Po zjeździe

Nie ma Pucharu Polski, bo wycofał się sponsor. Nie ma zawodów kategorii E1, bo za późno wysłano faks. Mistrzostwa Polski w Zjeździe będą, ale termin jest na razie nieznany. Polska scena DH przeżyła w ciągu roku wstrząs. Teraz czeka nas reanimacja trupa. „W tej chwili startujemy poza Polską. Głównie na Słowacji i w Czechach. Jeździmy też do Niemiec i dalej, np. do Chorwacji. W Polsce brak w tej chwili dobrych, dużych zawodów. Wystartujemy na Wierchomli w Mistrzostwach Małopolski i pewnie na Mistrzostwach Polski w Ustrzykach Dolnych” – powiedział Szymon „Siara” Syrzistie, pierwszy Mistrz Polski w downhillu. Czołówka polskich zawodników nie ma szczęścia. W tym sezonie nie jest rozgrywany Puchar Polski DH. Dlatego nasi czołowi zawodnicy zmuszeni zostali do emigracji i z powodzeniem startują w innych krajach. Tymczasem na rodzimym podwórku scena DH ma się dobrze jak nigdy dotąd. Na zawodach dla amatorów liczba chętnych przekracza możliwości organizatorów. „Taka tendencja jest obecnie obowiązująca w całej Europie. Na starcie melduje się około pięćdziesięciu licencjonowanych zawodników, a dużo więcej startuje w kategorii ÇhobbyČ, traktując ten sport jak zabawę” – dodaje Siara. „Mam mieszane uczucia, kiedy moi zawodnicy startują w zawodach nielicencjonowanych. Tam czasami nie wiadomo ani kto jest faktycznym organizatorem, ani jakie są warunki ubezpieczenia. A przecież dla teamów liczy się również poziom organizacji imprez” – mówi Piotr Czarnecki, menager RMF FM Mountain Dew MTB Team. Jego zdaniem w Polsce brak jest obecnie fachowo zorganizowanych zawodów na wysokim poziomie. Jak dodaje Czarnecki, DH, jak każdy sport, potrzebuje dobrej oprawy i marketingowego podejścia. No i oczywiście odpowiedniej organizacji. „Jasne, że można puścić zawodników z górki w dół i mierzyć im stoperem czas, ale to nie o to chodzi. Mieliśmy w Polsce zawody E1. Downhill oraz 4X miał olbrzymią szansę na dalszy rozwój. W tej chwili robi się partyzantka” – dodaje.

Przyszłość to hobby

Najlepsze recenzje zebrały w tym roku zawody organizowane w Bełchatowie, na największej w Europie sztucznej górze. Ta miejscówka ma szansę stać się mekką polskiego zjazdu. Na zawody w centrum Polski przyjechało 150 zawodników i było to jedyne miejsce, w którym wystartowała cała polska czołówka. Liczącym się i właściwie jedynym cyklem są zawody Super Ligi. Te osiem imprez, będących miksem DH i 4X, organizują dwie osoby i, jak same przyznają na stronie internetowej, drobne wpadki mogą się zdarzyć. Co nie zmienia faktu, że na ostatniej edycji sklasyfikowano 120 zawodników. A zatem jest dla kogo zawody organizować i to nawet przy założeniu, że większość uczestników wystartuje w kategorii „hobby” i że mają oni wszelkie licencje głęboko… Pucharu Polski jednak nie ma. Przy okazji wywrócenia się tego cyklu powraca problem kadry Polski w kolarstwie grawitacyjnym. Już podczas Mistrzostw Europy zawodnicy głośno się zastanawiali, dlaczego są „dziećmi gorszego Boga” i nikt nie zwraca na nich uwagi. Teraz ci sami ludzie regularnie stają na europejskich pudłach, wygrywając z Czechami czy Słowakami. Dla działaczy jednak chyba nadal nie istnieją. Kadra grawitacyjna, zanim dobrze powstała, skończyła swój żywot.

Kadra na wygraniu

„Ooo, to była kiedyś taka kadra?” – żartują zjazdowcy, którzy mieli zaszczyt za własne pieniądze reprezentować nasz kraj. W tym roku nawet kwalifikacja najlepszych zawodników do imprez mistrzowskich stoi pod znakiem zapytania. Pozostaje kwalifikować najlepszych na podstawie Mistrzostw Polski. Te w zjeździe mają się odbyć w Bieszczadach, natomiast w 4X na torze w Szczawnie. To właśnie w Wałbrzychu mówiło się po ubiegłorocznych Mistrzostwach Europy o ściągnięciu do Polski Pucharu Świata. Mówiło się, bo teraz problemem może być odbudowanie Pucharu Polski. E1 jest już pieśnią przeszłości. „Kadra zjazdowa to w tej chwili wielka niewiadoma. Mamy zapewnienie PZKol, że możemy zostać przez związek zgłoszeni do imprez mistrzowskich. Całość kosztów mamy jednak pokryć sami. To ja chciałbym się dowiedzieć, dlaczego mamy jechać w koszulkach narodowych, a nie sponsorskich?” – zastanawia się głośno Czarnecki. W jego teamie znajduje się najlepszy polski junior, Mikołaj Wincenciak, który przebojem wdziera się do światowej czołówki. Pytanie o rozwój tego zawodnika pozostaje dziś otwarte, bo zależy bardziej od tego, jakie zawody będą organizowali Czesi i Słowacy, a nie my. „Jak mamy budować polskie teamy i szkolić zawodników, skoro żaden sponsor nie da kasy na zespół, który nie startuje w Polsce. Nie ma mediów, nie ma telewizji, nie ma gdzie prezentować sponsorów. Tendencja amatorska to jedno, brak pieniędzy na rozwój zawodników to drugie” – mówią menagerowie teamów. Głównym sponsorem polskich zjazdowców są w chwili obecnej albo rodzice, albo sklepy rowerowe i dystrybutorzy sprzętu. Dla nich rowerowa grawitacja to niezły biznes. Paranoją jednak jest to, że im więcej „ciężkich” rowerów sprzedaje się w sklepach, tym mniej dobrych imprez organizuje się dla ich nabywców.

A teraz BMX

Rok, w którym profi zjazdowcy przenieśli się za granicę Polski i nie trują już nikomu z działaczy, jest dobrym momentem, żeby rozpocząć kolejną polską premierę kabaretową. Tym razem Polska stawia na BMX. Nie byłoby w tym nic dziwnego, w końcu ta gałąź rowerowego świata rozkręca się nad Wisłą od dziesięciu lat. Problem w tym, że Komitet Olimpijski zamiast Vertu czy Dirtu, no może w ostateczności Flatu, na dyscyplinę olimpijską wybrał Racing. I było to przynajmniej dla naszego kraju zagranie co najmniej chamskie. Decyzja ta ma wszystkie znamiona antypolskiej zmowy, bowiem w naszym kraju do tej pory nie odnotowano żadnego zawodnika w tej dyscyplinie ani żadnej infrastruktury do jej uprawiania… Ale to nic. „Wyposażyliśmy zawodników w BMX i zmieniliśmy program treningowy, tak, aby wprowadzić elementy potrzebne w startach. Planujemy również wystartować w kilku zawodach w tym roku” – przewiduje Piotr Czarnecki. Jak sam przyznaje, ewentualna selekcja zawodników pod tym kątem wydaje się w tej chwili niemożliwa. Nie ma zawodów, nie ma nawet miejsca, gdzie mogłyby się odbyć. Starty na BMX-ach zapowiadają też zawodnicy teamu Specialized. Ponoć w kadrze BMX jest również dwóch trialowców… „Nie sądzę, żebyśmy w tym roku chociaż raz pojechali na zawody BMX. Nie ma sensu jechać do Czech czy na Słowację, jeżeli nie ma gdzie ćwiczyć ani ścigać się w Polsce. Koło BMX zrobiono wielkie halo w mediach, a tymczasem sprawa stoi. Nie powstał żaden tor!” – irytuje się Maciej Jodko z RMF. On i jego koledzy mają się ścigać właśnie w Racingu, ale jeszcze nikt nie zorganizował w Polsce żadnych zawodów. Jak na razie pierwsze starty w tej dyscyplinie ma za sobą „Diabeł” Koniuszewski, który odwiedził Czechów. Reszta przyszłych BMX-owców spokojnie czeka na polskie tory. Przy odrobinie „nie-szczęścia” nigdy nie powstaną. Nie stoi to oczywiście na przeszkodzie, żeby prezentować BMX jako kolejną polską specjalność. Zapomina się jednak o tym, że nasi zawodnicy spotkają się na igrzyskach z kimś pokroju Polca, który połowę sezonu ściga się w Europie, a połowę w Stanach na BMX. Oraz że nasi południowi sąsiedzi traktują ten sport jako świetny dla dzieci z podstawówki. Nic to, Polacy na BMX-ach zawojują świat. „Zjazdowcom w tym roku jest gorzej niż wcześniej. Chociaż freeride i zjazd niewątpliwie się rozwija, to jako dyscyplina sportowa sport ten przeżywa zastój” – mówią zawodnicy. O polskich zawodach nie chcą się obecnie wypowiadać. Przestali na nie jeździć.

top 3

Czytaj więcej

Jeździj jak zawodowcy i zabezpiecz swój telefon na rowerze – uchwyt do telefonu na rower marki RokForm

Czytaj więcej

Filmy

Wybór redakcji

Czytaj więcej

Jeździj jak zawodowcy i zabezpiecz swój telefon na rowerze – uchwyt do telefonu na rower marki RokForm

Czytaj więcej
comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach