Wszystkie wpisy, których autorem jest Magazyn Rowerowy

Przyszłość to dziś, tyle że jutro

Co roku targi rowerowe i premiery wiodących marek wyznaczają kierunki rozwoju roweru przyszłości. Obserwujemy zmiany ewolucyjne, a od czasu do czasu rewolucyjne skoki w przyszłość. Równolegle do rozwoju komponentów mechanicznych ma też miejsce inwazja elektroniki. Czy to ona będzie motorem rozwoju kolarstwa przyszłości?

Tekst: Radosław „Dexter” Orszewski, Projekty i wizualizacje: Audi, Brabus, EBIQ, John Villarreal, Lexus, OneyBike, Opel, Peugeot, Shift, WARxSnake

W latach 80. spotykało się w rowerach mechaniczne liczniki prędkości, które budziły zazdrość. Toporne i ciężkie zastąpione zostały przez wersje elektroniczne, najpierw z kabelkiem, potem oczywiście bezprzewodowe, a dziś z powodzeniem integrowane z ramą roweru i smartfonem. W tym samym czasie kolejne mechaniczne elementy naszego otoczenia znikały. Hamulec ręczny we współczesnym aucie zmienił nazwę na postojowy, a jego sterowanie ogranicza się do przycisku. Telefony straciły tarcze i większość fizycznych klawiszy na rzecz wirtualnych. Jak napisał w swojej książce pt. „Designing devices” Dan Saffer – praktycznie każdy element dowolnego urządzenia, o ile tylko może zostać zastąpiony cyfrowym odpowiednikiem, prędzej czy później przejdzie taką zmianę. Pierwsze oznaki tych zmian widać już w rowerach. Widzieliście współczesną szosówkę? Czym innym jest elektroniczne sterowanie biegami? Przykładana do klamki siła służy tylko interakcji z człowiekiem. Całą mechaniczną pracę przejęła elektronika i siłowniki.

Rower z… tabletem

Przykładów udanej inwazji elektroniki w świat rowerów jest więcej. Poza elektronicznie sterowanym napędem mamy też pierwsze inteligentne i elektronicznie wspomagane zawieszenia. Zabawa zaczyna się jeszcze przed wyruszeniem w trasę, od zautomatyzowanej regulacji wstępnego ugięcia. W ubiegłym roku Fox pokazał system, w którym zamiast ręcznej pompki z manometrem podłączamy do roweru pompkę ze wskaźnikiem cyfrowym. Najpierw jednak obserwujemy elementy zawieszenia za pomocą kamery telefonu lub tabletu, aby ustalić poziom ugięcia wstępnego. Wykonujemy kilka instrukcji z poziomu aplikacji, przymierzamy się do roweru, dociążamy próbnie widelec i damper, kilka kliknięć i gotowe. Aplikacja zaproponuje odpowiednie ciśnienie, pompka pozwala szybko je ustawić. W drogę!

Mózg elektronowy

Ciąg dalszy zabawy ma miejsce już w terenie. Od początku istnienia rowerów z pełnym zawieszeniem wyzwaniem było zapewnienie skutecznego jego działania, kiedy to konieczne, ale i usztywnienie, kiedy trzeba. Projektanci od lat ścigają się, jak zrobić to mechanicznie. Może ich trud nie jest już potrzebny? W tym roku Rock Shox i współpracujące z nim marki rowerowe, takie jak Lapierre i HaiBike, poszli dalej, prezentując system inteligentnego (czytaj kontrolowanego komputerowo) zawieszenia roweru górskiego, który dzięki czujnikom przyspieszenia i kadencji wie, kiedy rowerzyście potrzebna jest sztywność zawieszenia, a kiedy częściowy, bądź pełny, zakres jego pracy. Oczywiście dla wygody i poczucia kontroli (!) mamy jeszcze manetkę. W rowerach AD 2013 nie będzie to jeszcze standard, ale śmiemy twierdzić, że nie będziemy czekać długo na upowszechnienie się podobnych rozwiązań. Co ciekawe, to już kolejny, tym razem wydaje się, że w końcu wystarczająco dojrzały, zbliżony system, bo pierwsze próby podejmowała już firma K2 ponad 10 lat temu, potem podobne rozwiązanie w amortyzatorze przednim zastosowała Cannondale. Co ciekawe, tamte próby okazały się nieudane z powodu niewystarczającej pojemności baterii. Warto odnotować, że działający system zbliżony do Rock Shox’a zapowiada też już Fox Fload iCD, amortyzatory będzie w nim można podłączyć wprost do standardowego PC. Przewidziano „tuning” za pomocą oprogramowania, jak i „przegląd serwisowy” za pomocą software’u, zupełnie tak, jak się to robi w samochodach.

Automatyczne sterowanie

Oczywiście, elektronika może nie tylko sterować zawieszeniem, czy też służyć do wykonywania poleceń człowieka. Zapewne część z was pamięta, że prawdziwym pionierem obecnych grup Di2 Shimano był zestaw do roweru miejskiego, również Di2, a zwany Cyber Nexus (swoją drogą nadal dostępny na niektórych rynkach), w którym zawarto pewien rodzaj automatyki. Bieg zmieniał się samoczynnie na wyższy wtedy, gdy osiągało się określoną prędkość (znów analogie z samochodem są oczywiste!). Do głowy przychodzą jednocześnie wady podobnego rozwiązania. Człowiek, w przeciwieństwie do silnika samochodu, ma ograniczony zapas mocy, stąd i potrzeba bardziej skomplikowanego oprogramowania, które wykorzystałoby skromny, dostępny potencjał ludzkiego organizmu. Krok w tym kierunku to projekt firmy Cambridge Consultants, łączący napęd szosowy Di2 z oprogramowaniem umieszczonym w telefonie lub tablecie. Choć nie jest to jeszcze rozwiązanie dostępne komercyjnie, przewidziano rozbudowane opcje automatyki. Bo przełożenia mogą się zmieniać np. po osiągnięciu określonego rytmu pedałowania (albo po spadku poniżej pewnej granicy), prędkości albo tętna czy mocy. Praktycznie wszystko jest możliwe, a środki techniczne pod ręką.

Do komunikacji między urządzeniami można użyć choćby jednego z protokołów bezprzewodowych. Taki Bluetooth Smart, o niskiej konsumpcji energii, nadaje się do tego idealnie. Znajdziemy go w każdym nowszym telefonie!

Rzeka danych

Wracamy po udanej przejażdżce do domu, a tu czeka nas na ekranie inteligentnego telewizora dokładna analiza tego, ile daliśmy z siebie. Bo przecież pomiar prędkości i kadencji to właściwie standard. Dziś są one o tyle interesujące, o ile można je zintegrować z ramą roweru, jak np. DuoTrap Treka, który schowany jest w tylnym trójkącie ramy, by dodatkowo poprawić aerodynamikę roweru. Zawodowcy i zamożniejsi amatorzy porównują swoje osiągi w jednostkach układu SI, czyli bezpośrednio w watach. Pomiar mocy bowiem operuje bezwzględną wartością, jaką uzyskuje kolarz. Do tego oczywiście pomiar pulsu, rejestrowanie trasy, słuchanej w danej chwili muzyki, geotagowanie wykonanych na trasie zdjęć, a to wszystko transmitowane praktycznie w czasie rzeczywistym na ulubiony portal społecznościowy czy do naszego dziennika treningowego – dziś oczywiście w chmurze obliczeniowej. Science fiction? Patrząc na rosnącą masowo liczbę użytkowników aplikacji typu Endomondo, Garmin Connect czy Sports Tracker, to już zdecydowanie nie fiction.

Przyszłość to dziś

Sporo osób ma wątpliwości, czy taka cyfryzacja naszych rowerowych przygód ma sens? Na pewno musimy zachować zdrowy rozsądek i wybierać to, co dla nas przydatne. A wygląda na to, że będziemy mieli z czego wybierać. W kolejce czekają choćby systemy audio podające dane o naszym tętnie czy uzyskiwanej mocy. Okulary Sportiiiis HUD kanadyjskiej firmy 4iiii Innovations, a właściwie mocowana na zauszniku przystawka, to ramka z maleńkimi kolorowymi diodami LED, pokazującymi, w jakim zakresie pulsu czy mocy obecnie jedziemy. Dodatkowo może nam odczytywać informacje. Wszystko to w połączeniu z IPhonem i sensorami zgodnymi ze standardem ANT+. Skoro półprzezroczyste wyświetlacze przyjęły się w droższych autach, a każdemu internaucie chce takie gogle założyć na głowę Google, to nic chyba nie uchroni przed tym i kolarzy. No, może na początku cena.

Elektronika może być pomocna w kwestii zapewnienia bezpieczeństwa. Kolarstwo szosowe, górskie, a nawet miejskie, nie jest wolne od wypadków czy nieprzewidzianych sytuacji. Transmitowanie naszej pozycji w serwisach internetowych może oznaczać utratę prywatności, ale to w świecie cyfrowego Wielkiego Brata temat szerszy niż kolarstwo. Swoje dane powinniśmy należycie chronić niezależnie od sytuacji. Są jednak rozwiązania, które mogą okazać się pomocne i uratować niejedno życie.

REJESTRACJA

Dzięki wszechobecnym aparatom i kamerom możemy dziś wyprodukować większą ilość danych wizualnych niż dekadę temu profesjonalny fotograf. Hitem ostatnich lat są kamery umieszczane na kaskach, kierownicach czy ramach. Pierwsze modele nie były zbyt wygodne ani nie oferowały dobrych parametrów. Dziś rozdzielczość HD to standard, spotyka się już kamery o rozdzielczości 4K, czyli ultra HD (np. GoPro Hero3), a na dodatek sterowanie kamerą i wyświetlanie obrazu jest możliwe za pośrednictwem lokalnego połączenia WLAN. Tak oto smartfon zainstalowany na kierownicy może służyć za cyfrowe lusterko wsteczne. Spectracam pracuje nad specjalną kamerą wyposażoną w dwa obiektywy, która pozwala na jednoczesne wyświetlanie i nagrywanie tego, co przed i za nami. Poza frajdą rejestracji naszego przejazdu możemy także uniknąć kolizji czy najechania z tyłu. Zestaw ma być dostępny na rynku już w roku 2013. Co ciekawe, kilka podobnych rozwiązań rejestrujących jest popularnych już w takich krajach jak USA, gdzie wielu kolarzy rutynowo (!) rejestruje swoje przejazdy po to, by użyć filmu w razie potrzeby jako dowodu na niewłaściwe zachowanie innych użytkowników drogi.

Jeśli już dojdzie do niebezpiecznego zdarzenia, elektronika również może pomóc. Przykładem niech będzie sensor uderzeniowy firmy Icedot. Mały klips przypinany do kasku wykrywa maksymalne i niebezpieczne przyspieszenia oraz uderzenia w kask, po których w podłączonym do niego smartfonie rozpoczyna się ustalone przez nas wcześniej odliczanie. Jeśli nie zareagujemy na czas, np. w skutek utraty przytomności, aplikacja samodzielnie wyśle do określonej przez nas osoby np. SMS z alertem i informacją o naszym położeniu.

Potrzeba czasu

Bez wątpienia każdy kolejny sezon będzie przynosił podobne nowości. Część z nich może się przyjąć, część okazać ślepymi uliczkami rowerowej ewolucji. Spróbujmy spojrzeć w przyszłość kolarstwa zawodowego i amatorskiego. Smutną prawdą o współczesności jest fakt, że sponsorzy i pieniądze lgną do sportów, które da się sprzedać (czytaj pokazać). Wielkie mistrzostwa, licencjonowane transmisje telewizyjne i wszechobecna reklama spowodowały, że np. globalnie piłka nożna zarabia więcej niż niejedna gałąź tradycyjnego przemysłu. Absurdalne? Trochę tak. Oznacza to jednak, że tą drogą będzie musiało pójść kolarstwo, by utrzymać zainteresowanie widza i zdobyć pieniądze na swój rozwój. Elektroniczne gadżety mogą okazać się skutecznym narzędziem. Transmisje telewizyjne z tegorocznych wyścigów olimpijskich były ciekawie zrealizowane. Kamery śledziły zawodników i zawodniczki z kilku perspektyw. To może kontrowersyjne, ale jesteśmy pewni, że dodatkowe ujęcie z kamery na kierownicy, np. w momencie wywrotki Sabine Spitz, przyciągnęłoby trochę widzów i może kolarstwo trafiłoby do podsumowania dnia. Oglądaliście może ostatnio transmisje ze zjazdów narciarskich? Tam to już codzienność. A czy nie byłoby świetnie wiedzieć, który z zawodników dysponuje większą liczbą watów na podjeździe? Może pozbawiłoby to nas części emocji, a może rozgrzało fanów przed telewizorami. Podobne eksperymenty zostały już zresztą przeprowadzone, ba, można było na żywo śledzić moce zawodników w Tour de France, udostępniane na stronie firmy SRM (producent mierników mocy), jak też zobaczyć filmy ze środka peletonu Tour of California, gdzie zawodnicy mieli do rowerów zamocowane kamery GoPro. Tylko niechęć UCI powoduje, że podobne nowinki przyjmują się bardzo powoli!

Przyszłość roweru

Tyle zamieszania wokół, a co z samymi rowerami? Tak długo jak kolarstwo będzie sportem wyczynowym, a nie Formułą 1, na dwóch kółkach powinni wygrywać najszybsi, najsilniejsi, czy też najlepsi technicznie. Wątpliwe jest, by w rowerach zawodowców dopuszczono napęd elektryczny. Di2 Shimano to przecież tylko sterowanie, ale cała reszta techniki może tam bez przeszkód zawitać lada sezon. Batalia o radio w peletonie oraz debata o dopuszczeniu hamulców tarczowych w kolarstwie szosowym pokazują, że po trochę jest to zresztą wojna romantycznej tradycji z pozytywistyczną nowoczesnością.

To, co przyjmie się w kolarstwie zawodowym, z pewnością zawita też do oferty amatorskiej. Tam się reklamuje, a tu zarabia pieniądze. Ceny będą szły w dół, dostępność będzie coraz większa i sami będziemy musieli odpowiedzieć na pytanie, co z tym zrobimy. Lżejsze, wytrzymalsze czy bezpieczniejsze rowery to nic złego. Spytać należy raczej o to, czy odejmowanie kolarzowi kontroli nad zawieszeniem, biegami albo hamulcami pozbawić nas może ducha kolarstwa? Albo zastąpić umiejętności techniczne, które dziś pozwalają wygrywać na gorszym rowerze? W najgorszym wypadku będziemy tak dobrzy jak oprogramowanie w naszych rowerach i będziemy cieszyć się jazdą tak długo, na ile starczy nam wspomnianej już baterii. Albo też świadomie wybierzemy subkulturę „mechaników”, mających w pogardzie „automaty”, zupełnie tak, jak dziś ostrokołowcy z pogardą patrzą na używających biegów, lajkry i kompozytów…#

Historia napędów elektronicznych sięga początku lat 90., gdy podobny system, sterowany przez komputer i automatycznie zmieniający biegi, wypuściła firma SunTour – Browning Electronic AccuShift Transmission (SunTour BEAST). Zanim doczekaliśmy dojrzałej, działającej wersji w wykonaniu Shimano i następnie Campagnolo, po drodze przez moment były dostępne Zap i Mactronic Mavica oraz Speedtronic Sachsa

MTB Obiszów Bike Park

Nadeszła pora roku, w której większość tras w górach przestaje być „super”. To dobry moment, żeby poszukać czegoś nowego. Dla kolarzy MTB miłym zaskoczeniem może być trasa w Obiszowie

Tekst: Borys Aleksy, zdjęcia: Michał Kuczyński

Kiedyś Obiszów był po prostu miejscem, w którym spotykali się bikerzy z Głogowa i okolic. Leśne drogi tworzyły sieć tras znanych tylko miejscowym. Kilku z nich postanowiło jednak udostępnić obiszowskie szlaki innym. Powstał MTB Obiszów Bike Park, czyli dobrze oznaczona trasa MTB wijąca się wśród Wzgórz Dalkowskich. Twórcy trasy nie tylko zadali sobie trud wbicia w ziemię dziesiątków podkładów kolejowych z oznakowaniem, lecz zorganizowali też maraton MTB, który w tym roku miał już swoją piątą edycję. Jakość trasy i imprezy została doceniona – w przyszłym sezonie w Obiszowie rozegrane zostaną maratonowe Mistrzostwa Polski.

Kto nie miał okazji poznać obiszowskiej trasy jako uczestnik wyścigu, może to zrobić we własnym zakresie w dowolnym momencie. Wystarczy zaparkować w Obiszowie, znaleźć pierwszy znak i ruszyć według wskazówek kolejnych. Trasa ma kształt 35 km pętli, zaczyna się i kończy w Obiszowie.

Znaków jest tak dużo, że można skupić się wyłącznie na jeździe. Przejazd trwa 2-3 godziny. Po drodze zahacza się o wszystkie możliwe podjazdy, zjazdy i trawersy zboczami wąwozów, których jest w okolicy wyjątkowo dużo. Przewyższenia są niewielkie, ale nachylenia czasem bardzo konkretne, więc jazda ma typowo interwałowy chrakter. Trasa została podzielona na osiem sekcji specjalnych, takich, gdzie droga zaczyna ostro piąć się w górę lub w dół, bądź po prostu zmienia się w przyjemnego singla. Wszystkie mają swoje nazwy i dokładne opisy, które można znaleźć na stronie mtbobiszow.pl. Są rozmieszczone na trasie równomiernie i mają podobny charakter, ale jeśli mielibyśmy wskazać najciekawszy punkt, jest nim bez wątpienia ostatni singletrack. Jako jedyny fragment został wybudowany specjalnie dla rowerzystów i daje najwięcej frajdy. Jeśli nie chcecie zostawiać go na deser, wyruszcie na trasę spod boiska w Obiszowie, jadąc pod prąd, pojawi się wtedy jako pierwszy. Inne ciekawe momenty to sekcja stromych wąwozów koło Kurowa Małego (wjeżdżamy w nią po przekroczeniu szosy), całkiem przyjemnie jest też w wąwozie Jaryły.

Wbrew nazwie „bike park” jest po prostu dobrą, urozmaiconą trasą maratońską. Krótkie podjazdy wytrenowanym zawodnikom pozwalają pojechać dynamicznie, a niewytrenowanym dają pewność ukończenia całej trasy. Według nas to przede wszystkim idealny teren treningowy, ale w pełni nadaje się też na rodzinną wycieczkę. Jej największe zalety to zmienność terenu i dobre oznakowanie, pozwalające trzymać dobry flow bez niepotrzebnego zwalniania. Technicznie trasa nie jest wymagająca, wystarczy umiejętność przejeżdżania przez śliskie korzenie i trzymania toru jazdy na wąskich odcinkach (w niektórych wąwozach można trafić na głębokie koleiny). Nie ma specyficznych wymagań sprzętowych, ale na pewno najlepiej poczują się tam właściciele twentyninerów (oni się w zasadzie wszędzie dobrze czują). Krajobrazy głównie leśne (liściaste), ale jest kilka momentów, w których otwiera się ładny widok na okolicę lub urozmaicenia w postaci małych jeziorek i grobli.

W Obiszowie nie ma specjalnej bazy turystycznej, nie widzieliśmy miejsc noclegowych ani barów czy restauracji. Pod tym kątem trzeba przygotować się we własnym zakresie. Blisko stamtąd za to choćby do Głogowa (13 km), gdzie znajdziecie wszystko, co potrzebne po całym dniu jazdy.#

Merida 2013 i… 2014!

W lutym, na Majorce, już byliśmy pod wrażeniem prototypów modeli z sezonu 2013. Jesienią w Wiśle przetestowaliśmy wersje finalne. Kilka dni później nadeszła informacja, że na Sculturze będzie się ścigać protourowe Lampre. Trudno o lepsze podsumowanie wprowadzonych przez firmę udoskonaleń

Tekst: Grzegorz Radziwonowski, Zdjęcia: Michał Kuczyński

Oczywiście, dane techniczne są ważne, bo rama nowej Scultury (z dopiskiem SL) waży zaledwie 844 g (i to z zaciskiem sztycy), a zestaw z widelcem 1290 gramów. Tym samym rower w najwyższym wariancie teamowym, wyposażony w zestaw SRAM Red, tylko 6,5 kilograma. O wiele istotniejszy jest jednak fakt, jak całość jeździ. Ta maszyna bowiem od początku powstawała we współpracy z zawodnikami ze ścisłej światowej czołówki i pod wpływem ich uwag była modyfikowana. Stąd m.in. tak duża praca włożona w usztywnienie. Wystarczy zwrócić uwagę na przód roweru z potężną główką sterową, płynnie przechodzącą w trójkąt główny ramy, jak i na środek suportu, zgodny ze standardem BBB386EVO. Nie dość, że pozwala on użyć korb zgodnych z różnymi systemami łożysk i osadzonych na osiach o różnej grubości, to umożliwia też zastosowanie szerszych, sztywniejszych rur. Wyjątkowo oryginalnie wygląda przy tym tył roweru, z rurkami spłaszczonymi w poziomie, ale o ponadprzeciętnej szerokości!

Scultura SL prowadzi się zgodnie z oczekiwaniami, a raczej, chciałoby się powiedzieć, sama wyrywa do przodu. Rower od pierwszych metrów okazuje się zabójczo sztywny i zwrotny, wymagając przy tym pewnej ręki. Bardzo krótki tylny widelec (mieszczą się w nim akurat opony o szerokości 23 mm) transferuje moc niczym wał kardana, nie uginając się nawet na milimetr. Długi mostek w parze z kompaktową kierownicą pozwalają zająć korzystną do podjeżdżania pozycję. Na zjazdach za to konieczna jest koncentracja, bo rower bardzo lekko skręca.

Coś dla mas

Co, jeśli ktoś chciałby jeździć w sposób mniej wyostrzony i nie czuje się na siłach od razu zmierzyć ze sprzętem profi? Scultura dostępna jest także w wariantach prostszych, z serii Comp, które również sprawdziliśmy. Tu, poza oczywiście wyższą masą, dostrzec można wiele zalet przeniesionych bezpośrednio z najwyższej półki, z dominującym sztywnym przodem roweru – nie ma mowy, by pojechał w inną stronę, niż chcemy. Uspokojenie przy większych szybkościach zapewnia… dłuższy tył, konkretnie rzecz biorąc o 8 mm, które dodano do 400, jakie mamy w Sculturze SL. Tym samym rower opanować jest zdecydowanie łatwiej.

I w tym momencie można by zamknąć opis najciekawszych nowości z kolekcji 2013, gdyby nie fakt, że kryje się wśród nich prawdziwa perełka, a raczej rower jakby stworzony z myślą o fanach jazdy szosą, ale niespecjalnie tęskniących do zawodniczego pochylania pleców. Nie sposób nie przyznać, że znakomita większość amatorów jeździ w tzw. górnym chwycie, w pogardzie mając dół klasycznego kolarskiego „baranka”. To dla nich znalazł się w kolekcji Speeder Carbon, którego najwyższą wersję T5 przetestowaliśmy. Wnioski? Dlaczego przeciętne rowery szosowe nie hamują tak łatwo! Wystarczyło użyć zminiaturyzowanych hamulców V i prostej kierownicy, by poprawić kontrolę prędkości. Rower nadal przemieszcza się bardzo szybko i w niczym nie przypomina ciężkich i nudnych rowerów crossowych.

Wielki wjazd w teren

Merida swoje doświadczenia w MTB, związane z konstrukcją karbonowego hardtaila O.Nine, zgrabnie przetransferowała na modele na większych kołach i w ten sposób powstał Big.Nine Carbon, czyli twentyniner do ścigania. Kolejnym etapem było stworzenie wersji aluminiowej, czyli modelu Big.Nine. Najwyższą jego wersję – TFS XT-Edition – przetestowaliśmy na szlakach w okolicach Wisły, zahaczając o trasy, na których jeżdżą m.in. uczniowie Marka Galińskiego, jak i bracia Brzózkowie. W tego typu warunkach ujawniają się wszystkie zalety wielkich kół, uspokajających rower wtedy, gdy szlak robi się wymagający. Ruchome głazy, tak często spotykane w okolicy, wymagają uwagi tylko wtedy, gdy przekraczają 30 cm, inaczej można je zupełnie zignorować. Big.Nine w wersji aluminiowej to sprzęt wyważony, o dobrych proporcjach, bez przesuwania charakterystyki prowadzenia w stronę nadmiernie turystyczną. Zgrabna rama rośnie wraz z rozmiarami. Warto zwrócić uwagę na wygięcie jej rury dolnej, sprawiające, że wygląda lekko. Może podobać się dzięki detalom, takim jak tylne widełki o giętych profilach czy… mocowanie do stopki. Możliwy pozostaje i start w maratonie, i używanie na co dzień. W testowanym wariancie rower przekraczał 12 kg, ale nie miał też żadnych słabych punktów. Zdecydowanie osprzęt dobierano pod kątem wytrzymałości, choćby uniwersalne opony CrossMark Maxxisa.

Poprzeczka coraz wyżej

Pod nieobecność wariantów fulla na kołach 29 z karbonową ramą (już nie możemy się go doczekać!) przetestowaliśmy wersję seryjną Big Ninety.Nine, której prototyp wzięliśmy na przejażdżkę w lutym. Nie da się ukryć, że wówczas był to nasz faworyt wśród nowości. Kolejny test tylko te wrażenia potwierdził – 100 mm skoku, w parze z zawieszeniem M.O.R.E, konsekwentnie krzyczy o więcej przeszkód i gór do zjechania. Osie sztywne z przodu i z tyłu, jak i możliwość zblokowania obu amortyzatorów (tył manetką), to gwarancja sztywności w absolutnie każdym momencie. Różnica między Big.Nine a Big Ninety.Nine jest taka, że na tym drugim na tych samych przeszkodach aż chce się jeszcze dokręcać! I tylko pod górę chciałoby się, żeby rower był lżejszy, tu dopiero karbonowa rama pozwoli przeskoczyć umowną granicę 12 kg, gdy full przestaje ciążyć. Poza tym jest to rower dopracowany pod każdym względem, od szerokości kierownicy począwszy, na seryjnym mocowaniu hamulca Post Mount z tyłu skończywszy.

27,5!

W tym sezonie najwięcej zamieszania zrobił „nowy”, pośredni rozmiar kół, nazwany 27,5 cala (albo inaczej 650B), który ma łączyć w sobie zalety kół 26 i 29 cali. Udało nam się zrobić pierwszy test modelu ramy, która ma się znaleźć w sprzedaży dopiero w sezonie 2014, ale została przygotowana z myślą o takich kołach! Oczywiście, trudno na podstawie testu prototypu mówić coś o produkcie finalnym, ale cieszy fakt, że Merida bardzo szybko zareagowała na nowy trend, w dodatku przygotowując ramę z serii Matts, a więc alumniową. O tym, czy 27,5 się przyjmie, zdecyduje właśnie masowość, a taka rama pozwala myśleć o zbudowaniu roweru taniego, w dużej mierze opartego na popularnych komponentach. Rower, na którym jeździliśmy, był złożony dokładnie w ten sposób. Jesteśmy przekonani, że na taki produkt czeka wiele osób, które chciałyby osobiście zmierzyć się z 27,5 cala!#

Marek Dobrowolski, Merida Polska

MR: Przyjechaliśmy, żeby pojeździć na rowerach 2013, a tu niespodzianka – model na kołach 27,5! Jak do tego doszło?

MD: Dosłownie kilka dni temu dostaliśmy dwie ramy testowe i praktycznie natychmiast złożyliśmy pierwszy rower, by od razu zbierać doświadczenia. Każdy chce się przejechać!

Nie było problemu z dostępnością komponentów?

Relatywnie łatwo było z kołami, bo np. Maxxis już ma odpowiedni model opon, trudniej było z widelcem. Na razie jest to wersja 29.

Wrażenia z jazdy?

Zrobiliśmy eksperyment i tę samą trasę w górach objeżdżaliśmy na rowerach z różnymi kołami, w tym 27,5. To chyba najlepszy sposób przekonania się, co sprzęt potrafi. Przeszkadzał trochę długi widelec, ale i tak dało się zauważyć, że rower dobrze podjeżdża, na zjazdach zaś pojawiła się większa stabilność. To przekonało największych niedowiarków!

Dla kogo ma być przeznaczony ten rower?

Dla tych, dla których z racji wzrostu koła 29 stają się problematyczne; 27,5 będzie lepszym rozwiązaniem.

Dać sobie w kość

Dariusz Batek wrócił w tym roku do kolarstwa górskiego. Próbował wywalczyć kwalifikację olimpijską. Wygrał Puchar Polski w maratonach MTB, został również mistrzem kraju w tej konkurencji. Krótka przesiadka na górala nie zmienia jego aspiracji do wygrywania wyścigów szosowych. Jak wieść niesie, jest obecnie najdroższym zawodnikiem MTB w Polsce. I chociaż Darek nam tego nie potwierdził, warto poczekać na przyszły sezon, w którym Batek być może odegra znów jedną z pierwszoplanowych ról w naszym kolarstwie

Tekst: Miłosz Sajnog, Zdjęcia: Zbyszek Kordys

MR: Wróciłeś w tym roku na trasy MTB z ambitnym zamiarem walki o nominację olimpijską i zostałeś ponoć najdroższym kolarzem MTB w Polsce?

DB: Jedno jest w tym pytaniu prawdziwe, że chciałem powalczyć o nominację olimpijską, bo uważałem, że mam na to szansę. Zwłaszcza że ustalono faktycznie przejrzyste warunki dla mężczyzn, z których wynikało, że liczy się aktualne miejsce w Pucharze Świata orz rankingu UCI. Ale już na początku pojawiły się duże problemy i ten cel nie został osiągnięty.

Powiedziałeś w jednym z wywiadów, że MTB strasznie się zmieniło w ciągu dwóch ostatnich lat.

Tak, zmieniły się trasy wyścigów, stały się krótsze i bardziej techniczne. Wyścigi są bardziej skondensowane, zagęściło się więc również w czasach uzyskiwanych przez zawodników. Na pierwszy Puchar Świata pojechałem do RPA, gdzie była trasa o trudności dla mnie maksymalnej. Na tak trudnej jeszcze się nie ścigałem, w skali od jeden do dziesięciu daję jej dziesięć. Nawet Marek Galiński powiedział, że to była wyjątkowo trudna trasa. Już po tym debiucie wiedziałem, że będzie ciężko. Dodatkowo startowałem gdzieś z pozycji 110., spiker wyczytał mnie chyba trzeciego od końca. A i tak miałem tylko jeden upadek i byłem na mecie poza sześćdziesiątką. Więc nie było tak źle jak na pierwszy start po dwóch latach. Inna sprawa, że kiedyś traciłem do pierwszego dwanaście minut i byłem na mecie w pięćdziesiątce, a tam straciłem dziesięć i byłem poza pięćdziesiątką. To świadczy o dużym podniesieniu się poziomu.

Ale w Polsce wystartowałeś w maratonach i wygrałeś i Mistrzostwo Polski, i Puchar Polski, i wszyscy powiedzieli, że Batek wrócił do maratonów.

To był plan rezerwowy, który robiłem po to, żeby sezon nie był tak do końca stracony. Kiedy okazało się, że w XC raczej na Igrzyska nie pojadę, stwierdziłem, że czas powalczyć w maratonach. To był strzał w dziesiątkę i faktycznie tutaj osiągnąłem zamierzone cele. Wszyscy byli zadowoleni z moich startów, zwłaszcza kierownictwo Grupy CCC Polsat Polkowice i główny sponsor. Ale nie sądzę, żeby był to dłuższy mariaż. Po prostu startowałem tam, gdzie mogłem.

A może sukces wynikał z tego, że wyścigi nie były ciężkimi górskimi maratonami i nie jeżdżą w nich wcale najlepsi maratończycy, którzy wybierają inne cykle?

Nie patrzę na to. Wiem, że są maratony Grabka czy Golonki, wiem, że są bardziej górskie, może cięższe, może nie. Dla mnie jako kolarza zawodowego liczą się inne rzeczy niż w przypadku amatorów. Po pierwsze, startuję tam, gdzie jest walka o stawkę, w tym wypadku Puchar Polski i Mistrzostwo Polski. Po drugie, jeżdżę tam, gdzie moja ekipa i sponsorzy widzą sens, a sens był największy pokazywać się na tych imprezach, które mają najsilniejsze media. Po trzecie w końcu, jeżdżę tam, gdzie są nagrody pieniężne, bo jestem zawodowcem. A zatem cykl Skandii był dla mnie optymalny. O pozostałych wypowiadać się nie będę, bo w nich nie startowałem.

Media to był duży atut Czesława Langa, w telewizji często było widać właśnie Ciebie w koszulce CCC. Czy to czasem nie było tak, że grupa nagle przypomniała sobie o Tobie, kiedy okazało się, że więcej w mediach maratończyków niż szosowców?

Pewnie trochę w tym racji. Szosa, zwłaszcza w Polsce, nie ma odpowiedniej pozycji w telewizji. Jak już, to prezentowana jest ProLiga, ale w nie najlepszym czasie antenowym. Tymczasem cykl Skandia miał bardzo dobrą oprawę telewizyjną i to również zostało docenione przez grupę. W każdym razie moje ambicje wygrania cyklu i mistrzostwa Polski nie zostały źle odebrane, a nawet dość przychylnie. W sumie chyba coraz więcej grup szosowych będzie się starało o jakąś reprezentację w maratonach, żeby pokazać sponsora również w tych wyścigach.

Tak szybko się z tego pytania nie wywiniesz. Najpierw chciałeś przejść na szosę, potem po dwóch latach wróciłeś do MTB. Zatoczyłeś koło na stałe?

Raczej nie. Dla mnie szosa zawsze była pewnym wyznacznikiem poziomu sportu i jest to królowa kolarstwa. MTB w odmianie XC w Polsce praktycznie umarło, były jakieś próby reaktywowania Pucharów Polski, ale nie sądzę, żeby to była próba na dłużej. A dla mnie ważny jest rozwój, chciałbym w końcu wygrywać wyścigi szosowe. Starty w MTB są łatwe o tyle, że przecież to była moja podstawowa konkurencja przez kilka ładnych lat. A łatwiej przechodzi się z kolarstwa górskiego na szosę niż w drugą stronę. Na pewno w przyszłym sezonie będę głównie startował na szosie, chociaż nie wykluczam startów w Pucharach Polski czy XC, może nawet będzie to przełaj. Ale i tak podstawą będzie szosa.

Twoja sytuacja w tym roku była dość szczególna. Z jednej strony byłeś w grupie CCC, która miała silny zespół MTB kobiet, prowadził go po części Marek Galiński, który jednocześnie był trenerem braci Brzózków, murowanych typów na Igrzyska. Ty byłeś w szosowym CCC, a jednocześnie starałeś się o nominację na olimpiadę w MTB… Strasznie to było skomplikowane.

Nie aż tak, jak się wydaje. I nie miałem żadnych problemów z dogadywaniem się z Markiem Galińskim. On, po pierwsze, miał już luźniejszy kontakt z grupą JBG, tam pojawili się też indywidualni trenerzy. Swojego trenera miał również Marek Konwa, więc tu konkurencja była bardzo fair. Myślę, że Marek jednak wróci do ścigania się na poważnie w następnym sezonie i będzie to profesjonalnie robił jeszcze przez kilka lat.

Długo jeździłeś z trenerem Andrzejem Piątkiem. Jego zdaniem kwalifikacje i ich kryteria były niejasne. Ty mówisz, że jasne?

Dla mężczyzn było to jasno określone i tego się trzymałem. Kontrowersje dotyczyły głównie kwalifikacji kobiet, a ja już wtedy nie byłem w grupie i na ten temat nie chcę się wypowiadać. O moim braku kwalifikacji zadecydowało to, że nie miałem raczej szans spełnić warunków, a nie zawiłość kryteriów. Cieszę się jednak, że dostałem szansę od głównego sponsora grupy i spróbowałem.

A temat kobiecych kwalifikacji jakoś odbił się wewnątrz szosowego CCC?

Nie mogę tego skomentować, bo specjalnie nie śledziłem wydarzeń. Znam temat, bo każdy go zna, zaistniał w mediach, natomiast komentowanie tego w moim przypadku mija się z celem.

Jeździłeś długo w grupie Andrzeja Piątka i nie masz na ten temat wyrobionej opinii?

W grupie Andrzeja Piątka przeżyłem chyba najlepsze kolarskie lata, bo był to okres pełen sukcesów osobistych i grupowych. Wicemistrzostwo świata w sztafecie, mistrzostwo Polski młodzieżowców MTB, górskie MP na szosie… Mogę tak wymieniać. Mam dobre relacje z Andrzejem Piątkiem, chociaż czasami gdzieś tam nie rozumieliśmy się do końca, ale to były normalne relacje na linii trener – zawodnik. Andrzej Piątek nic mi złego nie zrobił, a wiele mu zawdzięczam. Nie wiem więc, co mógłbym komentować, wszystko, co się tam działo, działo się poza mną.

No, to jak zmierzysz się z opinią, że Andrzej Piątek nie miał ręki do mężczyzn?

Mogę mówić o swoich sukcesach. Jak jeździłem u Andrzeja Piątka, na mistrzostwach świata byłem piąty, a niżej szesnastki nigdy nie spadłem. Na mistrzostwach Europy trzymałem się na podobnym poziomie. W drużynie byliśmy wicemistrzami świata. Natomiast kolarstwo męskie jest na wysokim poziomie i trudno tam o sukces. Wiem, że taka opinia mogła się pojawić, ale raczej ciężko poprzeć ją faktami.

Trafiłeś na szosę po rozpadzie grupy Halls. Czyj to był pomysł?

Jeszcze przez rok po rozpadzie Hallsów jeździłem w Silesii Rybnik, grupie, która właściwie mnie uratowała, bo rozpad teamu był dla mnie zaskoczeniem. Bardzo chciałem wtedy jeździć MTB, ale nigdzie nie można się było zatrzymać. A ja już miałem rodzinę, córka Zosia była w drodze. Potem okazało się, że jest szansa przejść na szosę do CCC i postanowiłem z tej okazji skorzystać.

Jest wielu zawodników, którzy przeszli na szosę z MTB, jak to było w Twoim przypadku? Jak rozumiem, kiedy nie było szans w MTB, postanowiłeś przejść na szosę?

Przede wszystkim szosa nie była mi obca. Jeździłem i startowałem jako młodzieżowiec w wyścigach szosowych, osiągając tam sporo sukcesów. Wygrywałem górskie mistrzostwa Polski, wygrywałem w Pucharach Polski. Jako junior wygrałem „Złote koło” w Dobczycach. Na szosie bardzo dobrze się czułem i cały czas miałem kontakt z wyścigami. Samo przejście do CCC załatwił mi Zbyszek Piątek, brat Andrzeja. Okazało się, że jest tam miejsce i on mnie skontaktował z Piotrem Wadeckim, który dał mi szansę i tak trafiłem do CCC.

Ciężko było przestawić się na ten typ ścigania?

Jeżeli chodzi o treningi, faktycznie, okazało się, że są inne i trenowanie mocno różni się od tego z MTB. Ale nie było to dla mnie aż tak trudne. Po prostu musiałem poznać specyfikę, która faktycznie istnieje.

Z tego, co mówisz, wynika, że liczy się dla Ciebie startowanie w ważnych wyścigach.

Nie tyle w ważnych, ile w ogóle liczy się startowanie w wyścigach. Poziom tych mniej znanych wyścigów zależy wyłącznie od zawodników. Jak chcą, żeby był mocny wyścig, to taki się odbędzie. I można faktycznie dać sobie w kość. Dla mnie ważne jest regularne startowanie i bycie w pierwszym lub jak najbliżej pierwszego składu.

Jakie było Twoje miejsce w grupie szosowej i jakie masz plany związane z szosą?

Myślę, że jestem dobrym zawodnikiem w terenie różnorodnym, z pagórkami. Jestem również dobrym pomocnikiem, zarówno na płaskim, jak i w górach. Ale nie mam mocno sprecyzowanych planów. Najpierw chciałbym zacząć wygrywać wyścigi, nawet te mniejsze, tak zwane ogórki, a potem sięgać po zwycięstwa w większych wyścigach. Myślę, że może wtedy pojawią się jakieś oferty, również z zagranicy.

Jesteś zawodowym kolarzem i podkreślasz to dość mocno. Kolarstwo ma sens jeszcze po tym, co się dzisiaj dzieje z tą dyscypliną?

Nie można generalizować, że sport jest brudny, że kolarstwo jest całe brudne. Czasami jak czytam takie opinie, śmiech mnie bierze. Dla mnie to jest faktycznie praca i staram się ją wykonywać najlepiej jak umiem. Przypadki dopingu zdarzają się w każdej dyscyplinie i pewnie szybko się to nie zmieni. O kolarstwie natomiast od ciemnej strony, nie wiadomo czemu, mówi się najwięcej.

Przemawia przez Ciebie duża doza optymizmu, chociaż nastroje w peletonie raczej nie są zbyt optymistyczne.

Dla mnie przełomowym momentem był wypadek mojego ojca, który zginął dwa lata temu. Był dla mnie bardzo dużą podporą, jeżeli chodzi o kolarstwo oraz życie osobiste, i jemu zawdzięczam to miejsce, w którym jestem obecnie. Kiedy odszedł, miałem bardzo trudny czas, ale wiem dzisiaj, co to są poważne problemy i co jest w życiu ważne. Na pewno nie są to pieniądze, samochody i tak dalej. Po drugie, znam swoją wartość i wiem, z czego się bierze. Nie jestem zatem osobą, która przejmuje się rzeczami mało ważnymi.

Co jest zatem na liście Twoich priorytetów, powiedzmy, trzy pierwsze pozycje?

Na pierwszym miejscu jest rodzina, to wszystko co mam. Na pewno najważniejsze są dla mnie córka Zosia i żona Monika. To osoby, z którymi chciałbym być. Nie wiem, co będę robił za rok czy dwa. Czy nadal będę jeździł na rowerze? Dlatego na pierwszym miejscu jest rodzina, na drugim, trzecim chyba już nic nie ma.

A czym jest firma „Bacior”, którą prowadzisz?

To jest obecnie forma współpracy między zawodnikiem a klubem, bo dzisiaj większość zawodników poza kontraktami prowadzi działalność i jako tacy wystawiają faktury i rachunki. Druga strona to fakt, że dzięki temu mogę prowadzić działalność trenerską czy konsultować innych zawodników. Tak na przykład współpracowałem z Silesią Rybnik, dzięki czemu wygrali na mistrzostwach Polski w drużynie.

Wyszedłeś z dość mocnej szkoły treningowej Andrzeja Piątka, sam mówiłeś, że pomagał Ci ojciec. Czy obecnie korzystasz z pomocy trenerskiej? Jest to dość popularne w kolarstwie amatorskim i w MTB, ale niezbyt chyba częste na szosie?

Trenowałem faktycznie według różnych metod, również z miernikiem mocy. Obecnie trenuję głównie na tętnie, łącząc to z doświadczeniem, jakie posiadam. Mam o tyle dobrze, że moja żona Monika jest po AWF, a obecnie studiuje fizjoterapię i jest bardzo na bieżąco z wszystkimi teoretycznymi zagadnieniami treningowymi. Razem staramy się przekładać wiedzę teoretyczną na praktykę. Żona jest moim konsultantem. To na jej barkach spoczywa odpowiedzialność za wyszukiwanie nowych metod czy trendów. Ona przeszukuje internet i znajduje nowinki. Na przykład w tym roku biegałem w ciągu sezonu, czego nie praktykowałem wcześniej, a okazało się, że daje to całkiem niezłe rezultaty. Pokazuję żonie moje odczyty, razem to oglądamy.

I co? Małżonka mówi: „oj, stary, masz cienkie wyniki, szlaban!”?

(śmiech) Na szczęście oboje jesteśmy w pełni profesjonalni. Jak coś robimy, to na sto procent. Ja na przykład poświęcam trenowaniu i startom wiele uwagi i jestem w tym poważny. Jeżeli czegoś się podejmuję, robię to najlepiej, jak tylko potrafię.

Jesteś sprzętowym fetyszystą?

Nie (śmiech)! Wiem, że jest to dość mocny prąd w MTB, żeby rower był jak najlżejszy. Dla mnie ważniejsze jest, aby rower był wytrzymały. To jest możliwe tylko kosztem wagi sprzętu i być może mój rower waży kilogram więcej niż innych, ale ja nie miałem w tym sezonie ani jednej awarii, ani defektu, który zabrałby mi zwycięstwo. Tymczasem inni zawodnicy mieli ich kilka. Na szosie jest natomiast limit wagi i można coś tam zrobić, ale to jeszcze kosmetyka.

A nie byłeś traktowany w grupie jak inny, obcy? Ten od maratonów, gwiazda mediów?

Nie było takich komentarzy, mówienia: jedziesz z tyłu, bo jesteś inny. Nikt mi raczej nie zazdrościł, nikt nie chciał przejść na MTB. Było to normalnie odbierane.

Grupa CCC wraca do dawnej drugiej dywizji. Jak się na to zapatrujesz?

Dla mnie to po prostu powrót do tego, co już było. Nie będzie to jakiś wielki przeskok, raczej powrót. Są wzmocnienia personalne, jest kilku nowych zawodników. Myślę, że paszport biologiczny nie będzie czymś nowym. Zejście do niższej klasy było raczej spowodowane tym, że Marczyński i Morajko otrzymali propozycję przejścia do ProTouru i nie było nikogo na to miejsce. Wtedy zapadła decyzja, żeby przejść na rok niżej. Teraz skład jest wzmocniony i wracamy do dużego ścigania.#