Niesamowita TurcjaRowerem przez kontynenty

Rowerem przez kontynenty

Turcja to doskonały cel dla początkującego globtrotera. Jest najbliższym Polsce egzotycznym krajem. Łatwo dostępna, tania, ze świetnie działającą komunikacją, niesamowicie różnorodna, a przy tym wszystkim, co jest zaskoczeniem dla wielu podróżników, nowoczesna, ze wszelkimi dobrodziejstwami zachodniego stylu życia i dobrą infrastrukturą turystyczną. Nie przypadkiem Turcja była moim pierwszym celem na innym kontynencie niż Europa. Nie przypadkiem też w Turcji spędziłem aż 2 miesiące na siodełku rowerowym, przejechawszy 3 000 km. Turcja jest niesamowita, to określenie, które można usłyszeć najczęściej od osób odwiedzających ten duży kraj, jedyny na świecie leżący na dwóch kontynentach (97% powierzchni znajduje się w Azji, zaledwie 3% w Europie). Główną religią w Turcji jest islam i widać to na każdym kroku, szczególnie na prowincji. Patrząc jednak na ten kraj przez pryzmat dużych miast oraz kurortów na wybrzeżu, można odnieść wrażenie, że to po prostu jeden z krajów Unii Europejskiej. Turcja, co znowu jest sporym zaskoczeniem, jest bardzo górzysta. Trzeba mieć niezłą kondycję, aby w gorące dni pokonywać kolejne przełęcze. Dzięki dużej ofercie biur turystycznych oferujących wczasy cena biletu lotniczego tam i z powrotem oscyluje w granicach 1 000 zł za jedną osobę (lot czarterowy). Dużą zaletą takich lotów jest (zazwyczaj) mały problem z przewiezieniem roweru. Linie lotnicze nie naliczają (normalnie ok. 8$ za każdy kilogram) nadbagażu. Obowiązuje stała stawka za nadmiarowy bagaż, np. 25 euro, w dodatku często niepobierana. W 1998 roku Turcja była jednym z krajów, przez który przejeżdżaliśmy w drodze z Polski do Egiptu. Razem z Wojtkiem Żurkiem pokonaliśmy 1 700 km od Istambułu, przez Adanę i Kapadocję, do granicy z Syrią. W 2001 roku z Agatą wybraliśmy drogę brzegiem Morza Śródziemnego, od Selczuku do Mersin, którą pokonaliśmy rowerami w ciągu miesiąca (1 290 km). Na koniec przejechaliśmy (już autobusem) do Kapadocji. Powtórzenie właśnie tej trasy pozwoli wam zwiedzić z siodełka rowerowego większość najbardziej spektakularnych atrakcji tego orientalnego kraju. Dolecieliśmy na miejsce samolotem czarterowym. Rowery dotarły również bez żadnych uszkodzeń (zapakowane w pudła kartonowe, które wyprosiliśmy w sklepie rowerowym). Nasze połączenie miało jedną wadę – na miejscu byliśmy po zmroku. Dla turystów rozwożonych autobusami do hoteli nie miało to żadnego znaczenia, ale nam utrudniało nieco sprawę. Dodatkowo kwestię naszego transportu komplikowały dwa, dosyć potężne, pudła. Taksówkarze spodziewają się raczej zamożnych turystów z walizkami niż pasażerów obładowanych tobołkami (tak, jak to bywa w azjatyckich krajach) i ich limuzyny nie są przystosowane do tego typu bagażu. Z trudem więc udało nam się znaleźć nie tyle odpowiednią taksówkę, co odpowiedniego człowieka, który zgodził się złożyć tylne siedzenia, na nich ułożyć rowery, a my musieliśmy we dwójkę, niezbyt legalnie, wcisnąć się na przednie siedzenie. Znalezienie taniego hoteliku w starej części Antalii (Kaleci) poszło już znacznie szybciej. Kolejny cały dzień poświęciliśmy na rozpakowanie i złożenie rowerów, a także na zorganizowanie transportu do Pamukale. Ponieważ na lotnisku w Polsce zarekwirowano nam kartusze gazowe i nie mieliśmy żadnej kuchenki, musieliśmy coś w zamian kupić. Po długich poszukiwaniach kupiliśmy turecką wersję palnika gazowego (podróbka camping gazu) oraz dwa kartusze, które powinny nam były starczyć na cały pobyt. Podróż autobusem do Denizli trwała 5 godzin, po których czekało nas jeszcze 14 km pedałowania po szosie do samego Pamukale. Zatrzymaliśmy się w jednym z licznych tanich hotelików i wieczorem poszliśmy zwiedzać jedną z największych atrakcji Turcji – olśniewająco białe wapienne tarasy. Nawet wieczorem widok był baśniowy – całe wzgórze pokryte małymi białymi nieckami wypełnionymi wodą… W słoneczny dzień nie da się oglądać tej atrakcji bez okularów przeciwsłonecznych. Całość przypomina kopalnię soli lub alpejski stok narciarski w zimie. „Sprawcą” tego przyrodniczego wybryku natury jest woda, a właściwie zawarty w niej węglan wapnia. Tutejsze gorące źródła zwierają go ponad przeciętną ilość. Woda, mająca temperaturę 35-55°C, ochładza się w czasie spływania po górskim zboczu i węglan wapnia zostaje wytracony (to ten sam, który osadza się w czajniku). Na świecie są tylko trzy miejsca, gdzie można oglądać takie zjawisko – gorące źródła Mammoth w Parku Narodowym Yellowstone w USA, jezioro Mono w Kalifornii i właśnie tureckie Pamukale. Na szczycie wzniesienia znajdują się ruiny starożytnego miasta Hierapolis, które warto zwiedzić. Za niewielką opłatą można się popluskać w „archeologicznym” basenie wypełnionym leczniczą wodą z gorących źródeł. Na dnie leżą powalone rzymskie kolumny, fragmenty portali i innych elementów starożytnej architektury. Warto poświęcić pełny dzień na podziwianie tego „pałacu z bawełny”, jak często nazywane jest Pamukale. Nas czekała jeszcze trzygodzinna podróż autokarem do Selczuku, skąd dalej pojechaliśmy już rowerami. Miejsce wybraliśmy nieprzypadkowo, właśnie tam znajduje się jedno z najlepiej zachowanych na świecie miast starożytnych (niektórzy mówią nawet że jest najlepiej zachowane). Dla miłośników starożytności nawet pełen dzień nie wystarczy na zwiedzanie wykopalisk. W starożytnym Efezie mieszkało 100 tys. ludzi. Do oglądania są więc świątynie, agory, domy, kolumny, teatr i przepiękna fasada biblioteki. Zwiedzanie ma tylko jedną wadę – trzeba przeciskać się przez tłumy turystów, a upał jest potężny. Wieczorem, przy miejscowym piwie, nomen omen „Efez”, przeglądamy mapy i rozmyślamy o czekającej nas niełatwej trasie. Na dobry początek mamy drogę lekko pod górę i wiatr w twarz. Cały dzień pedałujemy wolno wśród niezbyt ciekawego krajobrazu i docieramy na wieczór do Priene. Z noclegiem jest kłopot, ale w końcu dostajemy propozycję rozbicia namiotu wśród domków campingowych zajętych przez niemieckich archeologów. Po obejrzeniu Efezu żadne ruiny nie będą fascynować, tak też jest z Priene – zespołem świątyń i powalonymi kolumnami. Jedyna zaleta to brak turystów. Kolejnego dnia kontynuujemy rajd śladem starożytności. Błyskawicznie zwiedzamy Milet – w VII i VIII w p.n.e. jedno z najważniejszych miast świata helleńskiego. Przecinamy rzekę Menderes, od nazwy której pochodzi słowo „meandrować” i docieramy do Didymy. To są już nasze czwarte ruiny i nie za bardzo mamy ochotę je zwiedzać, szczególnie, że od plaży, gdzie jest nasz hotel, trzeba dojechać komunikacją miejską. Opłacało się. Las grubych, szesnastometrowych kolumn robi jednak duże wrażenie. Czegoś takiego nie ma nawet w Efezie. Świątynia Apollina była kiedyś słynną wyrocznią obsługiwaną przez kapłanów z Delf, do której co roku przybywały tłumy wiernych pytających o rady niejednokrotnie dotyczące drogi życiowej. Dzisiaj Didyma to przede wszystkim hałaśliwa i zatłoczona głównie przez Anglików plaża. My też postanawiamy poleniuchować jeden dzień, dzieląc go między zwiedzanie i plażowanie. Na kilka kolejnych dni rozstajemy się z morzem. Droga biegnie głównie przez lasy i gaje oliwne po mocno pagórkowatym terenie. Wjeżdżamy na trzy przełęcze – wysokości (maksymalnie 750 m) nie rzucają nas na kolana, ale podjazdy drogą o 10% nachyleniu w pełnym upale to wysiłek nie lada. Mapa jest mało dokładna i codziennie mamy kilka niezapowiedzianych zjazdów i podjazdów. Jedyną zaletą jazdy w największy skwar jest mały ruch. W godzinach 12.00-16.00 wszyscy chowają się do cienia. Drogę do Fethiye pokonujemy w 2 dni, śpiąc po drodze u poznanego Turka. W Fethiye zwiedzamy wykuty w skale grobowiec Amintasa, przypominający fasadę greckiej świątyni z jońskimi kolumnami. W środku są już tylko śmieci. Byliśmy trochę zawiedzeni, ale wynagrodził nam to piękny widok na miasto i zatokę. Miasteczko, mimo dużej liczby turystów, nie straciło jeszcze swojego uroku. Trudy wspinaczek w upale doskonale złagodził pobyt wieczorem w romantycznej knajpce nad brzegiem morza, z widokiem na oświetlony port. Droga do położonej 90 km dalej Patary jest praktycznie płaska, pod sam koniec są niestety całe pola zabudowane szklarniami psującymi krajobraz. Patara to nieduża miejscowość, a właściwie wioska położona na cypelku nad morzem. Znajduje się tam jedna z najpiękniejszych plaż w całej Turcji, ograniczona z dwóch stron wysokimi skałami. Jest szeroka i długa, a gorący piasek ma piękny biały kolor. Turystów na nasze szczęście jest mało, a ciszy nie zakłóca dzika muzyka z barów. Obok znajdują się mało interesujące ruiny, ale, jak głosi przewodnik, urodził się tam św. Mikołaj. Po spędzeniu kolejnego dnia na plaży udajemy się w dalszą drogę, czeka nas jeden z najładniejszych odcinków trasy. Droga częściowo biegnie wykutą półką skalną, wyeksponowaną nad samym morzem. Niesamowite. Widoki powalają. Fale turkusowej wody rozbijają się o nagie, groźne skały, a po horyzont rozrzucone są bajkowe wysepki. Obrazek jak z katalogu. Trzeba jednak bardzo uważać, bo droga jest wąska i często nie ma barierek bezpieczeństwa. Co jakiś czas na sam dół prowadzą bardzo długie schody na niewielką plażę, dosłownie wciśniętą między skalne bloki. Podróżowanie po Turcji rowerem ma jedną niewątpliwą zaletę – rowerzyści z sakwami są tu rzadkim zjawiskiem i często w małych wioskach budzimy wręcz sensację. Dzięki temu zdarzają się sytuacje, gdy zostajemy zaproszeni na poczęstunek i na nocleg. W ciągu dnia jesteśmy rozdarci między chęcią spędzenia długich chwil przy tradycyjnej herbatce o bardzo charakterystycznym posmaku, podawanej w malutkich szklaneczkach w kształcie kwiatu tulipana, a z drugiej strony musimy przejechać określony dystans, aby zmieścić się w czasie. Zazwyczaj więc zatrzymujemy się na kilka chwil, wypijamy ku uciesze gospodarzy po kilka stanowczo za małych dla nas szklanek i ruszamy dalej w drogę. W Kemer, bardzo turystycznym miasteczku, fundujemy sobie hotel z basenem na jeden nocleg. Trudno w to uwierzyć, ale za dwie osoby płacimy równowartość 15 $, za przyzwoity pokój z klimatyzacją. Po wieczornej kąpieli w basenie idziemy do ładnego centrum, gdzie uzupełniamy zasoby kalorii. Za kolację dla dwóch osób, na którą składa się: pizza (2 razy), piwo (2 razy), herbata, płacimy równowartość 4$. Trzy kolejne dni to odpoczynek od gór. Przejeżdżamy przez miasta, w których przy plaży stoją tysiące wielopiętrowych hoteli. Najładniejszym z nich jest Alanya, gdzie głównym językiem w sklepikach jest polski. Jedyna niedogodność to wyższe ceny noclegów. Dopiero przed Gazipasą, gdzie przeżywamy wstrząsy sejsmiczne, teren staje się bardziej urozmaicony. Droga wije się serpentynami wśród gór. Jedziemy głównie lasem, w dole połyskuje lazurowe morze. Powietrze jest bardzo gęste i wilgotne, to zasługa klimatu śródziemnomorskiego. Strasznie się pocimy, rękawiczki trzeba prać co dwa dni, bo dosłownie ślizgają się po kierownicy. Tym razem w najbardziej eksponowanych miejscach są już barierki. Droga miejscami jest aż monotonna: w górę, w dół, w górę i w dół. I tak w kółko. Czasami parę godzin pniemy się wysoko na przełęcz po to, żeby zjechać do samego morza, następnie mamy dosłownie jeden kilometr po płaskim i znów serpentyny na kolejną przełęcz. Średnia prędkość dzienna takiej jazdy to ok. 14 km/h przy bezwietrznej pogodzie. Ostatni dzień jazdy po górach jest najbardziej męczący, zwłaszcza że jesteśmy wykończeni i niewyspani z powodu dosłownie pożerających nas komarów. Nie pomogły najlepsze smarowidła ani naciągnięte na głowy prześcieradła. Ostatni dzień na rowerach, z Silifke do Mersin, jest już na szczęście płaski. Mamy wiatr w plecy i gdyby nie trzy złapane tego dnia gumy, byłby to najbardziej „lajtowy” dzień mimo przejechania prawie 100 km. Po pokonaniu 1290 km pakujemy rowery do autobusu i jedziemy do baśniowej krainy – Kapadocji, gdzie przez dwa dni rozbijamy się wypożyczonym skuterem. Cóż za ulga, nie trzeba pedałować… Wracamy do Antalyi, gdzie pakujemy nasze „zmęczone” rowery z powrotem do zostawionych w hotelu kartonów i po trzech godzinach lotu wysiadamy w deszczowym Poznaniu.

Najpiękniejsze miejsca w Turcji

Pamukale i Hieriapolis Niesamowite białe tarasy, wyglądające jak olbrzymi tort polany lukrem. Jest to jedno z trzech miejsc na świecie, gdzie można oglądać taki wapienny cud przyrody. Na samej górze do zwiedzania są ruiny starożytnego miasta. Nie można pominąć kąpieli w basenie ze starożytnościami. Efez (Selczuk) Zdecydowanie najlepiej zachowane miasto starożytne w Turcji. Nawet jeśli niekoniecznie kochamy oglądanie ruin, Efez to pozycja obowiązkowa. Didyma Niezbyt duże powierzchniowo ruiny, ale wyjątkowo ładne i ciekawe pozostałości po świątyni Apollina. Patara Piękna, duża i piaszczysta plaża, przez wielu uważana za najpiękniejszą w Turcji. W pobliżu nie ma luksusowych hoteli, więc turystów niewielu. Oludeniz (Fethije) Niemiłosiernie zatłoczona, ale bardzo malowniczo położona plaża otoczona turkusową laguną. Jest wizytówką Turcji i zdjęcie jej znajdziemy we wszystkich folderach biur podróży. Kapadocja Absolutny hit Turcji. Czegoś takiego nie zobaczy się nigdzie indziej. Nazwą „Kapadocja” obejmuje się bardzo duży rejon środkowej Turcji. Zwyczajowo jednak określenia tego używa się w odniesieniu do iście księżycowych krajobrazów w okolicy Ügrüp i doliny Göreme. Historia tego obszaru zaczęła się 10 milionów lat temu. Wtedy to cała okolica została pokryta popiołami z erupcji trzech wulkanów. Miękki tuf wulkaniczny jest bardzo podatny na erozję. Ludność zamieszkująca te tereny szybko zorientowała się, że tak powstałe skały są doskonałym materiałem na budowę siedzib. Obecnie turyści z całego świata podziwiają charakterystyczne, księżycowe stożki wyrzeźbione przez wiatr oraz całe wielokondygnacyjne systemy wykutych domostw. Podobne systemy mieszkalne zostały wyrzeźbione pod ziemią. W Kaymakli oraz Derinkuyu możemy zwiedzać podziemne miasta sięgające 8 poziomów w głąb ziemi. Góra Ararat Najwyższa góra Turcji (5 137 m n.p.m.) położona w okolicy granicy z Armenią i Iranem wybija się z pustynnej równiny. Góra słynna z Biblii, to jej wierzchołek był pierwszym skrawkiem lądu po potopie i to tutaj osiadła arka Noego. Wejścia na szczyt organizują miejscowe agencje turystyczne i nie wymaga to specjalistycznego sprzętu alpinistycznego. Nemrut i jezioro Van Największe jezioro Azji mniejszej jest położone przy granicy z Iranem w otoczeniu czterotysięcznych szczytów. Na szczycie góry Nemrut Dagi (2 150 m n.p.m.) podziwiać można niesamowite, 2-metrowej wielkości głowy kommageńskich bóstw. Kamienne rzeźby przez niektórych są uważane za jeden z cudów świata. Kapadocja Nie jest stolicą, ale na pewno sercem Turcji. Położona na dwóch kontynentach dawna stolica cesarstwa bizantyjskiego – Konstantynopol. Na zwiedzanie warto zarezerwować co najmniej 2 pełne dni. Błękitny Meczet to najpiękniejsza świątynia muzułmańska w Stambule. Jako jedna z niewielu na świecie ma 6 minaretów. Kościół Mądrości Bożej (Hagia Sophia) to z kolei jedna z największych kopuł (w czasach, kiedy była budowana, była inżynierskim cudem). Dech w piersiach zapierają zarówno Zatopiony Pałac (podziemna cysterna bazylikowa), jak i Pałac Topkapi – siedziba sułtanów sprzed 400 lat.

Informacje praktyczne

Transport Przelot samolotem czarterowym (na okres 4 tygodni): ok. 1 000 zł. Na krótsze okresy (dwa i jeden tydzień) można bez większych problemów trafić na last minute. W takim wypadku przelot będzie kosztował jedynie około 800 zł. Przejazd autobusem (ok. 36 godzin) do Istambułu to wydatek rzędu 650 zł. Turcja ma doskonale rozwiniętą sieć autobusów, o której możemy tylko marzyć w Polsce. Szybkie, tanie, czyste i punktualne zawiozą nas dosłownie w każdy region kraju. Z zabraniem roweru nie ma problemu, należy się jedynie upewnić, czy będziemy jechali dużym autobusem (na niektórych trasach kursują mniejsze). Przykładowe ceny: Antalia – Pamukale – 7 YTL, Pamukale – Selczuk (Efez) – 5 YTL. Wyżywienie Najkorzystniej nastawić się na wyżywienie miejscowe. Najtaniej jest w Lokantach, to odpowiedniki naszych barów mlecznych. Potrawy są już wcześniej przygotowane i wystawione, tak, że klient widzi, co znajdzie się na jego talerzu. Bardzo popularny gęsty sos gulaszowy lub warzywny, który jest podawany z bułką w dużych ilościach (bez dodatkowej opłaty), jest sycącym posiłkiem. W Restoran mamy większy wybór, ale i ceny mniej przystępne. Na pewno nie można pominąć słynnego Kebabu. Najlepiej znaleźć Kebab Salonu, gdzie podają go na różne sposoby. Kebaby przyrządzane na pionowym ruszcie to döner kebab, natomiast mięso opiekane na poziomym ruszcie to sis kebab. Tradycyjnie mięso powinno być baranie (a właściwie jagnięce), obecnie popularne jest również z kurczaka (dönertavuk). Tańszą alternatywą będzie turecka pizza zwana Pidą, w cenie ok. 1-2 $ na osobę. Ma ona postać łódek z ciasta wypełnionych nadzieniem. Jeszcze tańszym i smacznym daniem jest gozleme – rodzaj ciapata (okrągły, płaski naleśnik) z białym serem i pietruszką. Jest też wersja z mięsem mielonym. Do popicia obiadu zdecydowanie najlepszy będzie w upały ajran (ayran) – zimny, rozwodniony napój – woda i jogurt z solą. Można go również kupić w sklepach w plastykowych kubeczkach. Oczywiście nie ma problemu z kupnem napojów chłodzących, w każdej najmniejszej wiosce kupimy wodę (su), Coca-Colę, a także soki owocowe w jednolitrowych kartonikach. Bardzo dobre jest tureckie piwo „Efez”, nieustępujące polskiemu „Żywcowi”. Napojem narodowym jest jednak herbata (czaj) – podawana w małych szklaneczkach o kształcie tulipana. Ma charakterystyczny smak i pije się ją posłodzoną. W większych miastach (np. Antalii) można kupić niebieskie kartusze do Camping Gazu – zdecydowanie tańsze niż w Polsce. Nabojów do systemu Epi-gaz nie ma szans kupić. Noclegi W większości przypadków spaliśmy w turystycznych hotelikach, których jest pełno, szczególnie w miejscowościach turystycznych. Cena za dwuosobowy pokój z łazienką i wiatrakiem (ważne na upały!) to średnio 10-15 YTL (ale to cena we wrześniu!). Campingów nie ma zbyt wiele. Bez większych problemów można jednak spać na dziko – Turcja jest bardzo zalesiona. Mapy i przewodniki Przewodnik „Turcja” wydawnictwa Pascal w zupełności wystarczy, jeśli chodzi o informacje praktyczne. Przed wyjazdem warto sobie poczytać dodatkowo o historii wybrzeża (starożytność). Mapa wydawnictwa RV Verlag (charakterystyczna czerwona okładka) w skali 1:800.000 jest niestety bardzo niedokładna, np. zdarza się jej „zapomnieć” o przełęczach 600 m n.p.m. Rowerzyści niełatwo wybaczają takie błędy. Zdrowie, higiena Wybrzeże jest bardzo europejskie, w hotelikach są normalne łazienki, na prowincji czasem można spotkać tradycyjną turecką ubikację, zwaną „stopami słonia”. Jest to po prostu dziura, obok której wyznaczone są miejsca na ustawienie nóg. Potrzebę załatwia się w pozycji kucającej. Po drodze często występują stacje benzynowe, na których można bez problemu umyć się (przydaje się to, gdy nocujemy na dziko). Nie ma żadnych wymagań, jeśli chodzi o szczepienia. Profilaktycznie warto jednak zaszczepić się na żółtaczkę A i B. Waluta Waluta turecka – Lira – obecnie podlega bardzo szybkiej dewaluacji. W czasie naszego pobytu straciła na wartości parę procent. Tradycyjnie najlepszą walutą do wymiany są dolary amerykańskie. W większych miasteczkach bez problemu wyjmiemy gotówkę, posługując się kartą Visa lub Maestro. 1 stycznia 2005 wprowadzono wymianę połączoną z dewaluacją waluty. Turecka lira (TL) została zastąpiona nową turecka lirą (YTL). Obcięto 6 zer i tak 1YTL = 1 000 000 TL. Kurs waluty (czerwiec 2005) 1 USD = 1,3 YTL 1 EUR = 1,7 YTL 1 zł = ok. 0,4 YTL Bezpieczeństwo Turcy prowadzą samochody fatalnie. Jeżdżą szybko i za wszelką cenę wyprzedzają. Na szosach panuje proste prawo – kto jest większy, ma pierwszeństwo. Rowerzysta musi bardzo uważać i mieć wyostrzone wszystkie zmysły. Przydaje się lusterko wsteczne, dzięki niemu można również kontrolować sytuację za sobą. Wiza Jest wydawana na granicy (lub po przylocie, na lotnisku). Kosztuje 10 $ (płatne w dolarach). Telefon, Internet W każdym miejscu można zadzwonić do Polski. W miejscowościach turystycznych na każdym kroku są kafejki internetowe. Godzina „internetowania” to koszt 1-2 dolarów.

Informacje szczegółowe o drodze dla rowerzystów

Autobus: Antalia , Pamukale Z Antalii najwięcej autobusów jest do Denizli, a stamtąd już łatwo złapać połączenie do samego Pamukale lub można pokonać te 14 km rowerem. Autobus: Pamukale , Selczuk Ponieważ Pamukale jest małą wioską, autobusów nie ma zbyt wielu. Najprawdopodobniej i tak czeka nas przesiadka w jakimś większym mieście. Przy kupowaniu biletu koniecznie upewnijmy się, że jest to duży bus (big bus), w którym nie ma problemu z dużym bagażem, a nie mikrobusik, do którego rowery mogą nie wejść. Selczuk , Priene , Milet , Didyma Monotonna droga przerywana zwiedzaniem ruin. Większość trasy można pokonać bocznymi drogami o małym natężeniu ruchu. Didyma , Ytagan W Didymie można się wykąpać, ale plaża strasznie zatłoczona i hałaśliwa. Ciężko znaleźć drogę na główną szosę (525). Bardzo ładna droga obok jeziora. Za jeziorem podjazd na małą przełęcz. W Milas rozpoczyna się podjazd, który trwa jeszcze 7 km (10 %), a następnie jeszcze 10 km lekkiego podjazdu ze zjazdami. Do Ytagan już non stop zjazd. W samym mieście podjazd. Ytagan , Fethiye Do Mugli płasko, lekki zjazd, czasem mały podjazd (główną drogą omijającą miasto). Parę kilometrów to w górę, to w dół. Przełęcz Sakar Gec (wysokość ok. 700 m). Szaleńcza serpentyna – 10 km w dół. Do Koycegiz płasko (ok. 20 km). Do Dalaman lekko pagórkowato. Od rozjazdu na Dalaman (na południe) całkiem alpejski podjazd – 7 km na 345 m. Zjazd z ostrymi zakrętami, potem góra, dół. Przed Fethiye prawie płasko. Fethiye , Patara Centrum miasta jest położone 8 km od szosy (tyle trzeba się wrócić). Miasteczko ładne. Warto zajrzeć na plaże Oludeniz. Po powrocie na szosę jeszcze 7 km małego podjazdu, potem 7 km zjazdu do rozdzielenia się drogi. Jedziemy na Kas. Do samej Patary płasko przez bardzo nieładny krajobraz ze zrujnowanymi szklarniami. Centrum Patary ok. 3 km w bok od szosy. Wspaniała plaża, ruiny można sobie darować. Patara , Kas Po powrocie na szosę 9 km podjazdu na miniprzełęcz, tuż przed Kalkan (12 km). Następnie 3 km ostrego zjazdu, 4 km pagórkowato i 20 km wyciętej pięknej szosy w skale z widokiem na morze. Po drodze 2 dzikie plaże (warto skorzystać). 1 km przed Kas jest camping. Kas , Finike Przez całe Kas ostry podjazd – w sumie 7 km, potem 4 km lżej i 2-3 km zjazdu. 19 km pagórkowate. 25 km od Kas jest małą wioska, można coś zjeść. 15 km ładnego zjazdu do równiny Kale. Potem jeszcze 26 km. Początkowo nad jeziorem (zatoką), potem ładnie wyciętą drogą w skale – praktycznie płasko. Finike , Kemer 20 km płasko, potem 16 km lekkiego podjazdu – na przełęcz 500 m. Do samego Kemer zjazd z małymi podjazdami. W Kemer ciężko znaleźć tani nocleg. Kemer , Gazipasa 40 km do Antalii płaskiej drogi, 30 km przez samo miasto. Dalsza droga ma już zupełnie inny charakter niż odcinek Selczuk – Antalia. Górzyste serpentyny zostają zastąpione przez płaską jak stół drogę wzdłuż brzegu morza. Małe miasteczka są szczelnie wypełnione przez hotele pełne turystów. Krajobraz urozmaica się dopiero 10 km przed Gazipasą. Gazipasa , Anamur Jeszcze tylko 20 km płaskiej drogi i znowu wjeżdżamy w góry. 10 km podjazdu, 12 zjazdu, 8 podjazdu, 5 km trawersu zbocza i 10 km zjazdu do doliny nad samo morze. Znowu 15 km w górę trawersem doliny i zjazd do Anamur. Anamur , Mersin 40 km płasko, lekko pagórkowato, 8 km podjazdu wyciętą drogą w skale i zjazd do Aycincik. Podjazd 10 km, zjazd 10 km i znów tyle samo podjazdu i zjazdu. Travers do Ovacik Za letniskiem nieco pagórkowato, podjazd na północne zbocze doliny i ładny zjazd do Bogsak. Do Silifke już ciągle płasko wzdłuż morza. Następne 94 km to płaska droga do Mersin.

top 3

Czytaj więcej

Jeździj jak zawodowcy i zabezpiecz swój telefon na rowerze – uchwyt do telefonu na rower marki RokForm

Czytaj więcej

Filmy

Wybór redakcji

Czytaj więcej

Jeździj jak zawodowcy i zabezpiecz swój telefon na rowerze – uchwyt do telefonu na rower marki RokForm

Czytaj więcej
comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach