Wszystkie wpisy, których autorem jest Magazyn Rowerowy
Maraton. Od treningu po zawody
Do pełna, proszę!
Kto wymaga od swojego organizmu ekstremalnej sprawności, musi go najpierw optymalnie zaopatrzyć i to w odpowiednie „paliwo”. Brzmi to logicznie. Pilot samolotu nie wystartowałby do lotu transatlantyckiego ze zbiornikami wypełnionymi do połowy niepełnowartościowym paliwem. Jednak gdy widzi się, co ląduje na talerzach i w żołądkach sportowców wytrzymałościowych, można mieć wątpliwości, czy to przekonanie przyjęło się wśród nich. Osobie, która na kilka tygodni przed maratonem nie zaczyna stosować diety ze zrównoważonym pokarmem, może podczas wyścigu grozić wpadnięcie w dziurę energetyczną, przykładowo w postaci osławionego wilczego głodu. Wtedy nie pomogą ani cudowne pigułki uzupełniające pokarm ani czarodziejskie napoje. Spróbuj odżywiać się jak zawodowcy! Różne fazy treningowe przygotowań do zawodów wymagają od organizmu zróżnicowanej wydajności oraz odpowiedniego żywienia. Ekspert w dziedzinie odżywiania się sportowców rozróżnia w okresie przygotowań (do startu) trzy fazy odżywiania: podstawową, fazę odbudowy i fazę na krótko przed zawodami.
Faza podstawowa
„Podstawowy pokarm powinien być zawsze bogaty w węglowodany, wysokowartościowe białko i mieć umiarkowaną ilość tłuszczów” – stwierdzają specjaliści i podaje wzór na pobieranie energii: 55 do 65% pobranych kalorii powinno pochodzić z węglowodanów, 25 do 30% z tłuszczów i 10 do 15% z białek. Jak przedstawia się to w menu i przede wszystkim, jak można trzymać się wytycznych bez konieczności kupowania wagi i tabeli kalorii? Pomaga prosta, lecz twarda reguła: mięso ma być w pożywieniu sportowców tylko dodatkiem; to zaś, co zazwyczaj bywa uznawane za dodatek, powinno teraz odgrywać główną rolę. Nie ma zatem pieczeni z ziemniakami i sałatą, lecz ziemniaki i sałata jako czynnik sycący, do tego mały kawałek mięsa. Do każdego posiłku należy jeść przynajmniej jeden owoc lub warzywo; jabłko w porannym mźsli lub pomidor do kolacji są wystarczające. Jedna lub dwie porcje ryb morskich tygodniowo dostarczą ważnych kwasów tłuszczowych omega 3. Należy też pamiętać, by wystarczająco dużo pić. Poza treningiem przynajmniej dwa do trzech litrów dziennie. Dzięki temu będziemy mieć solidną podstawę przyszłej sprawności. Kawy i alkoholu, które pobudzają organizm do wydalania wody, nie powinniśmy wliczać do bilansu. Powinno się go raczej uzupełnić przynajmniej taką samą ilością „prawdziwych” napojów.

Faza odbudowy
Podczas intensywnych faz treningu pożywienie powinno dawać dużo więcej. Rodzaj ekstraporcji stosuje się przy podwyższonym zapotrzebowaniu na energię. Podczas godzinnej jazdy na rowerze, w zakresie podstawowej wytrzymałości, spalamy 400 do 500 kilokalorii. Przy pięciogodzinnym treningu wytrzymałościowym dzienne zapotrzebowanie na energię zwiększa się zatem o 2000 do 2500 kilokalorii. Taka ilość zawiera się w 700 g (2 porcje) spaghetti bolognese, 150 g chleba, 2 dużych bananach i dwóch kotletach wołowych. Po każdym treningu powinno się również zjeść wieczorem przynajmniej jeden mały posiłek, aby ponownie uzupełnić glikogen, np. lekkostrawne: porcję ryżu na mleku, kanapkę z serem, dżemem lub miodem. Ponieważ sportowcy wydalają dużo potu, powinni też odpowiednio więcej pić. Jeśli mocz po wieczornym treningu jest rano stężony i ciemny, wskazuje to na niedobór płynów; oznacza, że sportowiec niewystarczająco dużo pije. Przy żywieniu odbudowującym istotna jest rola organizmu. Po treningu wysiłkowym na podjazdach potrzebuje on białek, aby móc budować muskulaturę. W tym celu nie trzeba, tak jak w przypadku kulturystów, konsumować tuzinów jaj i gór mięsa. Kolarze przy intensywnym obciążeniu powinni spożywać 1 do 1,5 g białka na kilogram wagi ciała. Dla sportowca, który waży 70 kg, oznacza to około 0,5 l mleka, po 200 g twarogu i ryby, jedno jajko i 350 g pełnoziarnistego chleba. Nic nie daje jednak spożycie całej ilości białka naraz. Również jeśli między posiłkiem i treningiem zdarza się „znaczący odstęp czasowy” (np. gdy w południe zjemy ogromny sznycel, ale potem dopiero wieczorem porządny posiłek), jest to raczej przeciwieństwo wydajności. Lepiej zjeść większą ilość białka na około dwie godziny przed lub po treningu, a resztę podzielić na kilka małych porcji, przykładowo w formie potrawy z twarożkiem lub jogurtem, shakeŐa sojowego lub proteinowego na śniadanie albo przekąski między posiłkami. Organizm łatwiej przyswaja białko zwierzęce niż roślinne. Dlatego produktom zwierzęcym przyznaje się większą wartość biologiczną. Jednak dopiero odpowiednia kombinacja białek roślinnych i zwierzęcych zwiększa znacząco korzyści z ich spożywania płynące dla organizmu. Najwyższą biologiczną wartość tworzy połączenie jaj i ziemniaków. Wegetarianie muszą w szczególności zwracać uwagę na wysokowartościowe kombinacje białkowe, przykładem może tu być kukurydza z fasolą.

Doładowanie
Ostatni tydzień lub dwa przed maratonem nie nadaje się już do naprawiania popełnionych grzechów żywieniowych. To czas, gdy łatwo dostępne depozyty energetyczne uzupełniają braki najlepiej jak to możliwe. Nawet kolarze osiągający optymalny wysiłek podstawowy spalają przy wysokim tętnie węglowodany z mięśni i wątroby. Właściwe dla organizmu zapasy glikogenu, formy magazynowej węglowodanów, powinny być uzupełniane przed maratonem, nie zaś w trakcie uczty makaronowej wieczorem przed startem. W kręgach sportowych znane jest zjawisko zwane „Carboloading” (czyli ładowanie węglowodanowe). Zapasy glikogenu są najpierw likwidowane, a potem konsekwentnie uzupełniane węglowodanami, tak, że przerastają poprzednią masę. Należy się w tym celu obciążać około tygodnia przed maratonem, przynajmniej dwie godziny w fazach rozwoju i najwyższej formy. W następnych dniach należy jeść bardzo dużo chleba, makaronu, ryżu i produktów zbożowych, a przy tym ciągle skracać czas treningów. Ponieważ równocześnie z glikogenem magazynowane są duże ilości potasu, pożywienie powinno być w tej fazie bogate w ów minerał. Dobrze nadają się do tego owoce świeże i suszone. Woda również jest związana z glikogenem, dlatego też „carboloading” może doprowadzić do tego, że przybiera się na wadze do dwóch kilogramów. Nie ma już czasu na eksperymenty! Należy jeść i pić tylko to, co nasz żołądek zna i dobrze znosi. Stosując się do proponowanych przez nas zasad, można bez strat i bezpiecznie przejść przez zawody:
- Między ostatnim posiłkiem a wystrzałem oznaczającym start powinno minąć 2,5 do 3 godzin. W przeciwnym razie proces trawienia będzie angażował zbyt wiele krwi z mięśni.
- Na śniadanie zaleca się wysokowartościowe, lekkostrawne artykuły: płatki zbożowe, chleb, ryż, owoce i warzywa. Ciepłe i dokładnie pogryzione jedzenie jest łatwiejsze do strawienia. Ręce precz od tłustych potraw, które zalegają w żołądku.
- Nie wolno startować w wyścigu po nadmiernym jedzeniu i piciu ani gdy jest się głodnym lub spragnionym.
- Kwadrans przed startem można uzupełniać płyny i glikogen. W zależności od temperatury i przewidywanego zużycia płynów powinno się wypić małymi łykami do pół litra napoju węglowodanowego.
- Wytyczne na czas wyścigu: ok. 0,8 l płynów na godzinę oraz 60 g węglowodanów (np. dwa banany) doprowadzą nas do mety.
- Napój należy spożywać porcjami, przykładowo co kwadrans, właściwie jednak przy każdej nadarzającej się okazji. Duże ilości naraz mogą spowodować kolkę. Ilość większa niż 10% cukru powoduje również powolniejsze wchłanianie i ewentualne problemy z trawieniem.
- Nieistotne, czy węglowodany znajdują się wyłącznie w napoju, czy są w tradycyjnym pożywieniu lub żelu. Zasadniczo jest to kwestia smaku. Jednak kto jedzie już na limicie, tego męczy również przeżuwanie.
- Kto zaś wbrew wszelkim zaleceniom preferuje pożywienie postrzegane przez specjalistów jako ciężkie (kanapka z szynką…), nie musi się ograniczać do bardziej lub mniej słodkich produktów żywnościowych dla sportowców. Jednak, jak już mówiliśmy, najpierw należy kilka razy sprawdzić, czy prowiant jest przez nas dobrze znoszony, również w warunkach podobnych do tych na zawodach i wychodzi nam na zdrowie.
Myśl uzdrawiająca
W każdym maratonie osiąga się w pewnym momencie tzw. martwy punkt. Do przejścia przez niego potrzebny jest również trening głowy. Hurrra, pierwszy maraton kolarski w tym roku! Mamy za sobą czas samotnych rund treningowych w porannym lub wieczornym półmroku, na wciąż tej samej rundzie przydomowej. W końcu można z powrotem zacząć cieszyć się z uprawiania sportu razem z osobami o podobnych upodobaniach. I jeśli motywacja jest odpowiednio wysoka, mierzyć siły z innymi. W tym celu trenowało się dokładnie według planu, przerywało dniami odpoczynku i tygodniami obżerało czekoladą i frytkami. Teraz ten wielki dzień. Nerwowo przestępujemy z nogi na nogę przy linii startu, chwilę później na pierwszym wzniesieniu wraca swoboda. Przychodzi druga góra, trzecia i czwarta. W którymś momencie zaczynają nas piec uda. Pierwsze zwątpienia (może za szybko wystartowałem?) powoli się nasilają. „Nigdy mi się nie uda!”. Kilka kilometrów dalej strajkują łydki. Pedałowanie słabnie i w końcu tak bardzo upragniony maraton kończy się przed linią mety.

- Najjaśniej, jak to możliwe, należy sformułować myśli motywacyjne: „Czuję się silny i jestem w formie”; „Przetrzymam ten wyścig”; „Jestem odprężony”; „Czas nie gra roli”.
- Należy myśleć pozytywnie: „Jestem spokojny” zamiast „Nie denerwuję się”; „Poradzę sobie” zamiast „Nie zrezygnuję”.
- Należy skoncentrować się na słowie „stop”, gdy tylko pojawią się w głowie negatywne myśli.
- Na godziny i dni przed wyścigiem należy powtarzać sobie ciągle słowa-klucze i zdania motywacyjne, tak, aby móc je wywołać automatycznie podczas zawodów.
Rozluźnij się!
Masaż to najlepsza regeneracja po maratonie. Dzięki prostym uciskom dłońmi każdy może samodzielnie rozluźnić zmęczone członki lub pozwolić zrobić to partnerowi. W końcu, linia mety została przekroczona. Wszystkie wyżyny i niziny minionych godzin łagodnieją w obliczu uczucia błogości i zmęczenia po osiągnięciu celu. Teraz tylko jedzenie, picie, odpoczynek i (w ten sposób można będzie sprawić, że szczęście stanie się pełne) dwie pomocne dłonie, aby zesztywniałe kończyny stały się znów elastyczne. „Masaż usuwający zmęczenie” to fachowe określenie dla serwisu, który jest oferowany na prawie wszystkich większych i dobrze zorganizowanych maratonach. Profesjonalni masażyści lub przeszkoleni pomocnicy rozciągają, wyklepują i wyciskają zmęczonym kolarzom przejechane kilometry z nóg, najlepiej jak potrafią. Szkoda tylko, że kolarze, którzy przyjeżdżają do celu mniej więcej w tym samym czasie, muszą często czekać w długiej kolejce przed namiotami i ławeczkami masażystów. Niektórzy tracą przy tym cierpliwość. Tymczasem nie jest wcale trudno rozmasować się samemu. Albo jeszcze lepiej, poprosić dobrego kolegę o wypełnienie roli prywatnego masażysty. Aby podjąć walkę ze skurczami, wystarczy jedynie jakieś spokojne miejsce, kilka przyborów i trochę wyczucia w palcach.
Pozytywne działanie
Nawet laicy dzięki prostym technikom masażu mogą osiągnąć znaczący efekt. „Nacisk dłoni pobudza w pierwszej kolejności krążenie” – wyjaśnia fizjoterapeutka i masażystka, która sama uprawia kolarstwo. „Najmniejsze naczynia włoskowate otwierają się i uwalniające się przy tym ciepło wywołuje odprężenie. Przyspieszenie obiegu krwi sprawia, że w organizmie transportowany jest tlen i substancje odżywcze oraz usuwane są zbędne produkty, takie jak kwas mlekowy.” To przyspiesza regenerację i gojenie uszkodzonych lub zniszczonych włókien mięśniowych. Rozluźniają się napięcia. Na koniec delikatne nerwy w skórze przekazują mózgowi informację o bodźcach dotykowych. Lange: „Dzięki temu zmniejsza się ból lub jest przynajmniej łagodniej odbierany. Podobnie dzieje się, gdy pocieramy ręką skórę po tym, jak się uderzymy. Warto zwrócić uwagę, że masaż odpręża również psychikę i powoduje ogólną poprawę samopoczucia”. Przy tak zwanym „masażu zmniejszającym zmęczenie” masażysta pracuje przeważnie nad powierzchnią skóry sportowca. Uporczywe napięcia utrzymujące się dłuższy czas wymagają specjalnego, głębokiego potraktowania, które lepiej pozostawić masażyście z odpowiednim wykształceniem.
Przygotowanie
Masaż z partnerem: połóż się w możliwie spokojnym miejscu, na wyściełanym, twardym podłożu (karimata, kołdra itp.), które jest przykryte ręcznikiem. Drugim ręcznikiem przykryj ciało aż po masowane miejsca. Leżąc na plecach jest się bardziej odprężonym, gdy kark i dołki podkolanowe są oparte na poduszkach lub zwiniętych ręcznikach. W pozycji na brzuchu ulgę partiom górnej części ciała przynieść może płaska poduszka lub złożony sweter podłożone pod klatkę piersiową i brzuch. Samodzielny masaż: należy usiąść na podłodze lub ławce i odprężyć się. Nogę, którą będziemy masować, należy ustawić nieco w bok, w prawo. W stabilnie stojącej butelce przygotowany powinien być olejek do masażu lub balsam. Nadają się do tego celu również oliwa lub olej słonecznikowy. Należy wziąć tylko tyle, aby dłonie były lekko śliskie. Proszę pamiętać o zdjęciu zegarków i biżuterii. Nie należy wykonywać masażu: – przy gorączce i infekcjach (nie można wówczas brać także udziału w maratonach!); – przy problemach skórnych (choroby skórne, czyraki, infekcje bakteryjne, nowotwory, świeżo zabliźnione tkanki i świeże rany); – przy żylakach, stłuczeniach, opuchliźnie i krwiakach; – przy zakrzepach, infekcjach żylnych, arteriosklerozie i w przypadku chorób serca (względnie po wyrażeniu zgody przez lekarza); – u kobiet w ciąży (nie masować okolicy brzucha).
Ćwiczenia – Masaż z partnerem
1.Rozciąganie Obie rozpostarte dłonie należy przesuwać od nasady karku w dół aż do talii. Przy tym możliwie jak najwięcej pracować górną częścią tułowia, wówczas masaż będzie symetryczny. Nie wolno naciskać na kręgosłup! 2.Chwytanie kości Aby dotrzeć głęboko do tkanki większych mięśni (np. mięśni trapezowych), należy zacisnąć jedną dłoń w pięść. Za pomocą kostki środkowego palca należy masować plecy, przesuwając się w dół. Nacisk może być wzmocniony dzięki pomocy drugiej dłoni. Likwiduje to wyczuwalne, twarde „guzki”. 3.Ugniatanie Pomaga w ukrwieniu i rozluźnieniu napięć. Przy ugniataniu mięśnie chwytane są między kciuk a resztę palców, lekko oderwane od znajdującej się pod nimi tkanki i przesuwane w kierunku przeciwnym względem siebie. Działać należy w obu kierunkach przebiegu mięśni. 4.Rozluźnianie Rękę sportowca należy chwycić mocno w obie dłonie i usiąść w takim odstępie, żeby była wyprostowana. Teraz trzeba potrząsać nią gwałtownie, rozluźniając i napinając przy tym mięśnie własnych dłoni i ramion. Dobre jest także połączenie z ruchami kolistymi.
Ćwiczenia – Masaż samodzielny
1.Naciąganie Rozpoczynając masaż, należy powolnymi, delikatnymi posunięciami rąk (chodzi o suwanie rąk po linii prostej w tę i z powrotem) najpierw rozprowadzić olejek do masażu i lekko rozgrzać tym samym nogi. Ruchy te wykonuje się zazwyczaj stopniowo zwiększając nacisk na środek mięśni w kierunku serca, a bez nacisku w kierunku odwrotnym. Należy zawsze prowadzić dłonie wzdłuż włókien mięśniowych. 2.Naciąganie ukośne Lekkie naciąganie na skos uelastycznia i rozciąga mięśnie wszerz w stronę włókien. Należy położyć kciuk wewnętrzną stroną na „brzuchu mięśnia”, a następnie przesuwać go pod kątem ok. 90 st. na skos w stosunku do układu włókien. Pracujemy w obu kierunkach (tu: w górę i w dół). 3.Uciskanie Rytmiczne ruchy „pompujące” (przy których mięśnie uciskane są powierzchnią dłoni) polegają na ściskaniu opuszkami kciuków. Ponownie stajemy się elastyczni dzięki temu, że poszczególne włókna są przy tym odciągane od siebie. W niektórych punktach nacisk może być wzmocniony drugą ręką 4.Potrząsanie Bardzo dobre działanie rozluźniające i odprężające mają ruchy potrząsające, które nadają się świetnie na zakończenie masażu. W tym celu należy chwycić obiema dłońmi udo i poruszać mięśnie ruchami falującymi w jedną i drugą stronę. Należy przy tym przesuwać powoli dłonie w dół kończyn.
Power Opticube Cateye – kolejna granica przekroczona
CROPP TOWN – miasto ciuchów
Obręcz szosowa DT SWISS
Odbiornik GPS na rękę – Garmin Forerunner 201
Sklep
A może jeszcze wygodniej?

Shimano – tanie buty rowerowe

Szytka Tufo do zwykłych obręczy

Piasta FUNN Big Bertha
Wielki come back po roku nieobecności! Jedna z najciekawszych piast przednich do freerideŐu i zjazdu znów pojawia się w sklepach. Big Bertha pozwala na użycie kół z osią sztywną lub standardową na zacisk. W komplecie otrzymujemy odpowiednią redukcję. Standard mocowania hamulców tarczowych odpowiada standardom międzynarodowym. Model dostępny jest w wariantach z 32 lub 36 otworami, waga 260 g. Wybrać też możemy jeden z kilku kolorów. Materiał: aluminium 6061-T6 CNC, cena 219 zł. Więcej informacji: AR-MAR, tel. 022 639 91 66, www.skleprowerowy.com
Tryb szosowy Mavica jak klocki Lego

Pojemnik na klucze BBB
Uporządkowanie podręcznego warsztatu jest koniecznym warunkiem znalezienia w nim wszystkich niezbędnych narzędzi. Zabranie ich ze sobą, np. na łączoną wyprawę, samochodowo-rowerową, również będzie wygodniejsze, o ile zaopatrzymy się w opakowanie. Firma BBB ma w swojej kolekcji pojemnik na klucze zwany „Tools & Tubes”, przypominający kształtem bidon, ale z wygodnym, szerokim i nakręcanym wieczkiem. Może stanąć równie dobrze na półce, jak i zmieścić się w koszyku na bidon. W tym drugim przypadku warto pamiętać o zawinięciu narzędzi w miękką szmatkę, inaczej dzwonić będą na każdym wyboju. Cena: 15 zł Więcej informacji: Harfa-Harryson, tel. 071 321 15 70, www.harfa-harryson.com.pl
Siodło stylizowane – Selle Italia Storika

Ogniste kule Trelocka

Action w akcji
Ubiegłorocznym objawieniem w polskim świecie kolarskim było zaangażowanie firmy Action w grupę kolarską Mroza. Tylko dzięki temu wydarzeniu ekipa mogła przystąpić do startów, a nowy sponsor zapowiadał dalsze inwestycje.

Biznes to biznes
Jako pierwsze pismo w Polsce zainteresowaliśmy się działalnością kolarską Piotra Bielińskiego i wejściem firmy Action w sponsoring grupy kolarskiej Mroza. Bieliński powiedział nam wtedy, że inwestycja w kolarstwo będzie długoletnim działaniem i zakłada powolny rozwój grupy. Zaraz po powstaniu team z nowym sponsorem zdominował wyścig Mazowia Tour, a we wrześniu Cezary Zamana wygrał Tour de Pologne. Porozumienie dwóch Piotrów, głównego sponsora – Bielińskiego i dyrektora sportowego – Kosmali, udowodniło, jak znaczącą rolę odgrywa ciężka praca i wizja w tworzeniu grupy sportowej. W ostatniej rozmowie prezes Action nie chciał do końca odkrywać kart, ale w nowym roku sytuacja wyjaśniła się dość szybko. Dawna grupa „Mroza” otrzymała na nadchodzący sezon nazwę Action ATI, czyli producenta czipsetów zamieniono na wiodącego wytwórcę kart graficznych i innych podzespołów komputerowych. Obok silnej polskiej firmy znalazł się, zgodnie z ubiegłorocznymi zapowiedziami, silny partner zagraniczny. Nowe stroje grupy, tym razem zielono-czerwone, są już ponoć do nabycia, a najwierniejsi kibice będą w nich mogli zacząć nowy sezon. Partnerem medialnym grupy został nowy, ale najlepiej się obecnie sprzedający dziennik „Fakt”, co może skutkować doskonałym promowaniem kolarstwa i z pewnością musi się opłacić. Jeżeli popatrzeć, jak sukcesywnie wzmacnia się grupa, można odnieść wrażenie deja vu. Czy czegoś podobnego już nie oglądaliśmy?

Sen o Europie
Równo rok temu polski świat kolarski żył wzmocnieniami grupy CCC-Polsat oraz jej historycznym awansem do pierwszej dywizji. Polski team ruszał na podbój świata i wielkich wyścigów. Plany roztaczane przed kibicami były tak piękne, że aż nierealne. Na pierwszy ogień poszedł start w Giro, podczas którego zapowiadano „tylko” i „aż” niespodziankę. Ostatecznie polska grupa zebrała cenne doświadczenia na jednym z trzech największych światowych tourów. A postawa całego teamu uzyskała pozytywne recenzje, także „MR”. Tylko co z tego, skoro w nadchodzącym sezonie będzie je mogła wykorzystywać tylko w imprezach niższej rangi? Wprawdzie dyrektor sportowy Andrzej Sypytkowski nie widział obiektywnych podstaw do niezarejestrowania grupy w II Dywizji, ale widocznie UCI miało swoje racje i teraz z nową nazwą Hoop-CCC-Polsat (chociaż na stronie grupy widnieje Hoop-Atlas-Polsat, bądź więc tu kibicu mądry…) ekipa Sypytkowskiego będzie ścigała się w III dywizji (czyli wśród zespołów półzawodowych). Przyczyną kłopotów zdaje się być niegdysiejsza gwiazda grupy – Paweł Tonkov, który złożył w UCI wniosek o uzyskanie zaległych pieniędzy. I tak w tym roku ekipa CCC będzie miała wyjątkowo silny skład jak na trzecią dywizję, chociaż doświadczenia ostatnich lat pokazują, że grupie brakowało albo motywacji, albo tego „czegoś”, co kreuje zwycięzców. W każdym razie sen o Europie nie spełnił się, a teraz na drogę sławy wchodzi kolejna polska grupa, właśnie Action ATI.

Inna filozofia, inny skutek
Prezes Bieliński i dyrektor sportowy Kosmala zawarli najwyraźniej sojusz oparty na haśle przewodnim firmy Action – „jeszcze szybciej”, ale… bez „żadnych szaleństw”. Oznaczać ma to długoletni i stały rozwój grupy, tak, by w końcu trafiła ona do I Dywizji i tam zagościła na dłużej. Można powiedzieć, że jest to scenariusz najlepszy z możliwych. Można by, gdyby nie fakt, że UCI szykuje znaczne zmiany w klasyfikowaniu teamów i planuje utworzyć superligę w kolarstwie. Pro Tour, bo tak ma się nazywać, składać się będzie z najlepszych dwudziestu drużyn zawodowych, które będą miały, jako jedyne, prawo i obowiązek startu w największych imprezach, ułożonych w specjalny kalendarz. Ma on obejmować około trzydziestu imprez, w tym wszystkie najważniejsze: Grand Toury, imprezy Pucharu Świata oraz słynne klasyki. Przebąkuje się o tym, że do imprez Pro Tour może zostać zaliczony również Tour de Pologne. Nie zmieni to jednak faktu, że dla największych i najbogatszych szykują się jeszcze większe zyski, a dla mniejszych i słabszych zostaną resztki. Zwłaszcza, że licencje Pro Tour mają być wydawane na cztery lata, co oznacza pewne zablokowanie, na pewno w latach 2005 – 2009. Może się więc okazać, że dla Action ATI, jak i dla innych polskich grup, nie będzie miejsca wśród czołówki światowej. I chociaż dyrektorzy innych grup nie widzą w tym chyba zagrożenia, bo ich aspiracje nie sięgają tak daleko, dla Action może mieć to życiowe znaczenie. Proces powolnego budowania grupy jeszcze bardziej zwolni, tym razem ograniczony przez regulaminy UCI. Cała nadzieja w tym, że Piotr Bieliński ma głowę do interesów i wizję „swojego” teamu oraz że sam się ściga, jak doniesiono z obozu grupy w Hiszpanii. Trenuje na równi z zawodnikami. Jeżeli to prawda, tegoroczna rywalizacja w Bike Maratonach, w których regularnie startował, może wyglądać nieco inaczej…
Szansa w zjednoczeniu
„Z uwagą przyglądamy się projektowi Pro Tour – powiedział nam Piotr Bieliński – ale nie widzimy w tym większego zagrożenia. Po pierwsze zastanawia nas długi czas licencji, gdyż UCI nie określił, czy będzie ją można odsprzedawać, przekazywać czy przenosić. Z biznesowego punktu widzenia nie znam firm, które wiązałyby się sztywno na cztery czy pięć lat. Przecież koszty wystawienia takiej grupy trzeba liczyć w milionach dolarów i to przez kilka lat, w dodatku grupy mają mieć obowiązek startów, a co za tym idzie, muszą mieć kilka pełnych składów. Projekt ten będzie zarówno bardzo drogi dla grup, jak i nieopłacalny dla samego UCI, gdyż zainteresowanie taką formułą ścigania może nie być wystarczające. Niezbyt więc przejmujemy się tymi zapowiedziami, chociaż z uwagą im się przysłuchujemy. Na pewno chcemy wprowadzić grupę do I Dywizji i myślę, że nastąpi to już w przyszłym roku. Chcemy pozyskać mocnego polskiego sponsora i stworzyć tylko polską grupę, prowadzimy nawet w tej sprawie rozmowy. Szansę na przyszłość widzę głównie w zjednoczeniu grup funkcjonujących w Polsce. Zawsze zadaję pytanie, po co tyle grup startujących w III Dywizji, gdy można wystawić dwie mocne grupy wyżej. Nie sądzę, żeby problem dotyczył pieniędzy, ponieważ w Polsce jest już możliwość zebrania dużych budżetów. To raczej problem ich wydawania, gdyż rozsądne funkcjonowanie teamu przedłuży jego istnienie. Piotr Kosmala, którego uważam za najważniejszą osobę przy tworzeniu naszej grupy, dobrał w tamtym roku zawodników ÇniechcianychČ, którzy udowodnili swoją przydatność. W tym roku mamy zaś zawodników młodych, którzy mają szansę promować się w naszej grupie.

Nowy skład na nowe czasy
W czasie przerwy zimowej szefowie teamu szukali możliwości wzmocnienia grupy. W zgodzie opuściło ją dwóch czołowych kolarzy: Cezary Zamana (85. w rankingu UCI, luty 2004) i Piotr Piątek (114.), którzy z powodów finansowych postanowili „wrócić” na zachód i tam prawdopodobnie będą kontynuować karierę. Do ekipy doszli tymczasem: Tomasz Brożyna (196.), Bogdan Bondariew, Piotr Chmielewski (616.) z CCC Polsat i Kirgiz Eugen Wacker oraz Dennis Kraft. W Action ATI zobaczymy również w tym roku dwóch kolarzy MTB – Roberta Banacha i Andrzeja Kaisera. Przeszli już pierwszy obóz kondycyjny z kolarzami szosowymi. Jak zapewniły nas władze grupy, nie oznacza to wcale silnego wejścia w kolarstwo górskie, ale dostrzeżenie potencjału w zawodnikach je uprawiających. Kaiser i Banach wystartują na pewno w Grand Prix Langa, gdzie mają powalczyć o nominacje olimpijskie oraz przygotować się do organizowanych w Wałbrzychu Mistrzostw Europy. Będą również startowali na szosie w kilku klasykach. „Ci zawodnicy mają się pokazać w MTB oraz popracować nad ewentualnym przejściem na szosę – skomentował ich pozyskanie Piotr Bieliński – gdyż jest to bardzo widoczny trend światowy. Myślę, że mają również szansę pokazać się w imprezach organizowanych w Polsce. Powinni walczyć o nominacje olimpijskie, gdyż kwestia męskiego składu MTB jest ciągle otwarta. Zawodnicy szosowi mają zaś dwa główne cele – pokazać się na Wyścigu Pokoju, który będzie w tym roku dobrze obsadzony i trudny, oraz oczywiście walczyć o zwycięstwo w Tour de Pologne. Będziemy w tym roku startowali w wielu wyścigach na świecie, gdyż mamy dwa składy drużyny i zamierzamy być widoczni. Zawodnicy dobrze przepracowali okres przygotowawczy i myślę, że nie będzie żadnych niespodzianek. Pozyskaliśmy zawodników z CCC, ale prawda jest taka, że podpisaliśmy z nimi umowy dość wcześnie, nie wiedząc, jak zakończy się kwestia rejestracji tej grupy. CCC wyprzedziło nas tylko jeżeli chodzi o Rumsasa, ale on ma jeszcze dość długą dyskwalifikację i nie wiadomo, czy będzie chciał się ścigać w III Dywizji. Wiem, że istnieje możliwość pozyskania jeszcze jednego zawodnika do grupy w trakcie sezonu (Rutkiewicz? – przyp. red)… Myślę, że mamy dobry skład, który wiele może w tym roku zdziałać. Już teraz widać, że niektórzy organizatorzy nie chcą nas zapraszać na swoje imprezy, bojąc się dominacji naszej grupy.” Wydaje się więc, że ten rok będzie w Polsce przebiegał pod znakiem grupy Action ATI. Ma ona ambitne plany i specjalistów mogących je zrealizować. Będziemy z uwagą przyglądać się jej dokonaniom i towarzyszyć w startach. W zgodzie opuściło grupę dwóch czołowych kolarzy: Cezary Zamana (85. w rankingu UCI, luty 2004) i Piotr Piątek (114.), którzy z powodów finansowych postanowili „wrócić” na zachód i tam prawdopodobnie będą kontynuować karierę. Do ekipy doszli tymczasem: Tomasz Brożyna (196.), Bogdan Bondariew, Piotr Chmielewski (616.) z CCC Polsat i Kirgiz Eugen Wacker oraz Dennis Kraft. W Action ATI zobaczymy również w tym roku dwóch kolarzy MTB – Roberta Banacha i Andrzeja Kaisera.
Najwyżej w UCI
W tzw. pierwszej dywizji kolarskiej UCI jest sklasyfikowanych 30 najlepszych zespołów na świecie, obecnie nie ma wśród nich żadnej grupy z Polski. W drugiej, liczącej 20 grup, znajduje się Action ATI, zaś w trzeciej dywizji zarejestrowano najwięcej ekip, około 60. Polskie to: Hoop CCC Polsat, Legia Bazyliszek Sopro, DHL Author, Knauf Mikomax, Chłodnia Śnieżka Częstochowa i Amore e Vita (nominalnie polska, a tak faktycznie włoska).
Ślady opon na skale…
Niepozorne i niewysokie, łagodnie wyłaniające się zza linii horyzontu, ale jednocześnie bardzo urozmaicone i często zaskakujące w najmniej oczekiwanych momentach. Tak krótko można scharakteryzować miejsce, gdzie warto wybrać się na jedną z pierwszych w sezonie weekendowych wycieczek.


Gastronomia i spanie
Znajdzie się tu kilka wygodnych kwater i hoteli. Można mieszkać w samych Kielcach, jednak przyjemniej zaczepić się gdzieś w terenie, gospodarstwach agroturystycznych, zajazdach. Halina i Jan Domańscy Zamkowa Wola 17, 26-025 Łagów tel. (0-41) 3074398, 0-691 197423 „Jastrzębiec” Agnieszka Kozłowska Rynek 18, 26-025 Łagów tel. (0-41) 3074037, 0-609 770280 Aleksandra i Kazimierz Węglarscy Piotrów-Porębiska 6, 26-025 Łagów tel. (0-41) 3074327, 0-607 594318 Maria i Stanisław Berowie Wiśniowa 11, 26-025 Łagów tel. (0-41) 3074313 Danuta i Jan Pustułowie Wola Łagowska 12, 26-025 Łagów tel. (0-41) 3074427 Restauracja i camping „Pod Skałką” ul. Świętokrzyska 57 i 59, 26-006 Nowa Słupia tel. (0-41) 3177085, fax 3147906 Zajazd „Dla Ciebie” Teresa Bąk Piotrów-Zagościniec 26 a, 26-025 Łagów tel. (0-41) 3074208
Kiedy się tam wybrać?
W Świętokrzyskie warto wybrać się pod koniec kwietnia. Jeżeli wiosna była danego roku deszczowa, Łysogóry można sobie podarować. Przy takiej pogodzie czekają nas liczne strumienie i rozmoknięte, gliniaste podłoże. Pozostaje jednak większa część spośród licznych pasm wyżyny kieleckiej. W maju całe Świętokrzyskie stoi otworem. Końcówka sezonu przypada tuż przed jesiennymi opadami deszczu i pierwszym śniegiem. W szczególnym przypadku, gdy jesień okaże się sucha, a zima uboga w opady śniegu, można jeździć cały rok. I to jest bardzo optymistyczna wiadomość! Dojazd do Kielc jest dobry z każdej strony świata. Połączenia drogowe z Łodzią, Warszawą i Krakowem sprawiają, że okolice Łysej warte są uwagi jedno- i dwudniowych wycieczkowiczów.
Mapy
Góry Świętokrzyskie 1:75 000 Polskie Przedsiębiorstwo Wydawnictw Kartograficznych Okolice Kielc 1:50 000 Wojskowe Zakłady Kartograficzne WZKart. Tekst: Piotr Rembowski Zdjęcia: A. Olej, K. Kobus/TRAVELPHOTO
Na Łysą
Kielce – Masłów – Krajno – Św. Katarzyna – Huta Szklana – Nowa Słupia Część I Kielce – Św. Katarzyna Trasa z Kielc do Św. Katarzyny jest wizytówką Gór Świętokrzyskich. Prowadzi przez Łysą Górę czerwonym szlakiem im. Edmunda Masalskiego. Nie jest to trudna wycieczka, choć może okazać się wyczerpująca z powodu odległości do pokonania. Z Kielc mamy dotrzeć do Nowej Słupi i z powrotem. Trasę można w każdym momencie skrócić i nie zamawiając taksówki, o własnych siłach wrócić do miasta. Technicznie wycieczka należy do średnio trudnych. Napotkamy kilka wymagających podjazdów i szybkich zjazdów, miejsc pociętych strumieniami i rozpiętymi nad nimi wąskimi kładkami. Każdy powinien dać sobie radę. Różnica wysokości nie jest duża. Widoki zrekompensują chwilowe niezadowolenie.

Kielecki Patrol
Kielce – Chęciny – Kielce Startujemy z punktu widokowego na Karczówce. Ruszamy wzdłuż czerwonego szlaku. Mijamy klasztor i stromym zjazdem, pełnym śliskich kamieni, między drzewami, kierujemy się na zachód. Wyjeżdżamy z lasu i polną drogą, czerwonym szlakiem, pedałujemy obok nieczynnego już kamieniołomu. Skręcamy w lewo i jadąc zgodnie z oznaczeniami docieramy do lasu. Wśród zarośli, między wystającymi kamieniami wspinamy się na górę Brusznia (309,3 m n.p.m.). Ścieżka jest kręta, ale przyjemna, zwykle brak na niej błota. Podjazd trwa chwilę, ale po kilkunastu minutach czeka nas przyjemny zjazd. Po przejechaniu 700 m, gdy prędkość jest dość duża, trzeba niestety hamować. Ostro skręcamy w lewo i szutrówką pomykamy w dół, by niebawem znaleźć się na łące, a po 200 m w dzielnicy „Białogon”. Odbijamy w prawo i pedałujemy po płaskim terenie.


Od kochera do kartusza
Zimno i mokro, cały dzień na rowerze, za tobą dziesiątki przejechanych kilometrów, przed tobą wizja dużego kubka gorącej herbaty. Zimnymi dłońmi próbujesz rozpalić kuchenkę, zachwalaną w sklepie jako niezawodna.

Piekło w kuchni
Szlaki turystyczne pełne są ludzi, którzy każdego wieczoru przeżywają dramat związany z gotowaniem. Wprawdzie czasy, kiedy na kempingach na porządku dziennym były minipożary, powstające przy rozpalaniu radzieckich kocherów benzynowych, smród nafty i okopcone kuchnie turystyczne, minęły bezpowrotnie, ale i teraz słychać czasami na polach namiotowych wołanie: „Macie może zbędny kartusz?”. Gasnąca, zatykająca się, czy też tak oryginalna, że nie można zdobyć do niej paliwa kuchenka uczyni z każdego wyjazdu piekło. Jak się przed tym zabezpieczyć? Aby odpowiednio dobrać kuchenkę do swoich potrzeb, trzeba dokładnie przeanalizować, ile posiłków i dla jak dużej grupy osób chcemy przygotowywać. Po drugie powinniśmy zawsze tak dobierać paliwo do kuchenki, żeby było ono dostępne w miejscach, do których zamierzamy dotrzeć na trasie, lub byśmy mogli zabrać odpowiednią jego ilość. Po trzecie, cały zestaw, czyli palnik, paliwo i garnek lub garnki, musi mieć odpowiednią wagę. Po czwarte, powinniśmy się upewnić, czy nasza kuchenka ma odpowiednią wydajność, czy przygotowanie posiłku nastąpi w miarę szybko. A wiąże się to również ze wstępnym ustaleniem sposobu żywienia podczas wyjazdu oraz wcześniejszym dobraniem menu. I tak zakup tytanowej kuchenki wysokogórskiej jest całkowicie pozbawiony sensu, jeżeli będziemy korzystali z bezpłatnych kuchni na kempingach, a próba ugotowania czegoś na wysokogórskim szlaku za pomocą kuchenki na stałe paliwo może skończyć się popadnięciem w obłęd.


Co oferuje rynek?
Bardzo dużo. Wiele firm produkuje różnego rodzaju kuchenki, choć nie wszystkie są funkcjonalne. Najlepiej w pierwszej kolejności wybrać rodzaj paliwa, a następnie, biorąc pod uwagę sprawność palnika, przeznaczenie i wagę; zdecydować się na wybór odpowiedniego zestawu. Kuchenki na suche paliwo (esbitowe) Są tanie, lekkie, proste w obsłudze (paliwo zapala się zapałką). I to już koniec zalet. Kostki paliwowe są mało wydajne, mają najmniejszą kaloryczność, są czułe na wszelkie podmuchy i trudno dostępne. Właściwie kuchenki te sprawdzają się przy gotowaniu do 0,5 l cieczy jednorazowo. Niegodne polecenia na dłuższe wyprawy. Kuchenki spirytusowe Składają się z palnika, do którego wlewamy paliwo (spirytus, denaturat itp.) oraz obudowy, w której umieszczamy palnik. Menażka jest elementem zestawu i idealnie pasuje do obudowy. Zalety? Lekkość i prostota kompletu (składa się w jeden pakunek), łatwa obsługa, niska waga. Palą się bez przeszkód na wietrze, nie wymagają dodatkowych naczyń. Wady? Paliwo trudno dostępne poza Europą (można próbować ze spirytusem lekarskim lub mocnymi alkoholami). Kuchenki też kopcą (chyba że dolejemy ok 8-10% wody, ale wtedy spadnie kaloryczność), są mniej wydajne od gazowych, nie ma możliwości regulowania płomienia. Kuchenki gazowe Nowoczesne kuchenki gazowe to zestaw palnik plus kartusz (pojemnik z gazem). Są dostępne w trzech wariantach: palnik nabijany na kartusz, palnik nakręcany bezpośrednio na kartusz i palnik ze stojakiem połączony z kartuszem wężykiem. Pierwszy rodzaj jest najlżejszy, ale nie można odłączyć kartusza po gotowaniu, więc transport takiego zestawu jest utrudniony. Kartusze nakręcane są wyposażone w specjalny zawór, dzięki czemu można je odłączyć i używać ich wielokrotnie. Są one jednak odrobinę droższe. Palnik nakręcany na kartusz tworzy niezbyt stabilny zestaw, idealne jest więc trzecie rozwiązanie. W kartuszach znajduje się najczęściej mieszanka propan-butan. Standardowy skład to 80% butanu i 20% propanu. Należy pamiętać, że im niższa przewidywana temperatura, w której będziemy używali kuchenki, tym zawartość propanu powinna być większa. Przy użytkowaniu tych kuchenek należy pamiętać, że palnik nakręcamy lub nabijamy zawsze na dworze. Do zalet kuchenek gazowych należy zaliczyć: mnogość rodzajów palników o różnej wadze i przeznaczeniu, kartusze różnej wielkości, znormalizowane gwinty (możliwość stosowania kartuszy różnych producentów, ale uwaga, zdarzają się wyjątki), duża wydajność, duża kaloryczność, łatwa obsługa i regulacja spalania, lekkość, czyste spalanie, możliwe używanie w absydzie namiotu. Wady? Zestawy są niestabilne, kartusze trudno dostępne w różnych zakątkach świata i z dala od cywilizacji, droższe niż benzyna, podczas silnego wiatru potrzeba dodatkowej osłony palnika, mała efektywność przy gotowaniu ponad 1,5 l; konieczność zneutralizowania pustego kartusza. Kuchenki na paliwa płynne (benzyna, olej napędowy, w tym kuchenki multipaliwowe) Wszystkie te kuchenki mają podobą konstrukcję. Składają się z palnika i połączonego z nim specjalnym kolektorem zbiornika na paliwo. Ich główną zaletą jest duża uniwersalność, benzyna i olej napędowy dostępne są na całym świecie. Do kuchenek multipaliwowych można wlewać praktycznie każde paliwo (specjalna regulowana głowica), a także podłączać kartusz gazowy. Prawie każdą kuchenkę benzynową trzeba wcześniej rozpalić, niektóre wymagają użycia paliwa stałego (esbitu). Wiele modeli wyposażonych jest w pompkę przyspieszającą ten proces. Należy pamiętać, że typowe modele benzynowe wymagają specjalnej, oczyszczonej benzyny. Modele na olej napędowy i multipaliwowe pozwalają stosować paliwa dostępne na stacjach paliwowych. Na to rozróżnienie trzeba zwracać uwagę przy zakupie. Dobrze jest również sprawdzić (zwłaszcza gdy wybieramy się na „koniec świata”), jak bardzo zanieczyszczonego paliwa pozwala użyć producent. Zalety kuchenek na paliwa płynne są nie do przecenienia: duża wydajność, wysoka kaloryczność, wiele rodzajów palników (w tym palniki kryte, wielopalnikowe itp.), różne wielkości butli, tanie i dostępne niemal wszędzie paliwo, możliwość gotowania na mrozie i na dużych wysokościach, praktyczne przy większych ekspedycjach, trwałe i wytrzymałe. Są też i wady: użytkowanie wymaga praktyki i obycia, a także znajomości konserwacji (w modelach multipaliwowych i na olej napędowy konieczne jest regularne czyszczenie palnika i głowicy), skomplikowane rozpalanie (w modelach benzynowych zalecana szczególna ostrożność, gdyż zbyt duże ciśnienie w zbiorniku może spowodować wybuchanie płomienia) i użytkowanie, niektóre modele są głośne lub bardzo głośne, kuchenki kopcą i nie nadają się do używania ani w absydzie namiotu ani pomieszczeniach zamkniętych (spaliny, zwłaszcza w modelach benzynowych, są niebezpieczne dla człowieka), butla z paliwem wymaga ostrożnego traktowania (w modelach benzynowych możliwość wybuchu), wylanie się w sakwie czy plecaku powoduje duże straty, nie ma też możliwości kompletowania sprzętu różnych producentów. Wreszcie zachodzi konieczność zabierania narzędzi do konserwacji.

Jak gotować?
Zawsze zapoznaj się z instrukcją obsługi kuchenki i staraj nie łamać podanych przez producenta zasad. Gotuj, stawiając kuchenkę na twardym podłożu (śpiwór czy karimata nie są najlepszym pomysłem). Nic tak bardzo nie przyczynia się do poniesionych strat, jak wylany wrzątek. Dobierz menażkę tak, by pasowała do palnika. Pamiętaj, że gotując w naczyniu pod przykrywką, zyskujesz na czasie. Każda kuchenka działa lepiej, jeśli osłonisz ją od wiatru. Pomocny parawanik możesz wykonać sam lub kupić w sklepie. Pamiętaj, że kartusze sporo wytrzymują, ale nie należy ich traktować niczym ostrym, rzucać itp. Szczególną ostrożność zachowaj przy gotowaniu w namiocie, zadbaj o wentylację. Nigdy nie porzucaj pustych kartuszy w lesie, górach, na drodze!
Mój typ
Zawsze mam przy sobie palnik gazowy, nakręcany, lekki model typowo wysokogórski i jeden kartusz 250 g. Palnik ten towarzyszył mi w wielu podróżach. Zawsze stosuję zasadę jeden palnik na dwóch, jeden kartusz 250 g na pięć dni. Używam aluminiowej menażki 1,2 l z rączką, dzięki której można ją spokojnie zawiesić nad ogniskiem. Pokrywka jest talerzem lub patelnią. Zabieram również ze sobą plastikową miseczkę i metalowy kubek z przykrywką. Zestaw uzupełnia składany parawanik (kupiony w Holandii). Mimo oficjalnego zakazu wpuszczano mnie z kartuszami do samolotu, zarówno na liniach europejskich, jak i azjatyckich. Podczas klasycznych wypraw trekkingowych (Bajkał, KunLun, Tienszan) używałem również kuchenki multipaliwowej, ze stojącym palnikiem i zapasowym zbiornikiem na paliwo.
Z Alp w Dolomity
Z Alp w Dolomity czyli na przełęcz i z powrotem
Plany następnej letniej wyprawy zacząłem snuć… w pociągu powrotnym z poprzedniej. Na poważnie zająłem się tym jednak w marcu 2003, przeglądając witryny internetowe związane z Alpami.

W góry!
Jedziemy prawym skrajem jeziora Saalach-Stausee, szutrową drogą z niewielkimi podjazdami. W ciemnej, niezmąconej wiatrem tafli jeziora odbijają się najbliższe szczyty, m.in. Predigstuhl (1613 m n.p.m.) z prowadzącą nań kolejką linową. Zachodzące słońce nadaje skałom czerwoną barwę. W okolicach Unterjettenberg szlak parę razy zahacza o szosę i jest to trochę dokuczliwe. Nagle odbija od drogi, serwując niełatwy podjazd przez łąki. Potem jedziemy ciemną doliną górskiego potoku, jakieś kilka, kilkanaście merów nad lustrem wody. Jest już po zachodzie słońca, zaś urwisko ma bez mała 5 metrów, więc naciskamy mocniej na pedały, aby uniknąć jazdy po ciemku. Droga nie jest płaska… Ale serwujemy sobie niespecjalnie męczący dzień, bo jazda przypomina typowe pedałowanie po dolinie w Beskidach. Jeden ze zjazdów sprowadza nas do kanionu. Tam szlak prowadzi przez mostek. Jest to dość niebezpieczne miejsce, łatwo można zaliczyć wjazd do rzeczki. Na szczęście liczne znaki ostrzegają nas odpowiednio wcześnie, że należy zmniejszyć prędkość! Za mostkiem zmiana krajobrazu. Szeroka łąka, łagodne zbocza i gdzieniegdzie wystające skałki. Góry po bokach jakby mniejsze. Asfalt oraz poutykane w stromych zboczach domki informują nas, że minęliśmy przełom rzeki Saalach i zbliżamy się do Unken. Zrazu planujemy nocować na dziko, ale dochodzimy do wniosku, że rozsądniej, bezpieczniej i przyjemniej będzie umyć się na kempingu w Unken. Następnego dnia mijamy miasteczka Lofer i St. Martin. Za drugim z nich znajdują się dwa kaniony i jaskinia, które zwiedzamy na jeden bilet (Kombikarte) za 7 euro. Zjeżdżamy do Tauernradwegu i jedziemy nim do jaskini Lamprechtshšhle. To największy kompleks jaskiń w Europie (łącznie kilkadziesiąt kilometrów korytarzy). W środku temperatura ok. +5 st. C. Zapowiadało się ciekawie, a okazuje bardzo nudno. Jedyną wartą zachodu docierania do jaskiń atrakcją jest wejście po kilkuset schodach pod sklepienie potężnej komnaty. Po zwiedzeniu jaskini zdążamy w kierunku Seisenbergklamm. Kanion ma głębokość 50 i długość 600 m. W roku 1831 zbudowano tam przejście, które dotrwało do naszych czasów. Tym traktem przenoszono drewno z doliny położonej powyżej kanionu. Wczesnym popołudniem udajemy się dalej w górę, do Saalfelden (700 m n.p.m.), ścieżką rowerową wzdłuż głównej drogi poprowadzonej w dość szerokiej i łagodnie wznoszącej się dolinie. W Saalfelden gdzieś znika nam szlak i do Zell am See jedziemy bocznymi drogami przez niewielkie wzgórza. W Zell am See odnajdujemy szlak wiodący promenadą nad Zeller See. Wkrótce ruszamy dalej, gruntową drogą w kierunku Bruck (755 m n.p.m.), gdzie zjeżdżamy ze szlaku rowerowego Tauernradweg na szosę wysokoalpejską – Grossglockner Hochalpenstrasse. Rozpoczynamy podjazd w kierunku przełęczy Hochtor. Mamy wyjątkowo piękny widok na kilka wzniesień, m.in. Gr. Wiesbachhorn, Hohe Dock, Fuscher-Kar-Kopf. Z racji wieczornej pory ruch samochodowy znikomy i słychać z oddali dzwonki krów. W małej, trawiastej zatoczce, na wysokości ok. 1700 m, postanawiamy rozłożyć się na nocleg. Kiedy rozpakowuję tabliczkę czekolady, przypomina mi się świstak, który „siedzi i zawija je w te sreberka…”
Lodowiec
Kolejny pogodny ranek wita nas grą świateł na lodowcu. Nie bez wysiłku wjeżdżamy numerowanymi zakrętami na niekończącą się górę, podziwiając rozświetlone promieniami górskie łąki i ciesząc się rześkim alpejskim powietrzem. Szosę wybudowano z rozmachem, niektóre z serpentyn są wysunięte daleko poza krawędź zbocza, lewitują w powietrzu kilka metrów nad ziemią. Niestety, sielanka nie trwa długo, już o dziewiątej pojawiają się pierwsze pojazdy. Nachylenie rzędu 12-14 % znacznie spowalnia naszą prędkość jazdy. Po drodze zwiedzamy Muzeum Przyrody Alpejskiej, ulokowane na wysokości 2260 m n.p.m. (wstęp darmowy). Dojechawszy do Fuscher Tšrl (2425 m n.p.m.), zostawiamy bagaż za budynkiem restauracji i podjeżdżamy brukowaną drogą dziewięcioma serpentynami w kierunku Edelwei§spitze (2577 m n.p.m.). Na wierzchołek wjeżdżamy przy akompaniamencie ryczących silników motocykli i samochodów najróżniejszej maści. Lśniące w słońcu, czarne, metaliczne maszyny prezentują się okazale, jednak mimo wszystko wolimy nasze rowery. Punkt widokowy (2577 m n.p.m.) to najwyższy poziom, na jaki udało mi się wjechać rowerem. Panorama, którą podziwiamy ze szczytu, jest rewelacyjna. Widzimy nawet Zell am See, odległe o cały dzień jazdy. Nie brakuje najwyższego szczytu Austrii, od którego droga wzięła swą nazwę (Grossglockner 3798 m n.p.m.). Widać też jak na dłoni główny cel dzisiejszego dnia – przełęcz Hochtor (2504 m n.p.m.). Ścinamy ją tunelem. Aby dostać się na siodło (2576 m n.p.m.), podchodzimy szlakiem pieszym. Otwiera się przed nami fantastyczna panorama na południową część Wysokich Taurów. Co ciekawe, śnieg zaczyna się od wysokości ok. 3500 m. Pogoda zdaje się załamywać, ale wierzchołki gór wciąż są doskonale widoczne. Zjazd dostarcza rewelacyjnych doznań, z pięknie profilowanymi serpentynami oraz długą, stromą prostą. W drodze na dół, na wysokości 1859 m, odbijamy asfaltową stokówką, aby obejrzeć lodowiec Pasterze. Czeka nas fenomenalny widok na morze lodu i górujący nad nim szczyt Grossglockner. Koniec szosy (2370 m) znajduje się 200 m nad powierzchnią lodowca, co zapewnia nam godzinny spacer. Przynajmniej trochę się człowiek rozrusza, wszak jadąc rowerem prowadzimy „siedzący tryb życia”… Następny poranek, o dziwo, też jest słoneczny. Jak na razie nie doświadczyliśmy ani jednej kropli deszczu. Szczęście nam sprzyja. Dwa dni wcześniej wiatr wiał w plecy. Dziś, dla odmiany, prosto w twarz. Trzeba się nieźle napedałować, aby pokonać kolejne 200 m różnicy wzniesień. Docieramy w końcu do Winklern (966 m n.p.m.), gdzie skręcamy na zachód i rozpoczynamy podjazd z pozoru łatwej przełęczy Iselsberg. Hmm, łatwa może ona i jest, ale nie przy +37 st.C w cieniu i na pozbawionej drzew szosie. Koniec końców o pierwszej po południu, po dwóch godzinach podjazdu, nieźle zmęczeni docieramy do tabliczki z napisem „Iselsberg 1204 m”. Kolejny zjazd, panorama na Dolomity. Opuszczamy Wysokie Taury. Z Lienz (660 m) wyjeżdżamy drogą rowerową w kierunku Toblach. Jedziemy doliną, mając po lewej Dolomity, po prawej Wysokie Taury. W pewnej chwili kątem oka zauważam drogowskaz „Wasserschaupfad Galitzenklamm”. Dochodzimy do wniosku, że będzie to dobre miejsce na przeczekanie burzy… Wstęp do kanionu jest oczywiście płatny, ale fakt, że dostajemy obowiązkowe kaski, robi wrażenie. Niestety, na wrażeniu się kończy. Szeroko reklamowana trasa turystyczna składa się z krótkiego odcinka drewnianej galerii poprowadzonej wzdłuż skalnej ściany. Czeka nas jednak ładny widok na tęczę i padający w dolinie deszcz. Po krótkim prysznicu, przy odgłosach burzy, jedziemy dalej trasą rowerową. Cały czas lekki podjazd. Docieramy do Abfaltersbach (982 m n.p.m.). Z racji nadciągającej nawałnicy chowamy się do pobliskiego lasku, szybko rozbijamy namioty i na „uwolnionych” od bagaży rowerach pędzimy umyć się w potoku. Nadciąga ulewa, pioruny biją blisko, gęsto i zaciekle. Rano znów wita nas słoneczko, tak więc czym prędzej zbieramy się i ruszamy w dalszą drogę. Po stronie włoskiej mamy możliwość jazdy łatwą drogą (żółty kolor) albo trudną (czerwony). Z racji bagaży wybieramy żółtą. Bez przeszkód docieramy do Toblach (1220 m), gdzie skręcamy w dolinę Hšhlensteintal, między strzeliste turnie Dolomitów. Po kilkunastu kilometrach docieramy do idyllicznej polanki. Bagaże zostawiamy w punkcie sprzedaży pamiątek, niedaleko hotelu Drei Zinnen Blick. Droga przez dolinki Rienztal i Schwabental układa się bardzo ładnie, umiarkowany podjazd po wygodnym szutrze. Niestety, kiedy dojeżdżamy do doliny Schwabental (2000 m n.p.m.), droga gwałtownie się kończy, a zaczyna stroma ścieżka w ścianie skalnej, nie nadająca się nawet do pchania rowerów. Na dodatek goni nas burza i chcemy szybko dostać się do położonego wyżej schroniska. Tymczasem musimy się wycofać i zjechać w ulewie z powrotem do doliny Hšhlensteintal. Pogoda do końca dnia już nam nie odpuszcza. W pobliskich ruinach znajdujemy miejsce na rozbicie namiotów i słuchamy, jak spadające krople miarowo uderzają o tropik.
Ku włoskiemu słońcu
Bardzo zimny ranek budzi nas gęstą mgłą, kapiącym deszczem i wilgotnymi śpiworami. Co chwilę wyglądamy z namiotu, sprawdzając, czy może coś się zmieniło. Wreszcie widzę niebo. Gęste, kłębiące się mgły odsłaniają przy jednym z wierzchołków skrawek błękitu. Postanawiamy zwinąć obóz, przenieść się do Misuriny i tam osuszyć, bo w zamglonej, kapiącej dolinie tylko namakamy. Po drodze, z szosy, mamy okazję podziwiać niesamowity widok na Dolomity, a w zasadzie grupę Cristallo (3221 m n.p.m.). Rozświetlone porannym słońcem wierzchołki wyłaniają się z mgieł. Minąwszy rozstaje w rejonie Schluderbach (1432 m) „dostajemy” w nagrodę spory podjazd. W zasadzie tylko 10%, ale jedzie się jakoś powoli. Rozleniwiliśmy się chyba popołudniową rundką bez sakw poprzedniego dnia. Po godzinnej przejażdżce lądujemy na przełęczy Col S. Angelo (1757 m), a po chwili wygrzewamy się już w ciepłych promieniach słońca nad połyskującą taflą jeziora. Niebo znów jest bezchmurne, a widoki wspaniałe. Rozwijamy śpiwory i suszymy je na ławkach. W pewnym momencie silny podmuch w kierunku jeziora prawie pozbawia nas sprzętu. Gdyby nie refleks, musielibyśmy suszyć go ponownie…

Burza
O dziewiątej mieli otworzyć warsztat rowerowy. Jak się okazało, głównym zajęciem tego punktu jest wystawianie co rano wielkiego manekina oblepionego emblematami różnych firm rowerowych. Drugą z absorbujących czynności jest wypożyczanie kosztownych rowerów na hydraulicznych tarczówkach. Na trzeciej pozycji w hierarchii stoi sklep, zaś dopiero na końcu warsztat. Muszę czekać, aż przyjedzie szef sklepu, bo tylko on zna się na rzeczy. Przybywa luksusowym samochodem i zabiera się do roboty. Proponuje mi wymianę koła, ponieważ nie ma osiek i conusów luzem. Ma to kosztować blisko 100 euro. Niestety, nie ma koła, w którym pasowałby mi ten sam wielotryb (nakręcany) i nagle, ni stąd, ni zowąd, znajdują się conusy i ośka! Za jedyne 15 euro z montażem… Ostatecznie o godzinie jedenastej wyjeżdżam na sprawnym rowerze.



Bolzano
Rano mocno pada, więc czekamy, aż przestanie. Zjeżdżamy do Vigo di Fassa, skąd zaczynamy podjazd na naprawdę już ostatnią przełęcz w Dolomitach. Co ciekawe, mimo niedawnego deszczu jest ciepło, ponad 20 stopni. Z podjazdu otwiera się widok na dolinę Val di Fassa. Ciemne chmury kończą się nagle frędzlowanym pasmem cirrusów i ustępują miejsca bezchmurnemu niebu. Na końcówce podjazdu silny wiatr zachodni sprawia, że ciężko ujechać nam do zbawiennej tabliczki. Potem, mimo 10% zjazdu, musimy mocno pedałować, by jechać 14 km/h. Na szczęście na polanie niżej już nie wieje. Widać stąd lodowce za Bolzano. Zjazd z przełęczy do Bolzano liczy ponad 20 km, przy różnicy wzniesień ponad 1500 m. Gdy odliczymy kilka kilometrów płaskiego odcinka, średnie nachylenie na 15 km wynosi nieco ponad 10%. Trzymamy się górnej granicy dopuszczalnego na tej drodze zakresu prędkości. Pod koniec suniemy kanionem Eggental, z którego wyjeżdżamy długim tunelem. W tunelu rozwijamy drugą prędkość kosmiczną. Jedziemy kilka minut w dół szerokim i równym asfaltem po lekkim łuku (12%). Nie patrzę na licznik podczas jazdy… Wyjeżdżając z tunelu, doznajemy takiego uderzenia ciepła, że aż brakuje nam oddechu. Na wiadukcie zaskakuje zakaz jazdy dla rowerów, ale i tak nie ma innej drogi. Szeroką trzypasmową arterią wjeżdżamy do Bolzano, które wita nas 42-stopniowym upałem. W punkcie informacji turystycznej pobieramy darmowe foldery i do wieczora zwiedzamy miasto. Wchodząc do katedry, niechcąco zostawiam termometr na sakwie. Gdy wychodzę, jest już niezdatny do użytku. Temperatura wyświetlacza przekracza dopuszczalne 70 st.C. Nocujemy w kanionie Sarntal, 290 m n.p.m., na półce skalnej szerokiej na 5 m, bo innego miejsca nie było. Alternatywny kemping w Bolzano znajdował się 15 km w przeciwną stronę. Noc przynosi niesamowicie huczną burzę. Zagłębiający się do kanionu piorun w oka mgnieniu stawia nas na nogi. Pada ulewny deszcz, skała moknie. Staczające się z łoskotem kamienie nie pozwalają zmrużyć oka przez kilka godzin. Następnego dnia jest 30 stopni chłodniej, temperatura spada do +10. Po raz pierwszy w trakcie wyprawy jadę w długich spodniach i bluzie. Nasza droga wiedzie przez siedemnaście tuneli. W zasadzie dopiero po 20 km podjazdu wąwóz kończy się i zaczyna dolina. Leje. Zrobiwszy przerwę na posiłek, postanawiamy jechać. Dalsze obniżanie się temperatury skutkowałoby zamknięciem przełęczy i musielibyśmy czekać albo zawracać. Cały podjazd tego dnia liczył 50 km przy różnicy wzniesień 2000 m. Widoki z racji paskudnej pogody ograniczają się do zboczy naszej doliny, sama przełęcz spowita jest gęstą mgłą. W schronisku na górze zjadamy obfitą porcję spaghetii i czekamy, aż przestanie padać. Na wyschnięcie nawierzchni nie ma co liczyć z racji mgły. Problem sprawia też wybranie właściwego kierunku, bo widzimy tylko fragment drogi i barierkę. Zjazd jest interesujący, asfalt wąski, droga kręta i stroma. Pod i ponad chmurami widok fenomenalny, zwłaszcza, gdy dwa razy przejeżdża się przez warstwę chmur. Nocujemy na kempingu, po raz drugi i ostatni.

Powrót…
Znowu jest słonecznie i widokowo. Snujące się od niechcenia cirrusy zachęcają do wyjścia z namiotu. Przed nami ostatnia przełęcz alpejska, jednocześnie najniższa przełęcz umożliwiająca przejazd przez Alpy znad Morza Północnego nad Środziemne. Nie bez żalu pedałujemy te kilkaset metrów podjazdu. Dojechawszy do Brenner, zastajemy nieczynne przejście graniczne i przełęcz, z której widok ogranicza się do kilku chałup, zdezelowanego warsztatu i kapuścianych górek. Na zjeździe mamy wiatr prosto w twarz rzędu 40 km/h, więc w zasadzie na 5% zjeździe jedziemy mocno pedałując liche 20 km/h. Dopiero ciężarówka pozwala nam zjechać kilkanaście kilometrów czterdziestką, bo przyjmuje cały wiatr na siebie. Odsłania się widok na Innsbruck i otaczające go Alpy.

Subnotebooki
Mózg i serce w plecaku
Współczesny człowiek, nawet jeśli porusza się tak ekologicznym środkiem transportu jak rower, bez elektroniki istnieć nie potrafi. Można się zarzekać, że nie, skąd, po co to komu, ale statystyki mówią co innego. Telewizor, komórka czy pralka są i będą obecne w naszym życiu. Poczesne miejsce na liście pożytecznych gadżetów zajmuje komputer, umożliwiający pracę, ale służący też rozrywce i jakże istotnym kontaktom ze znajomymi. Dlaczego więc, wybierając się na wyprawę rowerową, pozbawiać się takiej możliwości? Postanowiliśmy przyjrzeć się naprawdę małym komputerom przenośnym, tzw. subnotebookom, które bez problemu zmieszczą się w każdej sakwie czy plecaku. Subnotebooki są trochę większe i cięższe niż palmtopy (obsługiwane przeważnie za pomocą rysika), ale zdecydowanie od nich praktyczniejsze. Podstawową zaletą subnotebooków jest funkcjonalność, połączenie niewielkich rozmiarów komputera z „normalną” klawiaturą i ekranem. Mają również typowy twardy dysk, którego pojemność na głowę bije wszystko, co można znaleźć w mniejszych urządzeniach. Dzięki odłączanym napędom typu CD-rom czy dyskietka ich waga niewiele zaś przekracza kilogram. Przyznajmy zresztą szczerze, kto po zainstalowaniu wszystkich niezbędnych programów potrzebuje na co dzień możliwości czytania dysków optycznych? Napęd swobodnie może zostać w domu. Sercem subnotebooka jest procesor, oczywiście energooszczędny. Obecnie standardem jest w nich Intel Pentium M z technologią Centrino, odznaczający się obniżonym apetytem na energię. Jego taktowanie nie osiąga znanego z komputerów stacjonarnych, ale w zupełności wystarcza do większości zastosowań, a tym bardziej do prowadzenia dzienniczka czy wysyłania maili i sprawdzania prognozy pogody. Dzięki użyciu technologii Centrino czas pracy komputera na akumulatorze wynosić może nawet powyżej 5 godzin. Podobnie jak w przypadku komputerów stacjonarnych ilość pamięci jest istotna i wpływa na komfort pracy. Minimum to 256 MB. Chcesz przechowywać zdjęcia cyfrowe, a może wziąć ze sobą ulubione płyty? Twardy dysk o pojemności 20 GB zapewne wystarczy, choć spotkać tu możemy nawet trzykrotnie większe modele. Wyświetlacz w notebookach to jeden z cięższych elementów, dlatego w tej kategorii standardem jest wielkość 12,1 cala przy rozdzielczości 768×1024. Zapewnia on komfort pracy wystarczający nie tylko w podróży. Karta graficzna może mieć pamięć własną lub wspólną z RAM-em. Jeśli chcemy grać, warto wybrać pierwszą opcję. Bateria, a właściwie akumulator, to oczywiście model litowo-jonowy, bez efektu pamięci. Nie może być jednak zbyt duży, bo waga jest dość istotna. Minimalna pojemność to ok. 30 Wh. Gniazda i interfejsy obejmować powinny niezbędny zestaw, taki jak USB czy FireWire. Praktyczny dodatek to czytnik kart z pamięcią typu flash. Za kontakt ze światem odpowiadać zaś będzie modem i karta sieciowa oraz co najmniej port podczerwieni do komunikowania się z telefonem komórkowym. Część modeli korzysta też z nowocześniejszych rozwiązań radiowych, takich jak Bluetooth czy Wi-Fi. Zapraszamy do małego przeglądu, co warto wziąć ze sobą w podróż. Toshiba Portege R100 CENTRINO™




















