Thomas Frischknecht – spóźniony mistrz

Lepiej późno niż wcale

Thomas Frischknecht należy do pierwszej ligi legend kolarstwa, podobnie jak Ned Overend, John Tomac i Greg Herbold, z jedną różnicą, „Frischi”, mistrz świata w maratonie, jeździ wciąż na światowym poziomie. Ten 33-letni Szwajcar, syn odnoszącego sukcesy zawodowego kolarza, już w wieku 18 lat zdobył złoto w crossowych mistrzostwach świata juniorów, a w 1990 przesiadł się na rower górski. Pierwsze laury zdobył jako konkurent Tomaca w USA. „Frischi” wywalczył 13 medali w mistrzostwach świata, 11 tytułów w Szwajcarii i srebro na Igrzyskach Olimpijskich w Atlancie. Jest autorem książek, fachowcem w sprawach marketingu i ojcem rodziny. Frischknecht razem z żoną Sibylle i trójką dzieci – Andri (9), Carmen (6) i Gina (3) – wiodą żywot przykładnej rodziny w miejscowości Feldbach nad Jeziorem Zurychskim. Dom na zboczu góry, własny kawałek lasu, jezioro za drzwiami, oldtimer VW Karman w garażu. Sielanka. Kolarstwo wyssałeś z mlekiem matki, to wiemy, ale dlaczego zdecydowałeś się właśnie na rower górski? To był przypadek. Pod koniec lat 80. odnosiłem sukcesy w kolarstwie crossowym i menadżer teamu Ritchey zaprosił mnie do USA. Myślał, że mogę też być dobry w kolarstwie górskim. Wówczas była to jednak tylko przygoda. Rowery górskie dopiero miały stać się popularne. Jako 20-latek bardzo chciałem wyjechać do Ameryki. Nie miałem wtedy pojęcia, czym właściwie jest kolarstwo górskie. Potem szybko odniosłem sukces i wygrałem mój drugi wyścig Norba z Overendem i TomacŐem. Później zdobyłem srebro w mistrzostwach świata. Po tym oczywiście zapaliłem się do tego sportu. Czy potrafisz sobie wyobrazić, że mógłbyś zostać zawodowym kolarzem szosowym? Gdy wracam myślą do przeszłości, zdaję sobie sprawę, że mogłem przejść na kolarstwo szosowe. Ale przeszkodzili mi w tym ludzie, którzy byli wokół mnie i myśleli tradycyjnie. Dzięki rowerom górskim w USA otworzył się dla mnie nowy świat. Byłem nieobciążony w nowej dyscyplinie, kolarze górscy fascynowali mnie i patrzyłem na ten sport z innego punktu widzenia. Czy z twoim talentem mógłbyś też wziąć udział w Tour de France? Myślę, że tak. Brałem udział w wielu wyścigach z Laurentem Dufaux lub Beatem Zbergiem. Cieszę się jednak, że nie poszedłem tamtą drogą. Powodem tego, że nie zacząłem jeździć w wyścigach szosowych, był dla mnie problem dopingu. Koledzy z dawnych czasów byli uwikłani w skandale. Jeżdżąc na rowerze górskim, pozostałem czysty. W przypadku szosy nie było pewne, czy mógłbym iść swoją drogą i podejmować własne decyzje. Jakie trzeba mieć uzdolnienia, żeby zostać zawodowcem? Talent odgrywa rolę decydującą. Ale na szczycie spotykasz już tylko ludzi z talentem, którzy optymalnie trenują i optymalnie się odżywiają. Wtedy o sukcesie decyduje głowa. Jakie Ty masz uzdolnienia? Z pewnością otrzymałem specjalną porcję talentu. Moją mocną stroną jest zdrowe nastawienie do sportu. Jak bardzo inteligentny musi być zawodowiec? To zależy od typu człowieka, czy pozwalasz sobą kierować, czy szukasz własnej drogi. Wcześnie zacząłem się sobie przyglądać, ale popełniłem też wiele błędów. Myślę, że np. Jan Ullrich ma lepiej. Nie musi myśleć zbyt wiele, robi to, co mu się mówi. Czy dzięki twojemu zawodowi zdobyłeś również uznanie społeczne? Jasne. Ale nie rośnie ono wyłącznie wraz z uzyskiwaniem wysokich rezultatów. Ludzie widzą, że od dłuższego czasu utrzymuję dobrą kondycję. W Szwajcarii zdobyłem już pewną pozycję. Czy ludzie poznają cię na ulicy? W Szwajcarii tak. Czy jesteś bohaterem narodowym? Nie, nie jestem bohaterem. Zna mnie wielu ludzi, ponieważ trwa to już dość długo. Ale nie jestem żadną gwiazdą. Nie wygrałem jak Roger Federer Wimbledonu, nie mam złota olimpijskiego. Ale ponieważ mam rodzinę, ludzie postrzegają mnie raczej jak jednego ze swoich. Jak należy zachowywać się w kontaktach ze sponsorami i prasą? Szczerze i otwarcie, musisz być taki, jakim zawsze jesteś. Nie da rady udawać przez tak długi czas. Mógłbym na przykład być „dziki” jak Shaun Palmer, ale jestem raczej normalny. Ludzie zaś wyczuwają, że nie jest to „wyreżyserowane”. Ile zarobiłeś, uprawiając ten sport? Tyle, że nie starczy mi na całe życie. Ale wiele stało się możliwe dzięki sportowi. Mogłem sobie kupić dom i nie jestem ograniczony finansowo. Nie mogę jednak spocząć na laurach. Czy uważasz, że zarabiasz odpowiednio do twoich osiągnięć? Tak, bardzo lubię to, co robię. Uważam za przywilej fakt, że w ogóle dostaję za to pieniądze! Ale jestem też wart pieniędzy, które dostaję. Ritchey, Oakley czy Swatch to moi sponsorzy od prawie 15 lat. Muszą być ze mnie zadowoleni. Jaki zawód wykonywałbyś, gdybyś nie był profesjonalnym kolarzem? Z wykształcenia jestem cieślą. Ale dzięki sportowi nauczyłem się tyle, że mógłbym dziś wykonywać zawód, który bardziej by mi pasował niż wyuczony. Znalazłem jednak to, do czego jestem stworzony: sport wyczynowy. Jak po tylu latach znajdujesz motywację do treningu? Nigdy nie potrzebowałem motywacji. Trening sprawia mi przyjemność, sezon jest zawsze interesujący. Spędzanie długich godzin na rowerze, wiosną, w Toskanii, wciąż mnie cieszy. Faktycznie, w środku ostatniego sezonu nie szło mi najlepiej. Z powodu wysokiego stężenia ozonu nie mogłem dojść do mojej formy. Trenowałem, mimo że nie miałem na to w ogóle ochoty. Wtedy pojechałem do Engadin, obozu treningowego. Było świetnie – przełęcze, natura. Dało mi to tyle energii! Często sam się dziwię, ile przyjemności sprawia mi trening po tylu latach. Koncentrowanie się na wyścigu to inna sprawa. Odczuwam już oczywiście bagaż lat, nie ma tego ognia co wcześniej. Czy przyszedł moment, aby zmienić dyscyplinę, na przykład na maraton? Niekoniecznie. Muszę teraz lepiej planować szczytowe punkty sezonu. Wcześniej byłem w świetnej formie od kwietnia do września. Teraz muszę skoncentrować się na poszczególnych celach, tych dających szansę realizacji. Natomiast jeśli chodzi o maraton, w przyszłości mógłby stać się jakąś opcją. Ale w 2004 przygotowuję się na całego do Aten. Jakie znaczenie ma dla ciebie tytuł mistrza świata w maratonie? Było to dla mnie najpiękniejsze zwycięstwo w karierze. Także dlatego, że ścigałem się przed własną publicznością i w tak wielkim wyścigu, a ledwo się udało. To inaczej niż w USA, gdy towarzyszy mi jedynie piątka moich ludzi. Jestem mocno związany z historią kolarstwa górskiego. Oczywiste było dla mnie, że muszę wziąć udział w pierwszych mistrzostwach świata w maratonie. A tytuł z maratonu nie ustępuje w żaden sposób tytułowi cross-country i bardzo dużo mi daje. Czy maraton rozwinie się w dyscyplinę sportu, którą uprawiać będą jedynie emeryci cross country? To nie jest takie proste. Myślę, że w kalendarzu pucharu świata nie powinno się rozdzielać maratonu od wyścigów cross country. Największe wyścigi na świecie powinny tworzyć puchar świata, nieistotne czy jest to maraton czy CC. Roc d’Azur powinien zaliczać się do Pucharu Świata, podobnie jak Maraton Salzkammergut. Przykładowo, 5 wyścigów CC i 3 maratony, o ile są to najważniejsze imprezy w roku. Tego chcą też Teamy – wystawić swoich zawodników tam, gdzie jest to najbardziej opłacalne. Jak musieliby się do tego przygotowywać kolarze? Każdy z najlepszych zawodników CC jest w stanie przejechać maraton bez specjalnego przygotowania. A specjaliści, jak Thomas Dietsch, znacznie podniosą swą sprawność, gdy będą mogli w długim wyścigu zmierzyć się z najlepszymi zawodnikami. Gdy dystans jest wystarczająco długi, Dietsch pokona każdego, nawet Meirhaeghe i Greena. Jak powinny wyglądać trasy maratonu? Nie trzeba ich dokładnie definiować. Nie chodzi tu jedynie o czas jazdy, ale także o stopień trudności. W Lugano czołowi sportowcy byli już po niecałych czterech godzinach całkowicie wykończeni. Po tak trudnej trasie nie można jechać sześciu godzin! Jaką rolę odgrywa rower? Decydujące w mistrzostwach świata w maratonie było, że mogłem optymalnie dostosować materiał. Wykorzystałem zaletę, że jest to moja ojczyzna. Czy Bart Brentjens i Thomas Dietsch byli pod względem materiału w gorszej sytuacji? Chyba tak. Dietsch nie miał wyboru, ponieważ firma Bianchi nie ma w ofercie dobrego fulla. Brentjens miał za to bardzo dobrego fulla, ale wybrał sztywny rower. Z mojego punktu widzenia podjął błędną decyzję. Czy to typowe, że kolarz wyczynowy zakłada tak wcześnie rodzinę? Nie, bardzo niezwykłe. Byłem w moim otoczeniu jedyny. Kiedy żona zaakceptowała twój wybór? Gdy się poznaliśmy, ona miała18, ja 19 lat. Wtedy uprawiałem już sport i po prostu nie miała wyjścia… Wrosła w to wszystko. Ile dni w roku jesteś poza domem? Maksymalnie zdarzyło się 200 dni. Ale wtedy Andri był jeszcze mały, można go było zabrać z sobą. Teraz jedynie 10 tygodni w roku jestem w rozjazdach. Jakie problemy partnerskie rodzą się przy takim trybie życia? Właściwie żadne. W pierwszym rzędzie jest to zasługa Sibylle, tego, że zaakceptowała mój sport. Ale właśnie ciągłe przyjeżdżanie i odjeżdżanie utrzymało nasz związek przy życiu. Nie potrafimy się na siebie długo boczyć. Teraz, gdy dzieci są starsze i częściej mnie potrzebują, jestem też częściej w domu Czy miałeś kiedyś obawy, że żona cię zostawi? Odczuwałem to, gdy pojawiały się problemy. Wtedy musiałem się zmienić, ale ona miała też dzięki temu swobodę. Bardzo ją szanuję za to, że wychowuje nasze dzieci. Zawsze miałem wrażenie, że na wszystkim się zna. Gdyby tak nie było, musiałbym się zmienić. Czy kiedykolwiek martwiłeś się, że jesteś złym ojcem? Nie. Z uwagi na mój zawód jestem wprawdzie często poza domem, ale nigdy dłużej niż dwa tygodnie. Gdy jestem w domu, mam więcej czasu dla mojej rodziny niż osoba pracująca zawodowo. Śniadanie, obiad, gdy dzieci wracają ze szkoły, jestem w domu! Czy jako świetny sportowiec miałeś kiedykolwiek problemy egzystencjalne? Zawsze miałem przeczucie, że sponsorzy nie zostawią mnie na lodzie. Obawiam się wprawdzie kontuzji, ale jedynie z powodu trwałych urazów, a nie z powodu pieniędzy. Tak jak z Tarek Rausuoli. Coś takiego może się przydarzyć każdemu z nas, nie musisz być ekstremalnym freeriderem. Przed tym mam dużo większy respekt niż przed sprawami finansowymi. Jeśli jutro nie będę mógł brać udziału w żadnym wyścigu, mam pięć innych pomysłów na pracę. Taką sytuację miałem już stosunkowo wcześnie. W Ritcheyu już po kilku latach mogłem przestać uprawiać sport i byłbym zatrudniony w firmie. Jakie znaczenie ma dla ciebie praca z młodym pokoleniem? Stosunkowo duże. Czuję ciążącą na sobie odpowiedzialność. Staram się jej sprostać z moim teamem Swisspower. Razem z nimi mogę stworzyć coś dla przyszłości, a także nauczyć się od zawodników czegoś o technice jazdy „góralem” i downhillu. Czerpię z kontaktów z młodzieżą tyle, ile oni z kontaktów ze mną. Czy myślisz, że sport wciąż będzie wywoływał tę samą fascynację w dzieciakach? Myślę, że tak. Przynajmniej w Szwajcarii dzieci są tak samo zachwycone sportem dziś jak my kiedyś. Czy inne dyscypliny będą wypierać jazdę na rowerze górskim? Nie. Jaki rodzaj kolarstwa wybrałbyś, gdybyś raz jeszcze był młody? Nadal cross country. Czy nęciłby cię freeride? Należałoby tu zdefiniować pojęcie „freeride”. Bycie zawodnikiem CC nie wyklucza uprawiania freeride’u. Jako zawodnik CC mogę sprawić, że hobby staje się moim zawodem. Jako freerider nie masz takiej możliwości. Chyba że w taki sposób jak Wade Simmons i ta mała grupka ekstremalnych freeriderów. Co sądzisz o ekstremalnych imprezach, takich jak „Red Bull Rampage”? Fajnie, że istnieje coś tak ekstremalnego. Ale gdy w Egadin robię z młodzieżą wycieczki na fullach, to jest również freeride. Szczególnie gdy nosimy spodenki z lycry i mamy ogolone nogi! Freeride jest szukaniem przyjemności, pokonywaniem długich zjazdów, ale to również wymaga pracy! Freeride z mojego punktu widzenia ma związek z wycieczkami i poruszaniem się po ekstremalnych terenach. A to potrafimy również my, kolarze CC, i nie trzeba mieć do tego długich włosów i tauaży. Czy potrafisz jeździć na tylnym kole lub skakać z progów? Nie, nie znam się na takich sprawach. Przegapiłem ten czas. Teraz, z moim fullem stałem się lepszy technicznie, ale te sztuczki są trudne do nauczenia, gdy masz ponad 30 lat. W tym nigdy nie dorównam młodzieży. Jakie uczucia miałeś po otrzymaniu spóźnionych laurów Mistrzostw Świata 1996? Całość zaszła dość daleko. Czuję się mistrzem świata. Tytuł nie był wprawdzie tak piękny, ale nie jest mniej wartościowy. Było to ciekawe doświadczenie życiowe. Wszystko co pozytywne i negatywne wcześniej czy później do ciebie wraca (francuski kolarz szosowy grupy Festina Jerome Chiotti został zdemaskowany w skandalu Tour de France w 1998 i przyznał się do stosowania dopingu. Tytuł Mistrza Świata z 1996 został mu odebrany – przyp. red.). Oczywiście, zawsze chciałem zostać mistrzem świata. Ale też nigdy nie było dla mnie problemem zajęcie drugiego miejsca. To też osiągnięcie i nie czułem się gorszy od zwycięzcy. Ja mam rodzinę i cudowne życie, z tego zawsze się cieszyłem. Zawsze byłem za sportem wolnym od dopingu. Nie szedłem na łatwiznę i podążając tą drogą rezygnowałem z takiego lub innego sukcesu. Czasem musiałem się nasłuchać od ludzi, że potrafię być „tylko” drugi. Nie mogłem na to odpowiedzieć: „Ok., zwycięzca był najprawdopodobniej na środkach dopingujących”. Czy było więcej kolarzy na środkach dopingujących? Od 1995 do Igrzysk Olimpijskich w 2000 była era EPO (Erythropoietin – efektywny środek dopingujący działający na wzrost wydajności). W 1996 byłem drugi na Olimpiadzie, w Pucharze Świata, w Mistrzostwach Świata, a w 1997 w Przełajowych Mistrzostwach Świata. Nie było żadną tajemnicą, że niektórzy wykorzystywali niemal wszystko, co było dostępne. W Mistrzostwach Świata byłem drugi po Chiottim, który wcześniej nigdy nie wygrał żadnego wyścigu, a jako kolarz szosowy pojawił się znikąd. Nie tylko ja miałem co do tego zastrzeżenia. Wtedy musiałem wysłuchiwać w mediach: „ten biedny facet nie może wygrać”. Nigdy nie postrzegałem się jednak jako przegrany, raczej jako zwycięzca, ale nigdy nie mogłem tego obwieścić. Poszedłem swoją drogą i dużo później zostałem nagrodzony tytułem Mistrza Świata 1996. Dlatego tytuł ten ma dla mnie symboliczny charakter. Czy możesz to wszystko udowodnić? Nie. Czy myślisz, że problem dopingu ma podobne rozmiary w kolarstwie górskim co w kolarstwie szosowym? Problem dopingu jest w pierwszym rzędzie związany z pieniędzmi. Pod koniec lat 90. był boom na kolarstwo górskie, pierwsze Igrzyska Olimpijskie, dzięki dużym zwycięstwom można było zarobić mnóstwo pieniędzy. W roku 2000 te same tytuły były już warte o połowę mniej. W związku z tym, że na rowerach górskich nie można zarobić tak dużo (najlepsi mają może 150 000 euro rocznie), problem zdecydowanie zmalał. Wówczas EPO było bardzo efektywne w działaniu i łatwe do zdobycia. Ale EPO było też bardzo drogie! Co znaczy drogie, jeśli jako zwycięzca mogłeś podpisać roczny kontrakt o wartości 400 000 dolarów? Ale epoka EPO minęła, odkąd można je wykryć. W kolarstwie szosowym zawsze stosowało się i będzie stosować doping, ale krąg ludzi robi się coraz węższy. Aby się tam dostać, potrzebna jest wykwalifikowana opieka naukowa i ogromne nakłady, które może sfinansować już chyba tylko profesjonalny team. Pojedynczy kolarz szosowy bez tej infrastruktury, nie może sobie po prostu pozwolić na doping, ponieważ zostanie zawieszony. Jak możesz udowodnić, że sam jesteś czysty? Nie mogę. Byłem tak samo mało pozytywny jak inni, zaś ci „nieczyści” nie byli poddawani testom. Nie musiałem jednak niczego udowadniać. Pewne rzeczy czujesz, zachowujesz dla siebie i podążasz dalej własną drogą. Stąd ta kampania antydopingowa w szwajcarskim teamie narodowym? Regularnie i dobrowolnie oddajemy krew i mocz do badania. Jeśli wyniki są od ponad dwóch lat stabilne, można wyjść z założenia, że nie jest to manipulacja. Dopiero teraz mam dowód na to, że jestem czysty! Czy miałeś kiedyś do czynienia ze środkami dopingowymi? Nigdy nikt mi niczego nie oferował. Nigdy nie miałem takiej możliwości. Musiałbym się za tym rozejrzeć. Wiem, że przeczy to wypowiedziom tych, którzy zawsze utrzymują, że dostali coś potajemnie. Jak daleko, jako profesjonalny kolarz, możesz przekraczać granice wyznaczone przez medycynę? Nie muszę. Najważniejsze to być zdrowym. Ale tu się to zaczyna. Idziesz do apteki i kupujesz środek na przeziębienie… Tak, definicja „dopingu” jest tematem samym w sobie. Co jest na liście, a co nie? Nie ma sprecyzowanej szarej strefy. Wielu bierze kreatynę lub L-karnitynę na zwiększenie wydajności. Piję kawę, która sprawia, że się rozbudzam: Czy to też jest doping? Podczas wyścigu bierze się żele energetyczne, aby utrzymać sprawność. Gdzie jest granica? Gdy jestem chory, idę do lekarza. W innych przypadkach nie pozwalam, by ktoś mi doradzał. Zatem sportowiec wyczynowy nie potrzebuje apteki? Dopóki jest zdrowy, nie! Jak się czujesz, gdy ścigasz się z kolarzami, o których mówi się, że ponoć nie są czyści? Wielokrotnie mówiłem, że ludzie, którzy pomagają sobie, by osiągnąć sukces, nie będą z tego długo korzystać. Często się to potwierdzało. Widziałem tuziny takich, co po dobrym roku byli wypaleni. Jako sportowiec nie możesz się ograniczać do chwilowej sytuacji, lecz musisz też widzieć, jak to oddziałuje na dłuższą metę. W mojej karierze pojawiało się wielu, którzy grali mi na nosie. Zwycięzcy ciągle się zmieniali, ale na drugim miejscu byłem zawsze ja. Jak środowisko obchodzi się z potencjalnymi grzesznikami, czy jest to temat tabu? Obchodzi się z nimi tak, że jest to dyskutowane. Gdy problem ociera się o prawdę, w obiegu zawsze pojawia się więcej plotek. Środowisko się tym zajmuje. Osoby, które często pojawiają się w plotkach, są wytykane palcami. Zawsze jest jeden lub dwóch kolarzy, którzy są w centrum zainteresowania. Jednak potępianie bez konkretnych dowodów też jest niebezpieczne i nie fair! Sukces osiągany w pojedynkę sprawia, że jesteś dziś podejrzany. Ale gdy widzę takich, których jedynym celem w życiu jest jazda na rowerze, nie potrafię ich już traktować poważnie. Zawsze zajmowałem jakieś stanowisko w życiu. Trzeba wiedzieć, że w naszym środowisku nie jest tak, że bez dopingu nie masz szans. Można wygrywać duże wyścigi, nie stosując dopingu. Interesujące, że niegdysiejsi „biorący” teraz są z pewnością czyści. Zauważyli, że środowisko źle o nich mówi i uwolnili się od tego. Mimo to nadal są w świetnej formie. Czy istnieje opatentowane rozwiązanie przeciw dopingowi? To wieczna walka, której nie można nigdy zaprzestać. Okazuje się, że sytuację można coraz lepiej opanowywać. Utopią jest jednak sąd, że walkę można będzie kiedyś wygrać… Wymień dwie osoby, które dokonały czegoś wielkiego. Tom Ritchey i Bono Vox Kogo chętnie zaprosiłbyś na fondue? Lance’a Armstronga. Typ zwycięzca czy dobry pokonany? Dobry pokonany. Single-Malt-Whisky czy Vino Rosso? Wino. Wycieczka narciarska czy Heli-Skiing? Heli-snowboard. Książka czy surfowanie po internecie? Internet. Kolarstwo kobiet znaczy dla ciebie… …niewiele. Kolarz wszechczasów: Ferdi Kübler. Start w nowym sezonie: przyjemność czy stres? Przyjemność. Kto myje twój rower? Mój wujek Werni. Kto u was odkurza? Nie wiem, gdzie jest odkurzacz! Sponsorzy to dla ciebie: przyjaciele czy biznes? Partnerzy. Tydzień bez rodziny oznacza dla ciebie… …tęsknotę. Wolne od treningu oznacza dla ciebie… …czas na coś ważniejszego. Koniec kariery osiągasz wtedy, gdy… …nie mogę wygrać żadnych wyścigów!

Dossier

Nazwisko: Thomas Frischknecht Przezwisko: Frischi Wiek: 34 lata (17.02.1970) Waga: 69 kilo Wzrost: 176 cm Team: Swisspower Osiągnięcia: Mistrz świata w maratonie 2003, 17 zwycięstw w Pucharze Świata, trzykrotny mistrz świata w klasyfikacji ogólnej, Mistrz świata CC 1996, srebrny medal na Igrzyskach Olimpijskich 1996, Mistrz Świata Vize 1990, 91, 92, 2001, dwunastokrotny mistrz Szwajcarii, łącznie ponad 200 zwycięstw Hobby: Własna winnica w Toskanii, jazda na snowboardzie, rodzina to więcej niż hobby! Sponsorzy: Swisspower, Scott, Odlo, Oakley, Ritchey Ulubiona lektura: mapy Ulubione filmy: westerny Ulubione auto: Porsche 356 Ulubione jedzenie: sushi, czerwone wino z Toskanii Strona internetowa: www.frischknecht.ch Trening: 15 do 20 godzin tygodniowo latem, 12 – 16 godzin zimą

top 3

Czytaj więcej

Jeździj jak zawodowcy i zabezpiecz swój telefon na rowerze – uchwyt do telefonu na rower marki RokForm

Czytaj więcej

Filmy

Wybór redakcji

Czytaj więcej

Jeździj jak zawodowcy i zabezpiecz swój telefon na rowerze – uchwyt do telefonu na rower marki RokForm

Czytaj więcej
comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach