Wszystkie wpisy, których autorem jest Magazyn Rowerowy

„Walczę do samego końca!”

Poniedziałek, kilka godzin przed startem ostatniego etapu 69. edycji Tour de Pologne. Liderem jest Włoch Moreno Moser, ale Michał Kwiatkowski chce jeszcze w Krakowie odebrać mu żółtą koszulkę. Strata „Kwiatka” wynosi pięć sekund, jego szanse nie są więc wcale takie małe…

Tekst: Wolfgang Brylla, Zdjęcia: Szymon Gruchalski

Spotykamy się z Michałem w lobby hotelu w Bukowinie Tatrzańskiej. Za oknem leje, zimno, zapowiada się paskudny dzień. Reprezentant Omega Pharma-Quick Step schodzi do nas punktualnie o umówionej godzinie. Ubrany w strój swojej drużyny, skoncentrowany. W trakcie 69. Tour de Pologne Kwiatkowski wyrósł na prawdziwego kapitana zespołu. W wieku zaledwie 22 lat.

Co Ci się śniło przed ostatnim etapem? Miałeś koszmary, czy może pokonałeś Mosera na kresce? Michał Gołaś śmiał się, że co godzinę wydzwanialiście do Włocha…

Spałem spokojnie, bo tylko spokojem można wygrać. Trzeba być wyluzowanym i nie stresować się, bo inaczej nawet te najlepiej ułożone plany wezmą w łeb. Tak już nieraz jest, że im bardziej czegoś pragniesz, tym większe jest prawdopodobieństwo, że cała akcja zakończy się wielkim fiaskiem. Co jednak wcale nie oznacza, że nie jestem zmotywowany. Oj, jestem i to mocno.

Mieliście już odprawę przed krakowskim etapem, na którym losy 69. TdP mogą się jeszcze odmienić?

Nie rozmawialiśmy o konkretnych założeniach. Wiadomo, że można zdobyć szesnaście sekund bonifikaty na lotnych premiach oraz na kresce. Jeśli chcemy wygrać ten wyścig, a chcemy, musimy właśnie na nich punktować. Inaczej Moser dowiezie żółtą koszulkę do mety.

Przed Tobą naprawdę trudne zadanie. Najlepiej byłoby, gdybyś wygrał obie premie, na mecie był trzeci, a Moser nie zmieścił się w top 3…

Zdaję sobie sprawę, że to zadanie bojowe, nie takie łatwe. Ale na pewno nie poddam się bez walki. Nie po to przyjechałem na Tour de Pologne, by po szóstym etapie nagle stwierdzić: ok., jest już po generalce, poddaję się. Nie mam takiego podejścia do kolarstwa. Skoro wyścig jest otwarty, będę walczył do końca. Do samego końca.

Powiedziałeś, że nie po to przyjechałeś, by się poddać. No właśnie. Z jakimi zamierzeniami przybyliście jako zespół Omega Pharma-Quick Step na ten wyścig? „Goły” wymieniał Ciebie w gronie faworytów, jednak, nie oszukujmy się, nikt do końca jego zapowiedziom nie dawał wiary.

Zgadza się, jakoś nikt nie wierzył, że jestem w stanie podołać trudom tego wyścigu i że będę się liczył w klasyfikacji generalnej. Może wcześniej nie pokazywałem, że potrafię też jeździć po górach…

Pokazywać to pokazywałeś, tylko nikt tego nie widział…

Fakt, nikt tego nie widział, nikt o tym nie pamiętał. Sam wiem, że potrafię się dobrze przygotować pod dany wyścig. Tour de Pologne stanowił najważniejszą imprezę w moim kalendarzu startowym, tak samo zresztą jak Igrzyska Olimpijskie. Razem z Michałem Gołasiem nastawialiśmy się na lipiec i mocno trenowaliśmy.

Skoro wspomniałeś o przygotowaniach. Jak one wyglądały?

Zaczęliśmy już w grudniu zeszłego roku…

Czyli, powiedzmy, taki plan siedmiomiesięczny…

Można tak powiedzieć (śmiech). Grudzień i styczeń spędziliśmy na obozach mojego zespołu. Stosunkowo szybko zacząłem się ścigać. Potem zachorowałem, byłem zmuszony trochę odpuścić i odpocząć. Następnie wystartowałem w Giro d’Italia.

Wcześniej jednak wziąłeś udział w Driedaagse van West-Vlaanderen, odnosząc swój pierwszy triumf w zawodowcach. Ostatniego dnia pechowo pożegnałeś się z koszulką lidera.

Ten wyścig skończyłem w zeszłym roku na trzecim miejscu, podobnie jak Driedaagse De Panne-Koksijde. W tym roku jechałem tam, by sięgnąć po zwycięstwo. Wygrałem prolog, święciłem moje pierwsze zwycięstwo w zawodowej karierze, o czym będę długo pamiętał. Ostatecznie kraksa na finałowym etapie nie pozwoliła mi nawet ukończyć imprezy. Natomiast tuż przed 3 Dni De Panne rozchorowałem się. Byłem w świetnej formie, która niestety nie została potwierdzona wynikami.

Wróćmy do Giro. Jak potraktowałeś ten występ?

Zbierałem w nim doświadczenia. Nie przejmowałem się słowami krytyki, które doszły do moich uszu. Dlaczego „Kwiatek” jest taki słaby? Stać go na więcej.

Byłem w takiej formie na Giro, w jakiej miałem być. Ukończyłem mój pierwszy w karierze Grand Tour. Po wyścigu dookoła Włoch wziąłem się mocniej do roboty, bo czasu do szosowych mistrzostw Polski, Tour de Pologne i Igrzysk było coraz mniej.

Pokusiłbyś się o porównanie Giro z TdP?

Na Giro jest z pewnością znacznie więcej kibiców, chociaż nie spodziewałem się, że również u nas wzdłuż trasy będzie stało tylu fanów, którzy się nami interesują, klaszczą, machają flagami. Którzy po prostu się cieszą. Organizacyjnie TdP nie ma się czego wstydzić i zasadniczo niczym się nie różni od Giro. Ponieważ oba wyścigi należą do World Touru stawka również jest praktycznie ta sama. Walczymy o punkty do rankingu światowego. A kolarze często goszczą w Polsce i z chęcią tu przyjeżdżają, bowiem poprzez ten wyścig można się świetnie przygotować do innych. W tym roku np. do Igrzysk.

Giro tym się różni od TdP, że my jak na razie nie mamy czasówki.

Pewnie że wolałbym w profilu trasy zobaczyć czasówkę, bo w walce z czasem czuję się naprawdę bardzo dobrze. Może znajdzie się w następnych latach?

Czy mimo braku czasówki trasa TdP Ci odpowiada? Wyścig przypomina nieco siedem jednodniowych klasyków.

Tak, muszę powiedzieć, że mi pasuje. Etapy na papierze mogą się wydawać łatwe, ale takie nie są. Prawie wszystkie są trudne technicznie, trzeba na nich cały czas jechać z przodu, co nie jest mi obce, ponieważ jeżdżę bardzo czujnie.

Na królewskim etapie do Bukowiny Tatrzańskiej straciłeś prowadzenie w generalce. Co Ci przechodziło przez głowę, kiedy próbowałeś gnać za atakującym Moserem? Nie miałeś już nikogo do pomocy w drużynie.

W końcówce zostałem sam, ale chłopaki wykonali wcześniej kawał dobrej roboty, za co im bardzo dziękuję. W sukurs przyszli mi też koledzy z reprezentacji Polski i pozostali rodacy, dlatego mocno się nie zdziwiłem, kiedy w finale już nikogo nie było u mojego boku. Odcinek do Bukowiny był ciężki. Ponad 4 tys. metrów przewyższenia na 190 km to nie błahostka. Nawet na Giro taki etap mógłby się nazywać królewskim.

Czy był to Twój najcięższy etap w tak jeszcze krótkiej karierze, zarówno mentalnie, jak i fizycznie?

Myślę, że tak. Pojechałem na 110% moich możliwości, dałem z siebie wszystko.

To na ile procent trzeba jechać, żeby pokonać Mosera w Krakowie?

Na tyle samo. Potrzebny jest również łut szczęścia.

Spodziewaliście się, że Moser będzie Waszym największym konkurentem? Rok temu wygrał dwa ciężkie etapy na GiroBio, a to już coś znaczy.

Takie informacje do nas nie dochodziły. Szczerze powiedziawszy, przed startem w ogóle się nie interesowałem, kto może być głównym faworytem. Tour de Pologne zawsze jest trochę nieprzewidywalny i ciężko wytypować pretendentów do tytułu. Już na pierwszym etapie do Jeleniej Góry można było zauważyć, że Moser znajduje się w niesamowitej formie, dysponuje niesamowitym depnięciem na finiszu pod górę. Właśnie tego mi brakowało, by podążyć za nim.

W zeszłym roku, kiedy ścigałeś się jeszcze w koszulce RadioShack, Johan Bruyneel uniemożliwił Ci w ostatniej chwili debiut w Tour de Pologne. Od tego sezonu razem z Gołasiem reprezentujecie OPQS. Jak się czujesz w nowym otoczeniu?

Bez dwóch zdań, w Omega-Pharma czuję się znacznie lepiej niż w RadioShack. Także z tego powodu, że w belgijskiej ekipie spędziliśmy wspólnie więcej czasu. W „radiowcach” mój program startowy był bardzo ubogi, często nie widziałem się tygodniami z kolegami z zespołu. W Omedze jesteśmy bardziej zżyci.

A dlaczego nie uczestniczyłeś w zeszłorocznym TdP? Czy Bruyneel miał Ci za złe, że podpisałeś umowę z Patrickiem Lefevere?

Nie. Reguły UCI są takie, że punkty, które dany zawodnik zdobędzie, wędrują za kolarzem do innego klubu. Dlatego też rozumiem decyzję RadioShack i nie miałem o to żalu do Bruyneela.

Po Tour de Pologne Twój sezon jeszcze się nie kończy. Czekają londyńskie Igrzyska Olimpijskie…

Program po TdP będzie bardzo napięty. W 90% mamy dopięty plan do IO, ale cały czas wszystko się może jeszcze zmienić. Mam nadzieję, że spokojnie załatwię do tego czasu wszystkie sprawy i zdołam się przygotować tym bardziej, że nie przewiduję żadnego startu w tym okresie. Zaniedbanie nawet jednego dnia treningowego może mieć poważne konsekwencje.

Gdzie będziesz się przygotowywał? U siebie w domu?

W domu spędzę tylko trzy czy cztery dni, potem razem z Michałem Gołasiem powinniśmy pojechać do Karpacza, gdzie ćwiczyliśmy przed Tour de Pologne.

Potem już tylko wylot na Igrzyska. Mamy szansę na top 10?

Jak najbardziej. Ścigam się z tymi zawodnikami na co dzień. Wystarczy trochę szczęścia, trzeba trafić z dniem. Razem z „Gołym” i Maćkiem Bodnarem (Liquigas-Cannondale) jesteśmy zmotywowani, w formie. Jeśli na kresce zamelduje się większa grupa, sprint jest loterią, ale do masowego finiszu wcale nie musi dojść. Na trudnych rundach może uformować się kilkuosobowa grupka, z której zostanie wyłoniony mistrz olimpijski. Musimy jechać czujnie, uważać na każdą akcję i próbować się zabierać w ucieczki.

Rozmawiamy w hotelu. Za kilka godzin będzie wiadomo, kto zostanie zwycięzcą Tour de Pologne. Czy będziesz mocno rozczarowany, jeśli atak na koszulkę się nie powiedzie?

Prawdopodobieństwo, że Moser ją utrzyma, jest duże. Jeśli zrobię wszystko, co w mojej mocy, a Moser mimo tego okaże się lepszy, na pewno nie będę załamany. Gdyby ktoś przed wyścigiem powiedział mi, że będę drugi, to chyba bym mu nie uwierzył. Patrząc na nazwiska, które tu przyjechały, to i tak jest to świetne miejsce.

Z całą pewnością możesz liczyć na doping całej Polski.

Wiem i bardzo wszystkim rodakom dziękuję. Miło jest, kiedy przejeżdżasz rundy, a za barierkami stoją tłumy skandujące twoje imię. Od samego początku zmagań towarzyszą mi rodzice oraz dziewczyna, którzy dodają mi otuchy.

Najpóźniej od Jeleniej Góry towarzyszą Ci również różnego rodzaju media. Czy nie denerwuje Cię tak duże zainteresowanie ze strony prasy? Po etapach, które kończą się wieczorem, zmęczony organizm domaga się już tylko łóżka a nie udzielania wywiadów.

Nie, media mnie nie denerwują (śmiech). Fakt, że jest mało czasu, a wszyscy chcieliby ze mną dłużej porozmawiać. Nie zawsze jest to możliwe. Musimy przecież jeszcze przejść krótką regenerację, oddać się w ręce masażystów, zjeść kolację. I wypocząć, jeśli mamy przystąpić do następnego etapu.

Michał, dłużej Cię nie zatrzymujemy. Trzymamy kciuki!

Epilog

Nie udało Ci się odebrać Moserowi trykotu, ale i tak zasłużyłeś sobie na wielkie brawa. Kolarska Polska Ci dziękuje.

Zapowiadałem walkę i walczyłem. Niestety, etap ułożył się tak, a nie i inaczej. Zespół Liquigas-Cannondale miał wszystko pod kontrolą, Moser pokazywał się cały czas w czubie i obronił prowadzenie.

Już na pierwszych kilometrach poszła kilkuosobowa ucieczka, która punktowała na lotnych premiach, zabierając Ci bonifikaty. Dlaczego jechał w niej Zdenek Stybar? Nie powinien być do Twojej dyspozycji, skoro i tak byliście osłabieni?

Kiedy zaczęły się harce, Zdenek pedałował z przodu i odskoczył na dostawkę, jako nasza asekuracja. Ja i tak mogłem liczyć na pozostałych kolegów. W czołówce Liquigas nie był przez nikogo reprezentowany, co zmusiło go do bardziej wytężonej pracy. Nas to trochę odciążyło.

Na ostatnich dwóch kilometrach tak lunęło, że człowiek nie widział swojego sąsiada, a co tu dopiero mówić o jeździe na rowerze. Czy w tym momencie skreśliłeś już generalkę?

Tak można powiedzieć. Nie wiadomo dlaczego, tak zupełnie automatycznie, przez głowę przeszła mi myśl dotycząca Igrzysk. Pomyślałem sobie, że jeśli na tej śliskiej nawierzchni zaliczę dzwona, to nie tylko przegram Tour i stracę drugie miejsce, ale być może będę musiał zrezygnować z Olimpiady.

Na szczęście nic się nie stało.

I mogę pojechać na Igrzyska (śmiech). Jestem zadowolony z Tour de Pologne w moim wykonaniu. Obym był też zadowolony po Londynie…

Dość tych bzdur!

Spotykamy się na kilka dni przed wyścigiem, który miała wygrać. Ostatnie dni były dla niej wyjątkowo trudne. Medialny szum związany z olimpijskimi kwalifikacjami, kontuzja, przyjazd do Polski w błysku fleszy. Zamiast o sukcesach rozmawiamy o tym, co niesie ze sobą porażka…

Tekst: Miłosz Sajnog, Zdjęcia: Zbyszek Kordys


Najpierw pojawiła się informacja, że masz kontuzję, potem, że są prowadzone badania, a potem, że raczej nie pojedziesz na Igrzyska. Wszyscy w Polsce byli w szoku. Jak wyglądały te chwile z Twojej perspektywy?

Nie pamiętam samego upadku. Podcięło mi rower na zjeździe i zarzuciło. Już wiedziałam, że lecę i byłam przekonana, że się wybronię. Potem wydawało mi się, że zeskoczę na nogi i nic nie będzie. Ale ścieżka szła zboczem i zeskoczyłam ze ścieżki na kamienie, poleciałam do strumyka. Przez godzinę siedziałam i czekałam, aż mnie wyciągną, bo nie mogłam się ruszyć z bólu.

Potem opublikowałaś zdjęcie stopy ze szpitala i stała się to najsłynniejsza stopa w Polsce, przynajmniej przez dwa dni. Liczyłaś, że to pójdzie we wszystkich mediach?

Znajomi przekazali mi, że gdzieś pojawiły się idiotyczne komentarze, że symuluję kontuzję, żeby się usprawiedliwić przed słabym występem w Londynie. Wtedy nie wytrzymałam i na portalu społecznościowym opublikowałam zdjęcie stopy. Spodziewałam się, że mogą je przechwycić media, ale nie sądziłam, że aż na taką skalę.

Ale to trochę masochizm robić takie zdjęcie, nie uważasz?

Po Canberze nie wiedziałam, jak wyglądam. Kiedy leżałam w szpitalu, pielęgniarka pytała się, czy zrobiłam sobie zdjęcie. Pomyślałam, że chyba sobie kobieta ze mnie żartuje. Ona jednak powiedziała, że warto. Jak już człowiek wydobrzeje, to sam jest ciekaw, jak wyglądał. W Australii pozwoliłam zrobić sobie zdjęcie już po tym, jak dostałam sterydy, więc nie wiem, jak źle było zaraz po wypadku. Od tamtej pory zawsze gdy się mniej lub bardziej uszkodzę, dokumentuję obrażenia. Na początku to może masochizm, ale potem to naprawdę fascynujące, jak nasz organizm potrafi się odbudować.

Twój przylot do Polski to ogromne zainteresowanie mediów. Liczyłaś się z czymś takim?

Kiedy lądowaliśmy na lotnisku w Katowicach, piloci mi powiedzieli, że czekają kamery. Chciało mi się tylko płakać, więc to nie była szczęśliwa chwila. Był szok. Potem pod kliniką był cały trawnik mediów i to mnie już zastanowiło. Z jednej strony żal ogromny, z drugiej to mnie nawet trochę rozbawiło. Dziewczyna ze złamaną nogą przyjeżdża do szpitala, a tam kamery, światła… Brakowało tylko czerwonego dywanu. Ale to może środki przeciwbólowe wywoływały rozbawienie.

Potem była diagnoza, która potwierdzała przypuszczenia, że z Londynu nici…

Najpierw myślałam, że może coś się jeszcze uda uratować w tym roku, ale potem stało się jasne, że nic. Teraz myślę o przyszłości i rehabilitacji. Doktor Ficek powiedział mi, że taka kontuzja bardzo często wynika z ogólnego przeciążenia organizmu, tak bywa na przykład u piłkarzy. Co ciekawe, może mieć dość dobry wpływ na rozwój zawodnika, bo jest czas na popracowanie nad tymi grupami mięśni, na których wcześniej nie można się było koncentrować. Dlatego zawodnicy z takich urazów nierzadko wychodzą silniejsi. Chociaż ja wolałabym taką przerwę miesiąc później.

Jaką miałaś formę przed kontuzją? Możesz to określić?

Jeździmy z miernikami mocy, więc wszystko jest bardzo wymierne. Przed urazem miałam wyniki lepsze niż w ubiegłym roku.

Teraz kanapa i Igrzyska w telewizji. Straszny stan.

Na jedną łzę radości z polskiego medalu przypada dziesięć smutku, że mnie tam nie ma. Jadę wprawdzie do Londynu kibicować naszym i być może komentować MTB dla telewizji polskiej, ale to nie to samo. W sumie cztery lata poszły na nic. Muszę na nowo przemyśleć swoją karierę i ją zaplanować.

Twoje najbliższe plany raczej nie są sportowe?

Sześć tygodni będę w gipsie, następne sześć w ortezie. Po drodze mam mieć zabieg chirurgiczny, który zaplanowaliśmy po moim powrocie z Londynu. Właściwie komentowanie MTB to będzie chyba mój jedyny kontakt z poważnym ściganiem w tym roku. Orteza może pozwoli mi na lekkie treningi na trenażerze, ale to raczej pod kątem rehabilitacji. Na starty nie mam co liczyć. Zamierzam jak najwcześniej wrócić do treningów, znaleźć jakieś cele na zimę. Myślę o przełajach albo o amatorskich zawodach biegowych na nartach. W roli kibica wystąpię też na swojej imprezie w Jeleniej Górze.

Twoja motywacja na przyszły sezon wzrośnie?

Możliwe, że tak. Po tym sezonie będę czuła głód sukcesów, a co za tym idzie, większą motywację.

To nie pierwsza kontuzja w Twojej karierze, ale najpoważniejsza. Nie boisz się blokady psychicznej?

Nie wiem, po wcześniejszych kontuzjach nie miałam jakiegoś bloku psychicznego. Trzy tygodnie po Canberze już szalałam na zjazdach. W tym roku, po upadku w Londynie na zjazdach, byłam trochę wolniejsza, ale kilka treningów i wszystko wróciło do normy. Jeżeli dojdzie do blokady, pozostanie ćwiczyć tak długo, aż się odblokuję. Ale to jest niewiadoma.

Potem rozpoczęła się dyskusja między innymi z Ryszardem Szurkowskim, byłym prezesem grupy Halls, w której jeździłaś. I wzięłaś aktywny udział w tej dyskusji…

Ryszard Szurkowski jest z pewnością bardziej znany jako kolarz niż Maja Włoszczowska i każda jego opinia będzie wzięta pod uwagę szybciej niż moja.

Ja Ryszarda Szurkowskiego bardzo cenię za jego osiągnięcia sportowe, jednak w tym przypadku trochę się pospieszył, bo przez ostatnie dwa lata nie widział ani jak trenuję, ani jak się przygotowuję. Na MTB raczej się nie zna, o tyle, że nie ścigał się w tej konkurencji i nie wie, jak to wygląda i jak się przez ostatnie lata zmieniło. Taka surowa krytyka musiała spotkać się z moją odpowiedzią. Jeżeli słyszę bzdury i nieprawdę, będę reagować. Nieważne, kto to mówi i jakie ma nazwisko.

Ryszard Szurkowski powtórzył w swojej wypowiedzi słowa, które padły z ust Twojego poprzedniego trenera Andrzeja Piątka. Mówił o zmianie metody treningowej, zbyt małej liczbie startów, niesprawdzonych metodach…

Andrzej Piątek od momentu naszego rozejścia jest nieprzychylnie nastawiony do całej naszej grupy i szuka każdego pretekstu, żeby się przyczepić do tego, co robimy. I cokolwiek robimy, nawet jeśli całkowicie zgadza się to z jego wizją, i tak będzie krytykował. Przygotowania do Igrzysk może i były niesprawdzoną metodą, ale niesprawdzoną przez niego. Marek Galiński ma kilkanaście lat doświadczenia własnego i zawodników, których prowadzi. Dokładnie tym samym tokiem przygotowań szliśmy w ubiegłym roku przed mistrzostwami świata. A zdaje się, że tam byłam druga i to po defekcie…

Przez chwilę wzięłaś udział w pyskówce w mediach, wcześniej milczałaś na ten temat.

Trener Piątek wykorzystuje każdą okazję do gier medialnych. Kiedy się rozstaliśmy, obiecaliśmy sobie, że nie będziemy rozstrzygać sporów w mediach. Tymczasem on zaczął zachowywać się bardzo nie fair. Nawet gdy już okazało się, że Paula Gorycka jedzie na Igrzyska, zamiast zająć się jej przygotowaniem do startu, znowu zaczął wojnę w mediach. A do tego Ryszard Szurkowski mówi, że gdyby kózka nie skakała… No, to już było zbyt dużo. Dla mnie cała ta sprawa to strata czasu, bo dyskusja, czy to w środowisku, czy w mediach, zabierała zbyt wiele sił, a ja miałam jeździć na rowerze, a nie dyskutować.

To co się zmieniło?

Kiedy tak siedzisz na kanapie i nie możesz trenować, nie możesz startować, to masz czas na przemyślenia i masz w końcu możliwość zareagować.

Widzę, że w mediach jest tylko Andrzej Piątek i jego punkt widzenia, który nie odpowiada prawdzie. I ciągłe ataki na PZKOl, na mnie, na Marka Galińskiego. Dość tego! Kiedy słyszę, że on ma za mało czasu, żeby przygotować Paulę do Igrzysk, zaraz włącza mi się sygnał alarmowy: „halo, przecież rezerwowa z definicji ma być w każdej chwili gotowa na zastąpienie podstawowego zawodnika. A trener Piątek sam się dopominał, by Paula rezerwową została”. Jaki trener klubowy jedzie na Igrzyska? Nie jedzie trener Marka Konwy, nie jedzie konsultant Piotra Brzózki. To jest czysta manipulacja. Trener Piątek o tym wszystkim wie i nikt nie działa przeciw niemu. Co gorsza, ilekroć prezes Skarul wyciąga rękę do trenera Piątka, dostaje nóż w plecy. Ale najbardziej boli mnie to, że przecież Andrzej Piątek był trenerem kadry i mógłby przynajmniej w sprawach fachowych bzdur nie gadać.

A na to wszystko padła Twoja zapowiedź, że wszystko powiesz…

No i na to czekasz? (śmiech)

Oczywiście, wszyscy czekamy.

To jest trochę nadinterpretacja mediów, bo sprawa urosła do takich rozmiarów, że wszyscy spodziewają się nie wiadomo czego. Tymczasem ja nadal zastanawiam się, co mi z tego przyjdzie. Znowu pojawi się dyskusja i awantura? Znowu środowisko się podzieli?

Jak pokazały Igrzyska Olimpijskie, nasze podejście było lepsze. Ola była siódma, Paula 22. Wyniki mówią same za siebie.

Odnosimy wrażenie, że ani władze kolarskie, ani grupa CCC, ani zawodnicy nie wiedzą, co mają zrobić z tą sprawą. Zarzuty trenera Piątka nie spotykają się z żadnym komentarzem i dzisiaj znaczna część opinii publicznej uważa, że jest on faktycznie skrzywdzony. Brak reakcji z Twojej strony czy ze strony koleżanek z grupy jest zastanawiający.

Ja mam wrażenie, że prezes Skarul chce być dobry dla wszystkich. Ilekroć jest ruch w stronę Andrzeja Piątka, kończy się to źle dla PZKol-u, co mnie martwi. Nie sądzę również, żebym była od tego, żeby walczyć z trenerem Piątkiem. Poza tym przypomnę, że to nie tylko ja skończyłam z nim współpracę. Najpierw byli to wszyscy chłopcy z obsługi, potem cztery zawodniczki. A tak naprawdę współpracę zakończył PZKol oraz klub. Denerwują mnie bzdury, jakie się pojawiają w mediach i to, że często dziennikarze nawet nie weryfikują informacji, jakie otrzymują. Ale szkoda mi czasu i energii na reagowanie. Nam nie jest potrzebna pyskówka. Przykro mi patrzeć na całą sytuację. Moglibyśmy wszyscy sobie nawzajem pomagać, ale wyraźnie trenerowi Piątkowi to nie pasuje. Niewątpliwie mocno rozpropagował kolarstwo górskie w Polsce, ale teraz sam to wszystko niszczy. Ale skończmy może ten temat…

Nie boisz się, że zaraz po Igrzyskach rozpocznie się rozliczanie polskich reprezentantów, w tym Twojej osoby? Że padną konkretne kwoty, konkretne zarzuty? I cała ta karuzela rozkręci się na poważnie?

Dla mnie Projekt Londyn oznaczał tylko tyle, że ciążyła na mnie większa odpowiedzialność. Tak naprawdę nie zmieniło się nic. Dzięki połączeniu środków reprezentacji oraz mojej grupy CCC Polkowice zawsze byliśmy zabezpieczeni w stu procentach. Ale być może w innych związkach program uratował kilku zawodników. Wiem też, że często wyglądało to tak, że z pieniędzy jednego zawodnika przygotowywała się cała kadra… Idea programu może i była dobra, ale system kulał. Mieliśmy dla przykładu do wykorzystania zespół wsparcia, który tak naprawdę nie wspierał, a kontrolował i często utrudniał przygotowania.

Marek Galiński jest obecnie również na pierwszej linii frontu walki o polskie MTB. Jak wyglądała Wasza współpraca?

Marka mi szkoda, bo niejako niechcący wciągnęłam go w to zamieszanie. Kiedy skończyłam współpracę z Andrzejem Piątkiem, poprosiłam Marka o pomoc i mieliśmy współpracować… właściwie po cichu. Marek miał wszystko poukładane, miał swój klub, kadrę męską i szkołę kolarską. Wtedy padła moja propozycja i Marek się zgodził. Potem prezes Skarul zaproponował mu kadrę kobiet i znów „Diabeł” się zgodził. On koncentruje się na pracy, wszyscy powinni być mu wdzięczni za to, co robi dla polskiego kolarstwa. Natomiast nie jest typem brylującym w mediach i dlatego w tej konfrontacji przegrywa. Jeżeli zostanę w Polsce, Marek Galiński będzie jednym z powodów, dla których to zrobię.

Od dobrego roku co chwila musisz się tłumaczyć, że jesteś zawodnikiem i że masz sukcesy. Jak się z tym czujesz?

Tracę ogromną energię na to i tracę również siły psychiczne, żeby udowadniać fakty oczywiste. Spotykam twierdzenia, że mam za sobą najgorszy sezon. Wygrałam edycję Pucharu Świata, byłam w nim trzecia, raz jestem piąta i siódma, i słyszę, że mam słaby sezon. Przecież nie miałam nigdy takich wyników w Pucharze! Jestem tam w piątce i gdyby nie kontuzja, walczyłabym o wygranie Pucharu Świata. Do tego zrobiono atmosferę, że Włoszczowska ma kupę kasy, bo ma program. I są ludzie, którzy przez to się do mnie uprzedzają. Każde zgrupowanie to dyskusje, co kto napisał, co kto powiedział, co nowego Andrzej wymyślił o nas. Staramy się odcinać i skupić na pracy, ale ta nagonka jest tak duża, że nie zawsze się da. Presja jest ogromna i przyznam, że jestem tym piekielnie zmęczona. Czasem się zastanawiam, czy nie lepiej nie mieć tych superwarunków, inwestować własne pieniądze i mieć spokój, jeżdżąc za granicą. Nie ukrywam, że ta atmosfera powoduje, że zaczynam poważniej rozmawiać z grupami zagranicznymi.

Nie było Cię na mistrzostwach Polski, gdzie właściwie doszło do pewnego rodzaju sądu nad polskim MTB. Nie lepiej było przyjechać do Kielc i tam dać odpór tym wszystkim twierdzeniom?

Może i pokusa była, ale wątpliwości nie. Dla mnie priorytetem w tym roku były Igrzyska Olimpijskie i jeśli start w mistrzostwach był nie po drodze, bez wahania z niego zrezygnowałam. Pierwotnie był on w planach. Problem pojawił się w momencie, kiedy po mistrzostwach Europy byłam chora i ta choroba mi się przeciągała i straciłam w sumie dwa tygodnie. Przygotowania olimpijskie zaczęły się z opóźnieniem. Gdybym pojechała do Kielc, straciłabym dobry tydzień treningów, które były dla mnie ważne. Wyścig w Davos pokazał, że przygotowania szły w dobrą stronę, bo tam byłam już druga w mocno obsadzonym wyścigu. Mistrzostw było mi szkoda, bo zawsze miałam koszulę i trochę mi żal, że ją straciłam. Ale zdecydowanie ważniejsze były Igrzyska. Gdybym w Londynie przegrała, nikt by nie patrzył, że zostałam mistrzynią Polski. A swoją drogą… Z tego, co słyszałam o atmosferze w Kielcach (dziewczyny były wyzywane na trasie, konferencja prasowa była parodią dziennikarstwa), wnioskuję, iż niczego nie straciłam i dobrze, że w tym spektaklu nie uczestniczyłam.

Ale w mediach poszło, że Ty i Ola boicie się Pauli Goryckiej. Czy nowa grupa trenera Piątka to dla Was konkurencja?

Szkoda mi to komentować. Dla mnie konkurencją jest Julie Bresset i Catherine Pendrel, a nie Paula Gorycka. Wolałabym rozmawiać o tych pierwszych. Przez wojenkę medialną czuję się wręcz deprecjonowana, bo jak czytam, że moją główną rywalką jest Paula, to się zastanawiam, o co chodzi. Jeśli już mamy patrzeć na polskie podwórko, to znacznie groźniejsze są dla mnie Ola Dawidowicz i Ania Szafraniec. Ola już się odbudowała po dwóch latach chorób, Ania jest po kontuzji i jak dojdzie do siebie, to zapewne też wróci na wysoki poziom. Jak Paula kiedyś zbliży się do światowej czołówki, wówczas porozmawiamy o rywalizacji. Potencjał dziewczyna z pewnością ma, ale na razie musi się jeszcze dużo uczyć.

Chodzą słuchy o Twoim przejściu do innego zespołu. Ani nie zaprzeczasz, ani nie potwierdzasz. Słyszeliśmy nazwę Rabobank…

Trwają rozmowy z kilkoma ekipami i do momentu podpisania umowy nie mogę nic powiedzieć. Mam kilka propozycji, ale trzeba przyznać, że lepiej niż w CCC Polkowice nigdzie nie będzie. Wielki komfort przygotowań, profesjonalna, oddana obsługa, duże wsparcie klubu i głównego sponsora, Pana Dariusza Miłka, po wypadku. Trudno chcieć więcej. Z drugiej strony zmiany potrafią zadziałać bardzo korzystnie, a odpoczynek od polskiego piekiełka z pewnością mi się przyda. Może będę wówczas mogła udzielać wywiadów o kolarstwie a nie polityce. To jest trudna decyzja i na razie jestem mocno rozdarta.