W cieniu Babiej Góry Korbielów

Beskidy, Beskidy…

Ulubione góry na rowerowe wojaże. Gdy najbardziej znane miejsca wydają się być już za ciasne, za mało tajemnicze, wciąż wiele pozostaje do odkrycia. I choć można jeździć po nich bez końca, potrzeba penetrowania kolejnych tras jest nadal ogromna. Im okolica mniej znana rowerowym maniakom, tym lepiej i tym ciekawiej. Warto chociażby łudzić się, że jeszcze nikt tu nie szalał na dwóch kółkach, gdyż dreszczyk odkrywcy ubarwia wyprawę. Warstwice, przewyższenia… nie ma się czym martwić. Optymizm to bardzo przydatna cecha w planowaniu wojaży. Nie zawsze okazuje się uzasadniony, ale często pozwala przetrwać najgorsze. Beskid Żywiecki w części wschodniej zaczyna się od Grupy Pilska i ciągnie przez Grupę Mędralowej, Pasmo Babiogórskie, Pasmo Polic i Pasmo Podhalańskie aż do Rabki, czyli początku Gorców. Każdy ze wspomnianych szczytów liczy sobie powyżej 1000 m n.p.m., Babia Góra – 1725. Choć wysokości zdają się przyprawiać o szybsze bicie serca i zadyszkę, okolica nie jest aż tak nieprzyjazna. Większość szlaków prowadzi grzbietami bądź trawersami. Po pokonaniu pierwszego podjazdu przekonamy się, że teren, przyjemnie pofalowany, sprezentuje nam tu i ówdzie kilka ciekawych i trudnych miejsc. Techniczne podjazdy nie będą rzadkością, ale tym razem wykażemy się na z pozoru łatwiejszych odcinkach prowadzących trawersem wzdłuż grzbietu. Teren wydaje się nadawać nie tylko dla wielbicieli białego szaleństwa. Jedziemy!

Gastronomia i spanie

Korbielów i Jeleśnia na mapach wyglądają na wioski o wiele większe niż są w rzeczywistości. Jeśli ktoś wybiera się tam po raz pierwszy, może być lekko zaskoczony. Kilka domów i dosłownie „półtorej” ulicy. Wnioski nasuwają się same. Trzeba wcześniej zainteresować się rezerwacją, by potem nie martwić brakiem wolnych miejsc. My gościliśmy w kwaterze prywatnej, u państwa Krzesak na Beskidzkiej 128 (tel. 033 863 40 44). Właściciele zapewniają kilkanaście miejsc w pokojach dwu- do pięcioosobowych. Standard turystyczny, ceny przystępne. Można wykupić wyżywienie. Ponieważ w Korbielowie poza pizzerią i jedną kawiarnią nie ma gdzie zjeść, warto rozważyć wariant kanapkowy.

Kiedy się wybrać?

Najlepiej od razu po przeczytaniu tego numeru, a tak naprawdę, jak w całych Beskidach, można tu jeździć od maja do późnej jesieni. Wiele zależy od pogody. Sezon 2004 nie jest zbyt łaskawy, jeśli chodzi o aurę. Sporo deszczu i teren nawet po kilku dniach może być trochę rozmoknięty. Mimo to podczas naszego wyjazdu błota nie było zbyt dużo i zaliczyliśmy go do udanych.

Mapy

Proponujemy materiał przygotowany przez firmę Compass z Krakowa. Mapa bardzo dokładna, szczegółowa, z opisem odległości między charakterystycznymi punktami i sumą przewyższeń. Skala 1:50 000. Pętla wokół Koszarawej Ruszamy ze skrzyżowania w Korbielowie w stronę Jeleśni. Jedziemy drogą asfaltową w dół. Suniemy jak po sznurku, jednak warto przerwać tę sielankę i dokręcić dla rozgrzewki, ponieważ za chwilę czeka nas wspinaczka. Mijamy kolejne rozwidlenia drogi, czekając aż żółty szlak skręci w prawo. Skrzyżowanie, mały pawilon handlowy, odbijamy. Tu nareszcie kończy się asfalt i zaczyna ostry podjazd. Ponieważ nie było okazji do rozgrzewki, pierwsza wspinaczka wypada słabiutko. Po chwili zostawiamy na moment żółty szlak, by na prawie niewidocznej ścieżce uspokoić tętno. Wszystko wraca do normy, a my na szlak. Wspinamy się na Wierch Jabłonki, małą górkę, która w tym przypadku daje się we znaki. Z początku poruszamy się zarośniętą ścieżką, nieco błądząc i szukając oznaczeń. Następnie docieramy do szerokiej bitej drogi. Nie na długo. Po chwili skręcamy w lewo. Znów stromo. Wdrapaliśmy się na grzbiet Grupy Mędralowej. Przecinamy go i po chwili zjeżdżamy do wsi Przyborów. W miejscu, gdzie żółty szlak zaczyna prowadzić w dół, jest dość skomplikowane rozwidlenie. Warto dobrze się rozejrzeć i pojechać właściwą drogą. Pozostałe ścieżki nie gwarantują, że w całości dotrzemy na dół. We wsi pierwszy punkt zaopatrzeniowy, ale jeszcze chyba za wcześnie, by z niego korzystać. Przez chwilę poruszamy się asfaltową drogą. Przejeżdżamy przez most. Po prawej stronie widać kościółek. Tu należy porzucić szlak, skręcić w prawo i skorzystać z kamienistej drogi prowadzącej na najbliższe wzniesienie. Dalsza jazda żółtym, prędzej czy później, skończy się prowadzeniem, a nawet niesieniem roweru. Na polanie wracamy na szlak. Za nami piękna panorama okolicy z Pilskiem w tle. Teraz będziemy jechać grzbietem w stronę góry Łosek i „Chatki elektryków”, osłonięci drzewostanem, więc na widoki nie ma co liczyć. Odcinek do schroniska jest całkiem przyjemny. Pniemy się lekko pod górę. Teren dość wymagający, trzeba pokonywać splątane korzenie i żleby z kamieniami. Szczyt góry znajduje się na nieosłoniętej polanie, więc znów możemy cieszyć się widokami na Grupę Mendralowej (z lewej majaczącą w oddali Babią Górę, a z prawej Pilsko). Pełna panorama, przy dobrej pogodzie wygląda imponująco. Tymczasem trzeba kręcić dalej. Przed nami jeszcze wiele kilometrów do pokonania. Schronisko studenckie to niepozorna chatka. Gdyby nie fakt, iż obok niej przebiega żółty szlak, którym cały czas się poruszamy, trudno byłoby je odnaleźć. Bidony mamy jeszcze pełne, a czas nagli, więc nie korzystamy z gościnności i mkniemy dalej. Przed nami jeszcze odcinek przez las, a potem szybki zjazd do wsi Koszarawa. Tutaj pozostawiamy żółty szlak, skręcamy w lewo i asfaltem jedziemy dalej w poszukiwaniu zielonych oznaczeń. Przez najbliższych kilka kilometrów poruszać się będziemy asfaltową drogą. Na liczniku około 25 km, to jeszcze nawet nie półmetek. Zatrzymujemy się przy sklepie w stylu dawnego GS-u i siedząc nad jednym z wielu w tej okolicy strumieni posilamy się. To ostatnie zabudowania i ostatnia możliwość zaopatrzenia się w prowiant. Ruszamy dalej, tym bardziej, że nad nami zaczynają się gromadzić ciemne chmury. Czyżby miało lunąć? Oby nie. Przed chmurami uciec się raczej nie uda, ale na wszelki wypadek dokręcamy mocniej na asfalcie. Pojawia się zielony szlak, ale na razie nie będziemy korzystać z żadnych oznaczeń. Jedziemy do końca drogi i odbijamy w prawo. Równy asfalt powoli przechodzi w szuter, a droga zaczyna wznosić się coraz mocniej. Wszak kierujemy się na Jałowiec, jedną z wyższych gór w tej okolicy. Samego szczytu zdobywać nie będziemy, odbijamy w kierunku Przełęczy Suchej. Na niej warto się obejrzeć, bo za nami Hala Trzebuńska. Jedziemy, znów przez las. To stanowczo ogranicza podziwianie widoków, ale jednocześnie pozwala bardziej docenić te, które nagle wyłaniają się zza drzew. Od przełęczy poruszamy się żółtym szlakiem, po chwili zmieniamy go na zielony. Teren faluje, jedziemy szybko. Im bardziej zbliżamy się do przełęczy Klekociny, tym bardziej teren opada. Trzeba mocno trzymać kierownicę, jedziemy coraz szybciej. Rynny pozostawione przez spływającą wodę nie pozwalają rozpędzić się powyżej 55 km/h. W pewnym momencie wyjeżdżamy na ścianę Babiej Góry. Nie sposób się tu nie zatrzymać. Kolejna wspaniała panorama. W oddali, na przeciwległym zboczu, widać cieniutką ścieżkę wspinającą się po ścianie lasu. To tam za chwilę będziemy walczyć z grawitacją. Zaczynamy drugą część wycieczki, wydaje się, że trudniejszą. Najpierw podjazd na Magórkę. Na Hali Kamińskiego przesiadamy się na czarny szlak. Będziemy nim trawersować aż do Głuchaczki. Ten odcinek jest chyba najtrudniejszy, ale i najciekawszy zarazem. Będziemy poruszać się wąskimi kamienistymi ścieżkami, przeprawiać się przez strumienie i zwalone pnie drzew. Pełny freeride. Las wygląda tak, jak byśmy byli tu pierwszymi turystami od wielu lat. Dla bikera to po prostu bajka. Walcząc z trenem i własną słabością, docieramy bez strat do Pindelówki. W bidonach pusto, a tu nie ma nadziei na sklep. Na szczęście znaleźliśmy studnię, to nas uratowało. Dosiedliśmy swoich rumaków i pognaliśmy dalej czarnym szlakiem. Lekko błądząc, dotarliśmy do drogi. Teraz w lewo, pod górę. Jedziemy i jedziemy, a kilometrów nie ubywa. Co gorsza, znów pojawiają się chmury burzowe. To nas motywuje do lepszej organizacji i szybszej jazdy. Dokręcamy. Po kilku kilometrach mamy przymusowy postój. Wygięta przerzutka i brak jakichkolwiek oznaczeń. Robi się coraz później, a my nie mamy pojęcia, którędy jechać. Nie ma czasu ma próby. Zostawiamy rowery nad strumieniem i rozchodzimy się w różne strony. Czy jest tu gdzieś czarny szlak? Leżące tu i ówdzie drzewa sugerują, że oznaczenia zostały zwiezione na dół, razem ze ściętymi drzewami. Szkoda, że nikt nie namalował nowych… Na oko widać, że drzew nie wycięto wczoraj. Po dwóch kwadransach poszukiwań trafiamy na szlak. Jesteśmy pewni, że przed deszczem nie uciekniemy. Przez las i zarośniętą trawami ścieżkę docieramy do zabudowań. Nad nami coraz ciemniej i wzmaga się wiatr. Zastanawiamy się chwilę co robić. Dalsza jazda czarnym szlakiem nie wydaje się być dobrym pomysłem. Lepiej wracać do domu w strugach deszczu, jadąc asfaltem, niż grzęznąć w błocie. Odbijamy w prawo i asfaltem zjeżdżamy do znanej nam już wsi Koszarawa. Droga jest równa i szybko opada w dół. Wykręcam 78 km/h. Pojawiają się pierwsze krople i silny wiatr. Z 70 km/h robi się w jednej chwili 20. No i lunęło. Krople padały tak gęsto, że nic nie było widać. Schroniliśmy się na przystanku. Ponieważ nie zanosiło się na szybki koniec, przywdzialiśmy ortaliony i ruszyliśmy w stronę Jelesni. Droga wydaje się nie mieć końca. Jedziemy najszybciej, jak się da, mijamy Przyborów. Docieramy do Starej Karczmy w Jeleśni. To prawdziwa stara gospoda stojąca w tym miejscu chyba od zawsze. Warto tu zajrzeć i warto coś zjeść. Po dobrym i ciepłym posiłku humory od razu się poprawiają. Teraz trzeba wyjść na ziąb i popedałować do Korbielowa. Szczękając zębami, wsiadamy na rowery i powoli kierujemy się w stronę mety. Zapada zmrok, a my nie mamy oświetlenia. Ani pół lampki. Nikt nie przypuszczał, że może się przydać. Wszak jadąc w góry nie zamierzaliśmy poruszać się po drogach publicznych. Ten fakt nie umknął uwadze miejscowej Policji. Musieliśmy się gęsto tłumaczyć, aby uniknąć mandatu. Tworząc kolarski wachlarzyk pokręciliśmy dalej. Na kwatery dotarliśmy przed 22.00. Po ulewie nie było sensu wybierać się na jakąkolwiek wycieczkę następnego dnia. Tym razem pogoda pokrzyżowała nam plany. W niedzielę mieliśmy dużo czasu na doprowadzenie maszyn do stanu używalności. Okolice Korbielowa okazały się bardzo ciekawe i godne polecenia. Pogoda sprawiła, że musieliśmy zmienić swoje plany, ale to jeden z powodów, by przyjechać tu jeszcze raz.

top 3

Czytaj więcej

Jeździj jak zawodowcy i zabezpiecz swój telefon na rowerze – uchwyt do telefonu na rower marki RokForm

Czytaj więcej

Filmy

Wybór redakcji

Czytaj więcej

Jeździj jak zawodowcy i zabezpiecz swój telefon na rowerze – uchwyt do telefonu na rower marki RokForm

Czytaj więcej
comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach