Wszystkie wpisy, których autorem jest Magazyn Rowerowy

Cyber Zone

Wybuchowe pomysły

Małe, garażowe firmy nie raz już zmieniły bieg historii techniki. Dotyczy to w równym stopniu komputerów, jak i rowerów. Paul Turner, założyciel Rock Shoxa, czy Tom Ritchey zaczynali od jednoosobowych mikroprzedsięwzięć, a ich jedynym kapitałem było kreatywne myślenie. Mimo że kolarstwo górskie już dawno wyszło z wieku niemowlęcego, a nowe, przełomowe odkrycia pojawiają się zdecydowanie rzadziej, nadal nie brakuje zapaleńców, którzy cały czas poświęcają na dłubanie przy sprzęcie, próby, testy, kombinowanie. Oczywiście wszyscy marzą o tym, że im również kiedyś się poszczęści, a świat dowie się o wynalazku i zarobią górę pieniędzy. Na razie więc chwalą się osiągnięciami w internecie, jedynym demokratycznym medium, w którym pieniądze się nie liczą (czy na pewno…). Gdzie łańcuchy dwa Nie da się ukryć, że niektóre pomysły konstruktorów stawiają pod znakiem zapytania ich kompetencje, bo rowery zdają się być robione bardziej dla idei stworzenia czegoś nowego, niż użyteczności. Szaleństwo liczby punktów obrotu, liczby tłumików, belek i wahaczy zdaje się nie mieć końca… Do tego jeszcze kilka łańcuchów i już mamy rower firmy Brooklyn Machine Works. Jakby było mało pomysłów, łańcuch i zębatki znajdziemy z dwóch stron roweru… Strona pozwala podziwiać rower „prawie” w całej okazałości, ale opisów technicznych typu „co, po co i dlaczego” niestety nie znajdziemy, jakby projektanci bali się zdradzić, o co w tym wszystkim chodzi. Dla fanów zdjęć rowerowych przygotowano galerię… rogów. Być może to, co dziś wydaje się być kuriozum, kiedyś podbije świat. Warto zajrzeć. www.brooklynmachineworks.com To nie zespół… Nazwa tak podobna, że dopiero drugi rzut oka pozwala dostrzec różnicę jednej literki. Na szczęście po wpisaniu w okno przeglądarki www.chumbawumba.com od razu zawędrujemy na stronę rowerową, a nie poświęconą brytyjskiemu zespołowi z gatunku „buntowniczy pop”. Tak jak w świecie motoryzacji polem do popisów jest Formuła 1, tak w rowerowym światku eksperymentuje się głównie w zjeździe. Chumbawumba największy nacisk kładzie na rowery zjazdowe i inne do dyscyplin ekstremalnych. Wszystkie są mocne, ciężkie i… proste, co tym razem można odczytać wyłącznie jako zaletę. Ich konstruktorzy prawdopodobnie trzymali się zasady, że im coś bardziej skomplikowane, tym łatwiej może się zepsuć. I słusznie. Nie jest to może podejście szczególnie odkrywcze, ale jakże skuteczne. W ofercie firmy znajdziemy także coś dla zwolenników podróżowania we dwoje – tandem w pełni amortyzowany. Choćby z tego powodu warto zajrzeć na www.chumbawumba.com. Jeśli potrzebna jest inna wymówka, zawsze można zamówić koszulkę z sympatycznym logo. Całkiem, całkiem Droga od firmy garażowej do sprawnie działającego przedsiębiorstwa bywa wyboista, ale zdarza się, że kończy się sukcesem, nawet jeśli nie od razu oznacza to sukcesy na skalę światową. Czasami łączy się po prostu ze znalezieniem własnej niszy, co w połączeniu z wyrobieniem marki daje wynik w postaci produktu dobrego, ekskluzywnego i drogiego jednocześnie. Foes to firma istniejąca od 1980 r., związana z motocrossem, wyścigami samochodowymi i rowerami oczywiście. Na Foesie jeździła między innymi słynna Missy Giove. Na stronie przekonać się można, co da się osiągnąć ciężką pracą, poznać historię firmy, jej produkty oraz zrobić zakupy. Ciekawe i pouczające, a wszystko to na www.foesracing.com Problemy z energią Jak wiele zapału wymaga zbudowanie od podstaw sprawnie funkcjonującego przedsiębiorstwa, najłatwiej jest sprawdzić właśnie w internecie. Strona www, ze względu na swój niski koszt produkcji i utrzymania (bez porównania z drukiem papierowych katalogów czy wystawianiem się na targach). Powinna być ciekawa i zadbana. Jeśli nie jest na bieżąco aktualizowana, najczęściej świadczy o tym, że przedsięwzięcie działa już tylko siłą rozpędu. Oglądając strony www.gsrbikes.com, podziwiać można nowości z 2001 r. i dziwić się tylko, że nie wykorzystano szansy. Rowery są interesujące, a ich twórca, Mike Galeoto, ma wystarczające doświadczenie zjazdowca, by stworzyć sprzęt jeżdżący. Czegoś jednak zabrakło. Szkoda. Ekstremalne wyznania Dla niektórych rowery to cały świat, dla innych epizod. Po wejściu na stronę www.hanebrink.net można się nieprzeciętnie zdziwić, bo sprzęt motocrossowy zajmuje większość jej powierzchni. Dopiero z tekstu na dole mamy szansę dowiedzieć się, że już od ponad 30 lat Dan Hanebrink zajmuje się wymyślaniem i produkcją komponentów do maszyn z silnikiem i bez, ale zdecydowanie na dwóch kółkach. W centrum jego zainteresowań leży prędkość, co widać choćby na przykładzie zupełnie zabudowanych „rowerów” poruszających się po torach osłoniętych snopkami słomy. A był taki moment, gdy o amortyzatorach firmy głośno było w całej Europie. Nadal są produkowane. Pełną kolekcję znajdziecie na www.hanebrink.net. Czy firma kiedyś jeszcze jaśniej rozbłyśnie na rowerowym firmamencie? Zobaczymy. Kult się opłaca Jeszcze niedawno w branży rowerowej krążyło powiedzenie, że jedyną firmą, która jest w stanie tzw. „kultowość” połączyć ze sprzedażą, jest Cannondale. A potem Cannondale popadł w takie problemy finansowe, że został sprzedany… Kult więc niekoniecznie musi oznaczać zbijanie kokosów, ale chyba da się z tego żyć, co widać na przykładzie Intense. Intens należy do tej grupy małych firm, którym udało się osiągnąć sukces. Kolekcja bogata, teamowi zawodnicy popularni (na rowerze tej marki jeździł np. Shaun Palmer), lista dystrybutorów na całym świecie długa – łącznie z takimi krajami, jak Czechy i Rosja. Rowery najlepiej obejrzeć osobiście, czyli naocznie, na stronie www.intensecycles.com. Przy okazji można zauważyć prawidłowość, że firmy zaczynające od maszyn zjazdowych później zaczynają wytwarzać rowery dla „normalnych” ludzi. Może to prawidłowość i oznaka sukcesu? Ktokolwiek słyszał… Czy ktoś słyszał o rowerach Cortina (nie mylić z lodami…)? A chyba warto się nimi zainteresować, choć strona jest permanentnie (w dużej części) „under construction”. Tym razem mamy do czynienia z firmą specjalizująca się w rowerach sztywnych, choć dwa amortyzowane również się znajdą. Mocne atuty to przede wszystkim jakość, ręczna robota (w całości w USA) i stosowanie materiałów najwyższej jakości – aluminium, stali chromo-molibdenowej. Całość dopracowana i przemyślana, produkt, który musi się podobać. Być może dotrze kiedyś i do nas. Na razie do podziwiania na www.cortinacycles.co.uk. Nagroda specjalna A już się wydawało, że w konkurencji udziwnień egzemplarz roweru znaleziony na stronie Brooklyn Machine Works nie będzie miał konkurencji, tymczasem Clifcat modelem Holeshot autentycznie nam zaimponował. Rodzi się wprost podejrzenie, że również ta firma ma ściśle tajną umowę z producentem łańcuchów, bowiem zawieszenie roweru oplątane jest wprost nieprawdopodobną liczbą ogniw. Do tego dochodzą zębatki, rolki prowadzące, tłumik z oddzielnym zbiornikiem wyrównawczym, a nawet… kierownica i pedały. Galerii brak, a na podstawie tego, co widać, trudno jest stwierdzić, czy całość skręcona śrubkami będzie jeździć. Niemniej nagroda specjalna za wizję – tylko czego? Więcej na www.clifcat.com.

W rytm muzyki

Bieganie, jazda na rowerze, ćwiczenia na siłowni, aerobik, do prawie wszystkich dyscyplin sportu doskonale pasuje muzyka. Pomaga utrzymać rytm, umila monotonię powtórzeń, sprawia, że choć za oknem ciemno i zimno, chce się jeszcze ruszać. Wymagania stawiane urządzeniom grającym, mogącym dotrzymać tempa ćwiczeniom, są nieskomplikowane – muszą być odporne na drgania i niesprzyjające warunki pogodowe. Odtwarzacze MP3 wydają się być wprost stworzone dla sportowców. Creative Rhomba Model zaprojektowany specjalnie z myślą o ludziach preferujących aktywny tryb życia, ale do wykorzystania również w pracy. W małym, płaskim pudełku zapakowano 256 MB pamięci flash, radio i dyktafon. Słuchać można ulubionych stacji UKF i nagrywać, także utwory w formacie MP3 lub WMA. Dyktafon pozwala utrwalić do 16 godzin notatek głosowych. Kontrolę nad całością zapewnia duży wbudowany wyświetlacz i equalizer. Czas działania na akumulatorze litowo-jonowym około 10 godzin. Do odtwarzacza dołączone jest oprogramowanie MediaSource umożliwiające konwersję plików audio do MP3. Cena: 210+Vat USD. Więcej informacji: Creative Labs, tel. 022 853 02 64 – 68, www.pl.europe.creative.com. Thomson Lyra PDP 2448 Obecnie standardem staje się przynajmniej 128 MB pamięci wbudowanej w urządzenie, pożądana jest również możliwość jej rozszerzania. Podobnym wynikiem może pochwalić się Lyra Thompsona, obsługująca formaty MP3, MP3Pro i WMA, co pozwala słuchać muzyki przez ponad 4 godziny na samej pamięci podstawowej. Ta wersja Lyry dodatkowo ma również radio z pamięcią 10 stacji. Wyświetlacz LCD jest odpowiednio duży i (co ważne) podświetlany. Jego właścicielowi niestraszny nawet jesienny jogging po zmroku. Podobnie jak większość tego typu urządzeń także Thompson może być wykorzystywany jak duża dyskietka do przenoszenia plików. Cena: 550 zł. Więcej informacji: Thomson Multimedia Polska, tel. 022 783 70 44, www.thomson.pl Yakumo Hypersound 124 Zaskakuje maksymalną prostotą – nie znajdziemy tu ani wyświetlacza, ani radia, stan urządzenia (np. odtwarzanie, ładowanie) sygnalizuje tylko wbudowana dioda. Jedyne funkcje dodatkowe, poza absolutnie podstawowymi, to możliwość powtarzania fragmentów utworów. Wszystko jednak ma sens, bo w zamian otrzymujemy mikroskopijne urządzenie z pamięcią 128MB, mieszczące się w małej kieszonce spodni. W komplecie słuchawki zintegrowane ze smyczą, pozwalającą nosić odtwarzacz na szyi, oraz ładowarka. Wbudowany akumulator (ładowanie przez łącze USB) pozwala na pracę do 4 godzin. Yakumo sprawdza się również jako „dyskietka” i współpracuje z komputerami PC oraz Macintosh. Trudno byłoby o ciekawszy produkt. Cena: 400 zł. Więcej informacji: Ixpert, tel. 062 753 36 00/01, www.ixpert.pl Philips Key005 Odtwarzacz MP3 Philipsa zdaje się być stworzony do użytkowania zawsze i wszędzie. Magnezowa obudowa sprawia, że jest lekki i wytrzymały. Jeśli ktoś będzie miał problem z odnalezieniem maleństwa, zawsze może sterować nim z pomocą pilota. Do podłączenia do komputera nie są potrzebne żadne kable – łączymy go wprost z portem USB. W ten sam sposób odbywa się również ładowanie. Integrowana pamięć typu flash ma pojemność 128 MB, co pozwala zmieścić do 4 godzin muzyki. Za zasilanie odpowiada wbudowany akumulator (działanie do 6,5 h). Dzięki możliwości dodatkowego zasilania z baterii czas działania wydłużyć można do 10 godzin. Philips obsługuje formaty MP3 oraz WMA. Otrzymuje nagrodę specjalną za styl. Cena: 599 zł. Więcej informacji: Philips Polska, tel. 022 571 0 571, www.philips.com.pl Sony NW-MS70D Network Walkman Sony ma doświadczenie w konstruowaniu urządzeń przenośnych, to przecież właśnie ta firma wypuściła pierwszego na świecie Walkmana, czyli osobisty magnetofon kasetowy. Później przyszła pora na kolejne modele discmanów i odtwarzaczy Minidisc, ale dopiero Network Walkman pokazuje, jak powinno wyglądać podobne przenośne urządzenie. Według zapewnień firmy jest to jeden z najmniejszych odtwarzaczy MP3, o czym świadczy między innymi masa – tylko 33 g! Jednocześnie sprzęt ma wbudowane aż 256 MB pamięci typu flash oraz port MemoryStick Duo umożliwiający rozszerzenie pamięci. Bez problemu zmieści się tutaj kilkadziesiąt piosenek. Wbudowany akumulator pozwala słuchać aż do 33 godzin. W komplecie otrzymamy również nagrywarkę. Komunikację z komputerem zapewnia port USB. Niestety, urządzenie ma jedną wadę – jest nią cena. Sony za każdy gram każe sobie naprawdę słono płacić. Cena: 2499 zł. Więcej informacji: Sony Polska, tel. www.sony.pl Apple iPod O jakości tego produktu świadczy ponad milion sprzedanych egzemplarzy. Na rynku pojawiła się już trzecia seria iPoda. Jest to odtwarzacz wyposażony w twardy dysk o pojemności 10, 20 lub 40 GB! Wysublimowany design, jak też użycie dysku, a nie pamięci typu flash, powoduje, że trochę szkoda go na rower, choć niewielkie wymiary powodują, że bez problemu zmieści się w kieszeni. Pierwotnie iPod mógł się komunikować wyłącznie z Makami, obecnie dostępna jest też wersja do PC. Najnowsza seria obok samego odtwarzania może służyć jako szybki, przenośny dysk twardy, książka adresowa, notatnik, zegarek z budzikiem, nie zabrakło też gier. iPod działa do 10 godzin dzięki wbudowanej baterii litowo-polimerowej. Ładowanie akumulatora i wymianę danych upraszcza do maksimum specjalna stacja dokująca. Cena: od 1757 zł (10 GB). Więcej informacji: Sad, tel. 022 651 61 55, www.apple.com.pl Pine SA6400 Stosunkowo tani odtwarzacz o sporych możliwościach. Wprawdzie wbudowane ma tylko 64 MB pamięci, ale wolny slot pozwala powiększyć MMC do rozmiaru ograniczonego wyłącznie wielkością samej karty. Na uwagę zasługuje duży wyświetlacz, z którego odczytać można również zawartość zintegrowanej książki telefonicznej! Praktyczna opcja to możliwość zaktualizowania oprogramowania, np. jeśli pojawi się jakiś nowy format muzyczny. Przyznać trzeba, że odtwarzacz i tak obsługuje ich sporo – MP3, WMA i AAC. Pomyślano także o tych, którzy pracują bez przerwy – Pine można używać jako dyktafonu. Jak przystało na odtwarzacz odrobinę bardziej zaawansowany, ma on również equalizer. Szkoda, że za zasilanie odpowiadają baterie, a nie wbudowany akumulator. Wówczas zapewne byłby to nasz faworyt. Cena: 599 zł. Więcej informacji: MSD, tel. 058 340 23 23, www.msd.com.pl iRiver iFp-390T iRiver to kolejny odtwarzacz, który można powiesić na szyi. Czemu nie, niech wszyscy widzą, jakim sprzętem dysponujemy! Wersje 380T, 390T i 395T różnią się wielkością pamięci i mają odpowiednio wbudowane 128, 256 i 256 MB. Obok odtwarzania muzyki w formatach MP3, WMA i ASF można słuchać radia (nagrywać audycje), jak też nagrywać z zewnętrznych urządzeń (wejście liniowe). iRiver mieści aż do 72 godzin muzyki. Warto też zwrócić uwagę na słuchawki – model wysokiej jakości firmy Sennheiser i rozbudowany equalizer. Podświetlany na niebiesko wyświetlacz pozwala odczytywać nazwy utworów i wykonawców (użycie tagów ID3). Piękna biżuteria. Cena: 1399 zł. Więcej informacji: MIP, tel. 022 850 61 75, www.iriver.pl

Kombinacja norweska

W Norwegii jest jeszcze wystarczająco dużo nieznanego lądu do odkrycia, w sam raz na wycieczki z dala od tłumów. Jedną z nich, przy wykorzystaniu kolei i rowerów, zaplanowaliśmy na trasie od fiordów do wiecznych śniegów lodowca.

Najważniejsza jest chęć

Tajemniczą globtroterkę mijaliśmy w połowie drogi, po 21 serpentynach. Tańcząc na kamieniach wielkości główki dziecka, w butach kolarskich, które raczej przypominały baletki, zmagając się desperacko, nie traciła kontroli nad mocno naładowanym rowerem. Siła ciążenia szarpała „chabetę” bez litości na stromej drodze ku dolinie. Leciwa wyścigówka Peugeota miała już za sobą lepsze czasy: niepewna żelazna rama, cienkie jak ołówek opony, dziesięć mizernych biegów i hamulce, które nieporadnie szukały zaczepienia na błyszczących stalowych felgach. Na wsporniku królowało monstrualne siodełko Brooks. Na pokładzie pełen program survivalowy: dwie sakwy, namiot, karimata, kuchenka, żelazna rezerwa. Misja „Nordkap”, co najmniej… Stopień przyjemności czerpany zjazdy? Nie mam pojęcia, ale myślę, że mimo wszystko trochę się uśmiechała. Spokojnie pedałowaliśmy dalej w kierunku słońca. Fulle, majestatycznie prując fale powietrza, pokonywały odcinek. Nie było ani o centymetr za wiele ze 100 cm skoku. Jej niedowierzające spojrzenie towarzyszyło nam jeszcze, gdy powoli znikaliśmy za zakrętem numer 11.

Krajobraz prawie nie z tej ziemi…

Jesteśmy na Rallarwegen, prawie stukilometrowym odcinku szutrowej trasy prowadzącej przez jeden z najbardziej fascynujących krajobrazów, jakie ma do zaoferowania nasza planeta. Droga zbudowana z kamieni, uformowana przez potężne lodowce z ostatniej epoki lodowcowej i wyżłobiona przez masy wody z corocznego topnienia śniegu. By ją pokonać, niepotrzebne są rowery górskie, jak donoszą przeróżne turystyczne przewodniki. Wątpliwa rekomendacja, której trzymają się jednak sporadycznie mijane grupy „niedzielnych jeźdźców”, trzęsących się na swoich rowerach trekkingowych. My natomiast nie raz nie trzymaliśmy się zalecanych kierunków jazdy, ponieważ nawet przy jeździe pod górę, pod prąd, rzekomo nieszkodliwe Rallarvegen stają się prawdziwym wyzwaniem. Początek naszej drogi jest na poziomie morza, nad malowniczym Aurlandsfjord. Z każdym następnym metrem w górę, aż do wysokości 1400 m n.p.m., zmienia się roślinność, klimat jest coraz bardziej surowy. Następna zaleta wersji wspinaczkowej: mamy więcej czasu na rozkoszowanie się grą huczących wodospadów na pionowych ścianach skalnych. Chcemy z Finese dotrzeć również do ogromnego jęzora lodowca Hardanger Jškulen, jeśli się da, na rowerze. Na końcu Rallarvegen w Haugastol powinna się zacząć przyjemna część podróży: jazda koleją Bergen i Flam z powrotem nad fiord. Lodowe potoki ostatniego okresu lodowcowego, jak w prawie żadnym innym kraju, pozostawiły na powierzchni Norwegii swoją sygnaturę. Góry, niegdyś postrzępione jak Alpy, zostały wyszlifowane heblem natury. Z dolin rzecznych powstały ściany skalne tworzące „wanny” i koryta, gładko oszlifowane jak najwytworniejszy marmur. Szczyty nie sterczą tu wprawdzie do nieba, ale strefa klimatyczna, którą się osiąga po pierwszej partii wspinania na wysokości około 1000 m, odpowiada najwyższym przełęczom alpejskim. Raczej skąpo daje się sobą nacieszyć lato tu, na górze, na jałowej wyżynie Hardangervidda. „Od października do maja jest zima, a przez resztę roku jest zimno.” – mówią tubylcy, jednak nie bez odrobiny humoru. Przy pierwszych promieniach słońca można ich z dala poznać po nagich torsach. Nie, naprawdę nie jest tu zimno, gdy docieramy z naszymi rowerami pod koniec lipca przez resztki śniegu do szczytu. Księżycowy krajobraz robi od pierwszego wejrzenia piorunujące wrażenie. Niemal na każdą plamkę skały nałożony jest puszysty dywan z porostów i mchu. Fakt, że w ogóle istnieje jakaś droga przez fjell, możemy zawdzięczać duchowi pionierów kolei. Gazeta z Oslo określiła w 1871 r. jako „Plan obłąkanego” zuchwały projekt budowy linii z Oslo do Bergen. Nawet biorąc pod uwagę dzisiejsze możliwości, idea ta wydaje się zrodzoną w chorym umyśle. Arktyczne strumienie szaleją zimą i po swoich wędrówkach zostawiają do 10 m śniegu. Jednak „opętani” inżynierowie nie wystraszyli się. Już podczas budowy drogi zaopatrzenia, dzisiejszej Rallarvegen, tysiące mężczyzn w dwunastogodzinnych zmianach musiało przekopywać się przez górę. Bezprzykładna mordęga. Zwały śniegu na skraju drogi rosły czasami do niewyobrażalnej wysokości 18 m!

Tantauns kontratakują

Męczeństwo nie lękających się niczego pracowników stało się później „namacalne”, znalazło swoje miejsce w niesamowitym muzeum kolei w Finse. Historyczne fotografie i prymitywne narzędzia mówią więcej niż tysiące słów. Dziś w tym opuszczonym przez Boga i ludzi gnieździe na następną zimę czekają, jak ogromne krety, nowoczesne maszyny odśnieżające. Od budowy kolei Bergen Finse było zawsze punktem spotkań osób lubiących wszelkie ekstrema. I tak w tym miejscu, już na początku stulecia, zakwaterował się Roald Amundsen, aby przetestować w zbliżonych warunkach swój sprzęt do marszu na Biegun Północny. Znany hollywoodzki reżyser George Lucas również docenił srogą zimę w Finse. Nie były tu potrzebne żadne machiny do robienia wiatru ani sztuczny śnieg, by stworzyć wirtualną pustynię lodową planety Hoth do drugiej części serii Gwiezdnych Wojen. Ekipa musiała jednak, dla zaledwie piętnastu minut filmu, nagrywać w wietrznych warunkach przez… 15 miesięcy. Po naszym przyjeździe do Finse widzimy przynajmniej zaczątek pustyni lodowej. Tuż, tuż za Finsevatn See połyskują niebieskie kolumny lodowca Hardanger Jškulen. Już dla tego wzniosłego widoku opłacała się jazda z fiordu na fjell. Jeszcze długo lśni czapa śniegowa na końcu drogi do Haugastol. Tu kończy się Rallarvegen. Zamiast jednak załatwiać bilety powrotne na minidworcu, zastanawiamy się nad dalszym programem podróży. Jedziemy koleją czy downhill? 21 serpentyn w dół do fiordu to dla naszych rowerów przekonujący argumen.

Pożyteczne informacje

Dojazd

Samochodem do Danii. Z Hirsthals promem do Kristiansand (najkrótsza i najbardziej dogodna przeprawa, ok. 4 godz.) lub Oslo. Ceny zależne od sezonu i typu samochodu – od 135 euro. Droga lądowa przez Kopenhagę, Szwecję do Oslo jest długa i równie droga jak przeprawa promowa (Maut/Benzin).

Czas podróży

Wycieczki rowerowe po wyżynach wchodzą w rachubę jedynie od czerwca do sierpnia. Ale nawet w pełni lata może się zdarzyć, że na Fjellen (równiny wysokogórskie) trzeba wnosić swój rower po śniegu. Na dole przy fiordach (zachodnie wybrzeże) klimat dzięki prądowi morskiemu Golfstrom jest łagodny i wilgotny. Nie można lękać się wody, a ubranie przeciwdeszczowe powinno znaleźć się w każdym bagażu. We wschodniej części kraju (Lillehammer, Oslo, region Telemark) jest bardziej sucho, termometr latem może pokazywać nawet sporo ponad 20 stopni. Dni są długie, na południu słońce świeci nawet do 22.00.

Waluta

Norwegia nie należy do Unii Europejskiej. Płaci się tu koronami (1 NOK=100 šre). Aktualny kurs: 100 NOK = 12,77 euro. Ceny są wysokie (w supermarketach towary o ok. 50% droższe niż w Polsce). Najlepiej zabrać maksymalnie dużo „dozwolonych” produktów spożywczych i samodzielnie gotować.

Campingi

Norwegia jest rajem dla osób preferujących kempingi. Tak zwane „prawo każdego” zezwala (przy niewielu ograniczeniach) na dzikie rozbijanie namiotów. Zabronione jest jedynie rozbijanie namiotów na użytkach rolnych oraz w pobliżu domów mieszkalnych. W razie wątpliwości należy zasięgnąć informacji. W Norwegii jest jednak dużo campingów. Ceny zbliżone do opłat w Europie Środkowej. Wiele pól campingowych wynajmuje zainteresowanym małe, w pełni wyposażone drewniane domki (hytter). W porównaniu do hoteli ceny są niewysokie, szczególnie w przypadku, gdy podróżuje się samochodem osobowym (od ok. 30 euro za dobę). Uwaga, należy wziąć z sobą pościel. Przewodnik po campingach z mapą można dostać za darmo w Ambasadzie Norwegii.

Noclegi

Hotele także są drogie. W sezonie trzeba liczyć nawet 150 euro za dwuosobowy pokój, czasem więcej. Korzystniejsze są ceny noclegów w pensjonatach lub tzw. Bed&Breakfast. Niektóre sieci hoteli oferują systemy rabatowe (do 50%) po nabyciu specjalnych, jednorazowych tzw. „paszportów”. Informacje: www.choice.no, www.scanplus.no, www.norlandia.no, www.fjordpass.no

Wycieczki

Norwegia wciąż jeszcze czeka na odkrycie. To propozycja dla osób zawsze spragnionych przygody. Wystarczająca ilość prowiantu w plecaku jest koniecznością, tu wiele może się zdarzyć.

Rallarvegen

Najpopularniejsza trasa wycieczkowa w Norwegii zaczyna się standardowo, w Haugastol (ok. 15 km od miejscowości Geilo) i prowadzi przez Finse i Hallingskeid do Myrdal. Dalej mamy dwie możliwości: pociągiem przez tunel, potem rowerem do Voss (ok. 108 km), pokonując 21 serpentyn i jadąc przez dziką dolinę do Flam nad fiordem Aurland (Aurlandsfjord). Z obu miejscowości docelowych można wrócić pociągiem do miejsca startu. Technicznie (jeśli chodzi o podjeżdżanie) bardziej ambitne jest rozpoczęcie trasy w miejscowości Flam. Najlepiej zarezerwować sobie dwa dni i z Finse powędrować do lodowca Hardanger Jškulen (łącznie ok. 3 godz.) Możliwość noclegu w Hallingskeid (drewniane domki) Finsehźtter i Haugastol. Należy wziąć śpiwór do nocowania w domku.

Lillehammer

Byłe miasto olimpijskie, około trzy godziny drogi na południe od Oslo, oferuje możliwość kilku wycieczek po drogach szutrowych i piękne ścieżki. Trasa DH lub wyciąg. Lillehammer jest celem Birkebeinerrittett, największego maratonu górskiego na świecie (89 km, trwale oznaczony, start w Rena, w 2004 roku zaplanowany na 28 sierpnia). Informacje/wycieczki: www.birkebeiner.no, www.lillehammer.com, www.bike-norway.com, www.bikespots.de

Hemsedal

Mały ośrodek narciarski z centrum MTB (ok. cztery godziny w kierunku północno-zachodnim od Oslo). Oznaczone odcinki DH z wyciągiem. Mapy najlepiej kupić na miejscu lub na www.nordland-shop.de. Informacje: Ambasada Królestwa Norwegii w Warszawie, ul. F. Chopina 2 a, 00-559 Warszawa, tel. +48 22 696 40 30, fax +48 22 628 09 38, e-mail: >, www.amb-norwegia.pl, www.visitnoorway.com, www.fjordnorway.no, www.poland-embassy-no.com – Ambasada RP w Oslo