Boeing odleciał…

Jens Voigt wygrał Tour de Pologne. Na jedynym górskim etapie zaatakował w swoim stylu. Odjeżdżając z peletonu, nie dał szans rywalom. O zimnych etapach, filozofii ścigania i karabinie maszynowym mówi jeden z najlepszych kolarzy na świecie. Wygrał Pan królewski etap i cały wyścig. Wszyscy narzekają na pogodę, a dla Pana wydaje się ona nie mieć znaczenia. Dołączy Pan do grona krytyków? Przy tej pogodzie etapy, które zaplanowano, były faktycznie za długie. Sześć godzin w deszczu i zimnie to trochę za dużo. Wolę etapy krótkie i intensywne, jeżeli można tak powiedzieć. Dlatego decyzja o ich skróceniu była jak najbardziej odpowiednia. Pogoda nas nie rozpieszczała, to fakt. Ale była dla wszystkich taka sama. Na zwycięskim etapie faktycznie miałem dobrą dyspozycję i mogłem atakować. Większość moich zwycięstw odnosiłem właśnie przy takiej pogodzie. Może coś w tym jest, choć nie przepadam za deszczem i zimnem. Nikt chyba nie przepada. Ale czułem się dobrze, a moje ciało było w pełni sprawne. Dlatego zaatakowałem. I wygrałem. Czy prędkość, z którą Pan jechał po zwycięstwo, jest porównywalna do prędkości, jakie uzyskuje Pan na Tour de France? Nie, tu było zdecydowanie za zimno, żebym osiągnął prędkości z TdF. Mięśnie były zmarznięte i zbite, więc nie sądzę, żeby można było to porównać. Mimo podobnej formy organizm w zimnie pracuje jednak inaczej. Natomiast oddawałem podobną liczbę watów, patrzyłem na licznik, kiedy dochodziłem do Toniego (…Martina, uciekał przed Jensem – od red.) i liczba watów była porównywalna. Więc moc jak najbardziej, ale prędkość nie. Polscy kolarze byli zdziwieni, że Pan zaatakował. W tym momencie to Pańska grupa trzymała tempo i było ono dość wysokie. Mam wyćwiczoną umiejętność utrzymywania długo równego i mocnego tempa. To się bierze z moich predyspozycji i z tego, że nie jestem ani dobrym sprinterem, ani specjalistą od gór. Muszę atakować i dać z siebie wszystko na początku, tak, żeby na podjazdach już nikt mnie nie dogonił. Dlatego ruszam pełnym gazem. Najczęściej w takim momencie, że nikt się nie spodziewa. Tak było i teraz. Nasze założenie taktyczne było takie, że będziemy jechać na Baka, który był najwyżej w klasyfikacji. Ale czułem się wyśmienicie. Dostałem wolną rękę od dyrektora sportowego i zaatakowałem. Myślę, że nikt się nie spodziewał mojego ataku, dlatego tak łatwo mogłem odskoczyć. Jak wyglądały zjazdy? Było przecież ślisko i niebezpiecznie. Jest Pan dobrym zjazdowcem? Zjeżdżałem ostrożnie. Wiecie, w moim wieku i z moją rodziną, a mam piątkę dzieci, nie można być szalonym zjazdowcem. Nie, na to mnie nikt nie namówi. Mogę być szybki na podjazdach, ale na zjazdach uważam. Było faktycznie ślisko i nieprzyjemnie. W dniu startu mówił Pan, że jest w dobrej formie, ale nie określał siebie jako faworyta? Kiedy poczuł Pan, że może wygrać Toru de Pologne? Najważniejsze było moje samopoczucie na górzystym etapie i to, że ten etap tak diametralnie skrócono. Gdyby był dłuższy, a miał mieć przecież 200 km, na pewno bym nie wygrał. Dziennikarze pytali mnie bardzo często o Orlinek i Karpacz. Tam nie miałem szans. Tu, bez skrócenia etapu, też nie miałbym szans. Tak naprawdę o ataku zadecydowałem w połowie etapu, chociaż rano, kiedy dowiedziałem się o zmianie przebiegu trasy, czułem taką szansę. Dla mnie ważne było to, że góry nie będą zbyt duże. Pod Orlinek podjeżdżałem z szesnaście razy, w sześciu wyścigach. Tam było dla mnie za ciężko. W tym roku też myślałem, że też tak będzie, ale okazało się, że etap jest jak najbardziej pode mnie. Więc zaatakowałem. Pański atak nastąpił około połowy etapu, można powiedzieć, że był idealnie w Pańskim stylu. Jaka jest filozofia ścigania Jensa Voigta? Może ją Pan przybliżyć? Jestem fighterem. Lubię walczyć i lubię proste scenariusze. Wiem, że żeby być dobrym, trzeba mieć jakiś element doskonale opanowany i wyszkolony. Ja się skupiłem na ataku. Moja filozofia to szukanie szansy. Jeżeli jesteś dobry, na pewno ją znajdziesz. Nawet jeżeli na dziesięć ataków dziewięć będzie nieudanych, tym dziesiątym zaskoczysz swoich rywali i wygrasz. Musisz atakować, takie jest kolarstwo, taki jest sport. Taki styl obrałem na początku swojej kariery kolarza, taki styl utrzymuję. Moja wiara w samotny atak jest niezachwiana i dzięki niej wygrywałem wiele razy. Nie akceptuję podejścia, jakie ma wielu kolarzy, którzy starają się wykonywać tylko swoje zadania i nie robią nic, żeby wygrywać. Zwycięstwa są cudowne, a samotne wjechanie na metę jest najpiękniejszym przeżyciem. Tu w Zakopanem też się cieszyłem, co było widać. Ale moja filozofia kolarstwa to obecnie czerpanie radości z jazdy. Dobrze się czuję w peletonie, dobrze się czuję w mojej grupie, lubię przebywać z tymi ludźmi, lubię z nimi startować i się ścigać. Czasami w peletonie po prostu się relaksuję. Czasami mam frajdę, kiedy całą drużyną rozrywamy peleton. I lubię odjeżdżać, znikać innym zawodnikom z oczu. Hiszpanie po moich odjazdach nadali mi przydomek Boening 747, bo tak przejeżdżałem koło nich… cd. w MR 10/2008
Słowa: Miłosz Sajnog

top 3

Czytaj więcej

Jeździj jak zawodowcy i zabezpiecz swój telefon na rowerze – uchwyt do telefonu na rower marki RokForm

Czytaj więcej

Filmy

Wybór redakcji

Czytaj więcej

Jeździj jak zawodowcy i zabezpiecz swój telefon na rowerze – uchwyt do telefonu na rower marki RokForm

Czytaj więcej
comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach