Wszystkie wpisy, których autorem jest Magazyn Rowerowy

Warsztat – zmieniamy kasetę

Kaseta, łańcuch i przerzutka to elementy, które składają się w każdym rowerze na tzw. napęd. Bez sprawnego napędu nigdzie nie pojedziemy, a z wyciągniętym łańcuchem i wyrobionymi trybami jazda nie będzie przyjemnością i może się niespodziewanie skończyć w trakcie wycieczki. Nic tak nie wyprowadza z równowagi jak pęknięty łańcuch na trasie. Zalecamy więc profilaktykę.

Nie ma rzeczy wiecznych i nawet konserwując regularnie napęd swojego rumaka, musimy w końcu udać się do serwisu w celu dokonania pewnych zmian. Tryby i łańcuch zużywają się znacznie szybciej niż pozostałe elementy napędu i wręcz z założenia podlegają wymianie po określonym przebiegu. Pokonując kilka tysięcy kilometrów rocznie, należy liczyć się z wizytą u mechanika lub… spróbować zmienić podzespoły samemu. No, może z naszą pomocą. Co będzie potrzebne? – tylne koło ze zużytą kasetą, – klucz płaski lub nasadowy nr 22, – nowa kaseta, – klucz do kasety, – ewentualnie podkładki dystansowe (bardzo rzadko), – specjalny klucz do unieruchomienia kasety (tzw. bacik), – klucz dynamometryczny (dla ambitnych), – nowy łańcuch, – skuwacz lub spinka do łańcucha. 1. Zdejmujemy zacisk Bierzemy się za koło. Najpierw zdejmujemy zacisk, ten, który pozwala zapiąć koło w ramie. 2. Zakładamy klucz W jego miejsce wprowadzamy klucz do odkręcenia kasety. Na niego nałożymy klucz (nr 22) i odkręcimy nakrętkę kasety. 3. Blokujemy bębenek Ale, ale… musimy jeszcze unieruchomić bębenek, na którym znajdują się tryby. Normalnie wszystko będzie się obracać i nie uda się nic zrobić. W tym celu posłużymy się blokadą (narzędzie z kawałkami łańcucha). Zaczepiamy te właśnie kawałki o wysłużone zęby kasety, tak, aby nie pozwalały na jakikolwiek obrót i trzymamy. 4. Zdejmujemy tryb Drugą ręką, kluczem odkręcamy nakrętkę kasety. Zdejmujemy kasetę w całości. Przed założeniem nowej należy przeczyścić szmatką bębenek piasty. 5.Dopasowanie kasety Należy przymierzyć kasetę, sprawdzić, czy wszystko pasuje. Uwaga! Pamiętajmy, że w sprzedaży dostępne są różne piasty i różne kasety, nie wszystko musi od razu pasować, choć standard wyznaczyło Shimano. Może w szczególnym przypadku będziemy musieli posłużyć się podkładkami dystansowymi. 6. Nakładanie trybu Nakładamy kasetę, najpierw na bębenek nasuwamy tryby połączone pajączkiem. W niektórych kompletach występuje podkładka. Nie należy o niej zapomnieć i umieścić ją między scalonymi a pierwszym luźnym trybem (kasety 7-rzędowe). Następnie dokładamy luźne, mniejsze tryby. Nie powinniśmy mieć z tym problemu, bo wszystko pasuje do siebie jak klocki Lego. Tryby nasuwamy na frezy biegnące wzdłuż bębenka. Jeden z nich jest charakterystyczny i pozwala tylko w określony sposób skompletować kasetę. 7. Dokręcanie trybu Całość skręcamy nakrętką. W tym celu znów posłużymy się nasadką, którą precyzyjnie wprowadzamy w otwór. Dalej powinniśmy działać kluczem dynamometrycznym, ale w domowym warsztacie łatwiej będzie nam znaleźć zwykły klucz, płaski lub nasadowy. Uwaga! Nie dokręcamy za mocno, wszak będziemy ją jeszcze kiedyś zmieniać. Na większości trybów podawana jest siła, jakiej możemy użyć. 8. Dobieranie długości łańcucha Zakładamy łańcuch. Rozpięty łańcuch przekładamy przez przerzutkę tylną i przednią. Układamy go na największej zębatce z przodu i najmniejszej z tyłu. Odmierzamy jego długość tak, aby wózek przerzutki tylnej pozostawał prostopadły do podłoża. Jest kilka sposobów mierzenia łańcucha, ten już wielokrotnie sprawdzaliśmy, działa! Możemy również przyłożyć stary łańcuch do nowego i odmierzyć jego długość. To najprostsza metoda, skuteczna (ale możemy powielać błąd już kiedyś popełniony). 9. Zapinanie Teraz pozostaje spiąć łańcuch. Możemy posłużyć się skuwaczem i specjalnym jednorazowym pinem, lub zastosować spinkę, w którą coraz częściej wyposażone są łańcuchy, szczególnie SRAM-a. Możemy również dokupić spinkę (ok. 3 zł). Która z metod jest lepsza? Cóż, każda jest prawidłowa, ale ze spinką będzie chyba mniej problemu. Warto przeczytać instrukcję dołączoną do łańcucha. Po tych wszystkich zabiegach całość powinna działać precyzyjniej i ciszej.

Teraz my!

Kobiety są inne, co nie znaczy, że gorsze. Ba, kobiety na rowerze są nawet ładniejsze, na pewno ładniejsze niż kobiety bez roweru. Tym, które jeszcze nie zdecydowały się prowadzić aktywnego trybu życia z wiatrem we włosach i stopami w rowerowych strzemionach, a także tym, które pokochały już ten sport, proponujemy specjalny zestaw wiosenny w promocyjnej cenie. Do współpracy przy kobiecym dodatku rowerowym zaprosiliśmy profesjonalistów w swoich dziedzinach. Poprosiliśmy ich o przygotowanie zestawu odpowiednio zachęcających porad i wskazówek dla grona naszych czytelniczek.

Nie wierzymy w diety-cud, ale wierzymy w ruch na świeżym powietrzu wspomagany odpowiednim odżywianiem, dlatego w artykule poświęconym diecie znajdziecie słów kilka o racjonalnym spożywaniu posiłków. Jeśli jeszcze nie rozruszałyście się po zimie, teraz czas najwyższy zacząć sezonową rozgrzewkę, zadbać o obecność mikroelementów w diecie i przede wszystkim dużo pić. Zanim wsiądziecie na rower, a także kiedy rozpoczniecie już regularne treningi, przydałoby się popracować nad rozwojem mięśni. Proponujemy zestaw ćwiczeń na przyrządach, których nie powinno zabraknąć w osiedlowej siłowni. To miejsce nie tylko dla kulturystów, ale i chcących pozostać zgrabnymi, nie bojących się wysiłku kobiet. Opracowane przez specjalistę i przejrzyście opisane ćwiczenia, zilustrowane zdjęciami, powinny znaleźć się w plecaczku bądź torebce i wędrować z wami codziennie. Gdy trafi się wolna chwila, dobrze będzie, wstąpiwszy na siłownię, wiedzieć, jak skorzystać ze znajdujących się tam przyrządów, nie przeciążyć mięśni i uzyskać potem spodziewane efekty. Czy „wypasiony” może być tylko rower? Niekoniecznie. Nie ma prawdziwej kobiety bez odpowiednio „wypasionej” kosmetyczki. Powinny się w niej znaleźć kosmetyki przede wszystkim pielęgnujące. Upiększające na wycieczce i w siłowni zupełnie się nie przydadzą. Pożyteczne będą za to wszelkie żele, dezodoranty i kremy ochronne, które sprawią, że wasza skóra nie ucierpi zbytnio w zetknięciu z majowym, ostrym słońcem. Nie chcecie spędzać całego dnia w obcisłym kostiumie z lycry? Nie musicie. Sportowe wersje miejskich ubrań pozwolą komfortowo czuć się na siodełku i bez skrępowania wędrować do szkoły, pracy, kawiarni i sklepu. Cóż pozostaje? Chyba tylko życzyć powodzenia i jeszcze raz zachęcić wszystkie niezdecydowane. Dziewczyny, chcecie być piękne? Ruszajcie się! Koniecznie na rowerze. Ciąg dalszy w dodatku specjalnym do numeru 5(15)/2004.

Portret – Hans Rey

Pełnia szczęścia

Być może Hans Rey jest najbardziej znanym mountainbikerem na świecie. Na pewno zaś jak nikt przyczynił się do rozwoju całego freeride’owego ruchu i pokazał, że kolarstwo górskie to coś więcej niż żmudne podjeżdżanie. Kiedyś, dawno temu, Hans Rey był kimś. To, co robił ze swoim rowerem, było nie do powtórzenia. Jego ewolucje zbyt radykalne, zbyt groźne dla życia. Wszyscy inni bikerzy mówili: „no way” (nie ma mowy!). W ten sposób Szwajcar, który właściwie jest Niemcem, otrzymał przydomek: „No Way Rey”. Hans Rey wyprzedził swoje czasy. Na począku lat 90. był synonimem radykalnej jazdy na rowerze. Dziś mówimy o freeridzie, za kraj zaś, gdzie ten sposób jeżdżenia (i życia) wynaleziono, uchodzi Kanada. A to przecież Hans jest prefreeriderem, który dorastał w Europie, u stóp gór Schwarzwaldu. Tutaj w 1978 nauczył się jeździć i stał się królem trików, mistrzem wśród miejscowych. Tutaj też początek swój wzięła jego ścieżka ku sławie, którą ciąle jeszcze wprawia w zdumienie. Jedno zwyciętwo w zawodach poprzedzało następne. Został mistrzem Niemiec, Szwajcarii, w końcu, jako jedyny nie Amerykanin, mistrzem USA i Mistrzem Świata w trialu. W 1987 przeprowadził się do wymarzonej Kalifornii, miejsca, gdzie zawsze świeci słońce i wszystko jest możliwe. Od tego momentu sam reżyseruje swoje życie. Można go było zobaczyć z rowerem na gorącej lawie, jak jechał wzdłuż chińskiego muru, z chmurami pod stopami lub w dżungli na Borneo, jak brnie przez piach pustyni albo… pod wodą. Nasz bohater wystąpił też na wielkich scenach. W wielu programach telewizyjnych i w trakcie otwarcia igrzysk olimpijskich. Stał się bardzo znany i zarabiał ciężkie pieniądze. W latach szczytowej popularności kolarstwa górskiego „No Way Rey” znajdował się na samej górze. Dziś, po 20 latach startów, stał się milionerem i ma dwa domy – w Los Angeles i Toskanii. Świat chce zaś zawojować ze swoim teamem Adventure, tworząc nowy spektakl medialny. Widzi siebie jako Indianę Jonesa rowerów górskich. O jego życiu kręcony jest właśnie serial dokumentalny… Ciąg dalszy w numerze 5(15)/2004.

Maszyna do wygrywania

Lance Armstrong i jego US Postal Team przygotowują się do realizacji celu, jakim jest zwycięstwo w Tour de France, równie bezkompromisowo jak w latach ubiegłych. Na obozie treningowym w Kaliforni dało się jednak wyczuć, że sezon 2004 może być ostatnim dla tej utytułowanej drużyny. Jonathan Vaughters nie miał zamiaru zatrzymywać się w Solvang dłużej niż to było konieczne. Ta Majorka amerykańskich kolarzy to trochę kiczowata kopia duńskiej wioski, położona w sercu Kaliforni, na skraju San Rafael Mountains. Vaughters trenował tu jako kolarz częściej, niż może policzyć. Dziś, jako dziennikarz, po prostu robi swoje, w sposób profesjonalny i zrównoważony przeprowadza wywiady ze swoimi byłymi kolegami z US Postal. Potem wsiada razem z fotografem do samochodu i mówi: „Znam Solvang lepiej, niż to jest konieczne” i mknie prosto na koncert rockowy do oddalonego o 50 km Santa Barbara. Przyczyna tego, że Vaughters nie chce zostać, nie leży tylko w Solvang. Nie ma też wcale ochoty przebywać dłużej z teamem US Postal, niż to jest konieczne. Trafił tu na swoich starych znajomych. W pierwszej połowie lat 90., podobnie jak Lance Armstrong, należał do grupy amerykańskich kolarzy, którzy żądni przygód i pełni beztroski pojawili się w europejskim, profesjonalnym cyrku. W 1998 r. trafił do US Postal, gdy amerykańska poczta dała szansę Armstrongowi, wyleczonemu z raka, na powrót do zawodowego kolarstwa. Jednak to, co po swoim wyzdrowieniu uczynił Armstrong z teamu, podobało się Vaughtersowi zdecydowanie mniej. Ciąg dalszy w numerze 5(15)/2004

Kłodzki rekonesans

Kotlina Kłodzka oferuje wręcz wymarzone warunki do turystyki rowerowej. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda normalnie. Góry, ot takie sobie, zazwyczaj 700-1000 m n.p.m., niekiedy trochę wyższe. Mało to takich górek w Beskidach? Drogi, też nic nadzwyczajnego, asfaltowe, szutrowe. Nie trzeba daleko szukać, aby znaleźć gdzie indziej podobne trakty. Jest jednak pewna cecha, która wyróżnia Kotlinę Kłodzką wśród innych rejonów naszego kraju.

Góry układają się w swego rodzaju pierścień o promieniu ok. 15 – 20 km. Patrząc na mapę, zauważymy, że jest ich całkiem sporo. Od północy Sowie, Bardzkie i Stołowe, od zachodu Bystrzyckie i Orlickie, od wschodu Masyw Śnieżnika, Góry Bialskie, Góry Złote. Jadąc po jednych grzbietach, mamy przy dobrej pogodzie w zasięgu wzroku pozostałe. Nizinna środkowa część dodaje perspektywy na zdjęciach. Kolisty układ pasm górskich jest znacznie większym udogodnieniem, aniżeli tylko spełnianiem funkcji walorów krajobrazowych. Kiedy znudzi się nam jazda po jednej stronie, możemy podjechać na przeciwległy brzeg kotliny. Liczne drogi sprowadzające do środka obniżenia zapewniają fantastyczne zjazdy. Do wielu miejsc położonych u podnóża gór możemy dowieźć rower pociągiem, co jest dużym ułatwieniem w planowaniu wycieczki dla niezmotoryzowanych. Zaś grzbiety górskie poprzecinane są tak gęstą siatką dobrej jakości dróg gruntowych, że studenckich wakacji nie starczyłoby na ich przejechanie… W ramach rekonesansu polecamy trzy wycieczki, dwie po zachodniej części kotliny i jedną po wschodniej. Głębszą eksplorację pozostawiam własnej inwencji czytelników.

Praktyczne informacje

Dojazd: Zarówno do Dusznik Zdroju, jak i Bystrzycy Kłodzkiej, jest wygodny dojazd pociągiem (przez Kłodzko) oraz samochodowy (drogi krajowe). Nocleg: Przespać można się w schroniskach PTTK www.pttk.pl (15-30 zł, zależnie od liczby osób w pokoju); gospodarstwach agroturystycznych www.wakacje.agro.pl/ (15-40 zł, zależnie od standardu) czy kwaterach prywatnych (zazwyczaj ok. 20-25 zł), hotelach, domach wypoczynkowych. Mapy: Ze względu na urozmaicone ukształtowanie powierzchni konieczne są mapy w skali 1:50000. Polecam dubeltówkę Compassu „Ziemia Kłodzka”, która zawiera na osobnych arkuszach część wschodnią i zachodnią kotliny oraz oddzielną książeczkę ze spisem miejscowości. Można skusić się naturalnie na inne wydawnictwo. Istotne jest to, aby szlaki turystyczne były zaznaczone prawidłowo, a warstwice biegły co 10 – 20 metrów.

Góry Orlickie z Dusznik Zdroju

Ta wersja jest łatwiejsza od następnej. Zasadniczy podjazd wiedzie drogą gruntową, zaś odcinki płaskie i zjazdy prowadzą szosami. Wysokie walory widokowe. Wycieczka liczy 25 km przy sumie podjazdów: 535 m. Opis trasy

  • 2,0 km – Z Dusznik Zdroju (520 m) kierujemy się na południe szlakiem czerwonym w kierunku Parku Zdrojowego.
    Zanim zatankujemy nasze bidony wodą mineralną, przetestujmy kilka źródełek. Przed nami długi podjazd, dobranie odpowiedniego napoju jest kwestią zasadniczą.
  • 3,0 km – W Parku Zdrojowym opuszczamy szlak czerwony i kierujemy się na asfaltową szosę biegnącą Doliną Strążyską (tą samą drogą, którą kończyła się poprzednia wycieczka). Gdy kończą się zabudowania miejskie, skręcamy w bitą drogę w prawo, biegnącą pod górkę równolegle do asfaltu.
    Jest to tzw. Droga Ku Szczęściu. Wiedzie podnóżami Sołtysiej Kopy. W połowie podjazdu zahacza o polanę z zabudowaniami (leśnictwo, pensjonat), za którą nawierzchnia nieco się pogarsza. Łagodny, 5-7 %, podjazd nie wymaga dużej kondycji.
  • 8,0 km – Drogą dojeżdżamy do szosy zwanej zwyczajowo Autostradą Sudecką.
    Mimo wysokiej kategorii (droga wojewódzka) ruch na tej trasie jest niewielki. Liczne zakręty na podjazdach wymuszają ograniczenie prędkości. Autostrada ma wysokie walory widokowe. Odcinek wiodący od Przełęczy Polskie Wrota do Zieleńca nazywany jest Drogą Orlicką.
  • 9,0 km – Kierujemy się szosą w prawo do punktu widokowego na Sołtysiej Kopie (895 m). Miejsce poznamy po jedynym w okolicy parkingu. Jako że las został wycięty, nasze oczy cieszy szeroka panorama na trzy masywy górskie.
    To, na czym teraz stoimy, to Góry Orlickie. Strome łąki, spadające jastrzębiem spod naszych stóp jeszcze zaliczają się do tego pasma. Zalesiona bruzda poniżej to Dolina Górnej Bystrzycy. Oddziela ona Góry Orlickie od Bystrzyckich, które zajmują większość horyzontu. W oddali rysują się płaskie, niczym ścięte nożem krawędzie Gór Stołowych. Zrobiwszy pamiątkowe zdjęcia, odwracamy rower o 180 st. i cofamy się jeden kilometr.
  • 10,0 km – Mijamy rozstaje z Drogą Ku Szczęściu, jadąc dalej asfaltem. Krótki, ale dynamiczny zjazd (12%) kończy się mostkiem na zakręcie. Do późnego lata często zalega tu piasek, pozostałość zimowego odśnieżania dojazdu do ośrodka narciarskiego w Zieleńcu.
    W górze znajduje się Złota Sztolnia, pozostałość XVIII-wiecznych poszukiwań drogocennych kruszców. Niestety, wejście do sztolni zostało zablokowane i dziś możemy obejrzeć jedynie kaskadę Białego Potoku spływającego z Orlicy.
  • 12,0 km – Za mostkiem droga wyraźnie się wznosi, osiągając na skraju lasu poziomicę 920 m. Otwiera się uroczy widok na Zieleniec.
  • 13,5 km – Długa prosta doprowadza do tego kurortu, gdzie jest możliwość spożycia ciepłego posiłku w licznych punktach gastronomicznych.
    Z Zieleńca zjeżdżamy Autostradą Sudecką do rozstaju szos.
  • 15,5 km – Skręcamy w lewo, w Drogę Dusznicką (asfalt). Początek ma stromy (14%) i kręty zjazd, z licznymi łachami piasku na nawierzchni. Najpierw wiatr we włosach, potem chwila strachu… Po drodze mijamy skrzyżowanie ze szlakiem zielonym.
  • 25,0 km – Po kolejnych kilku kilometrach zjazdu docieramy do Dusznik Zdroju.

Góry Bystrzyckie z Dusznik Zdroju

Pojedziemy wschodnią częścią Gór Bystrzyckich, głównie drogami szutrowymi i leśnymi, sporadycznie zaliczając fragmenty asfaltowe. Widoki ograniczone, większość trasy w lesie. Wariant podstawowy ma 47 km długości i 1018 m sumarycznej różnicy wzniesień, ale istnieje możliwość skrócenia do 27 km i 521 m podjazdów. Opis wycieczki:

  • 0,7 km – Z Dworca PKP Duszniki Zdrój
    (570 m) kierujemy się szlakiem niebieskim w lewo (zjazd). Przejeżdżamy w poprzek drogi krajowej nr 8.
  • 1,2 km – Docieramy do rynku, który opuszczamy ulicą Kłodzką. Po lewej wyłania się monumentalna budowla Kościoła Parafialnego.
  • 1,5 km – Spod kościoła zjeżdżamy do drogi nr 8, przy której znajduje się Muzeum Papiernictwa. Jest to najniższy punkt wycieczki (520 m n.p.m.).
  • 2,0 km – Wraz ze znakami szlaku skręcamy w prawo, a po chwili w lewo, w ulicę Wiejską (530 m n.p.m.). Rozpoczyna się stromy asfaltowy podjazd na Nawojową Górę. Na odcinku 800 m pokonujemy 120 m różnicy wzniesień (15%).
    Po lewej stronie wznosi się Wzórze Rozalii z kaplicą i pustelnią. Do zabytku prowadzą schody liczące 132 stopnie…
    Na Nawojowej Górze (650 m) asfalt się kończy. W lusterku otwiera się ciekawa panorama Dusznik Zdroju.
  • 4,0 km – Szlak lekkim podjazdem doprowadza do skrzyżowania traktów przy schronisku pod Muflonem (700 m n.p.m.). Jest to ostatni „przyczółek cywilizacji” na dzisiejszej trasie…
    Kontynuujemy jazdę szlakiem niebieskim (powyżej schroniska) wygodną drogą gruntową. Przecinamy liczne potoki. Krótkie zjazdy wprowadzają nieco dynamiki do naszej wycieczki.
  • 8,0 km – W pewnym momencie docieramy do starego asfaltu (630 m). Opuszczamy szlak niebieski i skręcamy w lewo, rozpoczynając kolejny, wymagający podjazd (9%). Po niecałych dwóch kilometrach ponownie odbijamy, tym razem w prawo.
  • 11,0 km – Szutrowo-asfaltowa droga łagodnym wzniosem prowadzi na zalesiony wierzchołek Zbójnickiej Góry (828 m).
    Widoków niestety nie ma żadnych, ale możemy nacieszyć się pięknem lasu. Niewielką słoneczną polankę upodobały sobie ptaki, głośnym śpiewem obwieszczające górską wiosnę. Na rozstaju wybieramy drogę w lewo. Zjeżdżając, warto rzucić okiem na rozmoknięty fragment lasu po lewej stronie. To tu bierze początek rzeka Bystrzyca.
  • 13,5 km – Pokaźne skrzyżowanie traktów oznajmia nam koniec zjazdu (707 m). Szeroka arteria, która biegnie w poprzek, to Zielona Droga ze szlakiem, naturalnie, zielonym.
    Jest to jeden z ważniejszych duktów leśnych w G. Bystrzyckich, przecinający w poprzek północną część masywu. Posiada dobrej jakości bitą nawierzchnię. Odchodzi z niego wiele utwardzonych traktów, które także nadają się na rower.
  • 16,00 km – Skręcamy w lewo za szlakiem zielonym. Piękny, świerkowy las sprzyja wolnej, wypoczynkowej jeździe. Po pewnym czasie odbijamy w prawo, w podmokłą przecinkę za znakami szlaku.
  • 17,0 km – Długa prosta kończy się na Kamiennej Górze, zwieńczonej pierścieniem urokliwych skałek.
    W pobliżu wierzchołka znajdziemy ruiny wzniesionego w 1790 r. fortu Nesselgrund, będącego elementem linii obronnej, do której należał też Fort Wilhelma (okolice Huty) i Fort Karola (Lisia Przełęcz w Górach Stołowych). Galeryjka z widokiem na Polanicę Zdrój, niestety mocno ograniczonym przez świerki.
    Trudna ścieżka sprowadza z Kamiennej Góry do bitego traktu. Skręcamy w prawo, opuszczając szlak zielony, który schodzi żwawo w dół stoku.
  • 18,0 km – Pojawia się bruk, z lewej dołącza szlak żółty, a droga wznosi się, trawersując strome zbocze. Ten wyboisty odcinek to Droga Stanisława.
    Widokowa droga wiedzie krawędzią Gór Bystrzyckich do wyludnionej osady Huty. Pod Łomnicką Równią, po prawej stronie, znajduje się tablica upamiętniająca budowę traktu w latach 1933-34. Z końcowego odcinka rozpościera się szeroka panorama na Kotlinę Kłodzką i Góry Bystrzyckie.
  • 24,0 km – Z Hut (840 m) warto podjechać 400 m szlakiem żółtym i obejrzeć „ruiny” Fortu Wilhelma. W gęstym lesie widoczny jest tylko rów, który przy dużej dozie wyobraźni można nazwać pozostałością fosy… Wracamy do skrzyżowania na skraju lasu.
    Jedziemy najpierw na zachód za znakami szlaku zielonego, aż trafimy na Piaszczystą Drogę. Nazwa sugeruje ciężkie chwile – nic bardziej mylnego. Pod kołami będzie pełno piasku, ale ubitego do twardości asfaltu. Szlak odbija w lewo, my zaś jedziemy „główną” drogą o rewelacyjnej nawierzchni. Stabilne nachylenie 6,3 % gwarantuje prędkość z dopedałowaniem ponad 60 km/h. Niewielkie rowki odprowadzające wodę dodają adrenaliny.
  • 28,0 km – Most na Bystrzycy (620 m). Skręcamy w prawo w wygodną drogę bitą, która biegnie wzdłuż potoku. Po dość długim czasie docieramy do znanego już nam miejsca – skrzyżowania z Zieloną Drogą.
  • 33,0 km – Drogą na wprost przyjechaliśmy kilka godzin wcześniej ze Zbójnickiej Góry, w prawo jechaliśmy na Kamienną Górę, pozostaje jedynie w lewo, tak jak szlak zielony. Lekki podjazd (4%). Na szczycie wzgórza (810 m) z lewej dołącza szlak niebieski.
  • 35,0 km – Bacznie obserwujemy drzewa i kiedy szlak ucieknie w prawo, jedziemy za nim, po kilometrze skręcamy w pierwszą szutrową drogę w lewo.
    Po chwili dołączają znaki szlaku zielonego. Żwirowym gościńcem wjeżdżamy na Torfowisko pod Zieleńcem… Rezerwat Przyrody.
    Jego walory przyrodnicze wyczerpująco opisują duże, kolorowe tablice ścieżki dydaktycznej. Ścieżka jest interesująco poprowadzona drewnianymi mostkami i galeryjkami tuż nad powierzchnią torfu.
  • 39,0 km – Szeroką serpentyną zjeżdżamy do asfaltowej drogi Dusznickiej. Wykonujemy prawoskręt.
  • 47,0 km – Mając lekko w dół, docieramy do Dusznik Zdroju. Pętlę możemy skrócić, skręcając na 13,5 kilometrze w prawo. Ominiemy wschodnią część Gór Bystrzyckich i będziemy kontynuować jazdę od 33. kilometra. Przejedziemy 27 km.

Z Bystrzycy Kłodzkiej przez Igliczną na Halę pod Śnieżnikiem

Wycieczka wymaga dobrej kondycji i znacznego obycia z rowerem. Wczesną wiosną część trasy może być nieprzejezdna (śnieg). Po drodze odcinki o bardzo wysokich walorach widokowych, wciąż dopuszczone do jazdy rowerem. Przejedziemy 50 km, pokonując 1252 m różnicy wzniesień. Opis wycieczki

  • 0,0 km – Z Dworca PKP w Bystrzycy Kłodzkiej (340 m) skręcamy w lewo, w ulicę Międzyleską. Szukamy oznakowań szlaku żółtego, który prowadzi nas przez dwa mosty do wylotu na Idzików. Rozpoczyna się stromy podjazd przez skrzyżowanie na kształt serpentyny (w prawo odchodzi asfalt do Wilkanowa). Szosa prowadzi na niewielkie wzgórze (388 m), w poprzek którego idzie droga nr 33 z Kłodzka do Międzylesia.
  • 3,0 km – Za tą arterią czeka nas niewielki zjazd w dolinę Pławnej (358 m). Przez miejscowość Pławnica droga delikatnie wznosi się (2%).
  • 5,0 km – Obserwujmy okoliczne tabliczki, bowiem na początku kolejnej wioski (Idzikowa) szosa rozwidla się (390 m) i w prawo odbijamy na wąski asfalt do Sanktuarium. Znikomy ruch samochodowy na tym odcinku pozwala cieszyć się spokojną jazdą. Umiarkowane nachylenie (4 %) nie sprawia większych trudności. Doskwiera zaś wyraźny brak lasu. Jadąc w upalne dni, poczujemy się niczym frytki na patelni. Jak na ironię końcówka podjazdu do doskonale stąd widocznej ściany lasu jest wyraźnie stroma.
  • 9,0 km – Po minięciu pierwszych drzew wkraczamy w krainę chłodu i cienia (550 m). Za leśniczówką czeka nas kawałek mocnego pedałowania (12%). 12,0 km – Szutrowym trawersem w prawo zdobywamy przełęcz między Lesieńcem a Igliczną (ok. 750 m).
  • 12,5 km – Z siodła zatłoczoną przez pielgrzymów ścieżką wspinamy się (15%) na plac przed Sanktuarium (805 m).
    Znajdujący się tam kościółek wzniesiono w 1781 r. Opiekują się nim ojcowie Redemptoryści. W pobliżu jest Droga Krzyżowa prowadząca na wierzchołek Iglicznej (854 m). Ze skraju skarpy widać rozległą Kotlinę Kłodzką, którą zamykają Góry Bystrzyckie. Poniżej kaplicy wybudowano Schronisko PTTK „Maria Śnieżna”, w którym można przegryźć coś ciepłego.
    Do przełęczy wracamy tą samą drogą, po czym zjeżdżamy żółtym szlakiem w kierunku Międzygórza. Jazda jest utrudniona, liczne korzenie nie ułatwiają zadania. Za krótkim podjazdem robi się coraz bardziej stromo, w dół i coraz trudniej, a na dodatek pojawiają się ruchome kamienie.
  • 14,0 km – Ten niezbyt przyjemny odcinek na szczęście szybko się kończy, a przed nami otwierają się wrota prowadzące do Ogrodu Bajek (700 m).
    Dość pokaźna, sympatyczna, aczkolwiek nieco kiczowata kolekcja różnych postaci, zwierzątek, przedmiotów i miniaturowych domków znanych nam ze świata bajek i baśni. Warto odwiedzić chociażby dla przywołania miłych wspomnień z lat dzieciństwa.
    Rezygnujemy ze szlaku żółtego na rzecz dróżki biegnącej w prawo za budką kasową. Napotkawszy znaki czerwone, zawracamy o prawie 180° i szeroką drogą zjeżdżamy w kierunku Międzygórza.
    Po drodze szlak schodzi schodkami do Wodospadu Wilczki. Warto podejść ten kawałek pieszo. Galeryjka widokowa przeprowadza bezpośrednio nad wodospadem.
  • 16,0 km – Poruszamy się naszym traktem do głównej drogi asfaltowej. Skręcamy w prawo i zjeżdżamy ostatnie 300 m do skrzyżowania w centrum Międzygórza (560 m).
    Przed nami chwila prawdy, czyli długi podjazd szlakiem niebieskim. Po dwóch kilometrach asfaltu szlak odbija w lewo, w drogę szutrową, aby po kolejnym kilometrze skręcić w prawo, w następną szutrówkę. Twarda, równa nawierzchnia pozwala na jazdę w wysokim komforcie. Jedynie nachylenie dochodzące do 10% przypomina, że uprawiamy naprawdę aktywny wypoczynek. Z trawersu odsłania się widok na Halę pod Śnieżnikiem.
  • 24,3 km – Końcowy stromy odcinek szlaku wyprowadza na Przełęcz Śnieżnicką (1120 m), skąd w prawo podjazd szerokim traktem sprowadza do Schroniska PTTK na Hali Śnieżnickiej (1250 m). Otwiera się szeroka panorama na czeską stronę.
    Warto uzgodnić z właścicielem schroniska przechowanie rowerów i przejść się łatwą ścieżką na wierzchołek Śnieżnika (30 min w jedną stronę). Ze szczytu rozpościera się szeroka panorama na Kotlinę Kłodzką, za którą wystaje potężny mur Gór Bystrzyckich, Stołowych, Sowich. Przy bardzo dobrej pogodzie można nawet dojrzeć Śnieżkę, a po czeskiej stronie niekończące się Jeseniki…
  • 26,5 km – Zjeżdżamy z powrotem do Przełęczy Śnieżnickiej i udajemy się czerwonym szlakiem na grzbiet Żmijowca (Uwaga, łatwo się pomylić, główny trakt sprowadza w stronę Kletna).
  • 28,0 km – Szlak wiedzie dość wąską, ale dobrej jakości drogą gruntową łagodnym podjazdem (1157 m). Ten odcinek uchodzi za najbardziej widokowy przejazd rowerem, jaki jest możliwy do wykonania w rejonie Kotliny Kłodzkiej. Z prawej niecodzienny widok na Góry Bystrzyckie.
    Malownicza grupa skałek obwieszcza nam zdobycie Żmijowca (1157 m). Ta nietypowa formacja skalna niesie jeszcze jedną ważną dla nas informację – wielkie podjazdy skończyły się, od teraz 95% trasy do Bystrzycy Kłodzkiej będzie prowadzić z górki bądź po płaskim.
  • 30,7 km – Za krótkim wypoziomowanym fragmentem szlak sprowadza żwawym zjazdem na Żmijową Polanę (1050 m). Ułożone w poprzek drogi rynienki wodne zmuszają do ciągłego hamowania.
    Ze Żmijowej Polany kierujemy się w lewo za znakami czerwonymi. Po chwili szlak odbija w prawo (bardzo strome podejście), my jednak nie zmieniamy kierunku jazdy. W kilka minut docieramy do zniszczonej asfaltowej serpentyny sprowadzającej z Czarnej Góry. Skręcamy w lewo i zjeżdżamy do głównej szosy.
  • 35,0 km – Przełęcz Puchaczówka (900 m). Skręcamy w lewo, w równy, gładki asfalt. Czeka nas 5 kilometrów dynamicznego zjazdu do Idzikowa, który znajduje się 400 m niżej. Daje to średnie nachylenie 8%, na krótkich odcinkach spadki sięgają aż 14%. Rower bardzo szybko osiąga swą prędkość nominalną. Monotonię zjazdu przełamują cztery zakręty, z których dwa wymagają znacznego przyhamowania.
  • 40,0 km – Dotarcie do Idzikowa (500 m) kończy ten wspaniały odcinek.
  • 47,0 km – Końcówka drogi wiedzie łagodnym zjazdem do skrzyżowania szos na skraju Pławnicy, skąd wciąż w dół, w dolinę Pławnej (358 m).
  • 50,0 km – Pozostaje tylko niewielki podjazd na wzgórze drogą krajową nr 33 (388 m) i zjazd szerokim łukiem do Bystrzycy Kłodzkiej (340 m).

Ze szczytu w przepaść

14 lutego Marco Pantani zakończył życie, choć miał tylko 34 lata. Jako charyzmatyczny kolarz fascynował tłumy, jako człowiek rozbił się o system profesjonalnego kolarstwa i zmarł opuszczony przez przyjaciół i rodzinę. Jak mogło do tego dojść? Oto nasza próba krytycznej oceny. „Pantani stał się ofiarą przemysłu rozrywkowego, szukającego w kolarstwie, jednej z najbardziej morderczych i najtwardszych dyscyplin sportu, tylko spektaklu.” [Corriere della Sera] Przypuśćmy, że bohaterowie rodzą się bohaterami, wówczas Marco Pantani być może przeżyłby swój upadek. Prawdopodobnie urodzonych bohaterów nie da się pokonać. Ale Pantani stał się herosem dopiero dzięki mediom. Zwyciężał i był noszony na rękach, tak to jest w sporcie. Gdy padło na niego podejrzenie, że chcąc osiągnąć sukces wspomagał się dopingiem, gdy w swoich własnych oczach nie sprostał oczekiwaniom, potknął się i upadł. Bohaterowie z urodzenia podnoszą się i wyprostowani idą dalej. Droga Pantaniego prowadziła jednak wprost do piekła lekarstw, alkoholu, narkotyków. A stamtąd nie ma powrotu. Marco Pantani zmarł 14 lutego br., w miesiąc po swoich 34. urodzinach. I nie odgrywa już żadnej roli, czy dokładnie tego sobotniego popołudnia odebrał sobie życie w niepozornym hoteliku zwanym Adria, czy też przez lata sukcesywnie zatruwał swój organizm, lub też nie wytrzymało jego maltretowane i przemęczone serce sportowca. Poza wszystkimi spekulacjami – Pantani załamał się, ponieważ jego bohaterski epos zmienił się w tragedię, opowieść o samotnym, długim błądzeniu ku tragicznemu końcowi. Ciąg dalszy w numerze 5(15)/2004.