Rowerzyści do rowerów, pisarze do piór!

Opisaliście dla nas różne miejsca, mniej lub bardziej szczegółowo, obrazowo, metaforycznie, prawie z suspensem. Wybraliśmy charakterystyczne fragmenty. Odnajdźcie w nich echa udanych podróży. Wakacje, urlopy tuż, tuż, sezon w pełni. Nie pozostaje nic innego, jak zaopatrzyć się w mapę i wyruszyć. Droga zaczyna się tuż za progiem, a kończy? Dla niektórych aż w Azji, dla innych nigdzie i nigdy. Do zobaczenia na szlakach! A jak pisaliście?

Poetycko

Leciutki wiatr grał na liściastych klawiszach, a słońce oświetlało zieloną scenę, gdzie leśna opera dawała swój niesamowity koncert. Wszystkim dyrygował sławetny, perfekcyjny dyrygent, Matka Natura. Kształty domostw schowały się za liściastą kurtyną. Królową wśród drzew była smukła sosna, która oszałamiała wszystkich swą iglastą kreacją. Ruch wyzwala w człowieku wszystko to, co stres dnia codziennego w pogoni za chlebem stara się przytłumić – radość z życia. Urokliwość miejsca wprawiła nas w niesamowity nastrój. Każdy chłonął oglądane osobliwości i dzielił się kolejnymi odkryciami z przyjacielem. Powstała między nami specyficzna więź. Rozmawialiśmy szeptem, aby nie spłoszyć ptaków, cudownych myśli, pięknych skojarzeń, które kłębiły się w głowie. Marcin Kula, Chmielowice

Sensacyjnie

Zaczęło lać, więc nie ma sensu jechać dalej i na nocleg udaję się do Niechorza, gdzie po przejechaniu 105 km z niemałym trudem znajduję pokój za 20 zł, na będącej w stanie surowym budowie. Nie wiem, jakich materiałów używał właściciel do produkcji pustaków, z których dom został zbudowany, ale dopiero rano okazało się, że wszechobecny w środku budynku, dziwny zapach spowodował okropny ból mojej głowy. Tak prosta czynność, jak sporządzenie śniadania i spakowanie bagażu zajęła mi aż półtorej godziny… Szymon Wójcik, Nawsie Kołaczyckie

Z detalami

Drugiego dnia ok. godziny 6. rano słońce obudziło nas swoimi promieniami. Po spakowaniu sakw i pierwszym posiłku, jakim były słodziutkie malinki, które rosły tuż przy drodze, udaliśmy się do Ząbkowic Śl., gdzie kupiliśmy świeże pieczywo i przygotowaliśmy sobie pyszne śniadanko. W Ząbkowicach źle nas skierowano i pojechaliśmy całkowicie w innym kierunku, niż powinniśmy. Dopiero po kilku kilometrach zorientowaliśmy się, że jedziemy w stronę Świdnicy, która była zupełnie w drugą stronę. Jak się później okazało, była to najlepsza pomyłka, jaką popełniliśmy, gdyż skręciliśmy przed Piławą na Ostroszowice i w ten sposób wjechaliśmy w piękne Góry Sowie, które zachwyciły nas swoim urokiem. W Górach Sowich czekał nas dość długi i ostry podjazd na Przełęcz Woliborską (711 m n.p.m.). Zjazd z przełęczy miał ok. 5 km długości i był po prostu wspaniały. Rozpędzeni wjechaliśmy do Nowej Rudy, gdzie zrobiliśmy zakupy oraz zjedliśmy ciepły posiłek. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w stronę Kłodzka. Pogoda była przepiękna, a słońce świeciło bardzo mocno. Temperatura tego dnia przekroczyła 30°C. Tuż za Kłodzkiem, na jednym z podjazdów, mieliśmy pierwszy defekt roweru. „Gajorowi” zerwał się łańcuch, jednak nasz mechanik „Konio” szybko poradził sobie z tym problemem i po kilkudziesięciu minutach ruszyliśmy w dalszą trasę, w stronę Bystrzycy Kłodzkiej. Kiedy naszym oczom ukazała się tablica „Kurort Międzygórze 7 km”, na twarzach pojawił się uśmiech, ponieważ byliśmy już bardzo blisko pierwszego celu naszej wyprawy. Po dotarciu na miejsce zakwaterowaliśmy się w pensjonacie „FWP SŁONECZNA”. Pani w recepcji była bardzo niemiła i przydzieliła nam pokój na 3. piętrze, wiedząc, że jesteśmy na rowerach z obładowanymi sakwami, chociaż na niższych kondygnacjach były wolne miejsca. Cena 20 zł za osobę była odpowiednia do warunków panujących w pokoju. Wieczorem poszliśmy na pizzę, która była bardzo smaczna. Resztę wieczoru spędziliśmy w łóżeczku, tylko „Gajor” robił pranie w wiadrze! Mariusz Olejniczak, Ostrów Wielkopolski

Z zacięciem

Litewski Szlak Zielonej Ruty prowadzi przez przygraniczne wsie, zamieszkałe przez ludność litewską. W każdej wiosce drewniany, misternie rzeźbiony krzyż z figurą Jezusa Frasobliwego. W Burbiszkach pomnik upamiętniający 500-lecie urodzin Wielkiego Księcia Litewskiego Witolda. W Kompociach głaz z metalowym krzyżem poświęcony odrodzeniu Litwy, w Trakiszkach zabytkowa stacja kolejowa z czasów carskich. Pani Anna Budzejko (emerytowana nauczycielka) odrywa się od plecenia wieńca dożynkowego na ganku Starej Plebanii w Puńsku i opowiada mi o zgromadzonych w trzech izbach przedmiotach: krosnach, krajkach, obrusach, świątecznych strojach litewskich, ozdobach, naczyniach. To wszystko dary od ludzi, muzeum etnograficzne prowadzone jest społecznie. Największe wrażenie robi na mnie „kyk” – ślubne nakrycie głowy panny młodej z XIX w. (są tylko dwa takie egzemplarze na świecie!). Całkowicie wyczerpana (Mazury Garbate powinny zostać przemianowane na Mazury Górzyste!) późnym wieczorem docieram do Wodziłek. Naprzeciwko bani (tradycyjnej sauny staroobrzędowców) stoi drewniany dom państwa Markow. Mieszkają w Suwałkach, ale pan Aleksander często przyjeżdża palić w bani dla turystów i nurków. Ma też klucze od molenny, ale nie otwiera turystom. Trzeba mieć papier z komendy. Po licznych włamaniach wprowadzono zakaz zwiedzania. Dziś już nie skorzystam z bani, pan Aleksander przyjedzie jutro, ale na szczęście nie będę nocować pod chmurką – dom jest otwarty. Świątynia w Wodziłkach rzadko jest odwiedzana przez tutejszą społeczność starowierców, nie ma ich zresztą wielu, zaledwie kilka rodzin. Pan Markow chodzi do molenny w Suwałkach (tam siedzibę ma też Naczelna Rada Staroobrzędowców). Zachęca mnie do udziału w sobotnim nabożeństwie. „Założy pani spódnicę i chustkę na głowę i przyjdzie, na pewno nikt nie wygoni”. Potwierdza słowa wojnowskich raskolników – „Powoli wymieramy”. Olga Mielnikiewicz, Warszawa

Entuzjastycznie, choć z nutką krytycyzmu

Dopiąłem ostatnią klamrę mocującą sakwy do bagażnika roweru. Zrobiłem dwa kroki do tyłu i usiadłem na pierwszym stopniu schodów. Z tego poziomu rower prezentował się bardziej okazale. 28-calowe koła, nowe szprychy, nowe opony, suport, nowa korba. Poza tym wszystkie inne elementy posprawdzane, przekonserwowane, wypucowane. Wygląda na to, że wszystko jest OK. Rower stoi spokojnie w korytarzu, jakby nigdy nic, a ja, jak zwykle przed każdym większym wyjazdem, czuję się z lekka podekscytowany. Zawsze mam obawy, czy wszystko zrobiłem i przygotowałem jak trzeba. Czy wszystko zagra, a towarzystwo nie będzie się czuło zawiedzione, że czegoś nie dopilnowałem. Mój rower stał sobie dumnie pełen elegancji i dostojeństwa, dla niego to nie pierwszyzna, dla mnie też nie. On czuje, że nie zawiedzie, ja jak zawsze mam tremę. Staram się dbać o mój rower, a w zamian on odwdzięcza mi się najlepiej jak potrafi i robi to, czego od niego wymagam od lat, nie zawodzi. No prawie, czasem coś się zdarzało. Największe zniszczenia nie wynikały z winy mechanizmów, były spowodowane przez kolizje, które powodowali „dumni kretyni” – kierowcy samochodów. Jest kilku takich bandytów na naszych drogach, dla których rowerzysta nie jest partnerem na jezdni, jest słabszy, można zepchnąć go z toru jazdy na pobocze i uciec. W efekcie miałem połamane kilka żeber. Dobrze, że miałem kask, uratowałem głowę. Rower miał skrzywioną kierownicę i widelec do wymiany. Innym razem w mózgu kierowcy samochodu coś nie zadziałało, jeżeli miał mózg, i wymusił na mnie pierwszeństwo. Efekt? Złamana lewa ręka, porozbijane kolana i wiele innych obrażeń na moim ciele. W rowerze cały przód do wymiany – koło, kierownica, widelec. Rowerzyści, uważajcie na tę grupę homopodobnych! Było minęło. Jazda rowerem jest wspaniała, a te zdarzenia traktuję jako wyjątki, które potwierdzają regułę. Jutro skoro świt pobudka i jedziemy. Zdzisław Majerczyk, Prezes klubu rowerowego Pozytywnie Zakręceni, Katowice

Rzeczowo i rowerowo

Nie do końca wyspani, ale zmobilizowani, zaznając wątpliwej przyjemności rannego składania namiotu i pakowania sakw, wdzięczni za wspaniałe przyjęcie wjechaliśmy ponownie na szlak prowadzący nad morze. Kilometry mijały jeden za drugim, pokonanie 101 km od godz. 9 do 13 było ciekawym przeżyciem, jak i wyprzedzenie innej ekipy, podążającej w podobnym celu, ale nieco wolniej. Umożliwiły nam tę małą szarżę wspaniałe warunki pogodowe, czyli lekki chłodek, bez odczuwalnych podmuchów powietrza, a zarazem płaski charakter tego etapu. Zasłużona duża przerwa czekała nas w Kłodawie po minięciu Warty i takich miejscowości, jak: Łask, Uniejów czy Dąbie. Kolejna maślanka, mleko, serek i ogórek, a także mała drzemka pod sklepem pozwoliły doładować akumulatory. Nieco wolniejszym już tempem, pokonawszy 47 km, dotarliśmy do podwłocławskich Śmiłowic – polskiego pomidorowego zagłębia. Określenie tego miejsca pojawiło się w naszych głowach chyba jednocześnie, gdy zobaczyliśmy ciągnące się jak okiem sięgnąć pomidorowe pola i niezliczone transporty. Tym razem z noclegiem nie było łatwo, trochę się naszukaliśmy odpowiedniego miejsca i ludzi gotowych pomóc. Szczęście w dalszej podróży zapewnił nam chyba bocian, pod którego gniazdem rozbiliśmy ostatecznie namiot. Miast jajkami uraczono nas tym razem skrzynką… pomidorów! Pozdrawiamy w tym momencie muzyka, Jacka, który zagrał nam wieczorem na trąbce. Marcin Hinc, Zabrze

Sztubacko

Wstaliśmy skoro świt i znowu składanie namiotu, czego bardzo nie lubimy. Oglądając kamieniołom, zauważyłem ślady motorów crossowych, które zjeżdżały w przepaść. Ja też chciałem zjechać rowerem, ale mi nie pozwolili, chyba w obawie, że zepsuję rower:( Ruszyliśmy przez Pasmo Klonowskie. Mimo że Ania jechała ostatnia, zauważyła dorodnego borowika. Stwierdziliśmy, że podarujemy go pierwszej napotkanej osobie. Tym szczęściarzem okazał się berbeć, który plątał się koło domu w miejscowości Barcza. Jadąc przez Bukową Górę dziurawym asfaltem, dotarliśmy do kamienistej drogi, którą tłukliśmy się ok. 5 km. W Bodzentynie zwiedziliśmy ruiny zamku biskupów krakowskich (II poł. XIV w., w XVI w. przekształcony w renesansową rezydencję), kościół (św. Stanisława Biskupa z XV w.) i dwa piękne ryneczki. Dość dobrze zachował się pierwotny układ urbanistyczny, co jest pozostałością XIV-wiecznych murów obronnych. Następnie lekko pagórkowatą drogą dotarliśmy do Nowej Słupi. Po drodze odpoczęliśmy i zjedliśmy lekki posiłek, podziwiając Łysogóry. W Nowej Słupi każdy z nas kupił sobie napój izotoniczny, aby dalej ruszyć na górę niebieskim szlakiem, tzw. Drogą Królewską. Na wjeździe do parku stał strażnik zdzierający kasę z podróżnych. Postanowiłem z rozpędu go wyminąć, ale że było ostro pod górkę i duże przełożenie, nie dałem rady, stanąłem i 3,50 w plecy:( Dalej już nie było tak stromo i dało się jechać, ale drogę na szczyt spowalniała Ania, która nie dawała rady jechać, więc co jakiś czas zatrzymywaliśmy się i wypatrywaliśmy jej wśród kamieni. Ze Świętego Krzyża (595 m n.p.m.) rozpościera się piękny widok na pasmo Jeleniowskie i okoliczne górki. W kościele przeczekaliśmy kilkuminutowy deszcz, zwiedzając muzeum misyjne. Na górze znajduje się 151-metrowa wieża przekaźnicza RTV, która psuje urok i tajemniczość tego miejsca. Obejrzeliśmy gołoborza i ruszyliśmy w dół;) Zjechaliśmy gładkim, krętym, lecz mokrym asfaltem z prędkością 60 km/h, mijając kręcących się ludzi. Paweł Banaszkiewicz, Wolbórz

Po żołniersku 🙂

Gospodarze bardzo mili i uprzejmi, dostajemy pokój na piętrze (25 zł). Warunki bardzo dobre, latem do dyspozycji domki na zewnątrz. Za niewielką dopłatą dostajemy kolację, która smakuje jak w najlepszej restauracji. Rankiem następnego dnia wstajemy razem z kogutem, żal każdej chwili, trzeba nasmarować maszyny i przed siebie. Mnogość możliwości jest powalająca, praktycznie można jechać w dowolnym kierunku i na pewno nie będziemy rozczarowani, do wyboru są gotowe, opisane trasy lub inwencja własna (ja polecam trochę jednego i drugiego). Zaczęliśmy od rozgrzewki Myczków – Solina (4 km). Wczesny poranek gwarantuje nam nieskrępowane obecnością turystów podziwianie imponującej tamy, nawet budki przypominające Krupówki są jeszcze szczelnie zamknięte, choć trzeba pamiętać, że to świetne miejsce na zakup pamiątek. Aby dobrze przyjrzeć się tamie, z każdej strony trzeba kierować się na Jawor (5 km), jest tam bardzo sympatyczna przystań. Następnie kierujemy się na Lesko (ok. 30 km) i tu należy oddzielić chłopców od mężczyzn, ponieważ jeśli jesteście np. z dziewczynami, jedźcie przez Uherce Minerale, a jeśli interesuje was błądzenie z rowerem na plecach po kolana w błocie, bo droga zarosła albo gospodarzowi przydał się do płotu słupek z oznakowaniem trasy, oraz jesteście fanami wspinaczki błotnej z obciążeniem, gorąco polecam odcinek „extreme” ciągnący się wzdłuż obu stron Sanu. Po dotarciu do Leska kierujemy się na Hoczew (7 km). W Bachławie, aby urozmaicić podróż, po utwardzonym gruncie możemy znowu zjechać na „extreme” i robiąc małą lub całkiem przyzwoitą pętlę wedle wyboru zamykamy koło, pokonując 60 lub 70 km. Po drodze możemy natrafić na przeróżne zamki, ruiny, kościoły, cmentarze i co kto lubi. Piotr Dzimiński, Łódź

Medycznie

Pobudka o 7.00. Pogoda nadal wymarzona, ani jednej chmurki. Wyruszamy ze schroniska i kierujemy się czerwonym szlakiem przez Berest na Wołosań (1071 m n.p.m.). Stąd zjeżdżamy przez Jaworne na Przełęcz Żebrak, skąd czeka nas krótki podjazd na Chryszczatą. Teraz już tylko w dół, aż do Jezior Duszatyńskich. Robimy krótki odpoczynek, napełniamy bidony wodą ze źródełka i zjeżdżamy do Duszatyna. Kupujemy batoniki, by zregenerować siły i nadal czerwonym szlakiem kierujemy się do Komańczy. Opuszczamy Bieszczady i wjeżdżamy w Beskid Niski. Resztę trasy pokonujemy szosą, ponieważ moje spodenki sprawiają mi problemy w postaci otarć, więc w Dukli szukam apteki, w której miła pani sprzedaje mi maść Tribiotic i puder Acudex. Znajdujemy nocleg w schronisku przy rynku. Sprawdzamy liczniki – 79 km w niecałe 6 godzin. Pewna część mojego ciała czuje się już lepiej, choć trasę staram się pokonywać raczej na stojąco. Pogoda już nam nie sprzyja. Całą noc lało, jest chłodno i nadal pada deszcz. Nie robi to jednak na nas większego wrażenia, więc po śniadaniu przez Chyrową docieramy do Krempna. Teraz rozumiemy, co znaczy w górach ulewny deszcz… Michał Szymik, Rydułtowy

top 3

Czytaj więcej

Jeździj jak zawodowcy i zabezpiecz swój telefon na rowerze – uchwyt do telefonu na rower marki RokForm

Czytaj więcej

Filmy

Wybór redakcji

Czytaj więcej

Jeździj jak zawodowcy i zabezpiecz swój telefon na rowerze – uchwyt do telefonu na rower marki RokForm

Czytaj więcej
comments powered by Disqus

Informuj mnie o nowych artykułach