Wszystkie wpisy, których autorem jest Magazyn Rowerowy

MTB na patelni

Rozgrzana do czerwoności trasa, rozgrzani do czerwoności kibice. W Kielcach po raz pierwszy spotkaliśmy tak oddaną publiczność i takie emocje na trasie wyścigu MTB. A na dokładkę mieliśmy udane zawody rangi mistrzowskiej

Tekst: Miłosz Sajnog, Zdjęcia: Krzysztof Jot Jakubowski


Impreza w Kielcach przygotowana została z rozmachem, o jakim w polskim kolarstwie górskim raczej trudno pomarzyć. I chociaż nie jesteśmy fanami zawodów MTB rozgrywanych w sumie na nizinach, duże brawa dla organizatorów.

Trasa usytuowana na stoku narciarskim była skrajnie interwałowa, składały się na nią sekwencje podjazdów i zjazdów, następujące właściwie tuż po sobie. Na środku polany zbudowano trzy step downy oraz sekcję serpentyn. Było to najbardziej widowiskowe miejsce na trasie. Kolejną atrakcją były schody w lesie, ale tam akurat zgromadziło się znaczniej mniej widzów. Zawodnicy mieli do pokonania dwa podjazdy w palącym słońcu, co w ostatni dzień mistrzostw przyczyniło się do selekcji. Sędziowie zastosowali formułę 80 procent, dzięki czemu nie było dubli i wyścigi przebiegały płynnie. Widzowie mieli zawody podane jak na dłoni i tutaj duże brawa dla Zbigniewa Piątka, który przygotował imprezę dopiętą na ostatni guzik. Kto przyjechał do Kielc, nie mógł czuć się zawiedziony.

Kobiety

Na starcie nie stawiły się awizowane przez organizatorów Maja Włoszczowska i Ola Dawidowicz. Według rozgłaszanych informacji to właśnie minutowe zwycięstwo Goryckiej nad Dawidowicz miało zapewnić zawodniczce 4F e-Viva miejsce na wyjazd do Londynu. Tyle tylko, że do takiej konfrontacji nie doszło. Nie zmieniło to jednak przebiegu wyścigu. Gorycka, zmotywowana niemal do przedstartowego paraliżu, prowadziła od startu do mety. Za nią jechała na początku Szafraniec, następnie Solus, Sadłecka i Żur. Na trzecim okrążeniu Gorycka odjechała od Szafraniec, którą później wyprzedziła jeszcze Solus-Miśkowicz. Sadłecka jechała czwarta. Żur nie traciła wiele do Sadłeckiej, ale też nie mogła przesunąć się do przodu. Za piątką toczył się wyścig o kolejne miejsca. Gorycka, która jechała zdumiewająco pewnie i niemal na pamięć, stale powiększała przewagę nad Solus i Szafraniec. I tak zakończył się wyścig.

Panowie

Wyścig elity przebiegał w cieniu wyścigu kobiet, co w sumie niezbyt często się zdarza. Dość powiedzieć, że kiedy panowie startowali, część dziennikarzy przysłuchiwała się jeszcze pyskówce na konferencji prasowej kobiet.

Tymczasem panowie dali prawdziwy popis jazdy. Marek Galiński i Marek Konwa toczyli własny pojedynek o mistrzostwo. Wszyscy jadący za nimi nawet na moment nie byli w stanie zbliżyć się do ich poziomu. I ta różnica była w Kielcach nad wyraz widoczna.

Konwa i Galiński jechali po zmianach kolejne rundy. Marek Galiński zaatakował na początku, czym sprawdził Konwę, ale nie mógł go urwać. Konwa zaś czekał z ostatecznym atakiem na ostatni podjazd, na którym urwał Galińskiego i po zjeździe zameldował się na mecie z czterdziestoma sekundami przewagi. Galiński pod koniec podjazdu złapał gumę i cały zjazd jechał na tylnej rawce, co świadczy o jego wyniku i klasie. Piotr Brzózka przyjechał na trzecim miejscu, niemal dwie minuty po zwycięzcy. Na mecie Galiński mocno komplementował swoich rywali, a zarazem podopiecznych z kadry, tłumacząc, że są w momencie rozpoczęcia przygotowań i ich postawa w Kielcach nie oddaje pełni możliwości. Z kolei Konwa cieszył się bardzo ze zwycięstwa. Przypomnijmy, pierwszy raz od ośmiu lat udało się komuś pokonać na mistrzostwach Polski Marka Galińskiego…

Awanturka

Świetne występy Pauli Goryckiej, Kasi Solus-Miśkowicz i Marka Konwy nie zrobiły jednak wrażenia na zebranych w Kielcach działaczach. Głównym daniem dnia miało być coś, co można nazwać publicznym linczem na Galińskim.

Pierwszym aktem była konferencja prasowa po wyścigu kobiet, na którą zaproszono również trenera kadry. Oczywiście Galiński na konferencję nie przybył, mając za kwadrans start własnego wyścigu. A zatem w obroty wzięto Bogdana Rzepkę, wiceprezesa Polskiego Związku Kolarskiego, któremu kazano się tłumaczyć ze słów Wacława Skarula. Obecny na konferencji wiceminister sportu oraz szef Klubu Londyńskiego prezentowali zmyślne retoryczne figury, mające na celu w sumie nie wiadomo co. Również po oficjalnej części konferencji przy asyście trenera Andrzeja Piątka trwała dyskusja z prezesem Rzepką. Jeszcze weselej było na konferencji prasowej po wyścigu mężczyzn, na której trener Galiński był odpytywany przez starszego jegomościa w słomkowym kapeluszu, którego umocowania nie poznaliśmy, bo na konferencji panował dziwny zwyczaj nieprzedstawiania się pytających… Całość zwieńczyła dyskusja bezpośrednia z Andrzejem Piątkiem, kto miał do kogo zadzwonić. Rzecz w sumie niebywała, ale w stronę zawodników, tak samo zresztą jak i zawodniczek, nie padło ani jedno pytanie o wyścig.

Fakty i mity

W Kielcach okazało się, że w Polsce istnieje spora grupa znawców MTB, którzy do tej pory się nie ujawnili, ale pojęcie o tym sporcie mają niesamowite. Co więcej, wyraźnie dało się odczuć, że akurat tam mit o skrzywdzonej Pauli Goryckiej i ziejącej ogniem Mai Włoszczowskiej jest wiecznie żywy i ma się nad wyraz dobrze.

Czasami odnosiło się wrażenie, że panuje jakaś zbiorowa amnezja w zakresie rozwiązania umowy z Andrzejem Piątkiem przez PZKol i teamem CCC. I to amnezja zarówno ze strony związku, grupy, jak i byłego selekcjonera kadry. Niesamowite jest również to, że poziom wyścigów w Polsce porównuje się do Pucharów Świata i stara się wyciągać wnioski globalne na podstawie krajowych wyników. To zaś, co bije mocno po mistrzostwach, to duża dawka niesmaku, która towarzyszyła większości obserwujących te zawody. Utonęły w nim wyniki indywidualne i zbiorowe, sukcesy i porażki. A szkoda, bo impreza była zorganizowana perfekcyjnie. Miejsce na zawody, trasa i zawody same w sobie były, jak na polskie warunki, fantastyczne. Wystarczy wspomnieć wyścig juniorów, którzy dali taki popis ścigania, jakiego dawno w Polsce nie było.

Co po mistrzostwach

Wygranymi uczestnikami mistrzostw są niewątpliwie Paula Gorycka i Marek Konwa, którzy zdobyli mistrzowskie dublety. Widać również, że powstanie klubu 4F e-Vive Racing Team jest zbawienne dla MTB, bo rywalizacja wśród kobiet wyraźnie się ożywiła. Zwycięski Marek Konwa potwierdził dominację i jest w gazie. Najwyraźniej rośnie nam kolejny mistrz, którego zdetronizować będzie trudno. Martwi, że Szafraniec i Sadłecka są bez formy, a w ich przypadku nie wiadomo, czy forma jeszcze wróci i kiedy. Świetnie pojechała Kasia Solus-Miśkowicz. I tu uwaga, Kasia podziękowała swoim trenerom, czyli przede wszystkim Bogdanowi Czarnocie. Tym samym Czarnota wszedł, a raczej wjechał na sam szczyt polskiego MTB.

Monika Żur, druga w U23, jest niesamowitym talentem. Już widać w jej jeździe dużą dawkę bezkompromisowości i sznyt stylu jazdy do przodu. Uwaga, rośnie talent! W juniorach młodszy z braci Konwów pojechał w sposób popisowy. To również talent, który w Polsce nie ma się na razie kogo obawiać. Pewna, mądra jazda w bardzo mocnym i trudnym wyścigu. Brawo. W juniorkach ostatnie w tej kategorii zwycięstwo odniosła Aleksandra Podgórska. I ona również zapowiada się na doskonałą zawodniczkę. To wszystko nie oznacza jednak, że jest aż tak wspaniale…

Jeżeli w Londynie kadra żeńska nie zdobędzie medalu, awantura o Gorycką wzbije się na nowy, wyższy poziom. Po kontuzji Włoszczowskiej już otwiera się kolejna faza konfliktu. Mało kto chce słuchać, że na Igrzyska Polska nie jechała zdobywać doświadczeń, tylko walczyć o najwyższe miejsca. Martwi perspektywa polskiego miejsca w kobiecym MTB. Nie możemy zgodzić się z twierdzeniami o pewności zajęcia przez Gorycką ósmego czy dziesiątego miejsca. Nasze reprezentantki mają walczyć w Londynie o najwyższe miejsca, a nie zdobywać doświadczenia.

Mamy również wrażenie, że Majka Włoszczowska jest po rozmowach z którymś z zagranicznych teamów, i to ponoć mocno zaawansowanych rozmowach. Tym samym przyszłość grupy CCC stanie pod znakiem zapytania i przynajmniej w tej kwestii chcielibyśmy szybko usłyszeć jakieś potwierdzenia. Do tego doszła kontuzja, która wydaje się wszystkim mieszać szyki. Ale problemy po tej stronie sceny nie oznaczają automatycznie sukcesów po drugiej. Gorycka od przyszłego roku będzie już startować w elicie, a to jest całkiem inne ściganie, w którym nie będzie spadochronu w postaci niższej kategorii. Nawet tysiąc zwycięstw na zawodach w Polsce nie będzie wyznacznikiem mówiącym o medalach w przyszłości. Warto również zauważyć, że dziewczyny z CCC mają w tym roku wyjątkowo mało startów na koncie, na pewno mniej niż w czasach trenera Piątka i stawianie wszystkiego na start w Londynie było zbyt ryzykowne. W stawce młodzieżowców nie widać na razie wielu następców i następczyń. Za chwilę zemści się na nas ograniczenie szkoleń w poprzednich latach, brak kadry męskiej, brak szerokiej kadry, a także wąskie trzymanie się „swoich”. Galiński jest twardy, ale ataki w stylu Ryszarda Szurkowskiego, bezrefleksyjnie podejmowane przez duże media, nikomu ani chwały, ani pomocy nie przyniosą. Wraca natomiast klimat „Andrzej Piątek Show”, co również polskiemu MTB chwały nie przyniesie. Z tym wszystkim przyjdzie nam się zmierzyć już za chwilę. Ale w Kielcach o tym nie rozmawiano… ani na poziomie ministra, ani prezesa, ani trenera kadry. Co wszystkim dajemy pod rozwagę.

* * *
Paula Gorycka

„Bardzo się cieszę z dzisiejszego zwycięstwa, nie ukrywam, że było ciężko. Przeciwniczki były bardzo mocne, a z nieba lał się żar. Do połowy trzeciej rundy jechałyśmy razem i pod koniec tej rundy udało mi się skutecznie zaatakować i wypracować przewagę. Starałam się idealnie zapamiętać trasę. Był to jeden z najważniejszych startów w sezonie, na pewno szkoda, że nie było dziewczyn, chociaż liczyłam się z tym, że mogą przyjechać lub nie przyjechać. Brałam pod uwagę obie możliwości. Mnie ta cała dyskusja niezbyt obchodzi. Staram się koncentrować na jeździe. Dzisiaj jestem szczęśliwa z podwójnego mistrzostwa i tylko to mnie zajmuje. Cieszy mnie, że grupa, którą stworzył trener Piątek, spełniła swoje zadanie, a co będzie w przyszłości, to zobaczymy”

Marek Galiński

„Wygrał najlepszy i taki jest mój komentarz do wyścigu. Młodzież rośnie w siłę i bardzo się z tego cieszę. Wyścig nie odzwierciedla tego, co prezentują moi podopieczni. Dla mnie był to wyścig celowy, ale traktuję te starty jako hobby, bo teraz już właściwie zajmują mnie głównie sprawy kadry”

Marek Konwa

„Cały wyścig jechaliśmy po zmianach, na pewno czułem się lepiej niż rok temu, a to było ważne dzisiaj, bo strasznie gorąco było na trasie. Marek był bardzo mocny, wiedziałem, że nie będzie łatwo. W sumie nie oczekiwałem tego mistrzostwa, ale po cichu liczyłem, że uda się w tym roku. Teraz czekają mnie przygotowania olimpijskie, a chciałbym zająć w Londynie miejsce w pierwszej dziesiątce, dlatego najbliższe tygodnie będą wypełnione pracą”

Andrzej Piątek

„Chcemy rywalizować sportowo. Paula pojechała na 90 procent możliwości i myślę, że na Igrzyska mamy z czego dołożyć. Teraz twierdzę, że stać ją na ósemkę. Nie chcieliśmy dostać nominacji, chcieliśmy ją wywalczyć. W związku z kwalifikacjami olimpijskimi od początku sezonu byliśmy w wysokiej formie. Czekaliśmy, że Marek Galiński wyznaczy wyścig, w którym Paula bezpośrednio będzie mogła się skonfrontować z innymi kandydatkami do reprezentacji olimpijskiej. Niestety, nie doczekaliśmy się. I dlatego jest nam przykro”

Wyniki

Mężczyźni open

Marek Konwa MILKA SUPERIOR MTB RANCING

Marek Galiński JBG-2 PROFESSIONAL MTB TEAM

Piotr Brzózka JBG-2 PROFESSIONAL MTB TEAM

Mężczyżni U23

Marek Konwa MILKA SUPERIOR MTB RANCING

Bartłomiej Wawak BG-2 PROFESSIONAL MTB TEA

Piotr Kurczab KTM RACING TEAM ZŁOTY STOK

Kobiet open

Paula Gorycka 4F E-VIVE RANCING TEAM

Katarzyna Solus-Miśkowicz DEK MEBLE CYCLO KORONA KIELCE

Anna Szafraniec CCC POLKOWICE

Kobiety U 23

Paula Gorycka 4F E-VIVE RANCING TEAM

Monika Żur 4F E-VIVE RANCING TEAM

Weronika Rybarczyk SUPERIOR MTB ENERGY TEAM

Junior

Piotr Konwa LKS TRASA ZIELONA GÓRA

Sylwester Seweryn UKS SOKÓŁ KĘTY

Beniamin Demkowski GOODMAN ZATOR

Juniorka

Aleksandra Podgórska VIKING DREAM BIKE SZCZAWNO ZDRÓJ

Sabina Zamroźniak MTB SILESIA RYBNIK

Elżbieta Figura MTB SILESIA RYBNIK

wyniki

Junior młodszy

Łukasz Winiarski KKW JAMA WAŁBRZYCH

Adrian Siarka GKS RABA WYŻNA PODSARNIE

Mikołaj Dziewa KTM RACING TEAM ZŁOTY STOK

Juniorka młodsza

Gabriela Wojtyła GOODMAN ZATOR

Kaja Karkula K.S. LUBOŃ SKOMIELNA BIAŁA

Klaudia Demkowska GOODMAN ZATOR

Młodzik

Fabian Marcel GK MERIDA GLIWICE

Wiktor Gawłowicz GK MERIDA GLIWICE

Tomasz Budziński LKK LUKS SŁAWNO

Młodziczka

Estera Siarka GKS RABA WYŻNA PODSARNIE

Katarzyna Socha FML POLTINO AZALIA BRZÓZA KRÓLEWSKA

Klaudia Bielawska UKS KOŹMINIANKA KOŹMINEK

Sztafety

MTB-SILESIA RYBNIK I (Dybiak, Grabski, Zamroźniak (k), Hajda)

KTM Racing Team Złoty Stok (Alchimowicz, Dziewa, Hebisz (k) Kurczab)

CORRATEC TEAM (Kodziejczyk, Hałajczak (k), Kazubski, Tecław)

Gołaś zgarnia pulę!

Marek Grechuta śpiewał o „dniach, których jeszcze nie znamy” i „chwilach, na które czekamy”. Dla kibiców Michała Gołasia ważne dni właśnie nastały. „Goły” w pięknym stylu sięgnął po biało-czerwoną koszulkę. Gromki okrzyk radości rozległ się nie tylko w fanklubie Gołasia, ale też naszej redakcji. W końcu Michał to również „nasz” mistrz!

Tekst: Wolfgang Brylla, Zdjęcia: Krzysztof Jot Jakubowski

Sędziszów, niewielkie miasteczko liczące sobie niespełna siedem tysięcy mieszkańców, znane przede wszystkim z magistrali kolejowej. O ile o tradycjach kolarskich w mieście nic nam nie wiadomo, o tyle historia kolejnictwa w Sędziszowie została dokładnie udokumentowana. Nie ujmując nic niewielkiej mieścinie, przypomina ona jeden, długi, ciągnący się dworzec kolejowy. Mistrzostwa Polski A.D. 2012 symboliką również nawiązywały do kolejowych korzeni Sędziszowa. Linię startu i mety zlokalizowano vis-a-vis torowiska. Trasa wytyczona przez organizatora była szczególna, pod każdym względem. Na innych pętlach walczyły kobiety, na innych mężczyźni. W sumie kierownictwo mistrzostw zdecydowało się na cztery różnego typu okrążenia i kilkanaście kilometrów dojazdów. Juniorzy, juniorki i zawodnicy niedowidzący walczyli na prawie 19-kilometrowej rundzie przez Sosnowiec, Słupię, Nową Wieś i Tarnawę. Panie stoczyły bój na dwóch wersjach okrążeń – rozgrzewkowym ponad 12-kilometrowym i „hopkowatym” 10-kilometrowym. Kolejną modyfikację zaserwowano orlikom i elicie mężczyzn, którzy musieli się zmierzyć dodatkowo z niełatwą, pagórkowatą 23-kilometrową rundą prowadzącą przez Nawarzyce. Nie tylko dziennikarze mieli początkowo trudności w ogarnięciu tematu z rozmaitymi wariantami rund. Ten sam problem dotyczył kolarzy, którzy często podczas treningów gubili się na sędziszowskim „zawijasie” i zbaczali z rundy…

Zanim jednak w trzech ostatnich dniach mistrzostw peleton przeniósł się do Sędziszowa, w niedalekim Jędrzejowie rozdano medale w indywidualnej jeździe na czas. W poszczególnych konkurencjach nie obyło się bez kilku miłych niespodzianek. „Szlak” czasówek przez Potok Wielki, Borów i z nawrotem w Krzcięcicach charakteryzował się lekkimi wzniesieniami, ale do bardzo ciężkich nie należał. Jako pierwsze na świętokrzyskie szosy wyruszyły juniorki. Uznawana za główną faworytkę Kasia Niewiadoma (WLKS Krakus) musiała uznać wyższość Magdy Plich (BDC Kolejarz-Jura Częstochowa). Medal brązowy zawisł na szyi Alicji Ratajczyk (UKS Jedynka Limaro Kórnik). Ciekawe rozstrzygnięcia odnotowano też w juniorach. Obrońca tytułu Wojciech Sykała (GKS Tarnovia Tarnowo Podgórne) zajął dopiero trzecie miejsce za Szymonem Rekitą (LKK Warmia Biskupiec) oraz Przemkiem Kasperkiewiczem (KTK Kalisz). W elicie pań zupełnie niespodzianie na najwyższym stopniu podium stanęła Martyna Klekot.

„To największy sukces w mojej karierze. Złoto jest dla mnie niespodzianką” – mówiła 24-letnia reprezentantka BDC Kolejarza. Podopieczna Grzegorza Gronkiewicza wykręciła lepszy czas od Pauli Goryckiej (4F e-Vive), nowej mistrzyni orliczek, oraz Eugenii Bujak (GK Żyrardów), która mimo upadku wskoczyła jeszcze na podest.

Kamil Gradek „pozamiatał” za to w orlikach. Kolarz Cartusii Kartuzy udowodnił, że w młodzieżowcach na czas nie ma na niego mocnych. O 49 sekund wyprzedził swojego kolegę klubowego Pawła Bernasa i o minutę Łukasza Wiśniowskiego (TKK Pacific Toruń). Zaliczany do medalowych pretendentów Piotr Gawroński musiał pogodzić się z czwartą lokatą. „Gawron” zmagał się nie tyle z trasą, co ze sprzętem. „Opadło mi siodełko” – mówił były mistrz Europy U23, który winy jednak nie zrzucał na problemy techniczne.

„Chciałem obronić mój zeszłoroczny tytuł ze Złotoryi, co mi się udało. Cieszę tym bardziej, że mamy w klubie również srebro” – mówił 22-letni Gradek.

Oczekiwaniom sprostał Maciej Bodnar (Liquigas-Cannondale), choć czoła stawił mu nasz inny specjalista w jeździe na czas – Michał Kwiatkowski (Omega Pharma-Quick Step).

„Bodi” przyjechał do Jędrzejowa z jedną myślą – po złoto. „Kwiatek” stracił do niego siedem sekund, brązowy medalista Łukasz Bodnar (BGŻ Team) na dystansie 50 km zameldował się półtorej minuty za bratem. Ostatni raz świadkami podobnej konstelacji byliśmy w 2008 roku, kiedy złoty Łukasz pokonał srebrnego Maćka.

Z sędziszowskim programem mistrzostw jako pierwsi zaznajomili się juniorzy, juniorki oraz tandemy. Wyścig ze startu wspólnego juniorek zdominowany został przez BMC Nowatex Ziemię Darłowską. W sprincie najlepiej sprawiła się Karolina Komoś, która dopiero od tego sezonu ściga się w tej kategorii wiekowej. Jej koleżanka Patrycja Jacyszyn wywalczyła brąz, a pogodziła je Maria Ziółkowska (LUKS Sławno). Kasia Kirschenstein, trzecia z wychowanków Marcina Adamowa, w której widziano mistrzynię, na ostatnim kilometrze złapała gumę.

O pechu w juniorach może mówić Bartosz Szczepanowski (GK Gliwice Merida). Zaatakował ok. 10 kilometrów do mety, ale na finałowej prostej zdążył go jeszcze połknąć rozpędzony peleton. Minimalnie lepszy od Tobiasza Lisa (Ziemia Opolska) był Bartosz Wylamowski (TKK Pacific Toruń), trzecie miejsce dla Łukasza Marcinkowskiego (KKS Gostyń).

We wspólnym wyścigu osób niedowidzących mężczyzn odwróciły się role z czasówki. Srebrni medaliści w time trial Marcin Polak/Michał Ładosz (Hetman Lublin) pokonali czasowych mistrzów Krzysztofa Kosikowskiego/Artura Korca (Warmia i Mazury Olsztyn). U kobiet, zarówno we wspólnym, jak i na czas, zwyciężyła para Iwona Podkościelna/Ola Wnuczek, które przypieczętowały swoją supremację w tej dyscyplinie na krajowym podwórku.

W tym sezonie zawodniczek polkowickiego CCC zabrakło na starcie mistrzostw Polski. Tym samym urosły złote szanse Pauliny Brzeźnej-Bentkowskiej (LKS Atom Boxmet Dzierżoniów), która przed zawodami obawiała się tylko jednej rzeczy: „Mam nadzieję, że trasa nie będzie tak łatwa, na jaką wygląda”. Kobiety do 132-kilometrowego dystansu przystąpiły w miarę spokojnie. Na pierwszym okrążeniu zaatakowały Gosia Wojtyra (BoGo Szczecin) oraz Karolina Karasiewicz (ALKS Stal Ocetix Grudziądz). Wojtyra widocznie lubi takie odjazdy. W ubiegłym roku również uciekała, jednak wtedy została złapana razem z Gorycką. Tym razem dzielnie trzymała się z przodu. Grudziądzko-szczeciński duet dogoniony został jedynie przez czteroosobowy pościg, który zainicjowała Brzeźna. Podążyły za nią Kasia Pawłowska (UKS Limaro Kórnik), Gosia Jasińska (MCipollini Giambenini) i Kasia Solus-Miśkowicz (DEK Meble-Cyclo Korona Kielce). Sekstet zgodnie z sobą współpracował, na ostatniej rundzie jego przewaga nad grupą zasadniczą wynosiła około półtorej minuty. Wiadomo było, że mistrzyni Polski zostanie wyłoniona z tej czołówki. Finisz rozpoczęła Jasińska, Pawłowska oraz Brzeźna wykazały się refleksem oraz czujnością, nie pozwalając jej odskoczyć. Ostatecznie na kresce energiczniejsza okazała się Pawłowska, torowa mistrzyni świata w scratchu. Trzecia była Jasińska.

„Kiedy z długiego finiszu ruszyła Jasińska, bardzo pomogła mi Wojtyra, która mnie rozprowadziła. Strasznie się cieszę z tego złota. Celowaliśmy w medal, ale nie odczuwaliśmy żadnej presji” – relacjonowała Pawłowska. Wśród orliczek wygrała Karasiewicz.

Już dawno nie widzieliśmy tak mocnego mistrza Polski orlików. Paweł Poljański był na 163-kilometrowej trasie nie do pobicia. Jechał aktywnie, kontrolował przebieg wyścigu, na jego twarzy nie było widać oznak zmęczenia, chociaż upalna pogoda dawała się co niektórym we znaki. Ścigający się na co dzień we włoskiej ekipie Sestese „Poljan” na MP przybył po złoto. Z mistrzowską koszulką wracał też do domu. „Plan miałem jeden. Chciałem wygrać ten wyścig, bo to mój ostatni rok młodzieżowca i ostatnia szansa. Trasa nie leżała mi, dlatego radość tym większa” – mówił na mecie niezwykle uradowany wychowanek Cartusii Kartuzy. Na pierwszej rundzie wykrystalizowała się ucieczka z Adamem Dudziakiem (Bolmet Legnica), Pawłem Krzywanią (Warmia i Mazury Olsztyn), Łukaszem Osieckim (Wibatech-LMGK Ziemia Brzeska), Mateuszem Nowakiem (KTK Kalisz) oraz Pawłem Piotrowiczem (TKK Pacific Toruń). Na górskich pętlach do roboty wziął się Poljański, dzięki któremu ucieczka została skasowana. Ale tego mu było za mało. W końcówce dołączył kolega z drużyny Bernas. We dwójkę z podniesionymi pięściami minęli białą linię. „Dojechał do mnie Paweł i wsparł w walce o medal. Rok temu oddałem mu zwycięstwo w Karpackim Wyścigu Kurierów, teraz on się zrewanżował” – oznajmił Poljański. Brąz zdobył Wiśniowski.

Górskie okrążenia, z jakimi mieli do czynienia orlicy, czekały również elitę. Dystans do pokonania niebagatelny – 246 km w palącym słońcu. Warunki, do których krajowi szosowcy nie przywykli, ale które dla naszych „obcokrajowców” są chlebem powszednim. Z tego też względu właśnie we frakcji „zagranicznej” upatrywano kandydatów do złota.

Niezły rezultat wróżono w pierwszym rzędzie Gołasiowi, Kwiatkowskiemu, Maciejowi Bodnarowi, Bartoszowi Huzarskiemu (NetApp) czy Przemysławowi Niemcowi (Lampre-ISD). Na, a nie przy trasie MP, jak do tej pory bywało, ujrzeliśmy Sylwestra Szmyda (Liquigas-Cannondale). W ucieczkę zabrał się jednak inny „nie-polski” kolarz – Mariusz Wiesiak (Matrix Powertag), który od lat przywdziewa trykoty japońskich zespołów. Wspólnie z nim harcowali Łukasz Owsian (CCC Polsat Polkowice), Wojciech Skarżyński (Legia), Adam Stachowiak (BGŻ Team) i Wojciech Ziółkowski (BDC-MarcPol). Nad goniącą ich grupką mieli nawet dziesięć minut przewagi. A w pogoń za nimi udała się niezwykle mocna grupa: Kwiatkowski, Niemiec, Adam Pierzga (Pogoń Mostostal Puławy), Marcin Sapa (BDC-MarcPol), Tomasz Kiendyś (CCC Polsat Polkowice), Konrad Czajkowski (BGŻ Team) i Karol Domagalski (Caja Rural). Cztery minuty za nimi kręcił peleton ze Szmydem, Bodnarami, Gołasiem i mocno pracującymi „begieżetami”. Niestety, odpadł z niego Marek Rutkiewicz (CCC Polsat Polkowice), który na asfaltowym odcinku wysłanym piaskiem stracił panowanie nad rowerem, doznając urazu nadgarstka.

Przed dwiema ostatnimi rundami z przodu jechali już tylko niezmordowany Kwiatkowski oraz Niemiec. Ich akcja na pięć kilometrów do kreski należała już jednak do historii. Ciągnięty przez Błażeja Janiaczyka Tomasz Smoleń (BGŻ Team) miał praktycznie złoto na wyciągnięcie ręki, ale prześcignął go fantastycznie predysponowany Gołaś. Gdzieś po prawej stronie przebijał się jeszcze Sylwester Janiszewski (CCC Polsat Polkowice), gwarantując sobie brąz. „Sylwka nie widzieliśmy, cały gaz szedł lewą stroną. Szkoda. Trzeci raz jestem wicemistrzem kraju. Gdyby „Goły” nie przyjechał, miałbym w końcu złoto” – śmiał się Smoleń.

Rozchwytywany na mecie Gołaś nie posiadał się ze szczęścia. Szczęścia podwójnego, bo kilka dni wcześniej na świat przyszła jego córeczka Helenka. „Jak się układa prywatnie, to o wyniki sportowe nie trzeba się martwić. Taki jest chyba mój klucz do sukcesu” – wyjawił nam Michał, który nareszcie mógł założyć koszulkę z orzełkiem. Spełniły się jego najskrytsze marzenia.

Nieco gorzej MP prezentowały się „od kuchni”. Na słowa pochwały nie zasłużył Michał Połetek – organizator, dyrektor generalny i dyrektor wyścigu Mistrzostw Polski 2012 w jednej osobie. W kuluarach krytykowano, że „Pan Tablet” przez kolarską wioskę cały czas wędrował z tabletem w dłoniach, strzelając wszystkim i wszystkiemu fotki. Od tabletu – o zgrozo! – nie stronił nawet za kółkiem swojego samochodu. Robił zdjęcia trasie oraz kibicom, prowadząc równocześnie. Raz o włos a przejechałby fotografa, drugi raz wpakowałby się w trakcie wyścigu wspólnego elity w grupę czołową, kiedy pod prąd „wspinał” się na podjazd. Rozgoryczenie i wściekłość kolarzy, którzy nie szczędzili brzydkich słów pod adresem organizatora tarasującego im przejazd, były zrozumiałe. Co więcej, na tym samym wzniesieniu pan Połetek zaparkował na środku drogi, chcąc wypakować coś z bagażnika. Minęli go już pilot wyścigu, motocykle policji, za chwilę minąć mieli też kolarze… Zorientował się jednak, że zawadza, i oddalił autem z kogutem na dachu.

Na Panu Tablecie vel „Połepku” („po łepkach”) ciąży też odpowiedzialność za, delikatnie mówiąc, półprofesjonalną organizację mistrzostw. Bałagan związany z rezerwacją noclegów dotknął nie tylko osoby z obsługi czy kolumny wyścigu, ale nawet samych zawodników. Prawie każdy z nich szukał kwaterunku na własną rękę. Wszystko dopinane było na ostatnią minutę, akredytacje drukowano tuż przed startem zawodów, o książkach czy programie dla mediów można było zapomnieć. I choć dalecy jesteśmy od totalnego krytykowania (wszak nikt nie jest bezbłędny), niechlubnych incydentów naliczyliśmy w tym roku naprawdę sporo. Chaos z kilkoma rodzajami rund, mało efektywna kampania reklamowa, mało kibiców. Większość mieszkańców przybyła na metę, bo niedaleko muszli odbywał się lokalny festyn z okazji Dni Sędziszowa…

* * *

„Nie było łatwo, ponieważ przed startem Kwiatkowskiego i mnie wymieniano w gronie faworytów. Odczuwalne było lekkie ciśnienie” – mówił młodszy z Bodnarów, który zapewnił sobie start na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie

„Chyba za szybko jej wyszłam… Ale tak to już jest. Chciałam dzisiaj porozrywać peleton, dlatego też zaatakowałam z Kasią. Potem otrzymałyśmy towarzystwo i doskoczyłyśmy do Gosi i Karoliny” – tłumaczyła Paulina Brzeźna

Poljański narzucił niesamowite tempo, fenomenalnie odjechał. „Jeśli myślałem o wygranej, to musiałem przyjechać na metę samotnie. Inaczej mógłbym zapomnieć o złocie” – dodał

„Zawsze traktowałem MP wyjątkowo. Ta koszulka jest dla mnie cenniejsza nawet od maglia azzurra z Giro. Kwiatek pojechał dzisiaj świetnie. Ktoś z nas miał zostać mistrzem. On z odjazdu, ja z grupy. Na 300 metrów do końca Michał skasował nawet ostatni atak. Połowa medalu idzie do niego” – powiedział Michał Gołaś, chwaląc cały toruński obóz ekszawodników Pacificu, którzy pomagali mu w wyścigu

„Prawdziwe kolarstwo istnieje na Zachodzie”

Był jednym z głównych faworytów do tytułu szosowego mistrza Polski w orlikach. Paweł Poljański w Sędziszowie spełnił pokładane w nim nadzieje. Zawodnik włoskiego klubu Sestese jechał fantastycznie i ambitnie. Ręce aż same układały się do oklasków, kiedy obserwowało się świetną postawę 22-letniego „Poljana”

Tekst: Wolfgang Brylla, Zdjęcia: Krzysztof Jot Jakubowski


Complimenti, Paolo, complimenti. Z ziemi włoskiej do Polski, co?

(śmiech) Fakt, tak trochę wyszło. Wielkie dzięki albo grazie mille.

Tylko nie przesadzaj z włoskim, bo u mnie z nim cienko…

Tutto bene (śmiech).

Powiedz, jak Ty to robisz? Pod koniec lutego na jednym z włoskich wyścigów złamałeś sobie kość przyłokciową, wsadzili Cię w gips, po stosunkowo szybkiej rehabilitacji wróciłeś do ścigania i od razu wygrałeś Trofeo Rafi Cerone-Collegno. A teraz zdobyłeś złoty medal w orlikach…

Okres kontuzji był dla mnie bardzo ciężki. Nie mogłem wyprostować ręki, po prostu czułem blokadę. Nawet na rower nie potrafiłem wsiąść, bo od razu wszystko mnie bolało. Pozostała mi tylko rolka w domu, a to oznaczało po trzy godziny trenowania dziennie pod dachem. Można było zwariować (śmiech). Cały czas kręcisz, masz włączony laptop, telewizor, słuchasz muzyki. I tak w kółko.

Dzięki Bogu jestem uparty i szybko zanotowałem comeback, bo jazdy na sucho poza konkurencją nie można porównywać ze ściganiem na zawodach.

Po złamaniu pozostał Ci jakiś ślad? Ręka dalej Ci dokucza?

Szczerze powiedziawszy, to jest trochę krzywa (śmiech). Źle się zrosła, jak widać nawet włoscy lekarze nieraz popełniają błędy. Po zakończeniu sezonu będę się musiał chyba poddać operacji. W ściganiu jak, na razie, nie przeszkadza i oby nadal nie dawała o sobie znać.

Z jakim nastawieniem przybyłeś na tegoroczne MP?

Przyjechałem na mistrzostwa do Sędziszowa tylko w jednym celu – po złoto. To jest mój ostatni rok orlika i głupio byłoby się żegnać z tą kategorią bez tytułu mistrzowskiego. Biało-czerwona koszulka jest przecież nobilitacją, nagrodą za wieloletni wysiłek włożony w ten sport i wielkim wyróżnieniem.

Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę z tego medalu. Spełniło się jedno z moich marzeń. Przyszła pora, by powoli zaczęły się spełniać kolejne.

Trasa wspólnego młodzieżowców była, delikatnie rzecz ujmując, dziwnie ułożona. Tu jakieś rundy, tam jakieś dojazdy, następnie pagórkowate okrążenia, na których pokazałeś swoją siłę… Leżała Ci? Jak oceniasz organizację MP?

Z racji mojej postury jestem zawodnikiem, który preferuje góry, więc nie bardzo mi leżała. Do końca nie byłem jej pewien i nie wiedziałem, czego mam się spodziewać. Trasa była naprawdę dziwna, jednak dla wszystkich taka sama. A jeśli chodzi o organizację, zawsze się dziwię, dlaczego w Polsce wyścigi są rozgrywane na jakichś wioskach. Zero zainteresowania ze strony kibiców. Inaczej jest we Włoszech. Meta/start zlokalizowane są zawsze w centrum miasta. Inaczej to wygląda i przyciąga więcej kibiców, dzięki temu ten sport coś znaczy. Może to się zmieni również w Polsce.

Trasa nie odpowiadała Ci, chociaż wolisz podjazdy?

Umówmy się, że wspinałem się już na trudniejsze, dłuższe i bardziej strome wzniesienia (śmiech). Podjazdy wokół Sędziszowa na tych pagórkowatych rundach przypominały raczej troszkę cięższe hopki, które nie sprawiły mi większego problemu.

Nie obawiałeś się, że do mety dojedzie pięcioosobowa ucieczka, w której mocno kręcił m.in. Mateusz Nowak (KTK Kalisz)?

Trochę tak. Mateusz jest bardzo szybkim zawodnikiem, który na swoją korzyść potrafi przesądzić niejeden sprint z peletonu. Chcąc wygrać, nie mogłem jednak dopuścić do tego, by wyścig rozstrzygnął się właśnie w finiszu z większej grupy. Nie pozostało mi nic innego, jak atakować, atakować i jeszcze raz atakować.

Dlatego podkręciłeś tempo i odskoczyłeś od peletonu, coraz szybciej zbliżając się do harcowników?

Zgadza się. Odjechałem na tej drugiej górzystej rundzie. Uciekinierzy mieli pięciominutową przewagę i zdawałem sobie sprawę z tego, że jeśli teraz nic nie zrobię, jest po medalu i po wyścigu. Udało mi się dołączyć do prowadzącego kwintetu. Trochę z nimi jechałem, a następnie w pedały i gaz. Na mecie musiałem się zameldować samotnie. Nic innego nie wchodziło w rachubę. We wszystkich wyścigach, jakie do tej pory wygrałem, kreskę mijałem solo. Nie ma co ukrywać, że nie zaliczam się do grona megaszybkich zawodników.

Co czułeś, kiedy z kilometra na kilometr zwiększał się dystans między Tobą a byłą czołówką? Z boku wyglądało to tak, jakbyś cały czas jechał w transie. Jakbyś był zahipnotyzowany i w tunelu widział tylko złoto.

Tak poniekąd było (śmiech). Dałem z siebie wszystko, bo musiałem dać z siebie wszystko. Koncentrowałem się na złocie i kiedy zauważyłem, że przewaga się zwiększa, dodatkowo się zmotywowałem i zmobilizowałem resztki siły.

Zmotywował Cię też chyba Twój drużynowy kolega Paweł Bernas…

„Bernasik” dojechał do mnie w końcówce rywalizacji i pomógł mi w mojej walce. Z nim u boku praktycznie nie mogliśmy już stracić medalu. Razem wpadliśmy na metę.

Razem też podnieśliście pięści do góry z radości. Umówiliście się?

Czy się umówiliśmy? Pawłowi oddałem rok temu zwycięstwo w Karpackim Wyścigu Kurierów, on w tym sezonie zrewanżował się, zostawiając mi złoty medal mistrzostw Polski. Można więc powiedzieć, że wychodzimy na czysto. To jednak wyjątkowy gest z jego strony. Doceniam to bardzo.

Już przed startem byłeś wymieniany w grupie faworytów. Obok Ciebie typy przyjmowano też na Bernasa, Wojciecha Migdała czy Krzysztofa Tracza. W kim Ty upatrywałeś swojego największego konkurenta?

Odpowiem tak… Byłem świadom tego, że przez cały wyścig będę bardzo dokładnie pilnowany. Nie obawiałem się jakiegoś konkretnego zawodnika. Dobrze się stało, że wyścig potoczył się tak, jak się potoczył. Że udało mi się odjechać od grupy zasadniczej, złapać ucieczkę i ponownie zaatakować. Nie mogłem sobie wymarzyć lepszego scenariusza.

Czy uważasz, że tytuł mistrzowski jest Twoim największym sukcesem w karierze?

Tak. Tych sukcesów na koncie co prawda już troszkę mam, ale jednak wygrana w mistrzostwach Polski, jeszcze w takim stylu, to chyba mój dotychczasowy największy sukces.

A jakie cele sobie jeszcze postawiłeś?

Przed sezonem obiecałem mojemu dyrektorowi, że w tym roku wygram pięć wyścigów. A więc brakuje jeszcze trzech.

Swojego konta nie powiększysz na Tour de Pologne. Początkowo wszystko wskazywało na to, że w tym roku weźmiesz udział w naszym narodowym wyścigu. Selekcjonerzy Piotr Wadecki i Piotr Kosmala bardzo dobrze się o Tobie wypowiadali, nominację miałeś w kieszeni, a tu klops.

W minionym sezonie też miałem wystąpić w Tour de Pologne, ale nie dostałem pozwolenia od swojego klubu. Przyjąłem tę decyzję na klatę, zamiast tego pokazałem się w kilku imprezach we Włoszech, które były ważne dla mojej ekipy. W tym roku miało być inaczej. Dostałem od drużyny zielone światło, lecz potem dowiedziałem się, że niestety tego upragnionego OK jednak nie ma.

Jeśli chcesz więc wystartować w TDP, musisz zmienić ekipę. Najlepiej na jakąś prokontynentalną czy nawet worldtourową…

Pewnie, każdy z nas chciałby podpisać kontrakt z grupą zawodową, ścigać się z najlepszymi, wygrywać w najważniejszych i największych wyścigach na świecie. Wszystko na to wskazuje, że od nowego roku będę neoprofi…

…gdzie? Zdradzisz tajemnicę?

Chciałbym, ale nie mogę (śmiech). Mam zakaz. Wierzę mojemu menadżerowi, który dogrywa całą sprawę. Nie powinien mnie zawieść.

Słyszałem coś o Saxo Banku, który akurat złowił sobie nowego co-sponsora. Potwierdzasz?

Hehe (śmiech). Jak to mówią, no comments (śmiech).

W bardzo młodym wieku wyjechałeś zagranicę, zaryzykowałeś i stawałeś w szranki ze swoimi rówieśnikami z Europy i całego globu. Jak sądzisz, czy gdybyś wtedy nie zdecydował się na kolarską emigrację do Włoch, stałbyś dzisiaj na najwyższym stopniu podium?

Szczerze?

Jak najbardziej…

Może i wygrałbym mistrzostwa Polski, ale jeśli chcesz się rozwijać, jeśli chcesz prędzej czy później trafić do grup zawodowych ze światowego topu, musisz wyjechać na Zachód. Innego wyjścia po prostu nie ma. Przede mną podobną drogę wybrali Sylwester Szmyd, Maciej Bodnar czy Maciej Paterski. Ryzyko ponieśli też moi koledzy, z którymi sam się ścigałem w niższych kategoriach, jak Rafał Majka czy Karol Domagalski. Zarówno Rafał, jak i Karol, dopięli swego i są już częścią profesjonalnego peletonu. Jak widać, wczesne opuszczenie domu kolarzom się opłaca.

Pomocną dłoń podał mi zespół Cartusia Kartuzy. Wiele zawdzięczam trenerowi Hirschowi oraz panu Markowi Szerszyńskiemu, za co im teraz serdecznie dziękuję.

Jaka jest różnica między ściganiem na polskim podwórku a na włoskim? Inne prędkości, inna mentalność, inna organizacja?

To dwa całkiem różne światy. Przede wszystkim organizacja wyścigów jest na innym poziomie. Również zawodnik w klubie ma zapewnione tak naprawdę wszystko. We Włoszech martwi się tylko o trening i ściganie. Również ludzie w tym kraju żyją tym sportem. Fajnie, gdy na wyścigu słyszy się swoje nazwisko w tłumach ludzi na podjazdach. To motywuje mnie do jeszcze większej pracy. Bo wiesz, że są ludzie którzy się tobą interesują i przychodzą na wyścig, żeby tylko ciebie zobaczyć.

Wykluczasz powrót do Polski?

Nie chciałbym wracać nad Wisłę. Owszem, na wyścigi, krajowe mistrzostwa, tak, jednak na pewno nie do polskiego peletonu. Prawdziwe kolarstwo istnieje na Zachodzie. Poza tym życie we Włoszech uformowało mnie nie tylko kolarsko, ale też przystosowało do codziennego życia. Umiem np. gotować (śmiech).

Typowe kolarskie jadło, czyli pasta i ryż, czy może coś ponad program dietetyczny?

W sporcie na takim poziomie uwagę trzeba zwracać na wszystko. Przede wszystkim na jedzenie. Właśnie we Włoszech nauczyłem się jeść jak kolarz. Makaron, ryż to właśnie kuchnia włoska. Tylko trzeba wiedzieć, kiedy, ile i przed jakim wyścigiem można sobie pozwolić zjeść więcej, bądź mniej.

Nie pojawisz się na starcie Tour de Pologne. Jak wykorzystasz ten czas? Leniuchując?

Leniuchując to może za dużo powiedziane. Chcę po prostu trochę odpocząć. W tym sezonie mam już na koncie ponad 60 startów i jestem naprawdę zmęczony, a to dopiero połówka kolarskiego kalendarza. Przede mną jeszcze dużo wyścigów.

Jakich?

Po MP mam krótki odpoczynek w domu. Ale dosłownie tylko przez siedem dni. Zaraz wracam do Włoch. Od lipca mam naprawdę napięty kalendarz. I tak do końca października. Więc okazji, by się pokazać z dobrej strony, na pewno nie zabraknie.

Kiedy „Poljan” zatriumfuje na etapie Giro d’Italia?

(śmiech) Nie wybiegam jeszcze w przyszłość. Ścigam się jako młodzieżowiec i skupiam na wyścigach, jakie mam teraz. A etap Giro? Jak najbardziej możliwy. Mam nadzieję, że to już niedługo.