Mistrz czy kamikadze?

Strome podjazdy podczas wielkich wyścigów są zawsze w świetle fleszów. Ale gdzie podjeżdża się pod górę, tam też trzeba z niej zjechać i to brawurowo. Wszyscy profesjonaliści muszą potrafić jeździć szybko z góry, nie każdy jednak jest szalonym zjazdowcem. Savoldelli steruje swoją jeżdżącą maszyną aż po sam skraj szosy, lotem koszącym z Passo Campolongo w dół, do mety w Corvara i wygląda przy tym bardzo pewnie. Dosłownie wszystko tu gra: wyczucie odległości, opanowanie roweru, odwaga. Paolo Savoldelli zyskuje 15 s przewagi nad swym konkurentem Pietro Caucchioli tylko na pięciokilometrowym zjeździe o różnicy poziomów 320 m. Ten wydaje się stać w miejscu, gdy Savoldelli pędzi obok niego, aby zdobyć drugie miejsce 16. etapu Giro d’Italia 2000. Meksykaninowi Julio Perez Capio, który zwyciężył na tym etapie, Savoldelli odebrał na ostatnich dwóch zjazdach tego dnia aż 1:27min na pochyłościach o różnicy poziomów 957 m. Swoją umiejętnością odjeżdżania, którą podziwia wielu kolegów po fachu, Savoldelli położył podwalinę pod łączne zwycięstwo w Giro. Wygrał z przewagą 1:41 min nad Tylerem Hamiltonem. Przewaga czasowa Savoldelliego daje nam wyobrażenie, jakie są możliwości na zjazdach. Trzy do sześciu sekund na kilometr to w sporcie wyczynowym wielkość, z którą trzeba się liczyć, gdy mocniejszy zjeżdżający natyka się na słabszego przeciwnika. Christian Henn, kierownik sportowy w teamie Gerolsteiner, uważa, że możliwe jest nawet dziesięć sekund na kilometr, jeśli tylko droga jest wystarczająco kręta. Jako przykład podaje Mirko Celestino, który w wyścigu wiosennym na sześciu kilometrach zdobył ponad minutę przewagi nad wieloosobowym peletonem.

Pasjonująco i selektywnie

Zjazdy decydują o wyścigu, jednak najczęściej raczej w negatywnym sensie, jako selekcja. Można ewentualnie coś wygrać, gdy linia mety znajduje się w dolinie. Dużo więcej można przegrać. Dramatyczny upadek Joseba Beloki podczas Tour de France w 2003 roku, który pozbawił Hiszpana wszelkich szans, jest wzorcowym przykładem na to, jaki wpływ mają zjazdy na wyścig. Tylko w wyjątkowych przypadkach liderzy mogą tam wygrać (jak Savoldelli cenne sekundy podczas Giro), ale jednocześnie wszystko przegrać… Wyścig, zdrowie a w ekstremalnych przypadkach nawet życie, jak Fabio Casartelli w tragicznym upadku w 1995 podczas Col de Portret d’Aspet w Pirenejach. Gdy przy szybkości 80 do 100 km/h w razie wypadku nie ma niczego więcej między kolarzem a jezdnią niż cienka lycra, a droga prowadzi wzdłuż stromych ścian skalnych lub głębokich przepaści, jest to właściwie szaleństwo. Szaleństwo, które jest metodą i wzbogaca spektakl Tour de France, Giro d’Italia lub Vuelta a Espana o elementy „egzystencjalne”. Dodatkowy moment napięcia przy zjazdach, gdy nie wiadomo, czy wszyscy zjadą cali i zdrowi, daje widzom dreszczyk emocji. Jak odczuwają to zawodnicy? Fabian Wegmann, zdobywca koszulek z wielu etapów górskich, mówi o „kopniaku”, jaki dają zjazdy, ale jednocześnie o respekcie, który wzbudzają. „Kiedy jest sucho, sprawia mi to wiele przyjemności. Przykładowo pod koniec Giro, gdy wiedziałem, że na pewno mam koszulkę za etapy górskie” – opowiada Wegmann. „Gdy jest mokro, trochę się boję, a gdy dochodzi do 100 km/h i pojawiają się jeszcze zakręty, jest strasznie. Przecież zazwyczaj nie zna się tych odcinków. Gdy się zamknie zakręt, problemem jest zahamowanie rowerem do odpowiedniej prędkości”.

Strach jedzie z nami

Również we wspomnieniach wielu zawodników z czasów aktywności pobrzmiewa wyraźnie respekt przed szalonym szusowaniem. „Zawsze ogarniał mnie strach, gdy w finale jechało się z górki. Gdy pięciu, sześciu mężczyzn uciekło do przodu i trzeba było pozostać w grupie. Są kolarze, którzy podejmują pełne ryzyko, a wtedy trzeba podążać za nimi, czy się tego chce, czy nie”. Przydaje się wtedy własny, z pewnego dystansu, punkt widzenia w kwestii szalonego tempa przy jeździe z górki. „Bardziej się bałem zjazdów z ciągnącymi się długo zakrętami, po których jeździ się bardzo szybko. Dla mnie najlepsze było, gdy zjazd był wąski i dodatkowo jeszcze popadało. Gdy odcinek był techniczny, a nie szybki, miałem największą przewagę”. Duże ryzyko podejmują jednak przede wszystkim kolarze, którzy się odłączyli, ponieważ szybki downhill daje często jedyną możliwość, aby ponownie zdobyć kontakt z peletonem. I tak zdarza się, że nie na przedzie, lecz w środkowej części i na końcu rzeczywiście dodaje się gazu. W każdym razie na pierwszych zjazdach etapów górskich, gdy najpierw długie podjazdy silnie selekcjonują. W gruppetto, gdzie zbierają się „oderwani” (ci, co zostali na końcu) kolarze, aby razem powalczyć z limitem czasowym, pod górkę jedzie się raczej piano, a z górki fortissimo. W takich warunkach bardzo dziwne jest, że wypadki przy jeździe z góry są raczej w normie „i najczęściej są łagodne”, jak twierdzą specjaliści. „Zdarza się wprawdzie, że się ktoś poślizgnie, ale brutalne upadki są raczej na płaskich terenach, gdy dziesięciu facetów wjeżdża na siebie”. Wyjście bez szwanku z większości upadków na zjazdach w przełęczach mimo to zadziwia, nie tylko ze względu na niebezpieczne otoczenie z odbojnikami, kamieniami na poboczu i przepaściami, lecz przede wszystkim dlatego, że kolarze nie pędzą wyłącznie po asfalcie. Szczególnie w trzeciej części wyścigu często niebezpiecznie blisko przemykają obok pojazdów drużyny i towarzyszących motorów.

Sprinterzy to mogą

Jeden z powodów, dlaczego relatywnie mało się dzieje? Profesjonaliści, którzy muszą najszybciej pędzić z góry, są również tymi, którzy naprawdę to opanowali. „Większość sprinterów potrafi świetnie zjeżdżać” – sądzi Christian Henn. „Nie oznacza to, że kolarze górscy nie potrafią jeździć, ale kto potrafi w finale dobrze jechać i utrzymywać się, jeździ też dobrze z góry”. Obok Savoldelliego, który nie jest sprinterem, Hennowi przychodzi na myśl w peletonie przede wszystkim Robbie McEven jako utalentowany zjazdowiec. „McEwen tak doskonale opanował rower, że jego prawdziwa przewaga rośnie, gdy finisz jest kręty i śliski”. Fabian Wegmann jest pełen zachwytu dla Erika Zabela, „którego bardzo ciężko wyprzedzić podczas jazdy z górki”. Jakie napięcie tworzy się przy finałowym zjeździe, można było zaobserwować podczas ubiegłorocznego etapu Tour de France. Pięciu najlepszych tego dnia – Armstrong, Basso, Kloeden, Landis i Ullrich. Pod koniec morderczego „polowania na górę” wyraźnie się zgrali i razem przejechali ostatni zjazd. Lance Armstrong opowiadał, że na wzniesieniu przełęczy spytał swojego pomocnika – „Jak bardzo chcesz wygrać?” i od razu dodał – „Jak szybko potrafisz zjeżdżać?”. Landis chciał koniecznie wygrać, zaatakował i pokazał swoje dobre, techniczne umiejętności jako były kolarz górski z elity. Jan Ullrich jednak tak samo niepohamowanie dogonił go. A komu wobec takiej szaleńczej pogoni z górki nie pocą się dłonie, nigdy nie wchodzi na granicy przyczepności w zakręt. Sytuacja szybko się wyjaśniła, gdy Ullrich zostawił Landisa i grupa jechała znów razem.

Ryzyko jedzie z nami

To, że obok możliwości w grę wchodzą także pewna porcja odwagi i ryzyko, gdy chodzi o szaleńcze szusowanie, również za to ręczy Paolo Savoldelli. Włoch na początku 2003 roku, podczas treningu na zjeździe z Teide na Teneryfie, miał ciężki upadek i od tej pory nie może się już prawie rozruszać. Savoldelli zderzył się, zjeżdżając ze swojego pasa, z nadjeżdżającym z naprzeciwka samochodem. Miał dużo szczęścia w nieszczęściu – orzekł lekarz teamu T-Mobile, który widział ten wypadek. Wiele upadków na treningach profesjonalistów pokazuje wyraźnie, gdzie pojawia się właściwe ryzyko – w ruchu drogowym. Dlatego każdy, kto czerpie przyjemność z prędkości, nie powinien nigdy zapominać, że nie jest sam na drodze. Zjazdy powinno się traktować z respektem. Wtedy będzie to przyjemność bez skruchy. Obowiązuje to zarówno profesjonalistów, jak i hobbystów.


Daniel Becke o… taktyce

Daniel Becke z teamu Illes Balears musiał zrezygnować w ubiegłym roku z Tour de France po upadku na zjeździe z Col du Madeleine. Co przeważa na początku długiego zjazdu? Ulga, że ma się już za sobą męczarnie podjazdu, czy respekt przed tym, co teraz będzie? Mieszane uczucia, zwłaszcza gdy odjechało się od peletonu i gdy się wie, że istnieje możliwość zyskania czasu przy podjęciu pełnego ryzyka. Jaka była najwyższa prędkość, jaką osiągnąłeś podczas tegorocznego Tour? Wydaje mi się, że widziałem na prędkościomierzu 111 km/h. Prędkości powyżej 100 km/h zdarzają się w każdym razie. To zależy również od sytuacji. Gdy pojedynczy zawodnik z przodu sam zaczyna pokonywać zjazd, a pole za nim jest długie, może się zdarzyć, że człowiek, który jedzie sam, osiąga 90 km/h, ale następny jadący za nim w ciągu tworzonym przez pierwszego dochodzi do 100 km/h. Ciąg jest przy wysokich prędkościach tak ekstremalny, że na 100 m można podskoczyć o 20 lub 30 pozycji. Czy kolarze podczas jazdy z góry zamieniają się miejscami, aby nie uderzyć w osobę jadącą na przedzie? To się zdarza. Jadący na przedzie jest ciągle wyprzedzany przez drugiego, trzeciego i czwartego. To narzuca tempo. Kolarze, którzy doczepiają się z tyłu, sprawiają, że ci z przodu są szybsi. Koniec wiru jest przesunięty na sam koniec grupy, dzięki czemu opór na pierwszym zawodniku zmniejsza się. Kolarz na początku peletonu jedzie dlatego szybciej niż ten, który jedzie samotnie. Czy jest jakiś ustalony porządek przy zjazdach? Na pierwszych dziesięciu pozycjach jedzie zazwyczaj drużyna, która nadaje ton. Wtedy też nie wyprzedza się. Gdy jedzie się rzeczywiście w rzędzie, nie ma sensu wyprzedzanie. Co sądzisz o atakach przy zjazdach? Jest to ewentualnie możliwe, gdy na końcu zjazdu jest meta. Ataki na zjazdach są jednak raczej potępiane. To coś dla uczniów lub młodzieży, profesjonaliści nie zdobywają w ten sposób punktów.

Fabian Wegmann o… ryzyku

Zawodnik teamu Gerolsteiner, Fabian Wegmann, od 2002 roku profesjonalista. W 2004 mógł po raz pierwszy wziąć udział w Giro i Tour. Czy boisz się lub czujesz respekt przed zjazdami? Respekt tak, ale nie boję się. Kiedy się raz odważysz, jest to jak mały szok, uderzenie adrenaliny. Ale gdy w kolarstwie przychodzi strach, powinno się przestać. Jaka była twoja najgorsza sytuacja podczas jazdy w dół? To było jeszcze za czasów, gdy byłem juniorem. Prześliznąłem się po odbojniku, a potem jeszcze w dół po zboczu. Minął z pewnością rok, zanim znów się odważyłem rzeczywiście szybko zjeżdżać w dół. Jakie zakręty wolisz, w lewo czy w prawo? Lepiej jeździ mi się w lewo. Nie mam pojęcia, od czego to zależy, ale w lewo idzie mi dużo lepiej. Co jest największym ryzykiem podczas zjazdów w dół? Usterki przy dużej prędkości. Kiedyś przy jakiś 70 km/h pękła mi opona. W samą porę udało mi się wtedy zmniejszyć szybkość przed następnym zakrętem. W takiej sytuacji szytki mają tę przewagę, że nie spadają z obręczy. Jaką rolę odgrywa materiał? Rowery wyścigowe muszą być sztywne. Na odpowiednio sztywnym rowerze można bardziej bezpośrednio wejść w zakręt. A jak jest z kołami wyścigowymi z karbonu, czy nie hamują gorzej? Jeżdżę na nich bardzo chętnie. Można późno i ostro hamować, oczywiście ze specjalną okładziną hamulca. Tylko gdy jest mokro, nie są fajne. Z jaką największą prędkością, jak dotąd, jechałeś z góry? Podczas Giro w ubiegłym roku na liczniku miałem 105 lub 106.

Christian Henn o… możliwościach

Christian Henn jeździł do 1999 jako profesjonalista w teamie Telekom, dziś jest kierownikiem sportowym w teamie Gerolsteiner. Czy są u profesjonalistów różnice w sztuce pokonywania zjazdów? Bardzo duże. Są ludzie, którzy po prostu nie zjeżdżają w dół. Kto potrafi to robić najlepiej? Sprinterzy lub ludzie, którzy potrafią się dobrze poruszać w finale. Robbie McEwen jest dobrym przykładem lub Erik Zabel. Powinno się zjeżdżać samemu, czy lepiej robić to w grupie? Większości kolarzy wychodzi to lepiej, gdy jadą w grupie. Widzi się, jak skręca poprzednik, po jakiej linii jedzie i można się w ten sposób trochę zorientować. Czy zdarzają się także zawalidrogi na trasie? Oczywiście, że tak. Ale strach przed upadkiem jest mniejszy niż przed rozerwaniem peletonu, gdy kolarz jedzie wolniej na zakrętach. Zatkanie dziur zabiera później bardzo dużo sił. Oznacza to zatem konieczność jak najszybszego minięcia ich na zjeździe. Są spychani na koniec. To nie jest dla nich przyjemne, ale w końcu sami wiedzą, czego nie potrafią. Czy był zjazd, który sprawiał Ci rzeczywiście przyjemność? Miałem takie raczej na treningach. Na przykład przełęcz Bernina prowadząca w dół do St. Moritz. Są tam długie, proste odcinki. Raz był taki wiatr wiejący od tyłu, że jadąc samotnie, miałem 109 km/h. Czy zjazdy można trenować? Jasne. Najlepiej wcześnie zacząć. Wówczas ma się to bardziej we krwi, niż gdy w wieku 20 lat przychodzi się z innego rodzaju sportu. Bywa tak, gdy się przychodzi z kolarstwa górskiego. Wtedy ma się to tak czy inaczej we krwi. Również przejażdżki po górach pomagają. Później spostrzega się podczas treningów, jak coraz bardziej pewnie i płynnie zjeżdża się w dół. Niekoniecznie szybciej, ale lepiej.

top 3

Czytaj więcej

Jeździj jak zawodowcy i zabezpiecz swój telefon na rowerze – uchwyt do telefonu na rower marki RokForm

Czytaj więcej

Filmy

Wybór redakcji

Czytaj więcej

Jeździj jak zawodowcy i zabezpiecz swój telefon na rowerze – uchwyt do telefonu na rower marki RokForm

Czytaj więcej
comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach