Chcesz ciekawie i aktywnie spdzić swój urlop? Jedź na Korsykę! Ta francuska wyspa spełni niemal każde twoje życzenie.
Korsyka – I’Ile de Beaute
Wspaniałe plaże, krystalicznie czysta woda, niepowtarzalne krajobrazy, wysokie pasma górskie, dziewicza przyroda i wreszcie pasące się przy drodze stada kóz oraz świń. Te oraz wiele innych atrakcji znajdziesz na Korsyce. Nic więc dziwnego, że Francuzi nazywają ją I’Ile de Beaute, czyli wyspą piękna, a Grecy mówią o niej Kalliste, czyli najpiękniejsza. Ta francuska wyspa to raj dla rowerzystów i miłośników wszelkich innych form wypoczynku. Podczas naszej dwutygodniowej wycieczki na Korsykę zwiedzilimy niemal całą wyspę.
Dla fanatyków nie istnieją. Dla producentów są złotym interesem. Sieci handlowe określają je jako towar sezonowy, handlowcy mówią o nich pogardliwie „żużel”. Ale nie ma co ukrywać, większość z nas rowerową przygodę zaczynała właśnie od nich – tanich „górali”. Ojczyzną roweru górskiego jest Ameryka. „Biologiczną” matką najczęściej Tajwan. Tanie rowery górskie trafiły do Polski wraz z modą na MTB w początkach lat dziewięćdziesiątych. Grube opony, mnogość przerzutek i „ekstremalny” wygląd torowały im drogę w świecie składaków, „Jubilatów” i kolarzówek spod znaku czeskiej Formuły. Dzisiaj ich udział w rynku rowerowym jest największy. Coroczna walka cenowa zdaje się działać na korzyść konsumenta, jednak wiele osób uszczęśliwonych takim „góralem” odwrada się od kolarstwa raz na zwsze. Ciąg dalszy w numerze 3(4)/2003
Rower nie truje, nie hałasuje, dojeżdża wszędzie, zajmuje niewiele miejsca, mało kosztuje i co najważniejsze – daje radość i zdrowie. Wiosna jest zaś idealnym czasem na korzystanie z dobrodziejstw dwóch kółek… Choćby dlatego, że ten wymarzony sport dla indywidualistów, ceniących sobie nade wszystko niezależność, sprzyja również rekreacji całych rodzin.
Rower – samo zdrowie
Pośpiech, tłok, hałas i spaliny. Większość z nas ma dość miejskiego zgiełku. Marzymy o ciszy, spokoju, zieleni i świeżym powietrzu. I pomyśleć, że wszystko to jest w zasięgu ręki – wystarczy wsiąść na rower i popędzić przed siebie. Szybko zniknie zimowa ociężałość, znużenie i ospałość. Rower sprawi, że znów będzie nam się chciało żyć. Jazda na nim aktywizuje, w różnym stopniu, najwięcej mięśni w ciele człowieka. Przy pedałowaniu pracują bowiem nie tylko mięśnie brzucha i nóg, ale również rąk i tułowia.
Na jeden z wyścigów zaproszono całkowicie amatorską i przypadkową drużynę z Indii. Nikt jednak nie wytłumaczył egzotycznym gościom, jaka jest idea wyścigu. Dlatego dzielni Hindusi do końca byli przekonani, że uczestniczą w festynie rowerowym i spotkania z mieszkańcami Polski przedkładali nad sportowy wyczyn. Po jednym z etapów organizatorzy zamiast na mecie znaleźli ich w gospodzie. Od tego zdarzenia dbano, żeby w Wyścigu Pokoju uczestniczyli jednak sportowcy.
„Polacy mieli wtedy Wyścig Pokoju – powiedział „Magazynowi Rowerowemu” Czesław Lang – największą na świecie amatorską imprezę kolarską”. Jeżeli nie istniałeś w Wyścigu Pokoju, nie funkcjonowałeś jako kolarz. O zawodowym ściganiu nie można było w Polsce pisać. Wyścig Pokoju na wiele lat zawładnął więc sercami i duszami Polaków. Był dzieckiem epoki, która go stworzyła i wraz z nią musiał odejść, by dziś powrócić, ale już bez dawnego przepychu. Kronikarze twierdzą, że pomysł na wielkie socjalistyczne ściganie powstał w Pradze podczas zawodów bokserskich. Jego autorami było dwóch dziennikarzy, Zygmunt Dall z „Głosu Ludu” i Jan Blecha z „Rudego Prava”. Spotkanie ojców-pomysłodawców miało miejsce w 1946 roku, a pierwszy wyścig, wtedy jeszcze pod inną nazwą, rozegrano w roku 1948. Prowadził tylko przez Polskę i Czechosłowację. Dwa lata później nadano mu zaszczytne miano „Wyścigu Pokoju”. Nazwę przejęto od innych zawodów kolarskich, które miały miejsce zaraz po zakończeniu wojny i startowali w nich żołnierze. Dopiero w 1952 do organizowania imprezy przyłączyła się niemiecka, a raczej NRD-owska gazeta „Neues Deutschland” i wyścig zaczął przejeżdżać przez trzy kraje. Ciąg dalszy w numerze 4(5)/2003
W numerze 1/2002 „Magazynu Rowerowego” zaprezentowaliśmy walory turystyczne Kotliny Jeleniogórskiej. Tym razem pragniemy przedstawić inny region turystyczny Dolnego Śląska – Kotlinę Kłodzką. Leży ona na trasie szlaków komunikacyjnych z północy na południe Europy. Bezpośrednie sąsiedztwo Republiki Czeskiej podnosi jeszcze bardziej atrakcyjność tego regionu. Wiele turystycznych przejść pozwala pieszym i rowerzystom na swobodne przekraczanie granicy w obu kierunkach.
Od wieków region kłodzki nastawiony był przede wszystkim na wypoczynek i turystykę. Polanicę Zdrój, Duszniki, Lądek znało wielu kuracjuszy. Oferowały one wody mineralne do picia, kąpiele lecznicze i kosmetyczne w naturalnie ciepłych źródłach oraz wiele innych zabiegów. Odwiedzali Kotlinę wielcy tego świata. Bywali tu poeta J.W. Goethe i cesarz Franciszek Józef I. Prócz wód mineralnych i czystych potoków przyciągało turystów niezmierzone bogactwo górskiej przyrody, wyjątkowo malownicze Broumovske Steny i Góry Stołowe na północy, lasy Gór Orlickich i Bystrzyckich na zachodzie, na wschodzie ośnieżone przez większą część roku szczyty Pradziada po czeskiej i Śnieżnika po polskiej stronie.
Gmina Stronie Śląskie
To mało znana i rzadko odwiedzana przez rowerzystów część Kotliny Kłodzkiej. Centrum administracyjnym i komunikacyjnym okolicy jest Stronie Śląskie. Małe, malownicze miasteczko położone jest u zbiegu trzech dolin rzecznych: Białej Lądeckiej, Morawki i Siennej Wody, a otoczone trzema pasmami górskimi. Od zachodu Wzgórzami Krowiarek, od południowego wschodu Górami Bialskimi, od wschodu Górami Złotymi, a od południa Masywem Śnieżnika (z górującym nad okolicą szczytem Śnieżnik, 1425 m n.p.m.).
Turyści odwiedzający Stronie i okolice mają do wyboru liczne pensjonaty, pokoje gościnne w gospodarstwach agroturystycznych i schroniska, od bardzo skromnych do luksusowych. Co do miejscowych atrakcji kulinarnych, warto spróbować świeżego pstrąga z górskich strumieni. Po całodniowej eskapadzie rowerowej możemy odnowić się biologicznie w nowoczesnym centrum sportowym z dużym krytym basenem, siłownią, jacuzzi, solarium i gabinetami masażu. Stronie Śląskie i przylegające do niego wioski doskonale nadają się na bazę wypadową w rejon parku krajobrazowego, jak i poza granice kraju. Ciąg dalszy w numerze 4(5)/2003
Postawiliśmy sobie za punkt honoru stworzenie dla naszych czytelników poradnika, który pozwoli nie tylko wybrać rower idealny, ale i nie wydać na niego fortuny. Oferta rowerów na rynku jest olbrzymia. Dla laika zorientowanie się, która z propozycji będzie najlepsza, jest, przyznajmy, trudne. Nie chodzi tu tylko o dobranie roweru pasującego do preferowanych zastosowań i stylu jazdy, ale i o jego cenę. Bo czy zawsze droższy znaczy lepszy?
Rower zdolny sprostać wszystkim wymaganiom jednocześnie nie istnieje. Teoretycznie najbliższy ideałowi będzie „góral”, którym poruszać się możemy w prawie każdych warunkach, on też będzie najbardziej uniwersalny. Wspomniana uniwersalność powoduje jednak, że w niektórych sytuacjach sprzęt bardziej wyspecjalizowany będzie lepszy. Jazda na rowerze górskim po asfalcie, na oponach z grubym bieżnikiem, przyjemna nie jest. Na wyprawie turystycznej, po utwardzonych szlakach, rowerem trekkingowym czy szosowym będzie się jechać po prostu wygodniej. Zanim więc przejdziemy do omówienia poszczególnych części naszego wymarzonego roweru, powinniśmy zadać sobie pytanie, gdzie będziemy jeździć? Ciąg dalszy w numerze 4(5)/2003
Franciszek K. kilka dni temu stał się szczęśliwym posiadaczem roweru. „Rok na niego składałem” – mówi z dumą. Nie może doczekać się soboty, kiedy wypróbuje swój nowy pojazd podczas wycieczki za miasto. „Szkoda, że do weekendu jeszcze tyle dni” – wzdycha, czule głaszcząc ramę.
Sąsiad Franciszka, zapalony cyklista, codziennie dojeżdżający do pracy rowerem, dziwi się, że Franciszek woli do szewca na drugim końcu miasta jechać samochodem. „Będziesz stał w korkach i godzinę szukał miejsca do zaparkowania” – przekonuje. „Po co kupiłeś rower, skoro nie chcesz na nim jeździć”? Drogowcy nie budują, bo rowerzyści nie jeżdżą Franciszkowi strach w oczy zagląda. Już w wyobraźni widzi siebie, malutkiego, wśród dyszących w skwarze, pędzących przez miasto tirów, mercedesów i maluchów. Ryk klaksonów świdruje w uszach. „Boję się jeździć po drogach, a ścieżek rowerowych nie ma” – szepce. Na przykład w Poznaniu, który liczy prawie 600 tysięcy mieszkańców, są tylko 33 kilometry dróg rowerowych. O każdy kilometr nowych ścieżek toczy się w polskich miastach zaciekły bój między drogowcami a działaczami organizacji rowerowych. Ciąg dalszy w numerze 4(5)/2003
Przesada jest niezdrowa, dotyczy to także opalania. W takim razie, jak i czym powinien zabezpieczać się rowerzysta podczas upałów, aby uniknąć poparzeń? Podpowiemy Wam, jak najbezpieczniej uzyskać efekt zdrowej opalenizny.
Gdy słońce skryje się za chmurami, cały świat się wścieka, jeśli jest upał, też źle. Zbyt częste przebywanie na słońcu oddziałuje negatywnie nie tylko na głowę, ale wpływa też w dużym stopniu na skórę. Na słońce narażeni są szczególnie kolarze, którzy wyruszają na wielogodzinne wyprawy w siodle podczas największego upału. Wtedy zamiast brązowej, zdrowej opalenizny uzyskują odwrotny efekt. Na skórze mogą pojawić się czerwone plamy – poparzenia. Odpowiedzialne jest za to ultrafioletowe promieniowanie słoneczne. Promienie o długich falach typu UVA wnikają głęboko w skórę, zmniejszając tym samym jej elastyczność, sprzyjają powstawaniu zmarszczek oraz szybszemu starzeniu się skóry. Na ich konto zaliczyć też trzeba chroniczne uszkodzenia skóry oraz alergie słoneczne. Promieniowanie ultrafioletowe o krótkich falach typu UVB nie wnika już tak głęboko w skórę, jest jednak odpowiedzialne nie tylko za zbrązowienie skóry, ale także za jej poparzenie. Obydwa typy promieniowania mogą zapoczątkować raka skóry. Jednak jeśli prawidłowo dobierzemy krem do naszego indywidualnego typu skóry, produkt ten będzie bezpieczną ochroną przed nadmiernym oddziaływaniem promieni słonecznych. Ciąg dalszy w numerze 6(7)/2003
Po raz pierwszy na trasie wyścigu kategorii GT (wielkie toury) stanęła polska ekipa. CCC – Polsat wystartowała w niedawno zakończonym wyścigu Giro d’Italia. To z pewnością kolejny milowy krok w historii polskiego kolarstwa.
Istniejąca od czterech lat ekipa CCC-Polsat konsekwentnie zmierzała na szczyty zawodowego kolarstwa. Po dwóch zwycięstwach w Tour de Pologne (Piotr Przydział 2000, Ondrej Sosenka 2001) drużyna ta, jako pierwsza z Polski, wystartowała w Pucharze Świata (2001, Zurich). W tym zaś sezonie, po pozyskaniu jednego z najlepszych kolarzy etapowych na świecie, Pawła Tonkowa, awansowała do pierwszej dywizji. Trzon ekipy na Giro mieli tworzyć Rosjanin z Tomaszem Brożyną i trzykrotnym zwycięzcą Tour de Pologne, Dariuszem Baranowskim.
Kontuzje pokrzyżowały plany
Debiut polskiej grupy kolarskiej w wielkim tourze wypadł nieźle. Drużyna CCC-Polsat była widoczna na trasie Giro d’Italia, a „zastępczy” lider ekipy, Dariusz Baranowski, zajął wysokie, 12. miejsce. Mogło być jeszcze lepiej, gdyby nie problemy ze zdrowiem Piotra Przydziała i Pawła Tonkowa. Obaj musieli wycofać się z Giro. Polak miał tuż przed wyścigiem poważny wypadek, odczuwał jego skutki na pierwszych etapach i dość szybko się wycofał. Można chyba było postawić na Czecha, Ondreja Sosenkę, który potwierdził dobrą dyspozycję w Wyścigu Pokoju. Dyrektor sportowy grupy, Andrzej Sypytkowski, stwierdził już po wyścigu, że – „za bardzo liczyliśmy na Tonkowa”. Właśnie Rosjanin miał zająć w wyścigu miejsce w pierwszej dziesiątce, po cichu mówiło się nawet o pierwszej szóstce. Zakładano też jednak, że narzekający na bóle pleców Tonkow wycofa się z wyścigu, co też się stało, na ciężkim, 14. etapie. Ciąg dalszy w numerze 6(7)/2003
Problemy z siedzeniem wielu zawodowych kolarzy doprowadziły niemal do końca kariery, a amatorów nie raz zmusiły do płaczu. Co robić? Zsiąść czy pocierpieć? Sprawdziliśmy dla Was, skąd biorą się takie problemy i jak sobie z nimi radzić. W zasadzie na rowerze jeździć można by bez końca (aż nie dopadnie nas nuda lub głód), gdyby nie tych „kilka problemów”, o których opowiada się, trzymając rękę przy ustach tak, jakby chciało się komuś powierzyć największą tajemnicę. Problemy zaczynają się tam, gdzie „plecy tracą swoją szlachetną nazwę”, w okolicach niewielkich fragmentów skóry mających bezpośredni kontakt z siodełkiem. Nikt nie jest w stanie ustrzec się przed nimi. Na nieznośny ból skarżą się nie tylko osoby jeżdżące sporadycznie, ale i zawodowcy, jak szwajcarski torowiec Bruno Risi: „Kilkakrotnie byłem w stanie kontynuować jazdę w sześciodniówkach tylko dzięki środkom znieczulającym. Mój kolega Kurt Betschart musiał kiedyś zrezygnować, by móc wyleczyć kilkucentymetrowe pęknięcie skóry. To potrafi boleć naprawdę wyjątkowo”. Dlaczego właściwie ciało akurat w tym miejscu reaguje tak gwałtownie? Najczęściej składa się na to kilka przyczyn, które razem powodują, że skóra zaczyna strajkować (nacisk, zranienia i mikroorganizmy). Ciąg dalszy w numerze 3(4)/2003
Prezentujemy drugą część wielkiego testu opon. Tym razem sprawdziliśmy dla Was modele uniwersalne, zwane też enduro, oraz wyspecjalizowane, do ciężkiego freeride’u i zjazdu.
Enduro
Pod taką nazwą kryje się cała kategoria opon uniwersalnych, począwszy od modeli turystycznych po lekkie freeridowe. Wycieczki, od czasu do czasu maraton, trochę ostrzejszej jazdy… Opony, które mają sprostać podobnym wymaganiom, powinny mieć kilka wspólnych cech Đ niezbyt wysokie opory toczenia, dużą odporność na przebicie i bardzo dobrą przyczepność (w każdych warunkach pogodowych). Tylko modele naprawdę wszechstronne mają szanse na zwycięstwo. Opony grubsze zasadniczo wypadły w teście lepiej, ponieważ przy tych samych oporach toczenia oferowały lepszą przyczepność i wyższą odporność na przebicie (patrz tabele z zestawieniami). Mniejszą rolę w tej klasie odgrywa także waga, ponieważ podobnie jak w przypadku modeli XC masa rotująca jest przeceniana. Ciąg dalszy w numerze 3(4)/2003
Uczucia towarzyszącego przekraczaniu linii mety z dobrym wynikiem nie da się porównać z niczym. Tylko inny sportowiec może to zrozumieć.
Jej sportowa kariera to droga pełna sukcesów. Swoje osiągnięcia zawdzięcza nieustępliwości, ambicji i iście góralskiemu charakterowi. Na progu nowego sezonu rozmawiamy z pierwszą damą polskiego MTB Anną Szafraniec.
Do Polski zawitałaś na krótko…
Ostatnie tygodnie spędziliśmy wraz z całym klubem w Grecji. Przygotowania uważam za owocne, a czas spędzony na trasie za uczciwie przepracowany. Mam nadzieję, że wysiłek, jaki włożyłam teraz w trening, zaprocentuje w sezonie. Jedyne, co się nam w Grecji niezbyt udało, to pogoda, ale i tak wyjazd uważam za owocny. Ciąg dalszy w numerze 3(4)/2003
top 3
Czytaj więcej
Jeździj jak zawodowcy i zabezpiecz swój telefon na rowerze – uchwyt do telefonu na rower marki RokForm