obecnie słabsza. Na pewno celem w tym sezonie było pokazanie się w Mistrzostwach Polski, Europy i Świata. O ile mam dużą szansę na walkę w Polsce, to na świecie nie jest tak różowo. W peletonie światowym dominują zawodniczki starsze, gdzieś pod trzydziestkę. Juniorkom, które wchodzą do elity, zawsze jest trudno. Znalezienie się w dwudziestce na świecie byłoby niewątpliwym sukcesem, ale też realnym celem. Nie uważasz – znowu ten błysk ognia w oku – że czas trochę namieszać w tym skostniałym światku? Najwyższy czas, żeby zaczęły wygrywać młodsze dziewczyny, trzeba zmienić te zasady Ciąg dalszy w numerze 1(1)/2002

Magiczne sto

Mają przed sobą równo 48 kilometrów, a przeszło 50 już za nimi. Zaraz na początku stromizny większość śmiałków schodzi z rowerów i z wysiłkiem pcha je pod górę. Z ponad pół tysiąca startujących jedynie osiemdziesięciu zdecydowało się przejechać drugą rundę. Ostatni z odważnych spędził na trasie 8 godzin, zwycięzcy wystarczyły tylko 4. Tyle zajęło im w Polanicy przejechanie pełnej trasy Giga Maratonu z cyklu Bike Maraton. W polskim kolarstwie górskim maratony to przebój. W momencie, gdy cross country traci powoli na popularności, liczba osób biorących udział w długich wyścigach systematycznie rośnie. Obok dualu i zjazdu maraton jest tą dyscypliną MTB, która rozwija się najdynamiczniej. Jest to tendencja ogólnoświatowa. Upalne słońce czy rzęsisty deszcz, długie, mordercze podjazdy i strome, najeżone kamieniami zjazdy – nic nie jest w stanie powstrzymać fanów grupowego ścigania się po górach. Wielce prawdopodobne, że już w tym roku liczba uczestników maratonu w Polsce przekroczy jednorazowo magiczną cyfrę 1000.

Magia i wyzwanie

„W maratonie jest coś zarówno z magii, jak i z wyzwania – mówi Maciej Grabek, organizator pierwszego w Polsce cyklu imprez „Bike Maraton”. – Ja zawsze wolałem ścigać się na długich dystansach. Byłem bardziej wytrzymały niż szybki. Dlatego teraz organizuję takie wyścigi. Dla ludzi myślących podobnie”. Choć już się nie ściga, to najbardziej utytułowany polski specjalista w tej dyscyplinie. Trzykrotnie wygrał kolejne edycje największej takiej imprezy w naszym kraju – na festiwalu rowerowym w Szklarskiej Porębie. W pierwszym rozgrywanym w tym roku maratonie w Bydgoszczy na starcie stanęło ponad 300 kolarzy. W maju w Polanicy już ponad 600. Kiedy opuszczali metę, różnica czasowa pomiędzy pierwszym a ostatnim zawodnikiem wynosiła kilka minut. Luźniej w grupie zrobiło się dopiero na 10. kilometrze. W dystansie maratonu jest coś magicznego, duża pętla liczy zazwyczaj około 100 kilometrów. Właśnie ten dystans przyciąga uczestników, chociaż tylko część z nich decyduje się przejechać całą trasę. Zawsze więcej osób startuje na krótszym dystansie, mierzącym 40 – 50 km. Taki dystans jest dostępny nawet dla średnio zaawansowanego kolarza. Można pokonać go wraz z rodziną. Nowością w Polsce są dystanse jeszcze krótsze. W Polanicy specjalnie dla amatorów przygotowano trasę Family o długości 14 kilometrów. „Większość startujących traktuje maraton jak fetysz, właściwie nie ściga się, bo pierwsze miejsca są przeznaczone dla najlepszych. Uczestnicy walczą z własną słabością, z dystansem i ze znajomymi. Praktycznie każdy z kimś się porównuje. I to taki wynik jest najważniejszy” – stwierdza Maciej. Duża część uczestników nie zdejmuje numeru z roweru nawet po maratonie. Częstym widokiem po imprezie są rowery z numerami wiezione na dachach samochodów przez całą Polskę. Dobrze, jeżeli na numerze organizator umieścił dystans. „100” – zdaje się chwalić swojego właściciela rower z takim napisem. Kolejnym fetyszem są pamiątkowe koszulki. Zakładane przy okazji spotkań czy wypadów za miasto albo na starcie do kolejnej imprezy dają czytelny przekaz – „Patrzcie, tam też startowałem”. W maju w Polanicy uczestnicy oprócz koszulki kolarskiej dostali pamiątkowy bidon. W zeszłym roku w Górzyńcu – skarpetki kolarskie. Na większości imprez polskich każdy dostaje T-shirt. Ciąg dalszy w numerze 1(1)/2002

Walka gigantów

Na rynku komponentów do rowerów szosowych trwa zaciekła walka dwóch konkurentów: Campagnolo przeciwko Shimano. Rozgrywki toczą się w trzech ligach: amatorskiej, średniej i profesjonalnej. Powstaje pytanie: kto wygra? Przeanalizowaliśmy aktualne grupy komponentów i natrafiliśmy na kilka niespodzianek.


Wspólne upodobania

Kolarzy szosowych uważa się zwykle za indywidualistów. Jeżeli jednak chodzi o osprzęt ich sportowych maszyn, są zadziwiająco jednomyślni, ponieważ preferują kompletne grupy osprzętu. Obecnie prawie wszystkie rowery szosowe wyposażane są w zestawy Shimano lub Campagnolo. Obydwie firmy to jedyni pozostali na rynku wytwórcy wzajemnie dopasowanych grup, składających się z części układu napędowego i hamulcowego. Inni producenci, jak SRAM i Suntour, jeszcze kilka lat temu oferujący podobne zestawy, obecnie wytwarzają jedynie pojedyncze elementy. Fakt, że na placu boju pozostało obecnie jedynie dwóch rywali, nie oznacza bynajmniej, że wybór grup jest ograniczony. Campagnolo ma w swojej ofercie sześć, a Shimano pięć zestawów. Wybierać można od tanich modeli dla początkujących po bardzo drogie komplety dla zawodowców. Rozpatrując kolejno poszczególne grupy każdego z producentów można stwierdzić, że różnice pomiędzy sąsiadującymi są minimalne, ale pomiędzy skrajnymi już bardzo duże. Generalnie: im komponenty droższe, tym bardziej wyrafinowane technicznie, teoretycznie trwalsze i lżejsze. Prawdopodobnie najbardziej widoczny trend wśród grup szosowych w ostatnich latach to pojawienie się ich wariantów z trzema tarczami z przodu. Jako ostatni bastion padł Chorus Campagnolo – w sezonie 2003 także on będzie miał wersję „turystyczną”, z korbą wyposażoną w trzy koronki. Interesujące jest, że nawet teoretycznie typowo wyczynowe, najdroższe grupy Dura Ace i Record także mogą mieć „ratunkową” zębatkę z przodu. Jeszcze kilka lat temu obydwaj producenci twierdzili, że są one przeznaczone praktycznie wyłącznie dla osób uprawiających kolarstwo wyczynowo. W międzyczasie sytuacja się jednak zmieniła i także warianty 3-zębatkowe wkroczyły na salony. Jak ujawnił nam Frank Peiffer, dyrektor sprzedaży i marketingu Shimano Europe, już około 40% wszystkich sprzedawanych grup szosowych stanowią właśnie warianty z 3 tarczami i tendencja ta nasila się. Zainteresowanie tego typu osprzętem przejawiają przede wszystkim turyści, ponieważ dostępne wcześniej zakresy przełożeń były dla nich niewystarczające, szczególnie w górach. Ciąg dalszy w numerze 1(2)/2003