Wszystkie wpisy, których autorem jest Magazyn Rowerowy

Szedł Sasza suchą szosą…

Rower szosowy, jako typowy sprzęt sportowy, powinien być szybki, zwrotny i lekki, no i jeszcze efektownie wyglądać. Tyle zazwyczaj od niego oczekujemy. Postanowiliśmy sprawdzić, czy za sumę nieprzekraczającą 3000 zł producentom udało się zrealizować ambitne założenia. Przy skromnym budżecie i wysokich wymaganiach konieczność oszczędzania jest rzeczą oczywistą. Sztuka, by robić to inteligentnie. Metody są dwie – jedna sprowadza się do użycia droższej ramy, którą potem będzie można „ubrać” w droższy osprzęt, druga ma do zaoferowania od razu wartościowsze komponenty przykręcone do trochę tańszej podstawy. Od punktu widzenia zależy, którą z metod uznamy za lepszą, ponieważ obie mają zalety i wady. Najważniejsze jednak, by żaden z użytych elementów nie odbiegał od pozostałych poziomem. Całość musi funkcjonować harmonijnie.

Wybraliśmy do testu trzy rowery o zupełnie różnym charakterze – wybitnie sportowy, niemal turystyczny i uniwersalny, ale w podobny sposób oceniać można także inne modele. Najpierw badaliśmy jakość wykonania ramy, a więc spawy i lakier oraz takie detale, jak przygotowanie do montażu, czyli np. wykończenie wnętrza rury podsiodłowej. Następnie ocenialiśmy jakość samego montażu – m.in. ułożenie i długość pancerzy oraz zaplecenia kół. Z naszych doświadczeń wynika, że takie pozornie drobne szczegóły w dużym stopniu decydują o komforcie użytkowania. Potem zrobiliśmy przegląd osprzętu, szczególną uwagę zwracając na miejsca newralgiczne, a ukryte – środek suportu, piasty i stery. Ostatecznie sprawdziliśmy, jak sprzęt jeździ – jest to największy fragment całościowej oceny. Testowaliśmy działanie napędu i hamulców, a szczególną uwagę zwróciliśmy na geometrię roweru, to, jak prowadzi się przy większych prędkościach i zakręca oraz czy łatwo jest go zatrzymać. Rowery dodatkowo zmierzono i zważono, by uzyskane dane móc w przyszłości porównywać z innymi modelami. Zapraszamy do zapoznania się z wynikami testu.

Author a3304

Koncepcja Niepozorny, takie Author sprawia wrażenie na pierwszy rzut oka. Stonowany niebieski lakier i białe napisy dobrze komponują się ze srebrno-czarnymi komponentami, całość klasyczna, niemal konserwatywna. Gdyby nie grubość aluminiowych rur oraz stery i mostek typu a-head, wrażenie byłoby jeszcze silniejsze. Jednak prawdziwe piękno w przypadku modelu a 3304 ukryte jest w środku. Najtańszy rower w naszym teście ma zarazem najlepsze wyposażenie, np. tę samą ramę znajdziemy w modelu wyższym, a 4404 (napędzanym Shimano Tiagra/105). Istotne elementy napędu pochodzą z wzorcowego pod względem jakości działania Shimano – manetki, przerzutki, tryb i łańcuch Sora. Także środek suportu to kartusz Shimano, a piasty pochodzą od uznanego producenta – Ritcheya. Oszczędności dla odmiany widać w innym miejscu – hamulce Tektro nie są tak sztywne jak modele Shimano, również opony mogłyby być grubsze. Podobnie jak w innych modelach również tu dwuścienne obręcze pochodzą z firmy Alex. Na osobną wzmiankę zasługuje także siodło. Selle San Marco to producent z wielkimi tradycjami, kultowy wśród szosowców. Ta marka jest rękojmią jakości. W Authorze znajdziemy zaś specjalną wersję modelu Ozono Logica F3, niezbyt miękką, a jednak wygodną. Jazda Author jest zwrotny, znów powracają skojarzenia z włoską klasyką, bo podobnie jeżdżą tradycyjne rowery z Italii. Gwałtowne zmiany kierunku to na nim pestka, wymaga przy tym pewnej ręki, tym bardziej, że trafienie w dziurę, zważywszy wąskie opony, skończyć się może przebiciem dętki. W ramie kryje się duży potencjał, którego rower nie traci mimo zamontowania taniego osprzętu. Jest sztywna, co zresztą, jak na całkiem sporą wagę (1,80 kg), nie jest specjalnie dziwne. Przy tej ilości materiału jest to efekt oczekiwany. Widelec ze stali chromo-molibdenowej podnosi minimalnie stopień komfortu, ale bez przesady, w każdym momencie wiedzieć będziemy, że jedziemy na szosówce. Zbawczy wpływ ma siodełko, pozwala sprawnie pokonywać kilometry. Napęd działa niedostrzegalnie – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Naciskamy na manetkę, przełożenie zmienia się błyskawicznie. Jest tylko małe „ale” – korba. Modele Shimano potrafią przerzucać lepiej. Dane Cena: 2549 zł Waga: 10,8 kg Materiał ramy: aluminium Rozmiary: 500/520/540/560/580 mm Widelec: stal Cr-Mo Geometria Kąt przy rurze podsiodłowej/wyprzedzenia widelca: 73/74” Długość rury górnej/podsiodłowej: 574/580 mm Rozstaw kół: 996 mm Wyposażenie Manetki: Shimano Sora Przerzutka przód/tył: Shimano Sora/Shimano Sora Hamulce/dźwignie: Tektro 423AG/Shimano Sora Korba/środek: RPM 52-42-30 z./Shimano LP-28 Piasty/obręcze/opony: Ritchey Road/Alex R450/700x22c Tryb: Shimano HG-50-8 12-25 z. Kierownica/mostek/sztyca: Uno/Uno/Uno Siodło: Author Ozono Logica F3 Dystrybutor: Velo Sp. z o.o., tel. 032 330 67 00, www.velo.com.pl Podsumowanie: Dla osoby zaczynającej przygodę z kolarstwem sprzęt idealny, bo pozwalający od razu poczuć, o co w tym wszystkim chodzi. Author jest bardzo sztywny i zwrotny, w dodatku całość funkcjonuje błyskawicznie. W sklepie warto tylko wynegocjować zmianę opon na trochę grubsze, na 22-kach trzęsie niemiłosiernie. Ocena: bardzo dobra*

Kelly’s 8300


Koncepcja Agresywnie pomalowany Kelly’s zdaje się rwać do lotu, żółte wstawki sugerują, że szybkość to jego żywioł. Zupełnie tak, jak ma to miejsce w przypadku efektownie tuningowanych samochodów. Tutaj prawie cała „para” poszła w… ramę i widelec, podczas gdy pozostały osprzęt pochodzi z grup niższych niż u konkurencji. Nie oznacza to, że Kelly’s jest gorszy, raczej że jego onkstruktorom przyświecał inny zamysł. Praktycznie wszystki rurki ramy mają aerodynamiczne kształty, jest to wyraźne w przypadku rury podsiodłowej, która ma w jednej z części przekrój kropli. Rury dolna i górna ramy zostały spłaszczone w pionie, dzięki czemu rama sprawia jeszcze masywniejsze wrażenie – rury optycznie pasują też do spłaszczonych ramion widelca. Poza manetkami i hamulcami z grupy Sora (bardzo dobrze dobrany zestaw) pozostałe komponenty pochodzą z kompletu Shimano 2200. Te wyglądają wprawdzie pięknie (efektowna czerń), ale użycie tanich materiałów, czyli głównie stali, powoduje, że są ciężkie. Początkujący użytkownik z ich funkcjonowania będzie zadowolony, bo pochodzą od jednego producenta i dobrze harmonizują ze sobą, a w miarę zużycia zawsze będzie mógł wymienić je na lżejsze odpowiedniki (np. także czarne Shimano 105). Do sportowego charakteru roweru pasuje długi, pochylony mostek, wymuszający pochyloną pozycję i wąskie opony Kendy. Obręcze dwuścienne bez problemu powinny wytrzymać wiele tysięcy kilometrów. Jazda Osprzęt Shimano 2200 został być może przeznaczony dla początkujących, ale ten rower na pewno nie ma nic wspólnego z turystyką i komfortem. Z zakupu szczęśliwi będą ambitni młodzi adepci kolarstwa, dla których jazda z mocnym pochyleniem sylwetki to jest to! Rama jest sztywna, bardzo sztywna, nic się nie gnie pod naciskiem pedałów, a wrażenie potęguje jeszcze widelec z prostymi ramionami. Szczęśliwie dobrano geometrię – rower nie jest super zwrotny, za to pewnie prowadzi się na wprost. Pochwała należy się hamulcom, komplet Sory działa bardzo dobrze, co pozwala na precyzyjną kontrolę prędkości. Osprzęt Shimano 2200 jako fabrycznie nowy działa bardzo dobrze, a stalowe tarcze w korbie zmieniają przełożenia błyskawicznie. Najsłabszy punkt grupy to piasty. Z racji prostego uszczelnienia warto często do nich zaglądać i smarować. Osprzęt roweru sporo waży, ale nie jest to na szczęście szczególnie odczuwalne. Dane Cena: 2799 zł Waga: 10,55 kg Materiał ramy: aluminium Rozmiary: 500/540 mm Widelec: aluminium Geometria Kąt przy rurze podsiodłowej/wyprzedzenia widelca: 73/73” Długość rury górnej/podsiodłowej: 550/500 mm Rozstaw kół: 980 mm Wyposażenie Manetki: Shimano Sora Przerzutka przód/tył: Shimano 2203/Shimano 2200 Hamulce/dźwignie: Shimano Sora Korba/środek: Shimano 2203/uszczelniany typu kartusz Piasty/obręcze/opony: Shimano 2200/Kelly’s Spark/Kenda Koncept 23C Tryb: Shimano CS-HG50-8 Kierownica/mostek/sztyca: Kalloy UNO Seraph/KBIX PRO-Comp/Kalloy Siodło: Active Dystrybutor: Kelly’s, tel. 071 318 88 99, www.kellys-bicycles.com Podsumowanie: Efektowna rama o dużym potencjale ubrana w osprzęt zdecydowanie niższej klasy. Szkoda, że rower produkowany jest jedynie w dwóch rozmiarach. Może to spowodować problem z dobraniem pasującej wielkości ramy. Ocena: bardzo dobra

Trek 1000

Koncepcja Na Treku jeździ Lance Armstrong, firma świadomie wykorzystuje image 5-krotnego zwycięzcy Tour de France w reklamie swoich produktów, bowiem rowery z najwyższej i najniższej półki stylizowane są w bardzo podobny sposób. Miło jednak, że łączy je coś więcej poza wyglądem. Model 1000 został zbudowany w oparciu o solidną aluminiową ramę – materiał ten to obecnie najlepszy wybór do produkcji ram, ponieważ odznacza się najlepszym stosunkiem sztywności do wagi (głównie dzięki podwyższonym średnicom rur i ich specjalnemu profilowaniu). Rama nie jest szczególnie lekka, ale ma szereg cech, które powodują, że odznacza się dużą uniwersalnością. Wymienny hak to rzecz oczywista, ale tu znajdziemy otwory mogące służyć do montażu pełnych błotników, a nawet bagażnika. Pozwala to w oparciu o Treka 1000 stworzyć sprzęt na dłuższe szosowe wyprawy. Pełne błotniki dla osób jeżdżących dużo w naszym klimacie to konieczność. Do ramy dołożono aluminiowy widelec (łącznie z rurą) o zgrabnym, aerodynamicznym kształcie. Za napęd odpowiada Sora Shimano (manetki i przerzutki w wariancie 27-biegowym), tryb SRAM i korba Bontragera. Koła są mocne, główna w tym zasługa obręczy o lekko stożkowym profilu, ale użyte piasty ciężkie i z prostym uszczelnieniem. Pozytywne wrażenie wywołują komponenty Bontragera – opony, wsporniki i kierownica. Pod mostkiem umieszczono cały rząd podkładek – super. Jazda Mostek typu a-head i podkładki pod nim pozwalają uzyskać bardzo różne pozycje za kierownicą – od ekstremalnie sportowej po komfortowo turystyczną. Rower dzielnie znosi te „kombinacje”, jego geometria jest wyważona, skręca się lekko, także z utrzymaniem kierunku w czasie jazdy na wprost nie ma problemu. Dostępny zakres przełożeń wystarczy nawet początkującemu adeptowi kolarstwa do pokonania kilku górskich przełęczy. Manetki funkcjonują zupełnie bezproblemowo. O ile zębatka tylna działa na poziomie zbliżonym do Shimano, to przednie tarcze Bontragera wymagają wyczucia w trakcie zmiany – zębatki Shimano potrafią to lepiej, w ich przypadku dzieje się to niejako automatycznie. Hamulce „no name” dla odmiany zaskakują pozytywnie, są sztywne, a klocki dobrze dobrane zostały do obręczy. Komfortowa szerokość opon – 25 mm, jest idealna dla początkujących. Piasty nowe toczą się gładko i bez problemów, choć jakość uszczelnień moglaby być wyższa. Dane Cena: 2799 zł Waga: 10,6 kg Materiał ramy: aluminium Rozmiary: 43/50/52/54/56/58/60/63 cm Widelec: aluminium Geometria Kąt przy rurze podsiodłowej/wyprzedzenia widelca: 73,5/73” Długość rury górnej/podsiodłowej: 573 mm/550 mm Rozstaw kół: 1014 mm Wyposażenie Manetki: Shimano Sora Przerzutka przód/tył: Shimano Sora Hamulce/dźwignie: aluminium/Shimano Sora Korba/środek: Bontrager Sport 52-42-30/uszczelniany typu kartusz Piasty/obręcze/opony: aluminium/Alex AT450/Bontrager Select, 700x25c Tryb: SRAM 850 12-26 z., 8 b Kierownica/mostek/sztyca: aluminiowa Ergo/aluminiowa Road/Bontrager Sport Siodło: Bontrager CRZ Road Dystrybutor: S.S.C., tel. 071 343 15 39, www.ssc.pl Podsumowanie: Biało-niebieski błyskotliwy sprzęt z dobrze wykonaną ramą i praktycznymi rozwiązaniami detali, z komponentami funkcjonującymi bez większych problemów. Szeroki zakres przełożeń i duże możliwości zmiany pozycji sprawiają, że jest to rower bardzo uniwersalny. Ocena: bardzo dobra

Rowerowe wołanie na puszczy

Tym razem coś naprawdę uniwersalnego. Teren w zasadzie płaski, ale interesujący, dziki i rozległy. Wymaga dobrej kondycji, bo dystanse mogą być długie, i dobrej orientacji w terenie, bo w takiej głuszy łatwo się zgubić. Znakomicie nadaje się na weekendowe przejażdżki, jak i na intensywne, interwałowe treningi. Przed nami, w całej swej okazałości, największy park krajobrazowy w Polsce – Puszcza Kampinoska.

Złośliwi powiedzą, że to najlepsze, co może zaoferować Warszawa… Ja powiem, że to na pewno jedna z ciekawszych propozycji wypoczynku. Mieszkańcy grodu Warsa i Sawy są najlepszym dowodem powodzenia tej odskoczni od miejskiego gwaru, tłoku i pośpiechu, cieszącej się popularnością zarówno wśród spacerowiczów, jak i osób preferujących czynny wypoczynek. Puszcza Kampinoska z pewnością jest doceniana, świadczy o tym liczba indywidualnych turystów odwiedzających leśne ostępy, jak również zorganizowanych grup przemierzających dziesiątki kilometrów urozmaiconych szlaków turystycznych. Wielu pokonuje wytyczone szlaki pieszo, z mapą i plecakiem, inni lekkim truchtem, ale sporo osób kręci też na dwóch kółkach. Okolice docenili organizatorzy cyklu Bike Maraton. Właśnie tu rozegrał się pierwszy wyścig tegorocznej edycji. Puszcza została więc trwale naznaczona jako teren rowerowy. Aby pojeździć po Kampinosie, nie trzeba dysponować super maszyną. Wystarczy poprawny góral lub rower trekkingowy. Nie znajdziemy tu karkołomnych i szybkich zjazdów ani wyciskających pot długich podjazdów. Kampinos to beletrystyka wśród obowiązkowej lektury rowerowych miejsc. Można się tu przygotować do sezonu rowerowego, wykręcić kilometry wiosną, latem i jesienią, jak też wybrać się na przyjemną przejażdżkę w sympatycznym towarzystwie, delektując się otaczająca nas przyrodą. Kampinos zajmuje około 35 tys. ha lasów i łąk leżących w dawnej pradolinie Wisły. Dlatego też większość terenu zajmują piaski wydmowe i rzeczne. Ta informacja nie pozostaje bez znaczenia dla bikerów. Kopny piach występuje sporadycznie, ale miejscami jedzie się ciężej. Poza tym poruszać się będziemy drogami leśnymi mniej lub bardziej ubitymi i zarośniętymi. W drogę !

Kiedy należy się wybrać?

Po Puszczy Kampinoskiej można jeździć cały rok. Teren jest płaski, w większości zajmują go piaski wydmowe i rzeczne, więc nawet po dużej ulewie woda szybko wsiąka w grunt. Jedynym utrudnieniem może być kopny śnieg w zimie, ale to się raczej rzadko zdarza. Najciekawiej Kampinos wygląda oczywiście jesienią, kiedy mieni się kolorami, ale przyjemnie jest cały rok.

Gastronomia i spanie

Baza noclegowa jest uboga. Wycieczka na więcej niż dzień związana jest z szukaniem noclegu w Warszawie. Jeśli chodzi zaś o gastronomię, na trasie można spotkać małe sklepy w mijanych wioskach. Z prowiantem nie powinno więc być kłopotu. Lepiej jednak przygotować „wyprawkę” w domu. Nigdy nie wiadomo, czy właściciel sklepu nie zrobił sobie właśnie wakacji.

Mapy

Najlepsza mapa to Kampinoski Park Narodowy w skali 1:50 000, wydana przez Polskie Przedsiębiorstwo Wydawnictw Kartograficznych. Mapa jest bardzo dokładna i czytelna. Obejmuje obszar całego parku wraz z zaznaczonymi szlakami i leśnymi ścieżkami. To bardzo przydatne, bo w wiadomy sposób można sobie skrócić bądź po prostu zmienić trasę.

Którędy jeździć?

Patrząc na mapę, wydaje się, że po tym terenie można jeździć bez końca. Jest naprawdę rozległy. Bez problemu można wykręcić 120 km na liczniku i więcej. Proponuję jednak wycieczkę w wersji uniwersalnej, krótszej i dłuższej (można je również połączyć w jedną). Truskaw to miejsce startu, jedno z wielu, gdzie można podjechać samochodem z miasta i przesiąść się na rower. Auto lepiej zostawić gdzieś w osiedlach ludzkich, niż na pustym parkingu w lesie. Z tego miejsca możemy wyruszyć szlakiem żółtym w kierunku Zaborowa Leśnego. Poza Truskawem miejscem godnym polecenia na parking jest pętla autobusowa przy szpitalu w Dziekanowie Leśnym. Dla tych, którzy chcieliby rozpoznać zachodnią część puszczy, dobrym miejscem na start będzie miejscowość Kampinos, od strony drogi z Warszawy na Łowicz.


Truskawkowa pętla

Samochód zaparkowaliśmy we wsi Truskaw. W dobrym humorze wysiedliśmy z auta, a tu niespodzianka. Słońce schowało się za ciemnymi chmurami. Będzie lało! Nic mnie tak nie wyprowadza z równowagi jak nieoczekiwana zmiana planów podyktowana przez niezależne czynniki zewnętrzne. Deszcz… itp. To zawsze może pokrzyżować szyki. Tym razem również nie wyglądało obiecująco. Pozostawiliśmy sobie odrobinę optymizmu, a chęć jazdy przekonała nas do wyjęcia i skręcenia rumaków. Wmówiliśmy sobie, że padać na pewno nie będzie. Zwarci i gotowi, wyposażeni dodatkowo w ortaliony, ruszyliśmy żółtym szlakiem w knieję w kierunku Zaborowa Leśnego. Początek okazał się zdumiewająco znajomy. Zwykła leśna droga wszędzie wygląda podobnie. Tak docieramy do pierwszego rozwidlenia. Twarda ubita droga zamienia się w miękką, piaszczystą, kręci się więc trochę trudniej. Porzucamy żółty szlak i przesiadamy się na zielony. Teraz czeka nas trochę urozmaicenia, bo wjeżdżamy w podmokły teren. Po bokach widać różne cieki wodne, głębsze i płytsze sadzawki. Coś podpowiada mi, że na sucho to się nie skończy. W tej właśnie chwili przejeżdżam przez pierwszy strumień, mokro! Kręcimy dalej, pokonując kolejne przeszkody wodne i drewniane mostki. Po chwili wjeżdżamy w las, zostawiając za sobą bagna i podmokłe łąki. Na najbliższym rozwidleniu skręcamy w prawo i jedziemy dalej, trzymając się zielonego. Znów piach i pierwsza górka. Wszyscy ochoczo nacisnęli na pedały. Teren puszczy jest zdecydowanie płaski, ale tu i ówdzie zdarzają się zarośnięte wydmy, które urozmaicają teren i wycieczki. Górka okazała się nieduża, ale podjazd niełatwy z powodu piaszczystego podłoża. Ale co to dla wytrawnych bikerów. Rzut oka na mapę, i w drogę. Na liczniku dopiero koło 10 km, a wydaje się jakby więcej. Jedziemy! Cały czas trzymamy się zielonej kreski na oznaczeniach. Droga znów jest twarda, można jechać trochę szybciej, choć tak naprawdę okolica eliminuje wszelkie napięcie i skłania raczej do konwersacji podczas jazdy niż do ścigania. I dobrze, wszak przyjechaliśmy tu na relaks. W dobrym humorze docieramy do szosy asfaltowej i do pierwszego punktu gastronomicznego na trasie dzisiejszej eskapady. Jeśli ktoś czegoś zapomniał, tu może uzupełnić braki. Dalej najprawdopodobniej nie będzie już takich okazji. Mijamy drogę i dalej trzymamy się zielonego. Poruszamy się skrajem lasu. Po prawej stronie rozciągają się łąki i pojedyncze zabudowania. Dla urozmaicenia monotonnej trochę dla nas drogi wjeżdżamy w las, wywijając kółka między drzewami. Trochę szaleństwa, bo teren w lesie okazał się nieco ciekawiej ukształtowany. Jazda po mchu i leżących gałęziach wprawia nas w zupełnie inny nastrój, ale obawa prze utratą tylnej przerzutki sprowadza na właściwą drogę. Po chwili trasa prowadzi w las. Znów pojawiają się małe wydmy, teren zaczyna lekko falować, więc jedzie się ciekawiej. Po kilku kilometrach docieramy do rozwidlenia szlaków zielonego i czerwonego. Tu możemy wybrać wariant dłuższy i krótszy naszej wycieczki. Jeśli czujemy się na siłach, by przejechać około 60 km, powinniśmy skierować się prosto do wsi Górki. Tam czerwonym szlakiem, najpierw asfaltem, przez pola do Dembowskich Gór. Dalej żółtym szlakiem do miejscowości Granica obok muzeum KPN. Następnie zmieniamy kolor żółty na niebieski i kręcimy do Zamczyska. Możemy tu dotrzeć znacznie szybciej, wybierając wariant krótszy. Na rozwidleniu szlaków zielonego i czerwonego odbijamy w lewo, czerwonym. Wąską ścieżynką wjeżdżamy w zarośla. Pokonujemy ten odcinek po leżących pniach drzew, na szczęście małych rozmiarów. Docieramy do skrzyżowania szlaków. W tym miejscu spotykają się drogi dużej i małej pętli. Kręcimy dalej, na liczniku dopiero 23 km (zakładając jazdę małą pętlą), a nam wydaje się, jakbyśmy tu już jeździli kilka godzin. Tym mocniej naciskamy na pedały, bo ten sielski krajobraz trochę nas rozleniwił. Stajemy. Wydaje się, jakbyśmy jeździli już pół dnia, a to dopiero 24 km. Chwila relaksu i jedziemy dalej. Poruszamy się grzbietem wydm. Po prawej teren opada, ginąc trochę w podmokłych trawach. To okolica tzw. Kanału Olszowickiego, małego cieku wodnego, ale nazwa brzmi szumnie. Teraz droga robi się naprawdę urozmaicona. Po chwili jedziemy po zboczu dość wysokiej wydmy. Trasa wije się między drzewami, jedziemy trochę szybciej, to w dół, to w górę (oczywiście wszystko w mikroskali). Docieramy do rozwidlenia, odbijamy w lewo lekko pod górę, ale mocno po piachu, cały czas czerwonym szlakiem. Wjeżdżamy w obszar tzw. Dużej Góry. Teren rzeczywiście bardziej się piętrzy, a trasa faluje to w dół, to w górę. Nawierzchnia raczej twarda, więc jedziemy jak po sznurku. Wreszcie docieramy do znanych już okolic. Droga asfaltowa na Nowy Dwór Mazowiecki, parking, gastronomia. Można chwilę odsapnąć, przekąsić coś ciepłego i ewentualnie schronić się przed deszczem. Psst, na razie nie spadła ani jedna kropla, więc ruszamy dalej. Teraz będziemy jechać w stronę miejscowości Truskaw, ale zupełnie innym szlakiem. Cały czas będziemy trzymać się czerwonego szlaku. Przecinamy asfalt i odbijamy w lewo, kierując się czerwonymi oznaczeniami. Poruszamy się skrajem lasu, po lewej stronie rozciągają się łąki i zabudowania gospodarskie. Widoki czasami są naprawdę urzekające. Sielanka i spokój wiejskich krajobrazów. Trudno uwierzyć, że tuż, tuż leży jedna z największych aglomeracji w tym kraju. Znów pojawiają się wydmy. Dla urozmaicenia poruszamy się wąską ścieżką biegnącą wzdłuż drogi. Trasa wije się między drzewami, to opada, to wznosi się lekko. Dokręcamy trochę. Takie klimaty sprzyjają ściganiu się między konarami. Jazda od razu staje się bardziej dynamiczna. Od razu ktoś wyrwał do przodu, a nikt nie lubi być ostatni i wlec się gdzieś z tyłu. Zostawiamy po lewej stronie Wiersze i Truskawkę. Małe osady, nic wielkiego, kilka domów. To nie przeszkodziło mi kiedyś w tym samym miejscu wjechać na przechodzącego łosia. Stanąłem wówczas jak wryty. Podczas wycieczek często widzę przebiegające drogą zwierzęta, sarny, dziki… ale łosia bym się nie spodziewał. Choć to w końcu symbol Puszczy Kampinoskiej. Osobnik szybko schronił się w pobliskich drzewach i odwrócił w moją stronę. Staliśmy tak dłuższą chwilę, bo łoś wyglądał naprawdę imponująco. Ale wracajmy do wycieczki. Po jakichś 10 km docieramy do rozwidlenia szlaków. Możemy skręcić w prawo i czarnym dojechać do miejscowości Truskaw, tam, gdzie zaparkowaliśmy samochody, lub odbić w lewo i przedłużyć sobie wycieczkę. Skręcamy w prawo. Docieramy do samochodów. Mimo obaw podczas całej wycieczki nie spadła ani jedna kropla wody, kolejny raz się udało!

Leśna pętelka

Druga trasa dobra jest na krótką wycieczkę dla osób, które chcą trochę popedałowć po lesie bez specjalnego pośpiechu lub dla tych, którzy zaczęli swoją przygodę z góralem, ale nie wiedzą, na ile wystarczy im sił i samozaparcia. Dla odmiany samochód zostawiamy w Dziekanowie Leśnym (istnieje również możliwość startu z poprzednio opisanego miejsca). Trzymamy się czerwonego szlaku, który poprowadzi nas do Cmentarza Palmiry. Na rozwidleniu szlaków odbijamy w prawo. Zielonym, który biegnie z lewej, będziemy wracać. Droga prowadzi nas w głąb lasu. Jest płasko i przyjemnie. Zbliżamy się do skraju lasu. Po prawej stronie mijamy Sadową i Sodówkę. Droga zmienia się w wąską ścieżkę i będzie nas prowadzić przez podmokłe łąki. Ten odcinek często jest zryty końskimi kopytami, więc jedzie się jak po pralce. Mimo tej niedogodności odcinek wydaje się urokliwy. Sprawia wrażenie dzikiego i zapomnianego miejsca. Dalej rozwidlenie, nawierzchnia poprawia się znacznie. Skręcamy w prawo. Znów poruszamy się twardą, leśną drogą, mijamy mostek i dalej prosto. Pojawia się piach, ale można go przejechać, poruszając się skrajem drogi. Tam leśna ściółka nie pozwoli nam się zakopać. Teren lekko się wznosi. To okolice Białej Góry. Teraz w dół, ale piach nie pozwala się rozpędzić. Ścieżka zawija najpierw w prawo, następnie w lewo. W końcu docieramy do drogi palmirskiej. Skręcamy w lewo. Po kocich łbach kręcimy pod górę. Cmentarz zostawiamy w tyle, po prawej stronie. Czerwony szlak skręca w las, pozostajemy na drodze i przez chwilę jedziemy bez wskazań, wypatrując tabliczki z zieloną kreską. Jest! Teraz przez chwilę będziemy trzymać się zielonego szlaku. Droga opada, nawierzchnia bez zmian. Dalej jedziemy prosto, kamienie przechodzą w bitą, ziemną drogę. Wszystko dobrze do momentu, gdy nie minie nas kilka samochodów. W piękny słoneczny dzień tumany kurzu sprawiają, że prawie nic nie widać. Na szczęście szlak zielony odbija w lewo w las, a my z nim. Znów przyjemnie, śpiew ptaków zamiast klekotu silnika. Trasa faluje, więc można trochę przyspieszyć. Po 3 km mijamy wiatę turystyczną, pozostawiamy szlak, który skręca w lewo. My kręcimy prosto do Sierakowa. Tu sklep spożywczy, często otwarty również w niedzielę. Można uzupełnić płyny. Z osady wyjeżdżamy bitą drogą, prosto, czarnym szlakiem. Wjeżdżamy w las. Po lewej stronie widać w oddali podmokłe łąki Sierakowskie. My zaś na razie suchą nogą mkniemy do rozwidlenia, aby „przesiąść sią” na żółty szlak. Po 1,5 km skręcamy w prawo, znów podążając za zielonym oznakowaniem. Teraz czeka nas przejazd przez podmokły teren. Nie będzie żle, ale tu i ówdzie możemy zamoczyć koło. Jadąc przez takie odcinki mam wrażenie, że jestem gdzieś w głuszy roztoczańskich lasów, z dala od cywilizacji. A tu, tuż za koronami drzew, Łomianki, Warszawa. Mimo wszystko warto się czasem zapomnieć i dać ponieść wyobraźni. Docieramy do kolejnej wiaty turystycznej. Miejsce znane. Tu łaczą się dwa szlaki – czerwony i zielony. Za chwilę dojedziemy do pętli autobusowej. Na dzisiaj koniec.

Jazda na kole

Dla kolarzy jazda na kole to czysta przyjemność, bez względu na okoliczności, w grupie amatorów czy też w zawodowym peletonie. Wiatr zostawia na ich twarzach swój znak, zupełnie wyjątkowy i jednocześnie niezrozumiały dla stojących z boku kibiców. Podążamy tropem tego fenomenu. Czasami jest słaby i zupełnie się go nie czuje, innym razem wydaje się być wszechmocny. Nierozerwalnie połączony jest z trudnymi momentami. Każdy był przez niego pomiatany lub pchany – gdzieś wśród pól albo na długim podjeździe. Kiedy wszystko gra, on zapewnia nieporównane zgranie teamu i pomaga pokonać czas. Jest nieuchwytną esencją grupowego sportu. Kiedy jak co roku, podczas Tour de France, szosowcy znajdują się ponownie w centrum medialnego zainteresowania, on jest odpowiedzialny za to, że wielu ludzi nie rozumie, co dzieje się na ekranie – dlaczego najlepsi nie zawsze jadą na czele peletonu i czemu ciągle wspomina się o pracy całego zespołu. On odgrywa decydującą rolę w dziedzinie taktyki. Kto jako widz stoi na skraju szosy i czuje podmuch, jaki powstaje w czasie przejazdu peletonu, może mieć jedynie przybliżone pojęcie o mocy, którą on dysponuje.

Siły powietrzne

Czy rozpoznaliście go, tego wielkiego „niewidocznego” – boczny wiatr? Tę niewidzialną wstęgę łączącą jadących z przodu i z tyłu? Dwa końce taśmy łączą aerodynamiczne siły. Za kołem jadącego z przodu goniący nie musi walczyć z całą siłą napierającego wiatru – to właściwie wszystko. Jednak w związku z tym, że opór powietrza jest największym z oporów jazdy, jakie musi pokonać kolarz, jadąc „na kole”, potrzebuje on zdecydowanie mniej siły, niż ten, który jedzie z przodu. Jak wielki jest wpływ oporów powietrza pokazuje formuła: opór powietrza rośnie do kwadratu wraz ze wzrostem prędkości. Dwa razy większa szybkość oznacza, że opór powietrza jest czterokrotnie większy, a moc potrzebna do jego pokonania ośmiokrotnie większa. Dlatego też jazda na kole, w „tunelu powietrznym”, przy dużych prędkościach jest szczególnie efektywna. O ile bardziej komfortowa jest jazda „na kole” w porównaniu z samotną, zależy przede wszystkim od wielkości i kształtu jadącego z przodu kolarza lub pojazdu. Im gorsza aerodynamika prowadzącego i im większa jego powierzchnia czołowa, tym spokojniej może pedałować człowiek znajdujący się z tyłu. Rozpiętość „dawców”, za którymi szuka się osłony i wytchnienia, sięga od pedałującej obok „górskiej pchły” (której w czasie wyścigu zdecydowanie nie chce się mieć przed sobą) aż po samochód ciężarowy, za którym wytwarza się taki ciąg, że tylko dostępne przełożenia i własna odporność na prędkość wyznaczają granice szybkości. Producent korb SRM (mierzących moc pedałującego) przez wiele lat gromadził dane dotyczące siły całej rzeszy zawodników. Jeśli przeanalizuje się te dane pod kątem aerodynamiki, otrzymuje się dokładne wskazówki dotyczące przepływu prądów i hamowania przez wiatr. Jeśli dwóch lub więcej kolarzy „bawi się” w jazdę na kole, korzyści wyciąga nie tylko jadący z tyłu. Okazuje się, że również prowadzący korzysta z tego, że ktoś wiezie się mu „na kole”. Dlaczego? Ponieważ powietrze, które pierwszy kolarz w kolumnie wzburza, wygina się przed następnym i w ten sposób spada odrobinę nacisk na plecy prowadzącego. Jest on, ujmując to ładnie, trochę popychany naprzeciw wiatrowi. Jeśli przyjmie przy tym wzorową triatlonową pozycję, jego moc (zmierzona w trakcie przykładowych badań z pomocą korby SRM) spada przy prędkości 45 km/h z 313 do 301 watów (dokładnie 4%). Efekt tym większy, im prowadzący siedzi bardziej pochylony na rowerze. Gdzie za prowadzącym znajduje się najlepsze miejsce, zależy od kąta, z którego wieje wiatr. Jeśli wieje z boku, trzeba ustawić się na skos w stosunku do prowadzącego, żeby w jak największej części wykorzystać osłonę przed podmuchami. Jeśli nie jest to możliwe (na przykład gdy wiatr dmie z lewej strony), a przywódca grupy jedzie prawym skrajem szosy, kolarz znajduje się na „rancie”. Pozostaje mu tylko miejsce tuż za kołem poprzednika, całkowicie wystawione na boczne podmuchy. W takim miejscu jazda na kole jest mało efektywna, a za to niebezpieczeństwo wypadnięcia z kanału powietrznego całkiem spore. Na wyścigach, gdzie całkowicie wstrzymuje się ruch samochodowy, kolarze ustawiają się od jednej krawędzi szosy do drugiej, właśnie gdy wieje boczny wiatr.

W gromadzie siła

Szybko przemieszczający się peleton to także efekt aerodynamicznego współoddziaływania między kolarzami. Jeśli wielu uformuje zamkniętą grupę, powstaje aerodynamiczny kształt, którego całkowity opór jest o wiele mniejszy, niż suma oporów pojedynczych kolarzy. Stąd biorą się wysokie prędkości średnie dużych peletonów. „Stado” kolarzy sprawia jednak, że nie tylko sam peleton (jako całość) jest bardziej opływowy. Kolarze dzielą też opory aerodynamiczne między siebie. Podczas gdy prowadzący w niewielkim tylko stopniu korzysta z bycia w formacji, zawodnicy w środku są tak dobrze chronieni, że w zasadzie mają do pokonania minimalne jedynie opory ruchu. Moc potrzebna do poruszania się wynosi w ich przypadku jedynie 100-200 watów. Dla porównania samotny amator utrzymujący stałą pochyloną pozycję musi wykazać się mocą 200 watów, by poruszać się z prędkością w okolicach 30 km/h. Peleton złożony z zawodowców dysponujących tą samą mocą minie go z prędkością 45 km/h i zaoszczędzi przy tym sporo energii na ważnejsze momenty wyścigu. Ponieważ nie dla wszystkich kolarzy w peletonie zarezerwowane jest takie miłe miejsce, dochodzi bez przerwy do walk o pozycję. Jadący z tyłu bokami przepychają się do przodu i przenikają do środka. Kto nie broni swojego miejsca, jest spychany do tyłu. Na ten ciągły ruch dodatkowy wpływ ma hierarchia wewnątrz zespołów i zależności między poszczególnymi osobami. Kapitanowie są chronieni przez swoich pomocników, jadą osłonięci przed wiatrem. Grupy zaś, które w swoich szeregach mają zawodników liczących się w wielkich tourach, muszą z reguły same dyktować tempo – czyli walczyć z wiatrem i pozwalać innym kolarzom wieźć się na kole, jeśli tylko chcą utrzymywać kontrolę nad całością. Tutaj cała drużyna służy konkurentom jako osłona przed podmuchami, płaci za to własnym potem, czyli siłą jej członków. Geometryczny kształt peletonu zależy od zewnętrznego wiatru oraz od wewnętrznych rozgrywek i pozwala obserwować przebieg wyścigu. Jeśli nic się nie dzieje, peleton układa się szerokim frontem za prowadzącym. Jeśli rozpoczyna się ucieczka, albo też finalny sprint jest bliski, miła atmosfera znika. Za gwałtownie przyśpieszającym wszyscy ustawiają się w rządek, każdy próbuje utrzymać koło poprzedzającego, zagryza zęby i walczy. Ludzie ze szczególnie szybkimi nogami, czyli sprinterzy, sztukę utrzymywania się na kole doprowadzili do perfekcji i dopiero na 200-300 metrów przed metą wystawiają nos do wiatru, by niczym pod wpływem eksplozji pomknąć ku kresce.

Wiele wariantów i jedna przyczyna

Większość manewrów w wyścigu ma swoje podłoże w oddziaływaniach między kolarzami. Reguła najważniejsza ze wszystkich brzmi: praktycznie niemożliwe jest, by „urwać z koła” dobrze wytrenowanego kolarza przez stopniowe przyspieszanie. Jadąc za czyimiś plecami, w czasie wyścigu oszczędza się od 30 do 40%. Ta różnica to przepaść i muszą zdarzyć się wyjątkowe okoliczności, by można ją było zasypać. Dlatego jeśli kolarze chcą pozbyć się towarzystwa, gwałtownie zwiększają prędkość i niespodziewanie zmieniają tor jazdy. Kolarz znajdujący się „na kole” tylko przez moment staje oko w oko z gorzką prawdą w postaci wiatru w twarz. Osłona znika, wąż się rwie. Teraz liczy się własna, brutalna siła. By zamknąć lukę, goniący musi błyskawicznie wyzwolić tę samą energię, jaką wydobył z siebie uciekinier. Jest to tym trudniejsze, im większa jest przerwa, czyli „dziura”, jak mówią kolarze. Żeby „doskoczyć”, czyli znów znaleźć się za zbawczymi plecami, kolarze ćwiczą refleks pozwalający skontrować im podobne ataki. Świadomość korzyści, jakie wynikają dla uciekającego z ciągnięcia za sobą „wiozącego się”, ponieważ dzięki temu także oszczędza się siły, powoduje, że warto rozważyć obdarowanie „ogona” osłoną z wlasnych pleców. Nawet jeśli nie chce on współpracować przy narzucaniu tempa. Wprawdzie ten drugi zwiększa jednocześnie swoje szanse na zwycięstwo, ale można to przeboleć, zważywszy fakt, że ewentualna przegrana z „leniem” jest i tak lepsza, niż dogonienie przez peleton. Zawsze też można spróbować we właściwym momencie zgubić niepotrzebny balast. Wiedza o wielkim znaczeniu jazdy na kole wykształciła w kolarzach swoisty „instynkt zabójcy”. Lepiej jest połamać kierownicę, niż dać się urwać z koła poprzednika! Jeśli ktoś posiądzie podobną umiejętność, nigdy jej nie straci. Na wycieczce rowerowej osoba, która straci kontakt, na pewno nigdy wcześniej nie była zawodnikiem. Cały szereg dyscyplin rowerowych wykorzystuje aerodynamikę i jazdę na kole w szczególny sposób. W wyścigu drużynowym na torze zawodnicy mają za zadanie jechać tak blisko siebie, jak to tylko możliwe, by stworzyć homogeniczną całość. Tylko w ten sposób czwórka jest w stanie utrzymać szalone tempo w granicach 60 km/h. Identycznie wygląda sytacja w jeździe na czas parami lub drużynowej na szosie. Specjalne rowery do tych dyscyplin przez długi czas miały mniejsze przednie koła, by kolarze mogli bardziej zbliżyć się do siebie. Podobne triki zostały już jednak zakazane (najnowsze przepisy UCI). Jeszcze inna dyscyplina kolarstwa – jazda na torze za lekkim motocyklem – dopełnia obraz. W Polsce nie jest obecnie uprawiana żadna z jej odmian, ale w Niemczech czy Holandii w ramach 6-dniówek ciągle jeszcze odbywają się podobne wyścigi (np. kryteria Derny). Bez względu na ich rodzaj rzecz cała polega na tym, że przed kolarzem jedzie motocykl (lub motorower) osłaniający go przed wiatrem – osiągane prędkości dochodzą wówczas do 80 km/h. W złotych latach tego sportu, czyli 30. ubiegłego wieku, specjaliści potrafili przejeżdżać w godzinę nawet 100 km. Duże prędkości i śmiertelne wypadki doprowadziły do tego, że ograniczono szybkość, głównie przez zastosowanie słabszych motocykli. Oczywiście, da się jechać jeszcze szybciej, o wiele szybciej. Rekord świata w jeździe za aerodynamiczną osłoną dzierży Holender Fred Rompelberg, który w 1995 r., jadąc za dragsterem po słonym jeziorze w Bonneville (USA), osiągnął prędkość 268,8 km/h. Ta ekstremalna szybkość była możliwa dzięki temu, że Rompelberg za specjalną osłoną samochodu odczuwał relatywnie niewielkie opory powietrza – pokonanie oporów toczenia, mimo nieprawdopodobnego tempa, wymagało więcej siły.

Jazda na kole na co dzień

Poza aspektami typowo sportowymi jazda na kole ma swoją socjalną stronę, a ta dla wielu kolarzy może być nawet ważniejsza, bo można wyrównać w ten sposób różnice w wytrenowaniu. Mając podstawowe umiejętności techniczne, słabszy kolarz może utrzymać się na kole mocniejszego, jeśli tylko potrafi podjechać wystarczająco blisko, a prowadzący będzie utrzymywał równomierne tempo. Dzięki odrobinie ćwiczeń i dobrej woli może utrzymać się w całości nawet grupa składająca się z osób o różnym poziomie wytrenowania. Jest to spora zaleta kolarstwa szosowego w porównaniu z MTB. Jazda za kimś wymaga ćwiczeń, a w normalnym ruchu ulicznym może być niebezpieczna. Kto trzyma się koła poprzednika, widzi mniej i reaguje później, a wszystko przy większej prędkości. O kraksach w zwartej grupie może zapewne opowiedzieć każdy, kto choć raz tego spróbował. Ostrożnym należy być także wtedy, gdy próbujemy jechać za kimś nieznajomym. Lepiej zapytać, czy nie ma on nic przeciwko temu. Zawsze warto zwrócić na siebie uwagę ze względów bezpieczeństwa. To niesamowite uczucie, gdy kolarze o podobnym stopniu wytrenowania tworzą razem sprawnie działający „pociąg”. Szosa przemyka pod kołami, lekko i niepostrzeżenie, wysiłek walki z wiatrem staje się przyjemnością, a ruch całości jest płynny i niemal organiczny. Jeszcze tego nie przeżyliście? Najwyższy czas spróbować!

Wskazówki do jazdy na kole

Dla prowadzącego: – nigdy nie hamujemy bez uprzedzenia, – przeszkody omijamy miękko, szerokim łukiem. Dla „siedzącego na kole”: – nie patrzymy na tylne koło, ale dalej do przodu, – trzymamy się możliwie blisko prowadzącego, – przy zamianie miejscami nie przyspieszamy.

Moc w czasie jazdy samodzielnej i na kole

Wykres pokazuje całkowite opory w czasie jazdy z osłoną przed wiatrem i bez niej, jak też jaka część mocy jest potrzebna do pokonania oporów toczenia. Kiedy jedziemy na kole, opory powietrza spadają o ok. 30%. W określonych okolicznościach korzyści mogą być jeszcze większe, co widać na przykładzie. Dysponujący tą samą mocą solista osiąga prędkość 44,5 km/h, kolarz jadący w grupie 50 km/h.

Szosa dla początkujących

Zanim zaczniecie „łykać” kolejne kilometry niczym Lance Armstrong, wypada zacząć od spraw podstawowych. Pomożemy wam więc wybrać właściwy rozmiar roweru, doradzimy, jak się ubrać i co wziąć ze sobą. Wystarczy 10 prostych kroków i będziecie gotowi, by zmierzyć się z wiatrem.

Jak dobrać rozmiar ramy?

Dobór rozmiaru w „szosówkach” jest jeszcze prostszy niż w „góralach”. Zazwyczaj producenci wytwarzają ramy poszczególnych modeli w 10-12 wielkościach (w „góralach” zadowolić się musimy zazwyczaj tylko 3). Można więc właściwą wielkość dobrać idealnie, o ile oczywiście będziemy wiedzieć, czego szukamy. Podstawa to zmierzenie długości nóg. Stajemy twarzą do ściany, w lekkim rozkroku (stopy rozsunięte na szerokość bioder) i sprawdzamy odległość od kroku do ziemi. Najłatwiej jest przyłożyć we wskazanym miejscu książkę, tak, by jej grzbiet znajdował się w poziomie i na ścianie zaznaczyć punkt przedłużenia grzbietu. Mierzymy odległość do ziemi, właściwą wielkość ramy uzyskujemy z formuły: 0,66 x długość nóg + 2 cm. Upatrzony rower warto zmierzyć osobiście, ponieważ producenci określają rozmiary w różny sposób. Wielkość ramy to odległość od środka suportu do punktu przecięcia ze znajdującą się w poziomie rurą górną (rzeczywistą lub wirtualną).

Punkty kontaktu

Przede wszystkim siodło i buty decydują o tym, jak wygodnie będziemy przemieszczać się na rowerze. Siodło należy do komponentów wybitnie zindywidualizowanych, ale podstawowa zasada rządząca wyborem brzmi – im lepiej jest się wytrenowanym, tym twardsze może być siodło. Poza tym osoby wytrenowane mają pozycję mocno pochyloną, dlatego opierają się na siodle w dużym stopniu nie na kościach miednicy, a na mięśniach znajdujących się tamże. O wygodzie siodła decyduje przy tym nie grubość wyściełania, ale konstrukcja, np. tytanowy stelaż jest bardziej elastyczny niż stalowy, a kompozytowa skorupa dzięki możliwości wyginania może być bardzo komfortowa. Wspomniane wyściełanie, jeśli będzie zbyt grube, może się pofałdować i marszczyć, co prowadzi wprost do uciskania nerwów i arterii krwionośnych. Nawet najwygodniejszy model na nic się nie zda, jeśli zostanie źle ustawiony. Siodło musi być wypoziomowane. Konserwatywne podejście do szosy mówi o tym, że buty powinny być przede wszystkim sztywne i jest to prawda. Jednak wiele osób jeżdżących na rowerach górskich używa tych samych butów (a nawet pedałów) i to jest z kolei podejście rozsądne, ponieważ poza podeszwą buty te często zupełnie się nie różnią, a w górskich da się chodzić. Kilka innych detali jest nie mniej istotnych, przede wszystkim możliwość dopasowania do stopy. Tutaj liczy się krój i zapięcie, z czystym sumieniem polecić można trzy rzepy jako najbardziej uniwersalne. Jeśli będziemy kupować buty, szczególnie szosowe, sprawdzić należy, czy mają odpowiednie otwory do montażu bloków pasujących do pedałów. Systemów jest kilka i to niepasujących do siebie.

Pozycja na rowerze

Na „szosówce” jeździ się w pozycji pochylonej, co dla osób początkujących jest po prostu niewygodne. Do zginania pleców trzeba przyzwyczajać się stopniowo, dobierając przede wszystkim długość i wysokość mostka. Chodzi przecież o to, by móc równocześnie sięgnąć do kierownicy, a przede wszystkim dźwigni hamulcowych zintegrowanych z manetkami. „Żółtodzioby” powinny mieć kierownicę ustawioną tuż poniżej poziomu siodła (chodzi o jej część górną, tam, gdzie styka się ze wspornikiem). Wysokość mostka najłatwiej regulować za pomocą podkładek na rurze sterowej (w komplecie powinna znajdować się wystarczająca ilość). Z czasem sportowa pozycja ulega pogłębieniu, aż siodło znajdzie się zdecydowanie wyżej od kierownicy. Różnica poziomów zależy od wzrostu jeżdżącego. Dla osoby mierzącej 160 cm będzie to ok. 3 cm, odpowiednio przy 180 cm już ok. 7 cm.

Ciśnienie w oponach

Rowery szosowe mają bardzo wąskie opony, które muszą być naprawdę twardo napompowane, w przeciwnym wypadku grozi nam ciągłe „łapanie gumy”. Jako punkt docelowy należy przyjąć maksymalne ciśnienie – odpowiednie dane zawsze podane są z boku opony (uwaga, w różnych jednostkach!). Jest to poziom zalecany dla wszystkich, którzy ważą powyżej 80 kg. Lżejsi jako wyznacznik przyjąć mogą własną masę. Ważąc 70 kg, możemy zredukować ciśnienie do 7 barów itd. Oczywiście uzyskanie podobnych wysokich ciśnień nie jest łatwe z pomocą byle jakiej pompki. Najwygodniejsze są klasyczne, montowane pod ramą. Pamiętać trzeba o tym, że im węższy jest ich cylinder, tym pompowanie lżejsze. Dla dużo jeżdżących opłacalny zakup to pompka stacjonarna, obowiązkowo z manometrem, dostępne są modele za niewiele więcej jak 100 zł.

Niezbędnik

Teoretycznie nowoczesne rowery psują się bardzo rzadko, ale zawsze w trasie zdarzyć się może niespodziewana awaria. Podstawa to oczywiście dętka wraz z łyżkami, które pozwolą na jej zmianę oraz pompka. Absolutne minimum to również klucze imbusowe (4, 5, 6 mm) i śrubokręt krzyżakowy. Na rynku dostępnych jest wiele przyborników w zgrabnych, poręcznych opakowaniach, łączących wiele funkcji. Szosowcy nie powinni jednak sięgać po typowe modele dla użytkowników „górali”, część narzędzi będzie dla nich bezużyteczna. Warto też sprawdzić, czy przeróżne końcówki będą pasowały do trudno dostępnych miejsc w rowerze. Narzędzia i dętkę trzeba przetransportować. Wprawdzie można je poupychać w kieszeniach, ale są wygodniejsze rozwiązania. Poza tym w razie upadku ostre przedmioty mogą poranić plecy. Najpraktyczniejsze są torebki podsiodłowe, dostępne w wielu rozmiarach i wariantach. Aby na wybojach metalowe części nie dzwoniły, warto je zawinąć w małą szmatkę.

Ochrona

Jazda na rowerze szosowym w sposób nierozerwalny związana jest z szybkością. Okulary i kask chroniące przed wszystkim, co też możemy spotkać na drodze, to nie fanaberia lecz konieczność. Oczy skryte za „szybami” nie są wystawione na szkodliwe promieniowane UV, nie grożą im też muszki, kamienie i oślepiające światło. Nowoczesne okulary mają soczewki wykonane z poliwęglanu i oprawki gwarantujące pewne trzymanie się głowy. Najlepiej od razu kupić model z wymiennymi soczewkami o różnej barwie, będzie można je wymieniać w zależności od potrzeb. Jako najbardzie uniwersalne większość osób ocenia „szkła” czerwono-brązowe, które lekko przyciemniają i jednocześnie wyostrzają kontury. Bez względu na kształt i kolor (o gustach się nie dyskutuje) kask powinien mieć dobrze dobrany rozmiar. Droższe produkowane są w kilku rozmiarach. To rozwiązanie najlepsze, ponieważ dopasowywanie tylko z pomocą gąbek i pasków działa w stosunkowo wąskim zakresie. Zbyt duża skorupa chroni gorzej, może się też zsunąć w trakcie upadku. Po wstępnym dopasowaniu uprzęży (odpowiednie paski zębate lub pokrętło z tyłu) należy przeprowadzić prosty eksperyment – pochylić głowę i mocną nią potrząsnąć (przy rozpiętym pasku pod brodą!). Kask nie powinien spaść.

Paliwo

Rower sam nie jedzie, jego siłą napędową jest kolarz, sam z kolei „napędzany” tłuszczami i węglowodanami. Dostarczanie tłuszczów podczas jazdy jest problematyczne (choć dostępne są specyfiki je zawierające), podstawę więc winny stanowić węglowodany. Podczas godziny pedałowania spalamy ok. 500 kcal ponad normalne zapotrzebowanie organizmu. Logiczne więc, że tyle powinniśmy dostarczyć. W kieszeni kolarskiej koszulki znaleźć się może baton energetyczny o jednym z wielu dostępnych smaków (warto poeksperymentować) lub też po prostu banan (szczególnie te dojrzałe zawierają dużo łatwo przyswajalnych cukrów). Wysokowęglowodanowe żele lepiej zachować na tzw. czarną godzinę, gdy ze zmęczenia robi się ciemno przed oczami, a do domu daleko. Jeszcze ważniejsze niż jedzenie jest w czasie jazdy oczywiście picie. Bidon należy brać ze sobą zawsze, w środku znaleźć się może sportowy napój, ale też np. lekko słodzona herbata czy rozcieńczony sok. Co kilkanaście minut sięgamy po bidon i wypijamy kilka łyków. Bidon o pojemności 0,75 l powinien starczyć na ok. godziny jazdy. Osoby zdrowo się odżywiające, z dużą ilością warzyw i owoców w menu, nie muszą stosować dodatkowych preparatów wspomagających. To, co jedzą, powinno dostarczyć im wszystkich potrzebnych składników mineralnych i witamin.

Ubiór

Nie sposób wyobrazić sobie pokonywania tysięcy kilometrów bez spodenek z wkładką (zwaną też „pampersem”). Niegdyś była ona robiona ze skóry, dziś są to higieniczne tworzywa sztuczne o właściwościach antybakteryjnych. Wkładki różnią się między sobą kształtami i wielkością, ale nie powinny mieć szwów, które mogą powodować otarcia. Istotne jest też, że jeździ się w nich bez bielizny pod spodem. Mężczyźni wolą spodenki z szelkami – ich właściwa długość jest taka, że w pozycji stojącej powinny być lekko naciągnięte. Kobiety wolą zazwyczaj modele bez szelek, które nie wchodzą w interakcje z biustem, w razie nagłej potrzeby łatwiej jest też zdjąć je. Do spodenek łatwo dobrać koszulkę, oczywiście z oddychającego materiału. Powinna przylegać do ciała, ponieważ wówczas najlepiej spełnia swoją funkcję i odprowadza wilgoć z dala od skóry. Część tylna koszulki powinna być dłuższa, by osłaniać plecy. Tylko w wyjątkowo ciepłe dni pod koszulką może zabraknąć potówki, która stanowi dodatkową warstwę schładzającą lub ogrzewającą organizm.

Praktyczne dodatki

Zestaw, który zaproponowaliśmy, wystarczy, by móc korzystać z uroków jazdy na rowerze szosowym. Aby jednak przyjemność ta była pełna, przyda się kilka dodatków. Są to przede wszystkim rękawiczki, rzadziej wprawdzie potrzebne niż w przypadku jazdy „góralem”, a jednak nieocenione, gdy jeździ się po dziurawych polskich drogach. Spocone dłonie nie ześlizną się dzięki nim z kierownicy, w razie upadku uratują skórę przez zdarciem. Zawsze w kieszonce z tyłu powinna zmieścić się też kamizelka. Najpraktyczniejsze są modele z przodem odpornym na przewiewanie i plecami z siatki oraz wysoką stójką. W razie nagłego załamania pogody mogą uratować życie. W przejściowych porach roku, czyli wiosną i wczesną jesienią, uzupełnienie stroju stanowić będą rękawki i nogawki. Pozwalają z krótkich ciuchów zrobić wariant zdecydowanie cieplejszy, chronią też stawy przed przewianiem.

Ćwiczenie czyni mistrza

Prawdziwi mistrzowie nie urodzili się nimi od razu, ale przez lata ciężkiej pracy doszli na wyżyny. Także ich następcy muszą ćwiczyć systematycznie, jeśli chcą osiągnąć sukces. Zaczynać należy powoli, wystarczy 2, 3 razy w tygodniu po godzinie i wcale nie trzeba się śpieszyć! Także zawodowcy przejeżdżają większość kilometrów w luźnym tempie. Dobieramy taką prędkość, by dało się jeszcze swobodnie rozmawiać z partnerem. Właściwe tempo łatwo jest też rozpoznać po zakończeniu treningu. Lepiej być przyjemnie zmęczonym niż „ujechanym”. Każdy trening zaczynamy 15-20 minutową rozgrzewką i kończymy rozjazdem (10 minut). Na kolejnych etapach warto zaopatrzyć się w pulsometr i program treningowy, ale to już temat na zupełnie inną opowieść…

Tańczący z autobusami

Poniedziałek, dziesiąta rano, zapowiada się kolejny upalny dzień. Korek w Alejach Jerozolimskich, największej arterii Warszawy, zaczyna się już na Moście Poniatowskiego, a jego końca nawet nie widać. Ludzie uwięzieni w samochodach osobowych, autobusach i taksówkach patrzą z bezsilną wściekłością na pieszych idących szybciej, niż oni jadą. Słońce, które w każdym innym miejscu uczyniłoby dzień pięknym, w samym środku betonowej pustyni wydaje się wypalać całą chęć do działania. Na twarzach wygarniturowanych kierowców mercedesów i jeepów maluje się frustracja. Nieważne, ile wydałeś na samochód, jeśli chcesz nim jeździć po centrum tego miasta, równie dobrze mogłeś wyrzucić pieniądze do śmietnika… W pewnym momencie wśród statycznej scenerii wypełnionej masą stłoczonego, dymiącego metalu pojawia się szybko poruszająca się sylwetka. Z zadziwiającą płynnością wykonuje slalom między maskami, lusterkami i błotnikami stojących samochodów. Z dużą torbą na plecach, na odartym ze wszelkiego niemalże osprzętu rowerze mknie przed siebie z samobójczą prędkością. Każdy manewr wykonywany jest jednak z niezwykłym spokojem, tak, jakby każdy skręt, każde uchylenie się przed wystającym lusterkiem autobusu było już dawno zaplanowane. Nagle zmiana świateł. Wszyscy ruszają, słychać wściekły ryk silników, zgrzytanie mechanizmów. Człowiek na rowerze musi przez kilka chwil cisnąć na pedały, ile sił w nogach, aby uniknąć najechania przez sfrustrowanych kierowców. Parę sekund później wszyscy znów stoją. Wszyscy, z wyjątkiem rowerzysty. Kierowcy spoglądają z niedowierzaniem, niektórzy z niechęcią. Nie po to kupowali samochód, żeby wyprzedzał ich jakiś dziwnie ubrany typ na rowerze.

Każde duże miasto ma rodzaj swojego własnego krwioobiegu, na który składa się wiele różnych elementów. W jego arteriach komunikacyjnych krążą miliony ludzi, maszyn i informacji. W dobie rozkwitu usług telekomunikacyjnych, a zwłaszcza internetu, przesyłanie informacji może wydawać się czymś zupełnie bezproblemowym. Sprawa zaczyna się komplikować dopiero wtedy, gdy okazuje się, że nie wszystkie dokumenty mogą być wysłane za pomocą faxu czy poczty elektronicznej. Dokumenty prawne, faktury, bilety lotnicze to tylko mała cząstka materiałów, które muszą być przekazywane w formie fizycznej. Tu wkraczają usługi kurierskie! W czasach bardzo szybkiego rozwoju motoryzacji paradoksalnie to właśnie kurierzy rowerowi są w stanie najszybciej dostarczyć każdą dającą się przewieźć w plecaku lub specjalnej torbie przesyłkę. W Polsce nie jest ich wielu, choć wraz ze zwiększającą się liczbą firm w dużych miastach zapotrzebowanie na ich usługi wyraźnie rośnie. Stanowią zupełnie odrębną, elitarną grupę. Nie sposób utożsamiać ich na przykład z kurierami samochodowymi. Ekstremalnie ciężkie warunki pracy, ciągłe zagrożenie oraz rodzaj wolności, który daje ta praca, sprawiły, że w grupie wytworzyła się swoista społeczność, subkultura. Taki rodzaj więzi jest trudny do wyobrażenia w przypadku innych profesji. Ciężko spotkać prawników, dentystów czy pracowników biurowych pozdrawiających się zawsze na ulicy, spotykających się często po pracy i organizujących zawody. Tu jednak codzienny trud i niebezpieczeństwo, bycie outsiderem w systemie przewidzianym dla kogo innego, w naturalny sposób konsolidują grupę. W Warszawie jest około 50 kurierów, z których większość zna się z imienia albo ksywki i regularnie spotyka po pracy. „Są miejsca, gdzie zawsze się spotykamy, gdy nie ma przesyłek. To właśnie ludzie wykonujący tę pracę sprawiają, że czujesz się naprawdę dumny z tego, że to robisz” – mówi Krzysiek, kurier z rocznym stażem. Dość regularnie organizowane są wyścigi odbywające się w ruchu miejskim – tzw. alleycaty. Ten rodzaj zawodów jest w pewnym stopniu odzwierciedleniem profesji kuriera rowerowego. Podczas wyścigu trzeba zaliczyć określoną liczbę punktów kontrolnych, rozrzuconych po całym mieście. Wybór drogi jest zupełnie dowolny. Ulice nie są oczywiście zamykane. Zawodnicy ścigają się w normalnym ruchu miejskim, więc każdy startuje na własną odpowiedzialność. Wszystko odbywa się na zupełnym „nielegalu”. Organizowane są nawet mistrzostwa świata i Europy. W tym roku zaszczyt organizowania tych ostatnich przypadł Polsce. Między 29 lipca a 2 sierpnia, w Warszawie, odbędą się Mistrzostwa Europy Kurierów Rowerowych. Organizatorzy spodziewają się około 400-500 gości z całego świata, którzy będą uczestniczyć w różnego rodzaju wyścigach i imprezach towarzyszących. Aby wytrzymać w tym zawodzie dłużej niż jedno lato, trzeba naprawdę chcieć to robić i robić to z pasją. Powody, dla których zostaje się kurierem, bywają różne, ale najczęściej to wolność i zamiłowanie do jazdy na rowerze są czynnikami, które przyciągają większość osób do tej pracy. Będąc kurierem, nie musisz siedzieć przez cały dzień w biurze, ciągle patrząc na te same twarze. Nie trzeba znosić obecności złośliwego szefa, plotkowania współpracowników i wszystkich innych biurowych klimatów. Gdy masz dość, po prostu robisz sobie przerwę. Jak odpoczniesz, ruszasz znowu. Tak naprawdę jesteś tylko ty, rower i przesyłki, które trzeba jak najszybciej doręczyć. Jeśli jednak szukasz tylko wolności, może być ciężko. Tę pracę trzeba po prostu kochać. Drążek, jeden z warszawskich kurierów, mówi: „Jest to po prostu cholernie ciężka robota. Nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. 15 stopni, zacina śnieg, masz w torbie 2 przesyłki i 15 minut na ich dostarczenie 4 km stąd. Mija cię ikarus, po raz setny dostajesz słoną breją w twarz. Sól czujesz wszędzie, nawet w ustach. W tym momencie pęka ci dętka. Jeśli jesteś słaby psychicznie, wymiękniesz. A tu trzeba zmienić dętkę i grzać dalej, nic się nie zastanawiając. Ci, którzy dobrze wykonują tę robotę, mają nie tyle grube łydki i 'zajawkę’ na rowery, ale są po prostu odporni psychicznie. Kiedy pracowałem w biurze, widziałem, jak dziewczyny potrafiły panikować, bo zepsuł się telefon czy klimatyzacja wysiadła. Tu skala problemów i zagrożeń jest zupełnie inna”. Czas pracy liczony jest nie tyle w latach, co w zimach, gdyż to właśnie zimą okazuje się, co kurier jest wart. Zimno, deszcz, śnieg i lodowaty wiatr sprawiają, że wiele osób odpada właśnie w tym okresie. „Trzeba być naprawdę zdecydowanym. Rower, oczy dookoła głowy, odporność psychiczna. To jest najważniejsze. Zdrowie? Dbaj o zdrowie, to wystarczy. Znam kolesi, którzy na kurierce dorobili się reumatyzmu, lecz historie o szkodliwości są zdecydowanie przesadzone” – dementuje pogłoski Drążek. Pracuje się zwykle od 9 rano do kiedy trzeba, co może nieraz oznaczać nawet 7 – 8 wieczorem. Nieważne, czy świeci słońce, czy leje deszcz, przesyłka musi być doręczona na czas. Za wszelką cenę. Pewnego razu miałem odebrać przesyłkę z pociągu, który odjeżdżał z Dworca Centralnego o 15.45. Gdy wpadłem na peron, pociąg właśnie ruszał. Wskoczyłem na rower i pedałując po peronie ile sił w nogach zacząłem krzyczeć 'Przesyłka! Przesyłka!’ Na to konduktor wychylił się i podał mi ją dosłownie w ostatniej chwili. Dużo ryzykowałem, ale cóż, takie życie” – zamyśla się Drążek. Nagrodą jest jednak wolność i radość z wykonywanej pracy, dla wielu ludzi niemożliwa do osiągnięcia przy przekładaniu papierów z półki na półkę. Twierdzenie, że jest to zajęcie dla osób, które nie mogły znaleźć żadnej innej pracy, jest zupełnie fałszywe. Bardzo wielu kurierów to ludzie wykształceni, po studiach, dla których wybór tej drogi był świadomą decyzją. „Każdy ma swoją skalę potrzeb materialnych: dla jednego jest ważne, aby codziennie móc zjeść ciepły posiłek, a dla innego najważniejsze to mieć modne ciuchy z ekskluzywnego sklepu” – komentuje Drążek. Zarobki są bardzo różne i zależą głównie od przedsiębiorczości i szybkości kuriera. Wahają się od 600 zł do około 3000 zł na czysto. Stałym motywem przewijającym się w wypowiedziach kurierów rowerowych jest niemożność odnalezienia się w codziennej, nużącej i rutynowej pracy. Tu chodzi o miłość do rowerów i o wolność, którą daje to zajęcie. „Wykonywałem różne zawody, jednak nigdzie nie mogłem zagrzać miejsca. To jedyna praca, którą mogę wykonywać z pasją. Najlepsza z możliwych” – mówi Nohal. Nieraz to, dlaczego zostaje się kurierem, jest kwestią wyboru, innym razem wydaje się być przeznaczeniem, jak w przypadku Lenina, kuriera z dość długim już stażem, który przyjechał do Warszawy z Przasnysza w poszukiwaniu pracy. „W Przasnyszu pracowałem w fabryce rowerów Kross. Gdy odchodziłem, jako odprawę dostałem rower i z tym właśnie sprzętem pojechałem szukać pracy w Warszawie. Okazało się, że jedna z dużych firm kurierskich potrzebuje osób z rowerami, więc się zgłosiłem. I tak ten przypadkowo 'nabyty’ rower sprawił, że jestem kurierem do dziś”. Wraz z Drążkiem, Kudłatym i Kubą, trzyosobowym składem niezależnej firmy kurierskiej Timebomb, siedzimy na ławce w parku Saskim i wygrzewając się na słońcu czekamy na przesyłki do rozwiezienia. „Latem to najlepsza praca, jaką można sobie wyobrazić. Gdy nie ma przesyłek, siedzimy sobie na ławeczce i podziwiamy widoki” – mówi Kudłaty. Mężczyzna, który akurat opiekował się dzieckiem jeżdżącym na rowerku wokół fontanny, pyta, czy nie moglibyśmy pożyczyć pompki. Kuba wyciąga pompkę i podaje. Gdy „awaria” zostaje usunięta, ojciec wysyła córkę, aby oddała nam urządzenie. Dziecko jest tak wystraszone, czy to dredami Kudłatego, czy też łańcuchami, które chłopaki wożą owinięte wokół bioder, że nie daje rady wypowiedzieć ani słowa. Dobry uczynek jednak spełniony. Dziewczynka kontynuuje pedałowanie wokół fontanny. Kurierzy bardzo dbają o swój wizerunek. Elementy dobrego wychowania, będące już często w zaniku, tutaj są z całą premedytacją praktykowane: mówienie dziękuję po wyjściu z windy czy życzenie miłego dnia klientom są najzwyklejszą rzeczą. Gdy tak siedzimy w tej sielskiej atmosferze, wreszcie odzywa się radio. Jest przesyłka. Po krótkim przekomarzaniu się zapada decyzja, że dostajemy ją my, czyli ja i Drążek. Mamy ją odebrać z biurowca przy Nowogrodzkiej i dostarczyć na Żoliborz. To spory kawałek, ale spokojnie dam radę, myślę, pedałując za Drążkiem. Używając skrótów, których wykorzystanie w życiu nie przyszłoby mi na myśl, po chwili znajdujemy się na Nowogrodzkiej. Drążek odbiera przesyłkę, wskakujemy na rowery i napieramy na Żoliborz. Przemykamy między tkwiącymi w korku samochodami, wskakujemy na wolny pas wiodący w przeciwną stronę i z dużą prędkością omijamy kilkadziesiąt nieruchomych samochodów. Lawirowanie wśród dziesiątek stłoczonych pojazdów sprawia mi niesamowitą frajdę. Taka jazda potrafi być naprawdę uzależniająca. Praktycznie na żadnych światłach nie stoimy dłużej niż 5 sekund… Drążek na swoim ostrym kole bez hamulców nie jest raczej fanem zatrzymywania się. Widząc czerwone światło, zwalniamy, rozglądając się w obie strony wyszukujemy luki w ruchu i naciskamy mocniej na pedały, przemykając przez skrzyżowanie. Kierowcy z reguły trąbią na nas, nawet gdy im w niczym nie przeszkadzamy. Najwyraźniej za pomocą klaksonu wyładowując swoje frustracje. Zdarzają się jednak i miłe momenty, gdy kierowca zwalnia lub wręcz zatrzymuje się by nas wpuścić na pas ruchu. Niestety, coś takiego należy raczej do rzadkości. Po drodze łapiemy jeszcze trzy przesyłki. Pod każdym budynkiem, do którego wchodzimy, przypinamy rowery. To podstawowa zasada. Kurier nie może o tym zapomnieć. Mimo naszych nietypowych w porównaniu z biurową modą ubrań wewnątrz wieżowców nie jesteśmy traktowani jak zjawisko. Nikt nie spogląda na nas ze zdziwieniem ani nie rzuca żadnych uwag na boku. Widok kuriera w wojskowych spodniach, rowerowej bluzie i z wielką torbą na plecach jest czymś normalnym. „Tak właśnie powinien wyglądać kurier!” – słyszę od jednego z pracowników biura. Ostre koło Drążka wydaje się nie mieć oporów toczenia. Kurier bez większych oznak zmęczenia pędzi przed siebie, chwilami zapominając, że jadę za nim na moim zaadaptowanym do jazdy miejskiej i raczej ciężkim, w porównaniu z rowerem torowym, góralu. Nawet siedmiokilowa paczka, którą właśnie odebraliśmy, wydaje się nie robić na nim większego wrażenia. Mimo że fakt bycia wszędzie przed czasem niezwykle cieszy, zaczynam mieć kryzys. Powrót z Żoliborza trasą szybkiego ruchu prawie mnie wykańcza. Łańcuch, którym zawsze przypinam rower, najwyraźniej stał się cięższy o jakieś dziesięć kilogramów. Gdy wchodzimy do biura na Solcu, mam wrażenie, że jestem co najmniej purpurowy na twarzy. Dobrze, że w windzie nie ma lustra… To mój ostatni kurs tego dnia. Po przewiezieniu ośmiu przesyłek między kilkoma różnymi biurami mam dość. Udaję się na obiad do baru mlecznego, a następnie pod hotel Mariott, gdzie przy ławkach, tradycyjnie już, spotykają się kurierzy. „Pod hotelem potrafi zebrać się całkiem pokaźna grupa kurierów, nawet i czterdzieści osób. Wtedy naprawdę czujesz, że przynależysz do jakiejś społeczności” – mówi Krzysiek, którego spotykam na ławce przy Mariottcie. Kurierzy powoli się zjeżdżają. Ostatnie kursy zaliczone, teraz jest chwila, żeby zamienić parę słów z innymi. Rowery widać najróżniejsze: górale przerobione i bez przeróbek, rowery szosowe, ostre koła. Każdy ma swoją koncepcję. Dla jednych najważniejsza jest trwałość i łatwość manewrowania roweru górskiego, dla innych szybkość szosówki, dla jeszcze innych praktycznie kompletna bezobsługowość roweru wyposażonego w ostre koło – roweru, w którym nie ma przerzutek, hamulców ani wolnobiegu. Pedały obracają się zawsze, gdy obraca się koło. Hamuje się, stawiając opór obracającym się korbom. Rozwiązanie cechuje bardzo pożądana przy codziennym użytkowaniu prostota, ale i dość wysoki stopień trudności obsługi. Ostre koło to jednak najwyższy stopień wtajemniczenia w tym środowisku. Po prostu każdy wybiera, co lubi. Wśród kurierów nie ma konkurencji. Oczywiście duże firmy konkurują ze sobą, ale sami kurierzy odcinają się od tego. Każdy wykonuje swoją robotę. W Warszawie istnieje podział na firmy niezależne, funkcjonujące na zasadzie spółdzielni założonych przez samych kurierów oraz duże korporacyjne firmy kuriersko-przewozowe. Problem polega na tym, że kurierzy rowerowi to bardzo specyficzni ludzie, których nie da się wtłoczyć w strukturę dużej firmy. Menedżer, który nigdy nie był kurierem, nie będzie w stanie poradzić sobie ze swoimi pracownikami. Zawsze wynikną problemy i niezadowolenie. Podejście władz, dużych firm przewozowych do kurierów rowerowych jest czasem więcej niż niezadowalające. Za ubrania i sprzęt trzeba na początku zapłacić kaucję. Jeśli jednak zdarzy się tak, że coś ulegnie uszkodzeniu, kurier często musi zapłacić za wszystko z własnej kieszeni. „Kiedyś dostałem radio, które miało chyba z dziesięć lat i już na pierwszy rzut oka nie nadawało się do tej pracy. Gdy po piętnastu minutach jazdy w deszczu wysiadło, kazali mi za nie zapłacić” – opowiada Artur (imię zmienione – przyp. aut.). „Na dodatek to, co dostaje kurier, to niecałe 30% tego, co za przesyłkę płaci klient, a przecież nie od sekretarki, dyspozytora czy menedżera zależy jej dostarczenie”. Między innymi z tego powodu powstały firmy niezależne, w których jedynymi pracownikami są kurierzy, współpracujący ze sobą bez względu na przynależność firmową. „Klient, który kiedyś korzystał z usług dużej firmy kurierskiej pyta: a gdzie macie sortownie? Ja mu odpowiadam, że tu, w torbie jest moja sortownia. Nie po to dajecie mi przesyłkę, żeby leżała w sortowni tylko po to, żeby została dostarczona, nie w 2 dni, ale w 30 minut. Paczka jest po to, żeby ją doręczyć, a nie po to, żeby ją wozić” – przedstawia swoją koncepcję Drążek. Pisząc o kurierach rowerowych nie da się niestety uniknąć tematu wypadków. Gdy go poruszam, zapada cisza. Kilka zabawnych wypadkowych historyjek nie jest w stanie poprawić nastroju. Zrobiło się smutno. „Dwa miesiące temu zginął nasz kolega w Londynie, w zeszłym tygodniu zginął kurier skuterowy w Warszawie, tydzień temu kumpel złamał rękę… Za dużo ludzi zginęło przez idiotów w samochodach. Oby to się nigdy nikomu nie zdarzyło!”. Ostatnie zdanie, wykrzyczane, brzmi jak zaklęcie mające odpędzić koszmar. Oby nigdy. Obyśmy wszyscy potrafili jakoś znaleźć swoje miejsce w ruchu miejskim, nie zabijając się nawzajem. Samochód to niestety wciąż najpopularniejsza i najłatwiej dostępna zabójcza broń. Być więc czy nie być kurierem? Odpowiedź nie jest łatwa. Jeśli ktoś po przeczytaniu tego artykułu zapragnie nagle zostać kurierem rowerowym, powinien najpierw trzy razy to przemyśleć. Trzeba mieć poukładane w głowie, to musi być konkretna, świadoma decyzja. Jeżeli chcesz zobaczyć, co to cholernie ciężka praca, zimą jeździć przemoczony i przemarznięty, ocierając się o śmiertelne niebezpieczeństwo, ale zarazem codziennie rano budzić się i myśleć – „jest dobrze, jeżdżę na rowerze i jeszcze mi za to płacą” – to bierz tę robotę. Jeśli jednak chcesz pracować, bo nie masz nic innego do roboty, tak naprawdę masz gdzieś jeżdżenie na rowerze, nie zbliżaj się nawet do tego. Są setki innych, często lepiej płatnych zajęć. To akurat trzeba kochać. Tu chodzi o rower i o wolność. Dziękuję warszawskim kurierom za pomoc przy pracy nad tym artykułem. Podziękowania zwłaszcza dla (w kolejności alfabetycznej): Drążka, Jałocha, Krzyśka, Kuby, Kudłatego, Lenina, Nohala i Ryby. Tekst: Michał Urzykowski, Zdjęcia: Maciej Ostaszewski

Słowniczek

Ostre koło – choć jest to nazwa rozwiązania technicznego polegającego na zespoleniu tylnej zębatki i piasty bez pośrednictwa wolnobiegu, przyjęło się używać tego określenia w odniesieniu do typu roweru. To rowery z reguły bazujące na ramach rowerów torowych, gdyż właśnie na torze używane są tego typu rozwiązania. Hamuje się, stawiając opór obracającym się pedałom. Czasami montuje się przedni hamulec, choć nie jest to regułą. Wysoki stopień „hardkoru”.